Krzysztof Czajka: Polska musi szukać porozumienia ze swoimi sąsiadami

0

 – Europa przeżyła w ciągu ostatnich 100 lat dwie straszliwe wojny, które toczyły się również na terytorium naszego kraju. Z tych doświadczeń powstał projekt Zjednoczonej Europy, w której, zamiast walki i wzajemnego zabijania się, przyjęto zasadę rozmowy i współpracy – mówi redaktor Krzysztof Czajka w wywiadzie przeprowadzonym przez prof. Karola Czejarka.

Karol Czejarek: – Panie Redaktorze, dziękuję, że zgodził się Pan na rozmowę ze mną! Nie chcąc niczemu uchybić i nie popełnić jakiegokolwiek błędu, chcę ukazać P.T. Czytelnikom Przeglądu Dziennikarskiego Pański dorobek i poglądy. Proszę przedstawić stację telewizyjną, w której Pan od lat w Berlinie pracuje i jaką Pan w niej pełni funkcję? Od roku 2017 jestem pod wrażeniem Pańskiego znakomitego tekstu pt. „Hände hoch, czyli Polak w Niemczech”, który znajduje się w II cz. publikacji – wydanej przez Akademię Humanistyczną im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku – pt. „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie”.

Krzysztof Czajka: – Bardzo dziękuję za zaproszenie do wspomnianej publikacji, jak i teraz do rozmowy, drogi Karolu. Do końca 2018 roku pracowałem dla „rundfunk berlin-brandenburg”, czyli rbb (uwaga! Nazwa pisana z małej litery, taka jest u nich moda). Jest to landowa stacja tv, finansowana głównie z opłat abonamentowych, która wchodzi w skład sieci publicznych rozgłośni ARD. Skomplikowana struktura, więc nie będę jej omawiał, kogo to interesuje, znajdzie dużo informacji w Internecie. Ale nie była to jedyna stacja tv, dla której pracowałem. W czasie mojego ponad 30 letniego pobytu w RFN i Berlinie Zachodnim pracowałem dla prawie wszystkich stacji tv, publicznych i prywatnych. A obecnie jestem na emeryturze.

– Dziękuję Panu Redaktorowi za zwrot „drogi Karolu”, przyjmuję go z wdzięcznością, bo będziemy mogli przeprowadzić tę rozmowę, stosując formę „przez Ty”, która jest dla mnie zaszczytem. Tym bardziej, iż jesteś dla mnie kimś, kto przez lata pracy w Berlinie (i nie tylko w Berlinie) poznał Niemców „od środka” i może powiedzieć od siebie, jakimi oni dziś są naprawdę; czy można im zaufać, budując pozycję Polski (tę gospodarczą i wszelką inną) razem z nimi w integrującej się – w ramach Unii – Europie?

– Zadałeś drogi Karolu pytanie, które wymagałoby wielowątkowej konferencji naukowej, żeby w miarę wyczerpująco na nie odpowiedzieć. Ja osobiście mam do nich zaufanie, bo obracam się w środowisku ludzi, którzy wiedzą, co to znaczy totalitaryzm, czym był nazizm, jakich zbrodni dokonali ich przodkowie etc. Nie ma we współczesnych Niemczech liczącej się siły politycznej, która by to negowała. Ale oni mają swoje interesy gospodarcze, jak i my mamy nasze interesy gospodarcze, i trzeba mieć bardzo mądrych, znających obce języki ludzi (w dzisiejszej Europie znajomość niemieckiego to za mało), którzy potrafią bronić polskiego interesu, widząc przy tym więcej, niż tylko czubek własnego polskiego nosa. Zjednoczona Europa to więcej niż tylko Polska i tylko Niemcy.

– Wiem, szanowny Krzysztofie, że zadałem Ci trudne pytanie, bowiem wciąż są bardzo podzielone opinie Polaków na ten temat. Dlaczego? Zawsze mówię Niemcom (także tym, którzy szukają serdecznego kontaktu z Polakami, a wśród takich się obracam (choćby we współpracy ze Stowarzyszeniem „ost-west-forum Gut Goedelitz” (Gödelitz), że nie ma w Polsce rodziny, która by nie ucierpiała od Niemców w latach 1939-1945). Ale mimo to – zgadzam się z Tobą, że generalnie możemy mieć do nich zaufanie. Nie spotkałem Niemca, który nie ceniłby obecnego kontaktu we współpracy polsko-niemieckiej czy nie doceniał jej znaczenia! Zatem wdzięczny Ci jestem za Twoją odpowiedź i obiema rękoma podpisuję się pod nią. Lansowanie tej tezy, że „trzeba mieć zaufanie” , jest m.in. celem mojej rozmowy z Tobą, jako z Kimś, kto pracował w Niemczech ponad 30 lat i poznał dzięki temu wiele „tajemnic” dotyczących ich sposobu myślenia, charakteru i determinacji w walce o wydostanie się z przeklętego kręgu winy za wydarzenia, które miały miejsce w latach nazizmu w Niemczech. W tym kontekście poproszę Cię jeszcze o przypomnienie Czytelnikom PD, jak to było, że podjąłeś pracę dziennikarską w Berlinie, w jakim celu i z jakim wewnętrznym postanowieniem postanowiłeś pozostać tam tak długo?

– O tak, Karolu, właśnie dlatego, że nie ma w Polsce rodziny, która by nie ucierpiała od Niemców (od Rosjan, nawiasem mówiąc również), przez pierwsze dwa lata pobytu w Berlinie Zachodnim wszędzie widziałem nazistów, szczególnie, gdy byli to mundurowi. I nie miało to znaczenia, czy był to Niemiec wschodni, czy zachodni, „alle waren sie schuldig”.

Ale nie można mieszkać i pracować w kraju, którego obywateli uważa się za zbrodniarzy. Trzeba podjąć z nimi jakąś rozmowę, jeśli się uda – nawet dialog. Żeby podjąć tę rozmowę, trzeba poznać język. Kiedy przyjechałem do Berlina Zachodniego, zupełnym przypadkiem 12.12.1981 roku, znałem perfekt angielski i hiszpański, rosyjski całkiem nieźle, następnym obcym językiem na mojej liście był francuski; niemiecki w ogóle nie był brany pod uwagę. W moim pokoleniu język ten nie był modny. Beatelsi śpiewali przecież po angielsku.

– Czy nie było Ci wtedy trudno się z nimi porozumieć? Znam wielu Niemców, którzy po angielsku mówią, ale słabo, podobnie w j. francuskim. W dodatku używają języków obcych, myśląc dalej po niemiecku i wyrażając niemieckie interesy w danej sprawie. Jak poradziłeś sobie z tym problemem, a zauważywszy go – na pewno musiałeś zacząć wgłębiać się w tajniki języka niemieckiego, aby być dobrze zrozumianym, zwłaszcza w budowaniu powojennego „mostu” porozumienia między Niemcami a Polakami. Czy mam rację?

– Myślałem rzeczywiście po polsku, mówiłem po angielsku i usiłowałem to wszystko wyrazić po niemiecku. Kompletny galimatias. Dostałem stypendium z Instytutu Goethego; na początku dwa miesiące, 5 razy w tygodniu po 5 godzin. I ćwiczenia w domu. Nauczycielki (nawiasem mówiąc niektóre z nich miały tureckie korzenie) zwracały mi uwagę, że niemiecki to nie angielski, więc wieczorami kułem gramatykę. Z biegiem czasu byłem w niej lepszy niż moi niemieccy przyjaciele. Po dwóch miesiącach dostałem kolejne stypendium, bo – świadomy swoich błędów – chciałem koniecznie dalej się uczyć. A potem wygrałem ogólnokrajowy konkurs na opowiadanie po niemiecku, ogłoszony przez centralę Instytutu w Monachium. Główną nagrodą był aparat fotograficzny, ale ja poprosiłem o następny kurs. Długo się nad tym zastanawiali, bo taki kurs to wartość mniej więcej 10 aparatów, ale się zgodzili. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

– No dobrze, nauczyłeś się już języka i co dalej? Przestałeś widzieć w Niemcach zbrodniarzy?

– Nie, ten temat pojawiał się ciągle w rozmowach. Kiedyś kręciłem film dokumentalny na zlecenie kolońskiej publicznej stacji tv Westdeutscher Rundfunk (WDR) w miasteczku Waldbröl położonym ok. 100 km na wschód od Kolonii. Stał tam szary, dla mnie ponury budynek, zbudowany w czasach III Rzeszy. Powiedziano mi, że jest to były „KdF-Hotel”, czyli hotel nazistowskiej instytucji organizującej wypoczynek dla mas pracujących „Kraft durch Freude”, takie nazistowskie FWP. Hotel ten, jak i parę innych budowli, które nie przetrwały wojny, miasteczko zawdzięczało swojemu „dobroczyńcy” Robertowi Ley, wysokiemu dygnitarzowi NSDAP, który z tych terenów pochodził. To było nazwisko znane każdemu, kto interesował się historią III Rzeszy. Więc zacząłem pytać (po niemiecku!), jak to było z nim w tym Waldbröl, może ktoś go znał? Ale młodzież, z którą miałem do czynienia, nie wiedziała na ten temat nic, albo bardzo niewiele. A co ich rodzice i dziadkowie robili w tamtych czasach, to był temat wstydliwie skrywany.

– I co w tej sytuacji zrobiłeś?

– Pomyślałem, że trzeba byłoby ich zawieźć do jakiegoś byłego obozu koncentracyjnego, towarzysząc im oczywiście z kamerą. Po dwóch latach udało mi się zrealizować ten projekt, powstał film „Nicht irgendeine Reise”: młodzi Niemcy jadą do Polski, odwiedzają Muzeum w Majdanku i są zdruzgotani; młodzi Polacy przyjmują ich uprzejmie i opowiadają im swoje historie rodzinne z wojną w tle, potem ci Polacy jadą do Waldbröl, mieszkają tam tydzień i nie dowiadują się niczego o historii rodzin ich gospodarzy. Przeszłość narodowosocjalistyczna – to do dzisiaj trudny temat w wielu niemieckich rodzinach.

– Krzysztofie, wiem coś na ten temat, wiesz przecież o tym, że moja matka była Niemką, ja sam urodziłem się w Berlinie; ale pomogła mojemu Ojcu – świętej pamięci, wychować nas na Polaków. W roku 1948 przyjechała wraz z nim do Polski i mimo, że po jakimś czasie wróciła do Niemiec, zaakceptowała mój świadomy wybór pozostania w Polsce. A mówię o tym dlatego, iż nigdy, ani jej, ani kogoś z jej „niemieckiej” rodziny nie udało mi się namówić do rozmowy o tym, dlaczego to, co zrobili – zrobili? To był rzeczywiście temat tabu, w związku z tym zapytam Cię, jak sam „przeskoczyłeś” ten etap naszego dążenia do powojennej normalności z Niemcami.

– Z perspektywy czasu widzę, że w czasach zimnej wojny wszyscy w Europie zatruci byliśmy atmosferą wzajemnych rozliczeń i pretensji. Dopiero po wydarzeniach 1989 roku, po rozbiciu muru między Wschodem a Zachodem, zaczęła się jakaś nowa rozmowa z sąsiadami, próba dialogu bez wzajemnych pretensji. Polsko-niemieckie „rozliczenia” nigdy mnie specjalnie nie interesowały, ten temat był przecież wałkowany w socjalistycznej Polsce na wszelkie możliwe sposoby, dla mnie aż do znudzenia. Ale skoro już całkiem przypadkiem znalazłem się w grudniu 1981 roku w Niemczech Zachodnich, czyli w „enerefie”, to chciałem się dowiedzieć, jacy są ci „straszni” Niemcy na co dzień, gdzie są ci rewanżyści, którzy w propagandzie Peerelu mieli dążyć do wojny, żeby odebrać nam – Polakom – prastare piastowskie terytoria nad Odrą i Nysą. Miałem szczęście, bo przebywałem w środowisku młodych ludzi, artystów, dziennikarzy, studentów, drobnych rzemieślników – ci mili kontaktowi ludzie sami byli krytycznie nastawieni do przeszłości swojego kraju i swoich rodziców, jak również do rzeczywistości społecznej i politycznej ówczesnych Niemiec. W latach 80. i 90. nakręciłem wiele filmów dokumentalnych dla niemieckiej telewizji, i tylko „Nicht irgendeine Reise” dotyczyła polsko-niemieckich rozliczeń.

– Znam Krzysztofie Twój dorobek twórczy, filmy, które zrobiłeś – jestem od dawna pod ich wrażeniem (stąd nasza rozmowa), ale powiedz jak to było, że podjąłeś pracę dziennikarską w Berlinie, w jakim celu i z jakim wewnętrznym przekonaniem postanowiłeś pozostać tam tak długo?

– No wiesz, 12 grudnia 1981 roku przyjechałem na zaproszenie przyjaciela do Berlina Zachodniego, bo mieliśmy pracować nad jakimiś wspólnymi projektami filmowymi. On studiował jeszcze na berlińskiej Akademii Filmowej DFFB, ja byłem po debiucie fabularnym dla TVP, a w kraju był generalnie kryzys. Więc skorzystałem z oferty. Następnego dnia pan generał Jaruzelski był łaskaw wprowadzić w całe Polce stan wojenny. Pomyślałem sobie: wracać do kraju, w którym rząd ogłasza wojnę przeciwko swojemu narodowi, to nie dla mnie, lepiej zrobić coś bardziej kreatywnego. I zostałem w Berlinie. Nauczyłem się języka, zrobiłem trzy filmy, sprowadziłem po roku starań żonę i syna, ale ona źle się czuła w środowisku niemieckim. Nie cierpiała ich „szwargotania”, nie znosiła miasta, w którym wszędzie widziała „szkopów”, denerwowali ją brodaci rewolucjoniści i tureckie sąsiadki w chustach szczelnie zakrywających włosy. Z miłości do niej wróciłem 22 grudnia 1983 r. do Warszawy. Ale zostawiłem w Berlinie parę projektów filmowych, z których jeden wypalił, godzinny dokument, zdjęcia w Niemczech, Bułgarii, Turcji, potem montaż, siedem miesięcy pracy… I tak zaczęły się moje podróże między Polską a Niemcami, za każdym razem w celu realizacji jakiegoś projektu filmowego. Państwo polskie to popierało, bo każdy taki projekt przynosił Ministerstwu Kultury i Sztuki (czy później Poltelowi) 20% moich honorariów. Był to rodzaj haraczu, który musiałem płacić za prawo pracy twórczej za granicą. Z biegiem czasu dłużej przebywałem w Berlinie, ale z Warszawy nigdy się na dobre nie wyprowadziłem.

– Krzysztofie, jestem Ci wdzięczny za te szczere wyznania! Aby nie zanudzać Czytelników PD naszymi sprawami (które de facto, są też „ichnimi”), zapytam Cię na zakończenie, wracając do początku naszej rozmowy; bo musimy ją jakoś podsumować: umacniamy obaj – świadomi odpowiedzialności za słowa – most polsko-niemieckiej współpracy. Powiedz dlaczego?

– Ludzie i całe społeczeństwa niestety chętnie walczą ze sobą i równie chętnie się wzajemnie mordują. Taki wniosek można wyciągnąć z historii nie tylko naszego kontynentu. Europa przeżyła w ciągu ostatnich 100 lat dwie straszliwe wojny, które toczyły się również na terytorium naszego kraju. Z tych doświadczeń powstał projekt Zjednoczonej Europy, w której – zamiast walki i wzajemnego zabijania się – przyjęto zasadę rozmowy i współpracy. Trzeba rozmawiać, szczególnie z bezpośrednimi sąsiadami, trzeba szukać porozumienia z nimi, to jedyne wyjście. Lepiej budować mosty, niż je burzyć. Bo niszczenie mostów Europa już nieraz przeżyła i skutki tego odczuwamy do dzisiaj.

– Krzysztofie szanowny, przez to podsumowanie naszej rozmowy – stałeś mi się jeszcze bliższym, niż do tej pory. Nic dodać, nic ująć! Dziękuję Ci za poświęcony czas.

Rozmawiał: prof. Karol Czejarek

Poprzedni artykułBundesliga: Bayern Monachium zaskakuje!
Następny artykułMaciej Mazurkiewicz: „Idea, która nam przyświeca jest prosta” – Wywiad.
Karol Czejarek
Dr Karol Czejarek, prof. nadzw. - doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; germanista i niemcoznawca, tłumacz przysięgły i literacki j. niemieckiego. Emerytowany profesor nadzw. Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora; wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. B. sekretarz Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH w Pułtusku. Przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Autor m.in. monografii o Annie Seghers, książki „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”; także tłumacz 10 jego powieści i redaktor „Dzieł zebranych” opublikowanych przez Wydawnictwo Interart. Autor m.in. „Gramatyki niemieckiej dla ciebie” (wspólnie z J. Słocińską); spolszczenia (wspólnie z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins German Verb”; redaktor i inicjator publikacji (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim, A. Warakomską, K. Garczewskim i A. Schmidtem) „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (cz. I - Pułtusk 2014, cz. II Pułtusk 2017) oraz wydanej w 2011 r. (wspólnie z T. G. Pszczółkowskim) „Polska między Niemcami a Rosją”. Ponadto - autor wielu artykułów i recenzji. Członek Związku Literatów Polskich. Przed r. 1990 m.in. sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; od roku 1973 w Warszawie na stanowiskach m.in. dyr. Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Wydziału Kultury m. st. Warszawy, departamentów plastyki i książki w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here