Kulisy planowanego zamachu na margrabiego Aleksandra Wielopolskiego

0
  1.  

Geneza, przebieg i wieloaspektowe skutki Powstania Styczniowego (1863-1864), mają bogatą literaturę polską i obcojęzyczną. Obok kanonicznych monografii historycznych, a w tym najpełniejszej w opracowaniu prof. Stefana Kieniewicza[1], w bibliografii przedmiotu znajdziemy setki poważnych rozpraw naukowych, a także szkiców i artykułów dotyczących większości wydarzeń wojskowych (bitew, potyczek) oraz polityczno-dyplomatycznego tła tego największego polskiego zrywu w walce z caratem o niepodległą ojczyznę. Każda rocznica tego powstania dostarcza kolejnych tekstów nie tylko przyczynkarskich. I choć zdawać się może, że już nic nowego nie odkryjemy w historii i przebiegu powstania, że wszytko już zostało powiedziane na ten temat, to jednak o okolicznościach domniemanego zamachu na margrabiego Aleksandra Wielopolskiego na Rugii w sierpniu 1863r. wiemy bardzo mało, a do błahostek owego zdarzenia zaliczyć nie można. Autor dotarł przed laty do dokumentów[2], które potwierdzają, iż próba zamachu istotnie miała miejsce. Na policyjny raport w tej sprawie, mieszkający w Szczecinie praprawnuk margrabiego, prof. Alfred Wielopolski, trafił podczas pracy w Woj. Archiwum Państwowym (lata pięćdziesiąte), a zachowane kopie owych archiwaliów przekazał w latach 80-tych autorowi wraz z komentarzem, utrwalonym wtedy na taśmie magnetofonowej. Stanowiły one później zaczyn do projekcji tła i osnowy historycznej zdarzeń, które miały miejsce m.in. w Szczecinie i na Rugii w okresie Powstania Styczniowego, wykorzystanych w zbeletryzowanej formie w dwóch powieściach autora: w „Szpiegu” (Wyd. Glob 1991) i w „Desancie” (Wyd. Plewnia 2013), z których zaczerpnięto poniższe fragmenty.

 

Diabeł przeleciał nad Stettinem, splunął siarką, trzasnął kopytami i zaczął się pożar. Widziano go ze statków płynących przez Dammscher See, także z tych, które szły tamtej nocy przez Grossen Haft, a nawet i kotwiczących na Swine pod Lebbinem barek. Wysoka na siedemdziesiąt metrów wieża kościoła w Alt Damm płonęła caluśką noc z szesnastego na siedemnastego lipca.

 – Czemy tak jasno? – pytał pewien ważny pasażer pociągu relacji Thorn-Sttetin.

 Służący gotów był zakpić i powiedzieć: to na Pańską cześć margrabio, ale w porę ugryzł się w język. Aleksander Wielopolski, choć w niełasce u cara, nadal nic nie stracił ze swego dostojeństwa i budził postrach u służby. Jechali z Warszawy już kilkanaście godzin; przez pierwsze kilometry do Aleksandrowa nawet w asyście mecenasa Wincentego Majewskiego, brata Karola, członka Rządu Narodowego, który z takimi „honorami” odprawiał za granicę swego wroga, by zademonstrować, iż władza powstańcza nie szuka już pomsty na przegranym przeciwniku.

 – Więc, cóż tam? – ponowił pytanie urlopowany naczelnik cywilnego rządu, urlopowany z łaski Jego Wysokości namiestnika, carskiego brata, Wielkiego Księcia Kontstantego.

 – Coś się pali, panie margrabio – odpowiedział mężczyzna podając swemu panu szlafrok. – Właśnie dojeżdżamy do Stettina.

 Jechali wzdłuż rzeki, pociąg zwalniał biegu. Jakiś port, miasto, twierdza – tyle wiedział margrabia. Nieważne! Na jego drodze to ledwie przystanek. Za kilka godzin wsiądzie na statek i popłynie na wyspę Rügen. Książę zgodził się udzielić mu dwumiesięcznego urlopu na podratowanie zdrowia. Pozór nie pozór, przeszedł wszak lekki atak apoplektyczny po napadzie i ograbieniu Kasy głównej i jeszcze do dziś nie odzyskał władzy w prawej ręce. „Rügen to dostatecznie odległe miejsce od Warszawy, by zaznać nieco spokoju – myślał – a Zygmunt spisał się dobrze, załatwił w Berlinie co należało”. Na wyspę nie musiał więc jechać pod przybranym nazwiskiem. Władze pruskie zaleciły nawet landratowi Steinmanowi z Thorn opiekę nad margrabią w drodze do Stettina. Ten siedział naburmuszony w sąsiednim przedziale, zagniewany traktowaniem. „A kimże on jest?” – margrabia machnął ze zniecierpliwieniem ręką. Inaczej się obszedł z mecenasem Majewskim. Towarzystwo adwokata wydawało się wręcz konieczne, zwłaszcza po ogłoszeniu przez „Niepodległość” – ten szmatławy organ samozwańczego Rządu Narodowego – że miał zamiar wyjechać z Warszawy. „Słychać bardzo głośno – pisali już 14 lipca – o wyjeździe na pruską wyspę Rügen margrabiego, który zażądał, jak mówią, trzymiesięcznego urlopu. Ani na chwilę nie przypuszczamy – judzili – aby to był znak niełaski, sądzilibyśmy raczej, że wyjazd ten, skombinowany z projektowaną podobną przejażdżką ks. Konstantego, zaznaczyć może pozostawienie nas na gospodarstwie gen. Berga”.

Margrabia nie odrywał twarzy od szyby. Najświeższe wspomnienia nie były wcale lepsze od jeszcze wcześniejszych. Lekarz zabronił się denerwować. Musiałby wpierw umrzeć, żeby nie rozpamiętywać. Herr Steinman też wyszedł na korytarz. Spełnił swoje zadanie i za godzinę rozpocznie drogę powrotną do Thorn. Powiezie ze sobą przekonanie, że polski pan za nic ma pruskiego radcę. I dobrze! Na bezpieczny bilet do Stettina zasłużył wszak margrabia nie tym, że syn, Zygmunt, zabiegał w Berlinie o ochronę nad ojcem. Nie dlatego zebrani na dworcu w Warszawie odsłonili głowy, gdy pociąg ruszał. Na asystę mecenasa Majewskiego i te uchylone kapelusze zasłużył uwalniając Karola Majewskiego z więzienia, po tajnym wszakże porozumieniu z co bardziej umiarkowanymi panami. Ci zaś „odpłacili” mu wkrótce nie skrywaną aprobatą zamachu na skarb Królestwa, za którego bezpieczeństwo margrabia ręczył wszak osobiście, a nawet starł się w tej sprawie z Bergiem, który domagał się u Konstantego przeniesienia pieniędzy do lochów cytadeli. Tym samym biali skazali go na ten wyjazd. Uczestnicząc zaś w ceremonii pożegnania, zapewnili mu bezpieczne opuszczenie Warszawy, choć stało się to też za sprawą i przy udziale policji, żandarmerii i wojska rosyjskiego. „No tak, policja pruska w osobie pana landrata też nie zasypiała gruszek w popiele – skrzywił usta w ironicznym uśmiechu. – Pilnowałeś pan dobrze, panie landrat, wracaj z Bogiem. Nie? Aż do statku? Jasne, Ordnung muss sein!”

Śrubowy parowiec „Victor”, najnowszy nabytek spółki armatorskiej „Kocherg i syn”, miał przyjąć na pokład mniej niż zwykle pasażerów. Otto Kocherg nie pytał urzędnika o szczegóły. Ważne, że zlecenie rządu w Berlinie na przewóz dość szczególnych podróżnych do Potbus na Rügen opłacono wystarczająco dobrze.

 – Tak więc, kapitanie Werner, zabierze pan mniej niż zwykle osób, ale proszę zważać na to – instruował szef firmy – że tę obok kabiny margrabiego, sąsiednią, zajmie pan Winetzki. To urzędnik Królewskiej Drużyny Ochronnej z Berlina. No, policjant, rozumie pan?

 – A ten margrabia, panie prezesie?

 – Z Polski, z Warszawy. Wielopolski się nazywa. Gość jest pod opieką naszego rządu, więc to ważna postać.

Wiadomości o przyjeździe do Stettina Aleksandra Wielopolskiego – „tak, tego właśnie, co podpisał nakaz o brance, o przeprowadzeniu poboru wśród polskiej młodzieży, by ją odciągnąć od przygotowywanego w Warszawie powstania; tego zaprzańca i sługusa Moskwy” – stary Kocherg nie otrzymał od syna. Przyniósł ja podekscytowany Anzelm wprost z zajazdu. Parowiec „Victor” stał przy nabrzeżu, niedaleko „capa”, tak by goście spółki nie mieli dalekiej drogi na kochergowskie statki.

 – Gdzie on teraz? – Kocherg uniósł się na posłaniu.

 – Na statku twego syna, na „Victorze” – odparł Anzel.

 – Po co?

 – Ucieka z Polski, bo mu powstańcy tyłka przysmażyli.

 – Pomóż mi wstać – poprosił Kocherg.

 Anzelm podszedł do łóżka. Dotknął ręki starego. Poczuł gorąco.

 – Ty masz gorączkę. Każę po Pelza posłać.

 – Nadał by się kto młodszy.

 – Młodszych dotąd odganiałeś od łóżka.

 – Nie do łoża mi potrzebny. Pelz już pistoletu w dłoni nie utrzyma, a ciebie i tak na statek nie wpuszczą. Sam pójdę.

 – Rozum ci dzisiejszej nocy odebrało? Jaki pistolet? Dokąd to chcesz iść?

 – Ukatrupić złego ducha rodem z Polski. Matka we śnie znak mi dała. Wypominała, że nic dotąd dla Polski nie zrobiłem.

 – Toż on jak ochwacona szkapa. W niczym już powstaniu przeszkodzić nie może. Ucieka przecież, nie? Car go w tyłek kopnął i tyle.

 – Czytałeś mi odezwę powstańczego rządu, że każdy, kto uważa się za Polaka, napotkawszy margrabiego, ma prawo go zabić bez sądu, tak?

W pijalni wód marienbadzkich kuracjusze przyzwyczaili się do ponuraka z Polski. Do dumnego wielmoży, który nikogo nie zagadnął, nie uśmiechnął się i czasem tylko ledwie odpowiadał na ukłon.

 – Otóż margrabia słabo widzi, moja pani, z rozstroju nerwowego nachodzą go zaćmy i dlatego czasem nie zauważa ludzi, absolutnie z tego wyłącznie powodu – zapewniała sąsiadki przez czas jakiś Helga Gottschick. Ostatecznie polski pan dobrze zapłacił za wynajęcie połowy domu w Potbus i mógł się nie uśmiechać, mógł milczeć i w ogóle niech go diabli porwą. Marudny to gość, dokuczliwy. Przez sekretarza przekazywał życzenia. Ostatnio dla szanownej małżonki kazał urządzić obok jej pokoju kapliczkę i na dodatek sprowadził aż z polski księdza. „W moim luterańskim domu rzymskokatolicki ksiądz odprawia nabożeństwa, tfu!” oburzała się pani Helga, gdy nikt jej nie słyszał. Na co dzień jednak nadskakiwała margrabiostwu, dogadzała starszej pani, hołubiła przystojnego sekretarza, tylko na polskiego księdza patrzyła krzywo.

 „Sezon w tym roku bardzo udany, oj!” – cieszyli się kuracjusze. Pogoda dopisywała, więc nadmorską promenadę nieustannie zapełniali spacerujący. Ludzie tłoczyli się w cukierniach, a i przewoźnicy nie narzekali, bo kuracjusze życzyli sobie przejażdżek po morzu. Niemal wszyscy. Niemal, bo polski margrabia na łódź dotąd nie wsiadł. Kiedy szedł na spacer z żoną, pół kroku za nim dreptał sekretarz Podkański, a za młodzianem, szast-prast, maszerował tajny policjant. Nie odstępował margrabiego, pilnował go niczym skarb.

Po wieczornej herbacie margrabia Wielopolski zażyczył sobie zostać sam.

 – Jak zajdzie potrzeba, zawołam – mruknął w stronę Podkańskiego. Nie bawił się w ceregiele. Każdy powinien znać swoje miejsce na tym bożym świecie. Któż mówi, że ten świat sprawiedliwy?

Z uwagą przeglądał się prawej dłoni, Zżółkła, schudła, spod pergaminowej skóry wyzierały ostre krawędzie kości. Usychała, wyraźnie usychała. Coraz trudniej przychodziło mu trzymać w niej pióro, ręka drżała nieco, stawała się nieposłuszna. Na biurku leżał właśnie list adresowany do Zygmunta. Przeczytał raz jeszcze rano skreślone słowa: „Kończę wody marienbadzkie; po kilku dniach pauzy zacznę kąpiele zimne w morzu… Koło 10 września je skończę. Wtedy mam zamiar udać się do Berlina i stamtąd (jeżeli nie stąd jeszcze) żądać przedłużenia urlopu na 3 miesiące. O bezpośrednim powrocie ze względu zdrowia i okoliczności nie może być mowy: o zupełnym ustąpieniu także nie myślę, chyba gdyby je wyżej przedkładano nad prolongację. Gdybyś tego uważał potrzebę, może przed uczynieniem pomienionego kroku zjechalibyśmy się w Berlinie…” Odłożył z niesmakiem pobazgraną kartkę. Powinien był podyktować tekst sekretarzowi. Toż i charakter pisma świadczył o drążącej go chorobie, w pokonaniu której ma pomóc pławienie się w zimnym morzu.

Podkański chrząknął u drzwi, znać dawał, że czuwa i gotów wejść na każde zawołanie. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły szepty modlitwy żony. Zrobiło się dość późno. Podszedł do okna, otworzył je na oścież. Od morza ciągnął zapach ryb i nagrzanej za dnia wody.

W ogrodzie przy płocie ktoś stał. Poruszył się. Uniosła się dłoń. Światło księżyca padło na oksydowany medal. Lufa znieruchomiała. Mężczyzna z rewolwerem zmrużył oko, celował. „Jesteś już trup, panie margrabio, już nie żyjesz. Wystarczy, że nacisnę spust. Jeśli trafię w okno, to i w ciebie. Nim upadniesz, po raz drugi wystrzelę, i trzeci raz podziurawię ci łeb. Ale jeszcze nie teraz – powtarzał mężczyzna. – Musisz wiedzieć, za co i dlaczego umierasz z mojej ręki, więc wpierw dowiesz się, czyja to ręka porywa się na carskiego sługę”.

Wielopolski odszedł od okna w głąb pokoju. Postać przy płocie, niczym posąg z wyciągniętą przed siebie dłonią, nadal trwała na posterunku.

 – Wystarczy. Sądzę, że potrafisz to zrobić – szepnął siedzący nieopodal na kamieniu towarzysz celującego.

 – Właśnie chodzi o to, żebym nie zawiódł w najważniejszym momencie. W myślach z tysiąc razy wykonywałem na nim wyrok. Wierzysz, że potrafię to zrobić?

 – Nie mam już wątpliwości, ale czy musisz? To stary, przegrany człowiek.

 – Niby Polak, a zdradził swoich. Carowi służy…

 – Chodźmy! Jeszcze dzień, dwa, i policjanci zaczną zwracać na nas uwagę. Postanowiłem, że pojutrze wyjeżdżam. Przez Sttetin do Poznania. I dalej lasami.

 – Pojadę z tobą. Jednak przedtem muszę wykonać wyrok. Taki otrzymałem rozkaz.

 – Od kogo?

 – Dowiesz się w stosownym czasie.

Zatrzymali się u Koreffów na parę dni. Konrad zapłacił z góry. Miał sporo pieniędzy. Otrzymał je od organizacji. Na wypełnienie zadania. Kazano mu bowiem odnaleźć Wielopolskiego i wykonać na nim wyrok wydany przez Komitet Centralny Narodowy tuż po ogłoszeniu branki. „Nie udało się w sierpniu ubiegłego roku Józkowi Rzońcy, to mnie się musi udać – przekonywał nieustannie Kamila. – Zrobimy to więc w rocznicę tamtego nieudanego zamachu – 15 sierpnia, rozumiesz? Józek miał wielką odwagę, rzucił się na margrabiego ze sztyletem w dłoni, Wielopolski zasłonił się ręką… Wtedy się uratował, ale ja mam rewolwer i niech się zasłania czym chce”.

  •  

Potbus, 24.08.1863

Królewskiemu wysokiemu Prezydium Naczelnemu melduję najposłuszniej, że także dotąd nie zaszło nic, co zagrażałoby osobie pana margrabiego Wielopolskiego. Pojedyncze mieszkające tutaj polskie rodziny to kuracjusze i nie mogę tychże w żaden sposób podejrzewać. W przeszłym tygodniu, przed piętnastym, ukazała się tu wiele razy pewna osoba, która polskiemu narodowi przynależy i przez wygląd swój zewnętrzny do tego mnie skłoniła, żem ją o cel tutaj bytności i o jakieś papiery legitymacyjne spytał. Te ostatnie oznaczały inspektora gospodarczego nazwiskiem Gregor Karpiński i od jakiegoś czasu bez zajęcia. Jego papiery, choć nie całkiem dostateczne, były jednakoż do podróży w kraju przy odpowiednich środkach wystarczające; wiózł o przy sobie circa 30 talarów Rzeszy, i w ogóle już drugiego dnia chciał Rügen opuścić. Karpiński, gdy ujrzał się naprzeciw urzędnika policji, nie wpadł w najmniejsze zakłopotanie, lecz potrafił bardzo zręcznie ukryć je prze śmiałe i pewne odpowiadanie w łamanej niemczyźnie. Kiedym już wobec Karpińskiego żadnej nieufności nie miał, to nie miałem powodu bezpośrednio go podejrzewać i puściłem go. Po minięciu około trzech dni, podczas którego to czasu dwa dni nieustannie towarzyszyłem JW. Margrabiemu na wycieczce do Stubbenkammern, Karpiński pokazał się znowu – nie ma on, jak sądzę, tu w Potbus stałej stancji – natychmiast dałem mu znak, żeby zbliżył się do mnie, on jednak nie przyszedł lecz tym razem rzucił się do ucieczki i zniknął w nieodległym lesie. Przez to zachowanie wymieniony uczynił się silnie podejrzanym, co mnie też potem skłoniło do wszczęcia poszukiwań celem jego schwytania, które tymczasem pozostały bez skutku. Samego margrabiego przestrzegłem przed K. informując o rysopisie tegoż, a on podzielił się ze mną niniejszym, że K. może mieć związek z listownym doniesieniem, które doszło doń niedawno z Krakowa, iż 21 sierpnia ma być zastrzelony, i dlatego zażywać będzie największej ostrożności. Stosownie do tego na 21 sierpnia Jaśnie Pan landrat von Platen auf Bergen, któremu o tem natychmiast służbowo doniosłem, przedsięwziąć kazał odpowiednie środki ku bezpieczeństwu Jaśnie Wielmożnego margrabiego, względnie ujęcie Karpińskiego. Dzień ten jednak przeszedł bez niczego nowego dla margrabiego i więcej jeszcze: dla tegoż bardziej strachliwej pani małżonki był też dzień bardzo ciężki. Poszukiwanie K. ciągnie się dalej i ja sam na wypadki te, zgodnie z funkcją moją tutaj tym bardziej najpełniejszą zwrócę uwagę, że dla K., jeśli zlecono mu może jakąś misję na Rügen, lesisty i mocno pofałdowany teren wokół Potbus dałby okazję najpewniejszą.

Margrabia, który bierze jeszcze chwilowo zimne kąpiele, pozostanie tu, jak się dowiedziałem, zapewne kilka dni po pierwszym następnego miesiąca. Dokąd margrabia przedsięweźmie swą podróż powrotną, czy do Berlina albo do swojej ojczyzny, nie mogę się jeszcze do dziś nic dowiedzieć.

Winetzki

Urzędnik Królewskiej Drużyny Ochronnej w Berlinie.

Kropka i koniec – Winetzki otarł pot z czoła. Tym razem mu się udało, margrabia żyw chodził, ale po Karpińskim ślad zaginął. Przepadł niczym kamień w wodę. Dziwne mu się wydawało, że margrabia na ten temat nie chciał rozmawiać, a przecież z tym Karpińskim się szarpał albo też z przejęciem sprzeczali się o coś. Winetzki odniósł takie wrażenie, patrząc na całe zajście z daleka. Przypuszczał, iż margrabia natrafił na znajomka, albo że to ktoś z tutejszych składa mu uszanowanie. Tak… Wystarczyło, by na parę minut się oddalił (ostatecznie i policjanci co jakiś czas mogą odejść na stronę za swoją potrzebą), a już nad Wielopolskim zawisło niebezpieczeństwo. Kiedy jednak za pierwszym razem podszedł do nich, margrabia słowem nie poparł domysłu, że tenże Karpiński nastawał na niego. Aż parę dni później na widok podejrzanego krzyknął ze strachu, czym zwrócił oczywiście uwagę, i po ucieczce owego Karpińskiego wyznał, że to zamachowiec. Tajemnicza sprawa, za trudna jak na policyjnego urzędnika, który ma pilnować, a nie jest od prowadzenia śledztwa. Udało się, upilnował, niedoszły zabójca nawiał, raport napisany i basta! Jeszcze parę dni i margrabia wyjedzie. Wtedy Winetzki odetchnie. Pójdzie do porządnej restauracji w Berlinie i posiedzi w różowym gabinecie, zamiast nasłuchiwać pobożnych modłów polskiego klechy. Jeszcze parę dni…

  •  

Praprawnuk margrabiego, prof. Alfred Wielopolski, mieszka na Pogodnie. Niewielki dom emerytowanego naukowca, historyka, humanisty. W saloniku kilka starych portretów. Siedzę na wprost obrazu Malczewskiego. Jeszcze nie wiem kogo on przedstawia. Później zapytam. Jest kawa, są ciastka, jest i początkowa nieufność starszego pana.

„Sprawa była niewyraźna – komentuje profesor pytany o domniemany zamach na margrabiego – ale wyglądało, że ten zamachowiec miał zamiar godzić na życie pradziada. Albo też był to wybieg policji pruskiej, by ułatwić sobie śledzenie niebezpiecznego dla porządku publicznego człowieka. Być może… To jeszcze jeden przyczynek do tego, jak dziwnie się rzeczy układają. Ciekawi mnie, co też myślał on przejeżdżając przez Szczecin i gdy się w nim zatrzymał na kilka godzin przed wejściem na pokład statku? Gdyby nawet był jasnowidzem, czy mógł przewidzieć nasz desant, że w niespełna sto lat później miasto będzie polskie? Czy mógł przewidzieć, że będzie tu mieszkał jego prawnuk i nie tylko jeden, bo jest i drugi, Antoni Wielopolski. I nasze dzieci, i synowie brata ciotecznego. (…).

Wciągnęły mnie te sprawy i trzymały w Szczecinie. No i dom, dzieci chodzące tutaj do szkoły, i powiazania towarzyskie związane z warsztatem pracy jeszcze na Akademii Handlowej. Wkrótce, więc, było to moje miasto. Proponowano mi powrót do Gdańska, miejsce na Uniwersytecie Toruńskim, ale wtedy wytworzyły się już zbyt silne powiazania z miejscowym środowiskiem. Zbyt wiele było argumentów, by zostać na miejscu, u siebie. Nie żałuję, ze tak postąpiłem. Choć ten okres był dla mnie nawet momentami burzliwy, ale… (…)

Od ostatniej rozmowy z profesorem minęły trzy tygodnie. Zdążyłem uporządkować notatki, spisać nagrania z wcześniejszych rozmów i dowiedzieć się czegoś o owym burzliwym okresie w życiu profesora.

Znów cień margrabiego Aleksandra zahaczył o Szczecin. Tym razem donosu nie pisał pruski szpicel. Ktoś inny na początku 1950 roku zauważył, że władze Akademii Handlowej nie wykazują należytej czujności klasowej. Potomka hrabiowskiej rodziny wywalono z uczelni. W ten sposób pozbyto się niepewnego człowieka, by na jego miejsce przyjąć kogoś z właściwszym rodowodem. A profesor od momentu ujawnienia choroby zaczął rozsiewać niebezpieczne dla ustroju zarazki, wszyscy odsuwali się od niego na bezpieczną odległość. Wiadomo zadżumiony. Tak, to ciekawy wątek do rozmowy.

 – Wielu wtedy wyrzucano. Cóż znaczy taki epizod w procesie historii? Dziś myślę o tym, jak o zabawnej scenie. Nie wierzy pan? Jasne, że wtedy czułem się jak zbity pies. W domu czworo dzieci, a ja bez pracy. Musiałem jakoś zarabiać na życie. Ale jak? Miałem przyjaciela w Polskiej Akademii Nauk. Zadzwoniłem. Przyrzekł pomóc i pomógł tak, jak to było możliwe na owe czasy. Otrzymałem pocztą grubaśne tomisko do tłumaczenia z rosyjskiego. Genialne dzieło, genialnego ichniego filozofa… Jakoś mi nie szło. Znałem język, a nie rozumiałem. Siedziałem tutaj, w tym pokoju, przy tym, co dzisiaj biurku, gryzłem ołówek i zastanawiałem się co z tym zrobić. Dzieło leżało na biurku, a ja nie wiedziałem od czego zacząć. Ogarniała mnie irytacja. A może jest to ponad moje rozumienie świata? Gdy rozstrzygałem te ważne, podstawowe kwestie, otwierają się drzwi i do pokoju wpada gromada moich i sąsiadów dzieci. Spod ich nóg wyskakuje szkaradny, sparszywiały kundel. Zanim zdążyłem wybuchnąć gniewem, kundel skoczył mi na kolana, a z kolan na biurko. I wie pan, co on zrobił?

 – ?

 – Nasikał na to genialne dzieło, genialnego filozofa. A ja… Wie pan, co ja wtedy zrobiłem?

 – Udusił go pan.

 – Ucałowałem go w ten zaśliniony pysk. Jak ja go wtedy kochałem! Dzieło przetłumaczyłem w trzy doby. Widzi więc pan, że był to sympatyczny epizod, który nie zmienia mojego stanowiska co do słuszności związania się ze Szczecinem. Takich epizodów

w różnych miastach było więcej, ale przecież nie z nich składa się historia. No, a praca w archiwum procentowała dostępem do wielu interesujących mnie dokumentów z historii gospodarczej tych terenów, i nie tylko… Trafiłem również na akta z raportem policyjnym o próbie zamachu na mego pradziada na Rugii, o czym nie wiedziałem; w rodzinie nikt o tym nie wspominał. Margrabia był zatem w Szczecinie co najmniej raz – latem 1863 roku, gdy Powstanie Styczniowe jeszcze trwało”[3].


[1] St. Kieniewicz, Powstanie styczniowe, PWN Warszawa 1972.

[2] Woj. Archiwum Państwowe w Szczecinie. Akta: „Naczelny Prezydent Prowincji Pomorskiej”, nr 56, str.21-39.

[3] Z. Kosiorowski, Jak woda, która szuka swej formy, reportaż radiowy, emisja w pr. IV Polskiego Radia, Warszawa, 28.07.84 r.

Poprzedni artykułGeneza i obrona ludności polskiej przez utworzoną samoobronę w Przebrażu przed ukraińskimi nacjonalistami
Następny artykułŚwiat malarstwa, grafiki i rzeźby Teresy Chomik-Kazarian i Oganesa Kazariana
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj