Deszczowe ślady na chmurach

0

(Z tomu opowiadań pod tym samym tytułem, wydawca Dom Wydawniczy MARGRAFSEN, Bydgoszcz)

Miasto się budzi. Tramwaje szemrzą i skrzypią kołysząc się na zakrętach. „9”, jeszcze niezatłoczona, wypada zza zakrętu w Parku Szczytnickim, staje na przystanku w pobliżu zabytkowego kibla. W oddali widać akademik „Parawanowiec”, ściślej ostatni pokój na pierwszym piętrze, z którego po piorunochronie schodzi jakiś młodzieniec. Piękna dziewczyna o kruczoczarnych włosach macha mu na pożegnanie. Ulicą Grunwaldzką ostatni pijak zatacza się w drodze do domu, gdzie żona pełna niepokoju, ale i wściekłości wyczekuje drania. On krzyczy w zaszczaną bramę: „Gdzie jest ta miłość chodząca bezkarnie w przebraniu błazna, ptaka i anioła”, i słyszy ciąg dalszy z trzeszczącej płyty: „…Ludzie wieczorem, siedząc pod jabłonią, będą się modlić i zabijać o nią…” Krzyk po chwili staje się nieartykułowanym wrzaskiem. Pijak potyka się o własne nogi i pada w kałużę uryny i rzygowin, śladu po równie półżywym koledze, które przepadł gdzieś nad brzegami Odry, w krzakach zielonych, w mule szarym, pęcherzykach powietrza.

Pod Mostem Grunwaldzkim rzeką płynie włochate psie truchło wśród plastykowych flaszek. Nad „sedesowcami” mkną bure chmury, które uderzają jedna w drugą prawie tak jakby chciały wywołać wojnę atomową. Nie ma dyziów – marzycieli, gdyż wszyscy zalegli głowami gdzieś przy karcianych stołach z odciśniętymi na fornirowanych blatach białymi kółkami od wódki. Ale jest spokojnie. Nie czuje się zagrożenia. Piekarze obsypani mąką kończą pracę i idą na poranną wódkę. Stukają butelki, które pod drzwiami ustawiają mleczarze. Kobiety w szlafrokach gorącymi rękami sięgają po nie. Zrywają srebrzyste kapsle i gotują kakao. Później jajecznicę, dziecko do przedszkola, mąż do roboty na budowę, młodsze dziecko z matką, przy matce, wieczorem czeka na pijanego ojca.

Jedni ludzi kochali to miasto, inni je nienawidzili. Bardzo często nie potrafili powiedzieć co wywołuje w nich tak skrajne emocje. Czy były to komary, które atakowały na ogół w maju, a później w sierpniu, a może letnie powodzie. Ich niszcząca fala co jakiś czas druzgotała mieszkańców. Jedynie zimy byłe lekkie, co jednak nie każdego cieszyło. Zdarzały się też epidemie już w XX wieku, czarnej ospy, grypy kiedy szkoły zmykano, również polio, a w ostatnich latach, w XXI wieku miasto, podobnie jak cały świat zmroził covid – 19 i nagle okazało się, że ludzie są tak samo bezbronni jak podczas ataku plag kilkaset lat wcześniej.

Inni kochali Wrocław. Za młodość, kulturę, gościnność i z wielu równie banalnych powodów, które chyba nie mają większego znaczenia, bo miłość jest miłością i nie da się jej racjonalnie wytłumaczyć. Miłość jest też wyspą, a może półwyspem?

Michał, rudowłosy, silny, barczysty mężczyzna wiedział, że Wrocław pożera ludzi w przenośni i dosłownie. Umie zabić ich radość, miłość, ale też przeciwnie pozbawić gniewu i doprowadzić do bezsilności, bezbronności. Umie także dać wiele, bardzo wiele. W tym mieście tkwiła jakaś nadprzyrodzona moc. Jak już wspomniałem jedni je kochali, inni się go bali, jeszcze inni wręcz nienawidzili. Michał miał swoją teorię. Uważał, że sprawa jest prosta a rzekomy urok, który rzucał Wrocław to zwykłe urojenie a nadawanie murom, ulicom, parkom, cmentarzom jakiejś uduchowionej postaci jest całkowicie błędne. Kiedy przechadzał się starymi uliczkami, których było już coraz mniej robiło mu się smutno. „To już chyba nie jest moje miasto” – myślał. Przypominał sobie jak ojciec mu mówił: „Nienawidzę Wrocławia…”, a kiedy Michał pytał dlaczego, ten odpowiadał: „Wszystkie moje niepowodzenia życiowe wiążą się z pobytem tutaj. Praca, gdzie próbowali mnie zgnoić po 68 roku, małżeństwo, które się rozpadło, bo musiałem uciekać do Izraela. Wszystko, po prostu wszystko… Twoja matka nie chciała emigrować, bała się, i do tego była cholerną patriotką. Idiotka…” Michał nie znosił kiedy ojciec źle mówił o matce. Uważał, że wcale nie musiał wyjeżdżać. Mógł przetrwać, nie stracić ukochanej kobiety i syna, a tak wrócił dopiero na starość po 25 latach jako leciwy emeryt, chociaż w świetnej formie. Michał wolał jak ojciec opowiadała mu o latach zaraz po wojnie, gdy znalazł się w zrujnowanym mieście na studiach. Biskupin, gdzie zamieszkał w akademiku przy ulicy Kotsisa, w którym studenci gościli co jakiś czas kurwę, zwaną „Czerwonym kapturkiem” – oddawała się młodym chłopakom za kilogram mąki krupczatki od każdego. Później ojciec wspominał – swój pierwszy motor, kobiety rudowłose, bo takie uwielbiał, niewielki własny pokój z kuchnią. Mknące niebieskie, a później czerwone tramwaje, w których pijani robotnicy wracali z pracy i w ostatnim wozie dzwonili dla kawału „ding-dong” nogą w podłogę, w sygnał ostrzegawczy. I z roku na rok Wrocław rósł, chociaż dzisiaj są tacy, którzy mówią, że za komuny wszystko upadało. Wtedy, krótko, ojciec kochał Wrocław. Obaj, Michał też, mieli jednak świadomość, że to uwielbienie brało się z tęsknoty za przeszłością, za młodością, bo co oczywiste, na starość większość ludzi idealizuje czas miniony. Nawet pijackie dyskusje prowadzone przed laty w Klubie Dziennikarza, teraz, współcześnie, były dla niego czymś oszałamiająco wartościowym, a przecież nic twórczego z alkoholowych fantasmagorii wynikać nie może. To złuda, chyba, że wyjątkowo, czasem, zupełnie przez przypadek. Ojciec opowiadał też o schowanych kieliszku do wódki i szklance do popitki w dziupli nad Odrą, zaraz za uniwersytetem. Zawsze się przydawał jak z kumplami kupowali flaszkę lub dwie, a nie chcieli pić z gwinta.

Michał spojrzał w kierunku tak zwanej trasy W-Z. Zastanowił się –„gdzie dokładnie biegła ulica Złote Koło, przy której kręcono film pod takim samym tytułem, z Tadeuszem Janczarem i Krzysztofem jego synem…” Film kryminalny, ale też o takiej zwykłej przyjaźni ojca i syna. Michał nie mógł ulicy zlokalizować, ale pamiętał gazowe latarnie i pewien ciepły, deszczowy dzień, gdy o szarówce szedł z matką właśnie Złotym Kołem i nagle spostrzegł na chodnikach setki dżdżownic, które wyszyły na wieczorny spacer po wilgotnej kostce. Niektóre, gdy tylko zeszły z trotuaru, ginęły pod kołami nielicznych jeszcze wówczas samochodów, albo pod obutymi nogami spacerowiczów. Przypominał sobie Ostrów Tumski i scenę ze „Stawski większej niż życie”, albo Mosty Chrobrego, gdzie również były kręcone epizody tego serialu. No i ulicę Franciszkańską i dalej Nasypową, gdzie powstawały sceny „Popiołu i diamentu”. I śmietnik, gdzie następnie wyrosło Wzgórze nazywane Gomułki, a później Andersa – to właśnie tam zginął Maciek Chełmicki. Dworzec Główny, miejsce tragicznej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Na twarzy ciemne okulary. Ekspresja pędząca, po której teraz została jedynie tablica pamiątkowa. Między peronem a torowiskiem brunatne plamy krwi – to można sobie tylko wyobrazić. Minęło tyle lat. Michał był wtedy chłopcem, ale teraz myśląc o tym swoim mieście czuł jak po policzkach spływają mu łzy. W przeciwieństwie do ojca kochał ten sapiący i mruczący życiem Wrocław nie wiedząc z jakiego powodu. Wyjeżdżał z niego, później wracał z różnych zakątków Polski i świata całego, i tak wkoło. Nie był przecież stary, ale nostalgia trapiła go z dnia na dzień coraz bardziej więc wiedział, że niebawem znowu musi ruszyć w świat. On wyjedzie, ludzie będą się rodzić i umierać, a miasto, chociaż ulega ciągłym przemianom będzie trwać i spoglądać na mieszkańców, a oni na nie. Raz je kochając, raz nienawidząc, bo miejsca, w których żyjemy stają się częścią naszej duszy.

Miasto zasypia. Zapada zmrok wcześnie, bo jest późna jesień. Kropi deszcz, nie, raczej to mżawka. Jest bezwietrznie. Pijacy wchodzą do barów „Fregata”, „Pod Żubrem”, do „Złotej kaczki”, „Narcyza” albo siedzą „Pod Jaworami”. Jeszcze trzeźwi, może lekko podchmieleni. Opowiadają o swoich kochankach, o nieszczęśliwych miłościach w przebraniu błazna lub diabła. Jakaś kobieta łamie obcas na dziurawym chodniku. Ptaki srają na pomniku Fredry. Z balkonu niewyremontowanego budynku spada doniczka – tuż-tuż obok przechodnia. Tramwaje skrzypią: skrzyp, skrzyp. Dwa samochody osobowe stuknęły się delikatnie na skrzyżowaniu. Kierowcy drą na siebie ryje. Odra płynie jak płynęła przez lata. Nie ogląda się na nikogo. Michał z plecakiem pędzi na lotnisko. Po policzkach płyną mu łzy. Żegna miasto na zawsze. Chyba.

Maciej Wilczek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj