Jak z Niemca stałem się Polakiem. Autobiografia Karola Czejarka, cz. 1

6

„CZERAJEK”
(jak często przekręca się moje nazwisko)

Do pisania tej autobiografii nakłonił mnie red. Rogaliński – „NACZELNY” Przeglądu Dziennikarskiego – inicjator i twórca pisma, w którym od kilku lat z przyjemnością pisuję. Po kilkakrotnym „ponagleniu”, wreszcie zgodziłem się. Przecież byłem świadkiem wielu wydarzeń i sam doświadczyłem licznych przeżyć. Opowieść swą rozpoczynam od momentu upadku III Rzeszy i odzyskania przez Polskę niepodległości po drugiej wojnie światowej.

Moja pamięć sięgająca tamtych najtrudniejszych powojennych lat – to przede wszystkim wielka tęsknota mojego śp. Ojca za powrotem do Ojczyzny (tak jak innych Polaków z tzw. „Polonii berlińskiej”). Dlatego po Jego śmierci (gdy byłem już po maturze) – kontynuowałem realizację Jego marzeń, aktywnie włączając się do rozwoju życia społeczno-kulturalnego na Ziemi Szczecińskiej, na której w 1948 roku osiedliliśmy się na stałe. Wróciliśmy do Polski takiej, jaka wtedy była. Czyli do PRL. Wówczas to nie miało większego znaczenia, jak się okazało – nie do końca! Wiele długich lat upłynęło, kiedy Polska po transformacji w roku 1989, zmieniając swój ustrój, powróciła do rodziny państw Świata Zachodniego, a jeszcze później została przyjęta do Unii Europejskiej!

Moja autobiografia będzie zatem przede wszystkim o tym, jak ja – urodzony W BERLINIE – z matki Niemki i z ojca – DUMNEGO ŚLĄZAKA „z Zabrza” – stałem się POLAKIEM!

Będzie o tym, jak na Pomorzu Zachodnim powstawały nowe polskie tradycje, a Szczecin i jego powiaty zaczęły się liczyć na mapie powojennego rozwoju polskiej kultury. Także Polska – jako kraj i państwo, mimo że „socjalistyczna” – znów liczyła się w kulturze i sztuce na świecie!

Oto kilka przykładów:

Prawdziwą „perłą” przez wiele lat w powojennym Szczecinie był m.in. Chór Akademicki Politechniki Szczecińskiej Jana Szyrockiego.

Uznaniem cieszyły się (i nadal cieszą) powstałe na Ziemi Szczecińskiej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ub. wieku ogólnopolskie i międzynarodowe festiwale: w Kamieniu Pomorskim (Muzyki Organowej), Współczesnego Malarstwa Polskiego w Szczecinie, Chórów w Międzyzdrojach, FAMA w Świnoujściu, Małych Form Teatralnych czy – niestety nieistniejący już dziś – Festiwal Krótkometrażowych Filmów Morskich oraz „Młodych talentów”.

Sukcesem była rozbudowa bazy do działalności kulturalnej w województwie: umocnienie działalności 2 profesjonalnych teatrów w Szczecinie, filharmonii, teatru lalek, muzeów – Pomorza Zachodniego oraz Morskiego; dziś istnieje także chętnie odwiedzane – Muzeum Historii miasta Szczecina.

Wtedy zorganizowano także bazę dla podstawowego i średniego szkolnictwa artystycznego, społecznych ognisk muzycznych, a nawet artystycznych pod egidą Towarzystwa Rozwoju Ognisk Artystycznych. Powstało Szczecińskie Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego. Rozbudowano sieć bibliotek publicznych z Książnicą Pomorską na czele, a przede wszystkim – odbudowano Zamek Książąt Pomorskich, który jest dziś jest wielkim, wielofunkcyjnym centrum kultury, z teatrem muzycznym (Operą), salami wystawowymi, salą widowiskową (Bogusława) i Wojewódzkim Domem Kultury. Nie wspominając o znajdujących się w Zamku lokalach gastronomicznych, Krypcie Książąt Pomorskich (którzy byli lennikami króla polskiego), Wieży widokowej, oraz odtworzonym podwórzem zamkowym, wykorzystywanym do organizacji różnego rodzaju imprez kulturalnych na świeżym powietrzu.

Sukcesem stało się też powstanie w Szczecińskiem silnego ośrodka – w znaczeniu ogólnopolskim – środowisk twórczych, pisarzy, artystów plastyków, muzyków itp.

Wspomnieć trzeba o organizowanych swego czasu w Szczecińskiem zjazdach Pisarzy Marynistów Ziem Zachodnich i Północnych, jak i liczne pomniejsze lokalne inicjatywy upowszechnienia kultury. Były one wynikiem stworzonych warunków do aktywnego uczestnictwa w kulturze młodzieży, studentów i szerokich kręgów mieszkańców województwa. (Co w aspekcie przybyłej na Ziemie Zachodnie ludności z różnych stron Polski, zwłaszcza „zza Buga” w ramach powojennego przesiedlania – MIAŁO PRZEOGROMNE ZNACZENIE, zwłaszcza integracyjne).

W Szczecińskiem swego czasu zainicjowano również tworzenie wielofunkcyjnych Gminnych Centrów Kultury (tzw. GOK-ów). Jeszcze dziś jestem dumny z powstania i działalności Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i towarzystw społeczno-kulturalnych w każdym powiecie! Także z Towarzystwa Przyjaciół Szczecina. A to wszystko, o czym tylko częściowo wspomniałem, powstawało (o czym koniecznie muszę przypomnieć) – Z NICZEGO! Na ruinach odzyskanego po wiekach Pomorza Zachodniego! A ponieważ miałem w tym osobisty udział, chcę w swej autobiografii dać świadectwo temu, jak to się URZECZYWISTNIAŁO.

Gdy w roku 1948 przyjechaliśmy z Berlina do Szczecina, leżały tu jeszcze ogromne sterty gruzów, pomału ruszał po zniszczeniach wojennych port i stocznia. Dzisiejszego śródmieścia praktycznie nie było! (Zresztą wtedy, na początku lat pięćdziesiątych wahały się jeszcze decyzje dotyczące granicy zachodniej pomiędzy Polską a NRD) . A „w mojej ukochanej kulturze” czynnych było zaledwie kilka kin i punktów wypożyczania książek! Wszystko należało zbudować od nowa!

Ojciec mój zmarł nagle w wieku zaledwie 40 lat w r. 1953r. Od tamtego czasu pracowałem dorywczo, chodząc jednocześnie do szkoły, chcąc pomóc matce w utrzymaniu rodziny. Było niewyobrażalnie ciężko, ale gdybym miał się urodzić jeszcze raz, chciałbym PRZEŻYĆ TO SAMO, bo to pozwala mi do dziś być dumnym, że JESTEM POLAKIEM!

I jeżeli „siedzi” we mnie jakiś żal, to wynika on z tego, że wielokrotnie, zarówno w PRL-u, jak i – niestety po roku 1990 – czułem się obywatelem drugiej kategorii, bo chcąc mi przeszkodzić w rozwoju kariery, wytykano moje „niemieckie” pochodzenie i to, że matka i siostra mieszkają w Niemczech („Zachodnich”!).

Po roku 1990 również z trudem torowałem sobie drogę dostania się do pracy na wyższych uczelniach.

Dla mnie jednak Polska (i tak jest do dziś) zawsze była JEDNA! I nie zgadzam się z odrzucaniem powojennego dorobku kilku pokoleń Polaków.

Jako 5-letnie dziecko – przeżyłem z matką i 3-letnią siostrą przesiedlenie w 1944 r., a w roku 1945 wypędzenie z Zabrza!

Bardzo skrzywdzony czułem się, gdy w 1973 r. musiałem wyjechać ze Szczecina. Stało się to po wizycie mojej siostry i szwagra, którzy po 17 latach niewidzenia się, niespodziewanie przyjechali do mnie w odwiedziny.

W roku 1990, a więc już po transformacji, przeżyłem JESZCZE RAZ zwolnienie z pracy, gdy zostałem odwołany z funkcji dyr. Departamentu Książki i zwolniony z pracy w Ministerstwie Kultury i Sztuki z powodu – jak mi oświadczyła „nowa” minister, pani Izabela Cywińska – …BRAKU KOMPETENCJI! Mimo tych „urazów” – po latach – pozytywnie oceniam swój pobyt w Szczecinie – szkołę, sport, pracę, studia, ale także „wyprowadzenie się” ze Szczecina do Warszawy, dokąd szczęśliwie los mnie pokierował! (Pomógł mi w tym ówczesny I wiceminister kultury i sztuki – Tadeusz Kaczmarek).

Jednocześnie przyznaję, że tylko w Polsce (!), zarówno w tej sprzed roku 1990, jak i obecnej, odmienionej (choć bardzo obecnie ze sobą skłóconej i rozedrganej), zawsze czułem się dobrze, i nie mógłbym pracować ani żyć w jakimkolwiek innym kraju w Europie, czy na świecie.

Dumny jestem z poznania i możliwości współdziałania w ciągu 81 lat swego dotychczasowego życia z wieloma wybitnymi ludźmi: politykami, artystami, pisarzami; z ludźmi „opętanymi” (w najlepszym tego słowa znaczeniu) sztuką, nauką, działającymi z patriotycznego przekonania dla pomnażania dobrego imienia Polski w Europie i na świecie!

Zdejmuję czapkę z głowy przed takimi autorytetami (o które moja współpraca się otarła), jak m.in. Janem Edmundem Osmańczykiem, Wilhelmem Szewczykiem, Romanem Łyczywkiem, Teodorem Parnickim, Romanem Bratnym, Wojciechem Żukrowskim, Janem Choderą, Janem Koprowskim, Jerzym Madeyskim, Arturem Międzyrzeckim, Henrykiem Huberem, Janem Józefem Szczepańskim, Bronisławą Wilimowską, Urszulą Plewką-Schmidt, Krzysztofem Kostyrko, Piotrem Kuncewiczem, Ziemowitem Mikołajtisem, Henrykiem Lesińskim, Karolem Koczym, Wiesławem Rogowskim, Ryszardem Liskowackim, Zenonem Zaniewickim, Karolem Gramsem, Andrzejem Janotą, Wojciechem Siemionem, Andrzejem Kreutzem-Majewskim, Zbigniewem Lengrenem, Barbarą Przybyłowską, Michałem Sprusińskim, Lucjanem Kydryńskim, Janem Dobraczyńskim, Henrykiem Mąką, Zygfrydem Rekoszem, Mariuszem Dmochowskim, Kazimierzem Dejmkiem, Andrzejem Strzeleckim, Władysławem Daniszewskim, Erazmem Kuźmą i naprawdę jeszcze z wielu, wielu innymi (przy czym wymieniłem tylko osoby już nieżyjące). Im wszystkim dziękuję za udzielone mi rady i wsparcie w realizacji życiowych zamierzeń. Miałem zaszczyt współpracować ze znakomitymi księgarzami (gdyż od „księgarstwa” zaczęła się moja kariera zawodowa), m.in. Kazimierzem Majerowiczem, Tadeuszem Hussakiem, Edwardem Kumaskim, Bogdanem Gustowskim, Romanem Bielańskim, Ireną Lendzion; także z wybitnymi bibliotekarzami: Stanisławem Czajką, Edwardem Palińskim czy jeszcze w Szczecinie ze Stanisławem Badoniem, Stanisławem Krzywickim, Stanisławem Pieklakiem i Edwardem Rymarzem.

Nigdy też nie zapomnę wspaniałych muzealników w osobach prof. Durko, Odrowąża-Pieniążka, prof. Gieysztora (gdy był dyrektorem Zamku Królewskiego w Warszawie) i innych, w tym także dyrektorów szczecińskich muzeów: Filipowiaka i Fenrycha. Również tych, którzy bronili zabytki przed rozbiórką i próbą zastąpienia ich tzw. „wielką płytą”; byli wśród nich, m.in. Stefan Kwilecki, Wojciech Myślenicki (w Szczecinie), oraz Mieczysław Ptaśnik (późniejszy dyrektor „Zachęty”), a także niespożyty szef Muzeum Narodowego w Warszawie prof. Stanisław Lorentz. Zasłużonym muzealnikiem (choć innego typu) pozostanie też dla mnie wspaniały Eryk Lipiński, twórca Muzeum Karykatury w Warszawie.

Zawsze traktowałem współpracę i znajomość „z mądrzejszymi od siebie” za swego rodzaju powinność. Gdy odchodziłem z Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie, moi dotychczasowi współpracownicy napisali mi na wykonanym przez siebie dyplomie: „Szefie, dziękujemy Ci za wszystkie udzielone nam pełnomocnictwa”! Ta cecha – współpracy i zaufania do współpracowników – była jedną z moich ważnych zasad w każdej z instytucji, w których pracowałem, od księgarni „Klubowej” w Szczecinie począwszy.

Moim staraniem – nieskromnie mówiąc (ale trudno o tym nie powiedzieć w autobiografii) – odbyły się też sesje – zarówno wojewódzkiej (w Szczecinie), jak i „stołecznej” w Warszawie – Rad Narodowych nt. kultury (w Warszawie, gdy przewodniczącym Komisji Kultury był poeta – Krzysztof Gąsiorowski, a w Szczecinie – wpływowi członkowie zarządu STK (Szczecińskiego Towarzystwa Kultury), z panią dr Hanną Skinderową i panem red. Władysławem Daniszewskim na czele.

Za sukces poczytuję sobie też przeprowadzenie jako dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury – Kongresu Amatorskiego Ruchu Artystycznego w Chełmie (gdy dyrektorem tamtejszego Wojewódzkiego Domu Kultury był charyzmatyczny regionalista i pisarz Zbigniew Okoń).

Udało mi się też podpisać akt współpracy z dyrektorami departamentów plastyki KDL, jak i przeprowadzać przez kilka lat regularne „szkoły letnie” w Płocku, (w szkole „pana Przyszlaka”), dla polskiego aktywu kulturalnego, jak i powołać do życia wydawnictwo COMUK.

Nie zapomnę też, gdy jeszcze pracując na Pomorzu Zachodnim, organizowane tam były co dwa lata – Sejmiki Miłośników Ziemi Szczecińskiej, które określały poczynania w kulturze w Szczecinie, jak i powiatach województwa szczecińskiego. Taką rangę wytworzył sobie społeczny ruch kulturalny, skupiający twórców, działaczy i pracowników kultury wszystkich szczebli, w jednej społecznej organizacji (STK), które stało się stowarzyszeniem – matką dla wszystkich innych stowarzyszeń społeczno-kulturalnych w województwie. Uznawanym i wspieranym przez ówczesne władze w województwie z nieodżałowanym przewodniczącym PWRN śp. Marianem Łempickim na czele.

Wiele uwagi w swoich działaniach (jako sekretarza STK) poświęcałem ZAWSZE integracji szczecińskiego środowiska humanistycznego, z którego w końcu wyłonił się dzisiejszy, długo oczekiwany Uniwersytet Szczeciński. (Wielkie zasługi dla tej ważnej kwestii ponieśli m.in. Henryk Lesiński, Henryk Huber, Bogdan Dopierała, Roman Łyczywek, Alfred Wielopolski oraz b. dyr. Punktu Konsultacyjnego UAM – pan Modzelewski (nie pamiętam imienia).

Po roku 1990, wróciłem do swego wyuczonego zawodu, pracując najpierw jako nauczyciel j. niemieckiego w kilku liceach warszawskich, m.in. Modzelewskiego (dziś Goethego), Pax-u (nieistniejącego już Liceum św. Augustyna) oraz im. Stefana Kisielewskiego w Warszawie. Aż udało mi się zostać wykładowcą w Nauczycielskim Kolegium Języka Niemieckiego UW (gdy jego dyrektorem była prof. Elżbieta Zawadzka, inicjatorka tej formy dokształcania nauczycieli językowych). Równolegle – jako adiunkt – rozpocząłem pracę w Instytucie Lingwistyki Stosowanej (za kadencji prof. Franciszka Gruczy i m.in. NIEZAPOMNIANEJ prof. Anny Duszak. Dzięki Jej wsparciu rozwinąłem moje osobiste kontakty ze Stowarzyszeniem ost-west-forum Gut Goedelitz w Saksonii. Ona też poparła mój wybór na kierownika po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie).

Przez wiele ostatnich lat (ponad 20) moją życiową pasją była pułtuska Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora, gdy na Wydziale Pedagogicznym powstał kierunek: Dydaktyka Nauczania Języków Obcych, mający szansę (gdy dziekanem była pani prof. Kalina Bartnicka) przekształcenia się w filologię germańską (w ogóle w Neofilologię z prawdziwego zdarzenia). Natomiast do dziś działa (powstała m.in. z mojej i prof. Stanisława Czochary inicjatywy) „filologia germańska” we Wszechnicy Polskiej TWP w Warszawie. Pracując w Pułtusku udało mi się też (mając wsparcie licznych uczonych z prof. Piotrem Roguskim i Tomaszem G. Pszczółkowskim na czele – powołać za zgodą JM Rektora Adama Koseskiego – (nieistniejące niestety już dziś ) – Międzywydziałowe Centrum Badań Niemcoznawczych – MCBN).

Zatem poznałem w swoim życiu (obok wcześniej wspomnianych ludzi sztuki: wspaniałych artystów, muzyków, aktorów, plastyków) wielu ludzi nauki, świetnie władających językami obcymi, chcących zadomowienia się Polski w Unii Europejskiej, sprzyjających ekologii, współpracy zarówno z Zachodem, jak i Wschodem. Będących rzecznikami praworządności! Potrafiących prezentować swoje poglądy, nie wykłócając się o nie!

Moimi przyjaciółmi byli, są i pozostaną zawsze także ludzie prości, biedni, jak np. moi sąsiedzi w domu, w którym mieszkam z rodziną, sąsiedzi z działki. Mamy w ogóle wielu przyjaciół wśród ludzi o RÓŻNYCH POGLĄDACH POLTYCZNYCH (z którymi da się jednak rozmawiać, dyskutować i wymieniać po partnersku poglądy). Wychowano mnie – że KAŻDY CZŁOWIEK powinien być szanowany, być dla drugiego BRATEM, SIOSTRĄ, Kimś Bliskim, bo wszyscy zamieszkujemy tę samą „Ziemię” i mamy tylko jedno życie!

Przez jakiś czas – już po zmianach ustrojowych – pracowałem także w warszawskim INSTYTUCIE GOETHEGO (za dyrektorstwa pana Nobbego), mieszczącym się wtedy w siedzibie po NRD-owskim Ośrodku Kultury przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie.

A wspominam o tym dlatego, iż w mojej autobiografii – co zrozumiałe – będzie oczywiście również wiele o Niemcach (którzy przecież nie wszyscy byli źli).

Np. moja matka była cudowną i bardzo dobrą, czułą oraz dbającą o rodzinę – kobietą. Prostą kobietą, która niewiele wiedziała o tym, co się tak naprawdę stało w latach wojny. (A nawet była przekonana, że to „świat” napadł na Niemcy, a nie Niemcy na innych! To nie do wiary, ale jest prawdziwe – czego byłem naocznym świadkiem! Stąd i moje nieustanne działania oparcia pojednania oraz współpracy z Niemcami na prawdzie historycznej, także na fakcie, iż są narodem mającym przecież i przebogatą postępową – humanistyczną i kulturalną (praktycznie w każdej dziedzinie rozwoju cywilizacyjnego) – przeszłość. Choć nadal zagadką pozostaje dla mnie, jak mogli się, aż tak wynaturzyć, jak to miało miejsce w latach 1933-1945?!

Poznałem jednakże w swoim dotychczasowym życiu bardzo wielu Niemców, którzy potępiają zbrodnie na narodzie polskim (nie tylko polskim) dokonane przez swoich oszołomionych nazizmem poprzedników.

Będzie więc w autobiografii także o długoletniej współpracy ze Stowarzyszeniem Wschód – Zachód (ost-west-forum Gut Goedelitz), gdyż zawsze uważałem (I UWAŻAM NADAL), że pojednanie i współpraca z Niemcami JEST MOŻLIWA i konieczna, tym bardziej, iż jest już w dużej części faktem!

Po wyjeździe w 1973 roku ze Szczecina, w Warszawie pracowałem najpierw w Składnicy Księgarskiej, następnie w Centralnym Ośrodku Metodyki Upowszechnienia Kultury MKiS, skąd dwukrotnie wracałem do Ministerstwa Kultury i Sztuki, najpierw – na dyrektora departamentu plastyki (skąd zostałem przeniesiony na dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki m. st. Warszawy). Po 3 latach, wróciłem do MKiS na stanowisko dyrektora departamentu książki, gdy ministrem kultury został Prof. Aleksander Krawczuk, pisarz, wybitny humanista, a przy tym uroczy i skromny człowiek.

Zachęcał mnie do powrotu słowami: „Znasz przecież – sprawy, które chcemy Ci powierzyć” (gdyż wpływ na tę decyzję miał też wtedy wiceminister resortu – Kazimierz Molek). I tak zgodziłem się na propozycje obu Panów.

Prof. Krawczuk – doceniał moje kompetencje, a pani minister Izabela Cywińska niebawem mi je odebrała, odwołując mnie nie tylko ze stanowiska, ale w ogóle z pracy w ministerstwie kultury.

I o jeszcze jednej sprawie chciałbym na zakończenie tego odcinka wspomnień dzisiaj napisać. Otóż – równolegle do pracy w administracji kulturalnej, zarówno w Szczecinie, jak i w Warszawie – zawsze zajmowałem się tłumaczeniem literackim, przede wszystkim Hansa Hellmuta Kirsta, ale nie tylko (o czym można przeczytać w moim CV zamieszczonym w PD). Zdobyłem też uprawnienia tłumacza przysięgłego z języka niemieckiego oraz obroniłem pracę doktorską o Annie Seghers na Uniwersytecie Szczecińskim.

W Szczecinie – przypomnę – byłem m.in. kierownikiem księgarni, sekretarzem Szczecińskiego Towarzystwa Kultury i dyr. Wydziału Kultury i Sztuki PWRN. Ale moje „życie” nie było jednak tylko pasmem sukcesów. Niestety, nie!

Z powodu mojego „niemieckiego” pochodzenia nie przyjęto mnie np. w r. 1956 na studia w Wojskowej Akademii Technicznej, nie wzięto do centralnych wojskowych klubów sportowych – CWKS, czy OWKS (mimo iż byłem dobrze zapowiadającym się kolarzem torowym). A przede wszystkim długo odmawiano mi wydania paszportu, bym mógł odwiedzić matkę i siostrę w Niemczech, po wielu latach ich wyjazdu z Polski.

W roku 1956 zmuszony byłem podjąć pracę praktykanta i gońca w księgarni „Domu Książki”, (którą zaproponował mi mój kolega z b. klasy szkolnej – Jerzy Świątkiewicz (jeśli dobrze pamiętam nazwisko), który miał znajomego dyrektora w dyrekcji „Domu Książki” – Janusza Sułkowskiego; a ja w tamtych czasach, bez tzw. znajomości, nie dostałbym sam „lepszej” pracy. (Propozycja padła dlatego, ponieważ chodząc do liceum, „dorabiałem” na chleb m.in. w szkolnej bibliotece).

Po zmianie ustroju w roku 1990 m.in. nie dopuszczono mnie do otwarcia przewodu habilitacyjnego, tłumacząc, że nie ma w Polsce osoby, która mogłaby ocenić moją dysertację nt. Hansa Hellmuta Kirsta. Faktyczna przyczyna była zupełnie inna…

Niemcy do dzisiaj nadal „kłują w oczy” wielu Polaków, za wielowiekowe spory i próby podbojów, germanizację, rozbiory, a przede wszystkim za zbrodnie dokonane w latach II wojny światowej! A nade mną od początku mojej kariery (jeśli to nazwać można „karierą”) – zawsze wisiało znamię „ niemieckiego ”pochodzenia”!

A ja, jakby na przekór temu uparłem się, aby te „haki” z mojego życiorysu – poprzez swoje różnorodne i wieloletnie działania – eliminować, a przynajmniej zmniejszać; gdyż jeszcze długo w naszym społeczeństwie podobne „sprawy” nie znikną. Za bardzo (co jest całkowicie zrozumiałe) jako naród, zwłaszcza w latach 1939-1945 wycierpieliśmy ze strony Niemiec!

Jednak nasze umacnianie się w UE – moim zdaniem – byłoby najlepszą drogą do przełamania tej traumy! Niemcy też muszą zrozumieć, że zbyt wiele wyrządzono Polsce krzywd. Co nie oznacza, że nie należy z nimi rozwijać korzystnej dla nas współpracy. I za tym zawsze się opowiadałem i będę nadal rzecznikiem takiej współpracy – opartej na pełnym partnerstwie i wzajemnym szacunku oraz wzajemnych korzyściach!

Podsumowując zatem odcinek swojej autobiografii, muszę na zakończenie przyznać, że wszystko o czym piszę, bardzo szybko minęło (choć wiele spraw, zwłaszcza przykrych pozostaje w pamięci na zawsze)…

Wdzięczny jestem swojej matce, która za swoim mężem (a moim Ojcu) akceptowała Jego „pro polskość”, że zdecydowała się w 1948 na wyjazd z Niemiec i osiedlenie się w Polsce oraz przyjęcie obywatelstwa polskiego!

Z tej Polski, musiała jednak w 1957 r. wyjechać, gdyż ówczesna sytuacja życiowa zmusiła ją do powrotu do miejsca swego urodzenia. (Kiedy wyzywana od „faszystek” – długo nie mogła znaleźć pracy, kiedy odebrano jej mieszkanie itd. itp.)

W Niemczech (by dopełnić obrazu mojego życia w tym odcinku) przebywałem z rodzicami w Berlinie, do 10 roku życia. W Berlinie urodziłem się, zostałem ochrzczony, a po wojnie zacząłem chodzić do szkoły podstawowej niemieckiej (I równolegle do polskiej, która znajdowała się przy Polskiej Misji Wojskowej, w której mój śp. Ojciec pracował).

Do dziś śnią mi się 3 kromki chleba, które jako dziecko miałem dziennie w „przydziale” (albo rano jedną, a wieczorem dwie; lub odwrotnie: dwie rano a wieczorem jedną); a ziemniaki i opał zbierałem, biegnąc za wojskowymi ciężarówkami, czekając na to, że ktoś życzliwy coś z nich (wiozących prowiant żołnierzom alianckim), dla nas, żebrzących dzieci wyrzuci…

Ciąg dalszy nastąpi

P.S. Zamieszczona na wstępie ilustracja: to grafika jednego z moich ulubionych artystów – Mieczysława Wejmanna. Otrzymałem ją od Niego, w dniu kiedy miałem poważny wypadek samochodowy (o którym On wtedy jeszcze nie wiedział?) !

II odcinek mojej Autobiografii będzie miał tytuł: „Z Berlina do Szczecina”

Poprzedni artykułMaria Curie-Skłodowska. Jaka była?
Następny artykułTragiczne losy Bronisława Piłsudskiego
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

6 KOMENTARZE

  1. Pomimo, iż tę biografię znam również już z kilku innych źródeł (m.in.z „Biografii polsko-niemieckich”), to przyznaję, że z powodu nowego ujęcia redakcyjnego i faktograficznego, tę pierwszą część przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Spodziewam się, że także następne części pozwolą wielu czytelnikom uświadomić sobie jeszcze lepiej, jak duża paleta odcieni istnieje się pomiędzy bielą a czernią.

  2. Przeczytałam pierwszą część autobiografii i niecierpliwie czekam na drugą. Miałeś bardzo ciężkie ale też niezwykle ciekawe przeżycia. Na pewno warto je opisać. To bardzo smutne, że trzeba walczyć ze sztucznie tworzonymi przeszkodami, które nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia, aby móc realizować dobre i mądre cele. Podziwu godna wytrwałość.

  3. Autobiografie to najlepsze i najprawdziwsze lekcje historii. Twoja, Karolu, w dwójnasób interesująca, ponieważ odsłania fakty smutne i tragiczne, o których w towarzyskich kontaktach rzadko się wspomina. To bardzo dobrze, że zdecydowałeś się opisać swoje życie, bo jest ono naprawdę godne uwiecznienia, jest świetnym przykładem jak pozostać człowiekiem na przekór złemu losowi ale jeszcze bardziej, złym ludziom. Czekam na dalszy ciąg. Gratuluję.

  4. Karolku, plejada osób, z którymi zatknął Cię los, podejmowane przez Ciebie niezliczone zadania, prace są imponujące ale wzruszają zdarzenia ukryte w zakamarkach pamięci, zepchnięte na boczny tor w ferworze życia. Na szczęście nie zapomniałeś o nich. To one ukazują światła tlące przez zaśniedziałe warstwy czasu, tworząc odcienie, refleksy. Wszystko to bardzo, bardzo potrzebne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here