Mirosław Rusinek: „rozmowy o natchnieniu, wizjach, traumach i psychozach twórczych można między bajki włożyć”

1

Jego prace znajdują się w zbiorach państwowych i prywatnych na całym świecie. W 2012 r. został laureatem nagrody fundacji Lamia w Rumunii. O swojej miłości do malarstwa i drodze artystycznej Mirosław Rusinek rozmawia z dr. Pawłem Rogalińskim.

 

PR: – Podziwiam Pana obraz „Światła miasta – oranże”. Co on przedstawia i w jakich okolicznościach powstał?

MR: – Obraz powstał już jakiś czas temu. Przedstawia na pierwszym planie portret kobiety z profilu. W tle są zabiegi ekspresyjno-abstrakcyjne dające złudzenie elementów architektury. To kobieta w mieście, ale nie jest to konkretny portret. Kobieta to pretekst i nośnik treści. Z kobietą w pomarańczowym mieście może identyfikować się dowolny odbiorca. Tak samo, jak z miastem w tle, każdy może poczuć więź, poczuć tęsknotę za miejscem, momentem, zapachem, rozmową. A malarska forma nie jest ubrana w realistyczną dosłowność, tylko to ułatwia, bo nie narzuca dosłowności miejsca. To konkretne miasto to Rzym, ale to jest tu akurat nieważne.

PR: – Dziękuję za bogatą interpretację. Czy mogę spytać kiedy odkrył Pan w sobie fascynację sztuką?

MR: – Malarstwem, jako jedną z dziedzin sztuk plastycznych, na serio zająłem się po przekroczeniu progów Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie, jako pierwszego poważnego miejsca, gdzie profesjonalnie niejako musiałem się wywiązywać z zadań wiedzy teoretycznej i praktycznej dotyczących tej dziedziny. Jako czternastolatek po prostu bardzo lubiłem przede wszystkim rysować. I idąc tym tropem właśnie tam trafiłem. Ale sztukami plastycznymi zaraziły mnie przede wszystkim książki i albumy, których było w domu dużo, bo zbierał je tata. Bardzo dużo chodziłem i jeździłem po muzeach i to już w bardzo młodym wieku. Kiedy miałem piętnaście lat, zwiedziłem już większość muzeów w Pradze. I to w czasie aksamitnej rewolucji!

PR: – Zatem była to pasja rozwijana przez lata.

MR: – Owszem. Kiedy człowiek był naładowany światem sztuki, a obrazy, rysunki i rzeźby wielkich mistrzów wirowały w jego wyobraźni, trudno obrać inną drogę, jak właśnie tą, którą sam poszedłem. Jednak sam wybór wąskiej dziedziny nastąpił w moim przypadku dosyć późno, bo w wieku ok. lat dziewiętnastu, kiedy trzeba się zdecydować na ten jeden, konkretny kierunek studiów. I tu padło już na malarstwo, mimo że miałem za sobą pięcioletnie doświadczenie z rzeźbą w drewnie, bo ukończyłem „plastyk” z dyplomem snycerstwa.

PR: – W którym roku ukończył Pan studia?

MR: – W 2003 roku, na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i od tej pory maluję niemal codziennie. Trudno mi znaleźć w pamięci dzień wolny od pracy twórczej. Farby i podobrazia zabieram ze sobą nawet… na wakacje.

PR: – Czyli Pana praca jest również Pana hobby. To rzadkość. Chciałbym jeszcze nawiązać do wspomnianych książek i albumów w kolekcji Pańskich rodziców. Czy Pan również je zbiera?

MR: – Tak! Pamiętając te książki z lat dziecięcych, zbieram albumy i mam już ich kilkaset, bo wiem, jak bardzo są one ważne. To, że mamy dostęp do wirtualnego świata sztuki, to jedno, ale to, że pachnący farbą drukarską album – np. Caravaggia – przenosi nas w ten dziwny, lepszy, ponadczasowy świat, to już inna sprawa. Zbieram je dla córek.

PR: – Proszę powiedzieć, czy jest Pan pierwszym artystą w rodzinie, czy też talent do malarstwa przechodzi z pokolenia na pokolenie?

MR: – Nie miałem w rodzinie artystów, chyba, że czegoś nie wiem. Pewien jestem natomiast tego, że starsze rodzeństwo miało bardzo duże talenty rysunkowe. Mogłem godzinami patrzeć, jak starszy brat rysował pejzaże miejskie z natury. Potem, po takiej uczcie, sam zabierałem się do rysowania.

PR: – Więc miał kto Pana pokierować w tej pasji? Starsze rodzeństwo pomagało Panu przy wykonywaniu niektórych prac rysunkowych?

MR: – Niekoniecznie. Różnica wieku chyba była zbyt duża, aby rodzeństwo mogło w jakiś sposób wpłynąć na moje rysunki np. udzielając korekt. Te talenty były pozbawione wiary we własne możliwości. Stwierdzenie wartości tamtych rysunków to raczej moja opinia z dzisiejszego pułapu świadomości artystycznej. Jak to w życiu bywa, często nie zdajemy sobie sprawy ze swoich prawdziwych predyspozycji, lub kiedy to się dzieje, jest już po prostu zbyt późno. Czasy też były inne; pamiętajmy, że to dzisiaj młodzież i dzieci przekonywane są o swojej wyjątkowości na każdym kroku i to mimo tego, że nie jest to często poparte tym, co w sztuce, i nie tylko, najważniejsze – pracą i systematycznością. Tak więc było to raczej podpatrywanie z „otwartą buzią” czyjegoś procesu twórczego niż otrzymywanie konkretnych wskazówek. Ten proces podpatrywania miał pewnie charakter zaciekawienia tym innym, wyższym działaniem ludzkim, które dzisiaj nazwałbym „poszukiwaniem piękna” w jakiejś niewyrachowanej, schowanej pomiędzy codzienne zajęcia, pogoni za tym, co nieznane…

PR: – Wspaniale Pan to ujął. Zastanawiam się, czy ma Pan ulubiony obraz z własnej kolekcji?

MR: – Nie mam ulubionego obrazu, czasem tylko przypomina mi się droga twórcza przy konkretnym płótnie. Zaczynam go odkrywać na nowo i w jakiś sposób za nim tęsknić. Podejmuję się wówczas rozwinięcia tematu, idei, myśli tam zawartej. W ten sposób obraz, którego już fizycznie nie posiadam, a którego wspomnieniem jest jakaś fotografia np. z wystawy – kontynuuje coś w mojej głowie i prowadzi mnie dalej. Potem przychodzi czas na następny obraz. Każdy jest mi bliski z innego względu. Jeden za okiełznaną ekspresję, która przybrała zamierzony kształt i treść. Inny odwrotnie – za spokój, melancholię, a czasem jakąś tajemnicę, która jakby powstała nie wiadomo skąd, a ja sam byłem w tym procesie tylko pośrednikiem, człowiekiem z pędzlem i farbami na palecie.

PR: – Muszę przyznać, że Pańskie techniki malarskie są dość unikalne. Czy może Pan przybliżyć naszym czytelnikom, w jaki sposób powstają Pana obrazy?

MR: – Technika i technologia mojego malarstwa ewaluowała. Na efekt, który dzisiaj osiągnąłem, pracowałem już na krakowskiej ASP, gdzie interesowałem się malarstwem materii zarówno w powojennej sztuce polskiej, jak tej zza oceanu. Podczas gdy panowała moda na „postsasnalizm” i większość studiujących po cichu marzyła o „milionie dolarów”, ja wpadałem w zachwyt nad Antonim Tapies i innymi ikonami malarstwa fakturalnego. Mam w swoim muzeum wyobraźni, jeśli chodzi o treść i formę, zarówno sztukę dawną, secesję, postimpresjonizm. A w warstwie warsztatowej wyraźnie jest to materia, faktura. Tak więc połączyła się tu nowoczesna technologia z ideą opowieści lirycznej, nieobcej sztuce dawnej. Jeśli chodzi zaś o opisywanie warsztatu i dochodzenia do końcowego efektu, to, jak w każdej dziedzinie – nie tylko sztuki – istnieje taki pokój, do którego tylko ja mam kluczyk i tylko ja tam zaglądam.

PR: – Dziękuję, to naprawdę fascynujące. Proszę nieco rozwinąć temat Pana ulubionych malarzy, których twórczość ukształtowała Pana jako artystę. Czy były to raczej światowe sławy, czy też mistrzowie z uczelni?

MR: – To jest temat rzeka, ale ktoś kiedyś uknuł właśnie pojęcie „muzeów wyobraźni”. Wynika z tego, że każdy artysta malarz, grafik, poeta, muzyk itp. ma w swojej głowie zestaw zbieranych przez całe życie doświadczeń piękna. W wypadku malarza pewnie to będą dzieła sztuki zobaczone właśnie w albumach, w muzeach, piękny obraz kolegi, albo piękna w swojej naiwności i podświadomości praca małego dziecka. Ja myślę, że suma przeżywania tych „zbiorów” to koniec końców właśnie to, co sami robimy. W moim wypadku jest to „wyrażanie się” na płótnie. Ważne jest na pewno dokładanie nowych wrażeń wzrokowych do kolejnych „komnat” tego „muzeum”, ale jeszcze ważniejsze jest być może „odkurzanie” w głowie i „inwentaryzacja” tych zbiorów. Człowiek, który tego nie robi systematycznie w jakiś sposób zapomina, kim był i co widział wartościowego. Ciekawe, bo ma to szerszy kontekst, ogólnoludzki. Często słyszymy, że ktoś się zmienił, że kiedyś był ambitny, twórczy, a teraz… No właśnie, w pogoni codziennych obowiązków nie wolno tego zaniedbywać, abyśmy nie znikali każdego dnia po trochu…

PR: – Kto jest zatem w Pana „komnatach”?

MR: – W moich „komnatach” jest Rembrandt – za ekspresję i agresywność w posługiwaniu się narzędziem. Ale jest to ekspresja, która buduje na końcu realizm i nastrój właściwy tylko jemu. Są tam prawie wszyscy impresjoniści i postimpresjoniści – za wyciąganie malarstwa w kierunku koloru i za całą tę baśń i legendę bohemy i cyganerii artystycznej. Jest pokój secesji, a ze sztuki bliższej naszym czasom pewnie Francis Bacon, Lucian Freud. Lubię bardzo Nowosielskiego – za to, że namalowany przez niego tramwaj w pewnym momencie stawał się… ikoną. Nie da się nie mieć w głowie artystów współczesnych, którzy mnie ukształtowali w szkole i na Akademii. Trzeba by długo wymieniać, no i łatwo kogoś pominąć.

PR: – Rozumiem. Zastanawia mnie, co pobudza Pańską kreatywność, albo też co ułatwia „spacer” po tych „komnatach”? Ma Pan jakieś przyzwyczajenia, np. maluje tylko wieczorami lub przy filiżance kawy i muzyce?

MR: – Maluję bardzo dużo i staram się to robić choćby od trzech do sześciu godzin dziennie. Nigdy nie zarywam nocy, za to odkryłem, że człowiek we wczesnych godzinach rannych jest niezwykle kreatywny i ma zarówno chłonny, jak i twórczy umysł. W moim wypadku godziny poranne jeszcze niedawno oznaczały pobudkę o piątej nad ranem. Kiedy odkryłem, jakie możliwości umysłowe daje możliwość pracy twórczej w momencie, kiedy osiemdziesiąt procent ludzi śpi, postanowiłem przesunąć tę granicę i od jakiegoś czasu jestem już w pracowni o 3:40, cztery dni w tygodniu. Jest to też taka forma szukania na siłę metafizyki, bo kończę dzień twórczy, kiedy inni zaczynają dopiero poranną toaletę. W pozostałe dni pracuję już w ciągu dnia, ponieważ do kończenia obrazów muszę mieć światło dzienne, które nie przekłamuje kolorów.

PR: – A co, jeśli chodzi o muzykę, posiłki, czy napoje?

MR: – Przy pracy piję wodę i nie rozpieszczam się wtedy kawą, muzyką. Jeszcze podczas studiów na krakowskiej Akademii, Prof. Leszek Misiak powiedział do studentów, że nie przeszkadzają mu oni w słuchawkach podczas pracy, natomiast przestrzega, że jego zdaniem muzyka podbiera niejako część inteligencji, która w tym momencie mogłaby by być wykorzystana do malowania. Całkowicie się z tym zgadzam. Całość organizacji mojej pracy może tworzyć złudne wrażenie odludka i dzikusa, ale dzięki temu systemowi mam, wbrew pozorom, niemało czasu na zwykłe przyjemności, odpoczynek, kawę, itp.

PR: – Jak się Pan mobilizuje do pracy w gorsze, bardziej „leniwe” dni?

MR: – „Wena zastaje mnie przy pracy” – tak mniej więcej powiedział Picasso i tak jest w moim przypadku. Nie czekam na dobre samopoczucie, natchnienie lub nagły przypływ talentu. Tak naprawdę sztuka nie lubi egzaltacji, albo raczej ja jej w sztuce nie lubię. Te rozmowy o natchnieniu, wizjach, traumach i psychozach twórczych można między bajki włożyć. Zatem albo ten, kto opowiada takie rzeczy, zajmuje się sztuką amatorsko, albo po prostu ma kaca! (śmiech) Ale poważnie mówiąc: zbudowałem sobie w sobie takie przeświadczenie, że to jest jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Że to jest naprawdę miłość. A komuś, kogo się kocha, nie wypada odmawiać spotkania. Inna sprawa, że Sztuka to wyjątkowo zazdrosna Muza…

PR: – To zamiłowanie przyniosło jednak Panu spore sukcesy malarskie. Proszę o nich opowiedzieć. Ja nadmienię tylko naszym czytelnikom, że Pana obrazy znajdują się w państwowych i prywatnych kolekcjach na całym świecie, m.in. we Włoszech, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Meksyku, Niemczech, Luksemburgu, Australii, Japonii, Francji, Czechach i in.

MR: – Jestem dosyć płodnym malarzem i to się przekłada na ilość wystaw i wszystkiego, co z tym związane. Ale malarstwo to nie sport i ostatnią rzeczą przy pracy twórczej jest dla mnie teraz ściganie się i branie udziału we wszystkich możliwych konkursach. Podobnie, jeśli chodzi o plenery malarskie, w których uczestnictwo ograniczyłem do minimum. W jakimś stopniu oczywiście mam ten komfort, że już nie muszę się pokazywać i kreować na siłę, bo różne instytucje i kolekcjonerzy mnie dostrzegają. To na pewno zasługa profesjonalistów z którymi współpracuję. Mogę dzięki temu zamykać się w swoim pracownianym świecie, wolny od rzeczy często złudnych, i w dłuższej perspektywie niewiele budujących. To, co jest ważne, to kolejny obraz. Jeśli on będzie wyjątkowy, prawdziwy, będzie posiadał tę moc i tajemnicę, to cała reszta, to już dodatek.

PR: – Jest Pan wyjątkowo skromnym człowiekiem. Zatem proszę chociaż powiedzieć, czym dla Pana jest sukces? Jak zdefiniowałby Pan pojęcie sukcesu?

MR: – Ciekawe, co znaczy sukces dla człowieka, którego widzę teraz przez okno. Być może jakaś zawrotna suma zgromadzona na koncie, ale być może tylko tak niepozornie wygląda. Bo może to właśnie on poznał jakąś wielką tajemnice życia i potrafi cieszyć się rzeczami małymi, bez jednoczesnego przytłumienia życiowych ambicji? Dla mnie sukces to możliwość tworzenia, zdrowie bliskich i własne. To możliwość pielęgnowania w sobie wewnętrznej pokory, bez której prawie każdy twórca kończy jak ćma. To wszystko przy zachowaniu świadomości własnej wartości w świecie, w którym artystów często odczytuje się jako zbędnych. Ale to właściwie nie jest problem, bo sztuka jest wartością elitarną właśnie z racji swej pozornej niedostępności. Jeśli ma się czas na zbieranie własnych myśli, na patrzenie wstecz i w przyszłość. Jeśli mamy czas na surrealne marzenia na jawie, to już bardzo wiele mówi o sytuacji, w której jesteśmy. To, że nie zdemolowaliśmy sami siebie gonitwą za czymś pustym, ulotnym, pospolitym, to już jest bardzo wiele. A jeśli zachowa się jeszcze świadomość, że to nie jest dane raz na zawsze i codziennie mamy obowiązek tego piękna, prawdy i dobra dotykać, choćby tylko na chwilę, to właśnie jest sukces.

PR: – Piękne słowa. Dziękuję bardzo serdecznie za rozmowę.

MR: – Również dziękuję.

 

Rozmawiał: Dr Paweł Rogaliński

Poprzedni artykułO ludziach, którym wiele zawdzięczam. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXVIII
Następny artykułZaduszki…
Dr Paweł Rogaliński jest politologiem, medioznawcą, filologiem oraz twórcą Przeglądu Dziennikarskiego. Od 2015 roku należy do prestiżowej grupy Światowych Odpowiedzialnych Liderów Fundacji BMW Stiftung Herbert Quandt. Za swoje osiągnięcia nagradzany na całym świecie, m.in. w Londynie, Berlinie, Rio de Janeiro, Warszawie, Brukseli i Strasburgu. Ukończył następujące kierunki studiów na Uniwersytecie Łódzkim: stosunki międzynarodowe: nauki polityczne, zarządzanie oraz filologię angielską, osiągając przy tym ogólnokrajowe sukcesy naukowe (m.in. Studencki Nobel). W 2021 roku obronił na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie rozprawę doktorską pt. "Model polityka popularnego w komunikacji politycznej w państwach anglosaskich". Jego ostatnia książka pt. „Jak politycy nami manipulują. Zakazane techniki” (Wydawnictwo Sorus, Poznań 2013) z powodu dużej popularności doczekała się dodruku już w kilka miesięcy po wydaniu. Więcej na stronie oficjalnej: www.rogalinski.eu.

1 KOMENTARZ

  1. Genialny artysta to i genialny wywiad! Czytalam z ogromną przyjemnością, mialam zaszczyt poznać i spędzić pare chwil w towarzystwie Pana Mirosława, niezwykle skromy i absolutnie wyjątkowy malarz! Obrazy emanują energetycznie na podświadomość osób przebywających pobliżu, jestem szczęśliwa posiadaczką dwóch dzieł i uważam że wnoszą do mojego salonu cudownie magiczną aurę !

Skomentuj Giuliana Wrona Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj