Dwugłos ws. aborcji cz. 1/2

1

Nasz kraj stał się w ostatnich tygodniach polem walki między grupami społecznymi prezentującym bardzo różne, a niekiedy wręcz przeciwstawne poglądy na kwestie związane z aborcją. Wraz z Edyta Pilichowską – moją znajomą, mieszkającą od kilku lat w Hiszpanii – napisaliśmy tekst, w którym przedstawione są nasze poglądy na tę sprawę. W naszym dwugłosie zwłaszcza wypowiedzi Edyty jako kobiety są moim zdaniem szczególnie godne uwagi i refleksji.

Lucjan Wesołowski i Edyta Pilichowska

                                                             *

Edyta Pilichowska: –  Na wstępie chciałabym opowiedzieć, co mi się ostatnio przydarzyło. Szłam bardzo szybko ulicą, gdy podeszła do mnie starsza pani z puszką i spytała, czy chcę wesprzeć pewną akcję. Zobaczyłam coś z napisem „Vida, mujeres” (życie, kobiety), więc odruchowo wrzuciłam jakąś monetę… Byłam przekonana, że chodzi o walkę z kobiecymi rakami, a pani nakleiła mi naklejkę z listkiem i napisem PRO VIDA (dla życia). Kilka metrów dalej zobaczyłam inna starszą panią (koło 80-tki) z plakatami, a na nich małe stópki, niemowlę i napis „Aby było kochane”. Wystraszyłam się, nogi się pode mną ugięły… O matko, wsparłam jakąś radykalną organizację…

Przy następnym szpitalu stały panie z tej samej organizacji, więc postanowiłam się dowiedzieć dokładnie, o co chodzi. A panie (w wieku od około 50 do około 70 lat) powiedziały mi, że one wspierają samotne kobiety w ciąży – te, które nie mają środków do życia – aby mogły urodzić. Serce mi urosło, powiedziałam im o Polsce, jedna z pań na to – „Ach, ja właśnie wracam z Polski”. Wytłumaczyłam im, czego chcą polskie kobiety, bo panie wiedziały, że polskim kobietom chodzi o dostęp do aborcji, nie wiedziały jednak o projekcie nowej ustawy, która przewidywała przymus rodzenia przez dziewczynki, przymus rodzenia dzieci poczętych w wyniku gwałtu i ciężko, nieuleczalnie chorych bądź zdeformowanych. Ale przede wszystkim nie wiedziały, że nie ma w Polsce  obywatelskich projektów „zwolenników życia”, które wspierałyby kobiety, dając im alternatywę, kiedy ciąża jest chciana, ale tylko przez matkę, bo tatuś nie dojrzał, odszedł… Albo kiedy nie zdążyła spytać gwałciciela o numer dowodu, jak radzi pan Kukiz, mówiąc o kobietach, które „nie wiedziały komu dają”, jakby zakładając, że w Polsce gwałt do ciąży nie prowadzi lub być może, że ta ciąża jest chciana.

W końcu to pan Kukiz proponował zdaje się dobrowolne alimenty, ale mówiąc w ten sposób o kobietach po prostu uznał, że w proteście udział wzięły „puszczalskie”, bo – jak wiemy – oceny moralne dotyczą jedynie kobiet, a nie tych, którzy tej ciąży są sprawcami. Mówiąc tak – zdecydowanie bez zastanowienia – i wiedząc jakie kwestie są poruszane, tak samo podsumował zarówno dorosłe zgwałcone kobiety, jak i dziewczynki wykorzystane przez pedofila czy zgwałcone przez kolegę ze szkoły i to wcale nie na pijackiej imprezie…Także te kobiety, które zaszły w ciążę  z partnerem, tylko on się wtedy „wypisał”, „nie czuł na siłach”, „nie dorósł”.  Natomiast wracając do Hiszpanii, to owych starszych kobiet kwestujących na ulicy nie obchodziło  moralne prowadzenie się ani kara za grzechy.

W Hiszpanii, niegdyś bardzo katolickiej… „Dla życia” oznacza pomoc, współpracę i informowanie kobiet, że nie są same, że mają kogoś, kto im pomoże. Bez mizoginistycznej pseudofilozofii, że wina jest zawsze po stronie kobiety (nawet w przypadku odpowiedzialności za gwałt, do czego zmierzają w swoich wypowiedziach niektórzy mężczyźni w Polsce). Są takie kraje, gdzie na kobiety nie krzyczą „Dziwka!”. Może dlatego, iż wiedzą, że filozofia „mój wytrysk, twoja ciąża” nie ma nic wspólnego z humanizmem, religią, biologią czy życiem… Nie wspominając już o „szacunku do życia”. W Polsce w szacunku do życia pomija się kobietę, a już na pewno „nie-mężatkę”. Nie mówiąc już o zwykłym ludzkim miłosierdziu, tak mało popularnym, bo na nim nie buduje się dyktatur, ani nie czerpie przyjemności z władzy…

W polskim prawie odróżnia się tak zwany czyn zabroniony (gwałt) od przyczyn społecznych (brak środków do życia, niepełnoletniość itd.), ale w przypadku całkowitego zakazu aborcji nie ma to już znaczenia. W jaki sposób dyskutuje się w przestrzeni publicznej o tej sprawie? Poprzez wypowiedzi typu „mogła myśleć komu daje” (p. Kukiz), domyślnie: kobiety = prostytutki, czy “potworne egoistki” (p. Zelnik)”. Oczywiście zarówno czyn mężczyzny porzucającego jak i gwałciciela pozostaje „altruistyczny”. To kobieta jest egoistką, bo nie chce przyjąć ani ofiarować „daru miłości”, jak pięknie o ciąży z gwałtu powiedziała w TV pani Terlikowska, która najwyraźniej wyobraża sobie gwałt bardzo czule.

Do jednego worka wrzuca się gwałt zarówno w przypadku dorosłej kobiety, jak nastolatki czy dziecka albo wykorzystanie seksualne nieświadomej dziewczynki w przypadku, jakim jakiś czas temu żyła Polska, gdy 12-letnia dziewczynka nie wiedziała, że jest w ciąży. Czy weźmy pod uwagę sytuację, gdy jest w ciąży dziewczyna 16- lub 17-letnia  albo kobieta dorosła, która została porzucona przez ojca dziecka i stawia się przed nią wybór: – Ródź, nieważne czy masz za co i gdzie żyć albo zrób „skrobankę”. Jeśli ktoś chce dać wsparcie, pomóc, aby w tym ostatnim przypadku czy nawet wcześniej wymienianym kobieta, dziewczyna, zdecydowała się na poród, niezależnie od kwestii co będzie potem z dzieckiem, to postawa oparta na chęci pomocy i proponowania alternatywy byłaby bardzo cenna.

Moim zdaniem to na tworzeniu alternatywy należy się skupić, aby kobieta miała wybór, bo teraz i tak go nie ma. W obu przypadkach jest nieobchodzącym nikogo przedmiotem, który został „ukarany ciążą”. Jeśli kobieta zostanie w Polsce zgwałcona, nie ma z reguły żadnej pomocy psychologicznej, jest traktowana jak oskarżona, chyba, że zajdzie w ciążę, wtedy nagle jak w „Dziecku Rosemary” staje się tłustym kąskiem, obiektem zainteresowania wszelkich katolickich aktywistów. A w przypadku, jeśli szczęśliwie w ciążę nie zajdzie, to katolicy się jej dramatem nie zainteresują. Trudno, jej problem. Ja mam taką propozycję „kompromisu aborcyjnego” w tej kwestii: wy (mężczyźni) nie będziecie gwałcili kobiet, a one nie będą tych ciąż musiały wtedy usuwać. Proste, prawda?

Oczywiście można mówić, że istnieje wiele organizacji, które oferują pomoc kobietom (jak mi mówiono), tyle że nie wiem, o jakie organizacje chodzi. Ja słyszałam jedynie o [nazwa organizacji usunięta przez redaktora naczelnego – przyp. P.R.], a forma pomocy tam oferowana to osobna kwestia. Nie ma tam terapii indywidualnych, a jedyna, która swego czasu istniała, była kierowana do kobiet bitych, które potem namawiano do publicznych wystąpień w ramach „teatru eksperymentalnego”. Zdecydowanie moim zdaniem był to teatr bardzo eksperymentalny, bo eksperymentowano bezpośrednio na kobietach. I były to działania pseudopsychologiczne, co mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, gdyby chciano wejść w polemikę na temat swoich metod.

Jedyną formą pomocy były działania przygotowujące kobiety do przedstawienia, a nie stawienia czoła własnym doświadczeniom, własnym traumom. W dodatku te działania były szantażem wobec kobiet, bo kobiety, które nie chciały publicznie występować, musiały zrezygnować z owych działań pseudoterapeutycznych i żadnych innych im w zamian nie proponowano. Natomiast samo przedstawienie było sygnowane plakatami z tytułem „Godne życie dla ofiar przemocy” i widniały na nich nazwiska wszystkich kobiet jako „ofiar przemocy”. Kobieta, która szuka pomocy, ponieważ jest bita lub została zgwałcona albo była wykorzystywana seksualnie w dzieciństwie szuka pomocy i dyskrecji, a nie wystawiania jej na widok publiczny. Co ciekawe,  wspomniane działania w tym zakresie były adresowane tylko do kobiet bitych, a przemoc seksualna była traktowana jako drugoplanowa możliwość przyłączenia się do grupy.

Najdziwniejsze, że osoby, które stworzyły ten program z góry założyły, że przemoc dotyczy jedynie kobiet z małych miasteczek czy wsi, bez wykształcenia. Takich, które wyszły z „prostych domów”, aby wejść do domu męża alkoholika. Takich, którymi będzie można sterować i skutecznie przekonać do publicznych wystąpień. Nikt nie założył istnienia kobiet wykształconych, które mają odpowiedzialne funkcje – są dyrektorkami instytucji, lekarkami itp., a które nie chcą i nie mogą pozwolić sobie na to, aby nagle ich nazwiska były upubliczniane jako nazwiska „ofiar przemocy”. Ale przecież także osoby, które taką historię za sobą mają, posiadają to samo prawo do szacunku i dyskrecji. Jeśli jakakolwiek organizacja chce upubliczniać nazwiska, to powinna podawać nazwiska  sprawców przemocy, a nie ich ofiar. Jeśli już na poziomie organizacji, które mają kobiety wspierać i reprezentować spotykamy się ze stereotypami i wartościowaniem, to nie ma o czym mówić.

Wygląda to tak, że organizacja „kobieca” zrzuca odpowiedzialność na kobiety lub uważa, że kobieta, która w jakikolwiek doświadcza czy doświadczyła przemocy traci prawa obywatelskie, takie jak prawo do szacunku, do dyskrecji, do godnego traktowania… A wszystko to pod hasłem „godnego życia dla ofiar przemocy”, jakby z założeniem, że dawniej takiego życia nie prowadziły… Przy czym nikogo nie obchodzi, co będzie z kobietą już po wystawieniu jej na ów widok publiczny pod imieniem i nazwiskiem, bo na tym „terapia” się kończy. Jedyne czego może dowiedzieć się kobieta, to to, że lepiej nie szukać pomocy, bo i tak się jej nie znajdzie. Policja przynajmniej nie informuje publicznie, co się wczoraj wydarzyło pani Kowalskiej. Zatem temat „wielu organizacji” pomagających kobietom to kwestia naiwności, braku wiedzy czy wybujałej wyobraźni. Tak samo jest ze szpitalami, których akurat rzeczywiście mamy wiele, a i tak są pacjenci umierający z powodu zaniedbań lub odsyłani od szpitala do szpitala.

Podobnie jest z pomocą psychologiczną, która niekoniecznie jest oferowana przez profesjonalistów. Można trafić na studentkę, która próbuje nie parsknąć śmiechem, słuchając bardzo dramatycznej relacji o gwałcie, bo nie ma żadnego przygotowania, aby zareagować we właściwy sposób, nie wie co powiedzieć poza pocieszeniem „Przecież nadal może czuć się pani piękna”(!). Wyobraźmy sobie tę sytuację i pomyślmy, jak może się poczuć cierpiąca, straumatyzowana kobieta, wystawiona na taką próbę tylko dlatego, że akurat tego dnia nie było pani psycholog. I która nie szuka pomocy kosmetyczki czy stylisty! A 30-minutowa rozmowa ze studentką psychologii odbywającą praktykę czy wolontariat niestety nie załatwi sprawy.  Co do dłuższych terapii, to nie słyszałam o czymś, co byłoby prowadzone na poziomie profesjonalnym, a nie „partyzanckim”, bez naruszenia prawa do prywatności, nieurągającym godności kobiet. Mam nadzieję, że to się zmienia. Oczywiście o dostępność i fachowość tej pomocy trzeba pytać kobiet, które jej poszukiwały, a nie panie, które pracują w organizacjach czy instytucjach pomocowych i są przekonane, że tę pomoc oferują.

Wróćmy do narracji, w jakiej prowadzona jest dyskusja na temat aborcji. Obecny sposób mówienia o kobietach wyraźnie wskazuje na to, że wiele osób wychowało się w domach, gdzie mama była od gotowania i sprzątania, a chodziła po domu w fartuszku. Nie myślała o „wielkich sprawach”, bo nie miała na to czasu gotując i sprzątając. I według tych osób tak było dobrze i to jest właśnie wyznacznik tej jedynej właściwej „kobiecości”, a jeśli któraś kobieta chce inaczej, to staje się natychmiast „ci*ą szwendającą  się nocą po ulicy”, jak to elegancko ujął pewien pan uznający się przecież za człowieka „moralnego”… Owszem, nawiązał do haseł z transparentów i uznał, że „kobieta nie szwenda się nocą po ulicy krzycząc o swojej cip*e” – dokładnie takie padły słowa.

Od tygodni słyszy się w polskiej przestrzeni medialnej jakiś popisowy koncert mizoginii. To, że kobietę można obrazić w przestrzeni publicznej, to fakt. Oburzenie jest wtedy, gdy kobiety decydują się wreszcie mówić „dość!”, w moim poczuciu o wiele lat za późno… Powiedzmy sobie wprost, patriarchalne społeczeństwa nie są społeczeństwami ani miłości, ani tolerancji, ani opartymi na miłosierdziu i szacunku do człowieka, a bazującymi na hierarchii i podporządkowaniu, karzącymi surowo za wyjście poza ustalone schematy, choćby nikomu to krzywdy nie robiło. Kobieta, która w społeczeństwie powinna mieć raczej pozycję uprzywilejowaną – jeśli już o uprzywilejowaniu którejś z płci chcemy mówić – z racji faktu, iż to w jej brzuchu rozwija się człowiek, została sprowadzona do roli przedmiotu, bydlątka, która ma pokornie wydawać na świat nowe istoty, ale nic nie mówić.

Przez cały czas rozmawia się o kobietach jak o inkubatorach, które nie mają myśli, uczuć (nie są w stanie świadomie wybrać partnera seksualnego, co zasugerował poseł Kukiz), nie odczuwają bólu, strachu, nie mają własnego życia. Mają być skazane na życie jedynie dla mężczyzn i służenie im swoim ciałem i całym istnieniem – albo poprzez wydawanie na świat dzieci, bez własnego zdania, albo zajmowanie się domem. Kobiety mają pracować na rzecz społeczeństwa, ale na kształt tego społeczeństwa nie wolno im wpływać.

Chciałabym żyć w społeczeństwie opartym na harmonii, z szacunkiem dla matki ziemi, społeczeństwie zbudowanym na szacunku do kobiet, ich mocy wydawania na świat, ale bez zmuszania ich do tego. Do zapłodnienia potrzebni są kobieta i mężczyzna, przy czym to kobieta jest zmuszana do bycia matką, mężczyzna się może „wypisać”, nikt go nie zmusza do bycia ojcem. Oczywiście odpowiedzialność spada wtedy na kobietę. Więc jeśli już mamy pod kogoś ustawiać społeczeństwo, to ustawiajmy je pod kobiety. Rzecz w tym, że społeczeństwa zbudowane na dominacji samczej siły są społeczeństwami pełnymi krzywd, patologii, zaburzeń społecznych. To, czego powinniśmy się uczyć, a czego brak w dzisiejszych dyskusjach – kiedy mówimy o „szacunku do życia” – to szacunek  do człowieka jako takiego i do człowieka  już narodzonego.

Dziwne dla mnie jest, że ci, którzy wiedzą najwięcej o szacunku do życia, pracując na co dzień w hospicjach czy klinikach, czasem nie tyle nawet ratując ludzkie życie, co walcząc o samą możliwość ratowania go, nie są pytani o zdanie. Właśnie oni powinni opowiedzieć o tym, czym jest codzienne ratowanie życia… Z czym się wiąże, z jakimi trudnymi czy nawet tragicznymi wyborami… Jeżeli w szkołach mówi się o aborcji, powinno się mówić także o tym, jak wygląda w praktyce szacunek do życia narodzonego… I o różnych problemach, które się z tym łączą.

Poprzedni artykułIntronizacja – droga do państwa wyznaniowego?
Następny artykułPod lupą farmaceuty: Lierac Homme Anti Fatigue Gel-Crème
Lucjan Wesołowski
Lucjan Wesołowski - absolwent Uniwersytetu Łódzkiego na wydziale filologii polskiej. Muzyk – kompozytor i multiinstrumentalista. Jego muzyka instrumentalna została wydana w różnych krajach na ponad 20 płytach kompaktowych. Napisał ilustrację muzyczną do 8 spektakli teatralnych i wiele piosenek, wydanych na kilku płytach. W latach 80. był znany jako wykonawca poezji śpiewanej (główna nagroda na festiwalu „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie w roku 1984). W latach 1993-2014 mieszkał we Włoszech, gdzie prowadził firmę międzynarodowego pośrednictwa biznesowego. Zajmuje się duchowością Wschodu od lat 70. Spędził ponad rok w ośrodkach jogi i buddyjskich w Niemczech, Włoszech, Indii i Polsce. Publikował artykuły dla prasy polskiej i włoskiej na tematy muzyczne i duchowe. Autor książki pt. „Moje ABC duchowości”. Prowadzi warsztaty rozwoju osobowości.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here