Podróż do Gorkow
W połowie czerwca zadzwonił przyjaciel z Frankfurtu nad Odrą. Zazwyczaj spokojny, niespokojnie powiedział, że był na obiedzie w Słubicach, co robi często. Poruszony był tym, że długo jak nigdy czekał na przejście przez most nad Odrą – to skutek kontroli granicznych z powodu mistrzostw piłkarskich oraz („ludzie tak mówią”) dużej liczby uchodźców, nie od wczoraj przedostających się z Polski do Niemiec.
– Co u was? – spytał.
A myśmy wrócili z koncertu w Gorkow, jadąc z T. i M. ich terenowym landrowerem, bocznymi drogami. Granicę minęliśmy jak zwykle – spokojnie, choć nas ten spokój zawsze porusza. Dobrze wiemy, jak dawniej wyglądała: niedostępna, najeżona patrolami, zasiekami, fotokomórkami. Ale zacznijmy opowieść.
Droga do mieszkańców
Podróż do nieznanego nam Gorkow, leżącego za granicą, za lasami, trwa niecałą godzinę spod Pomnika Czynu Polaków w Szczecinie, przez Lubieszyn/Linken, miasteczko Löcknitz. W autokarze, umówionym przez Fundację Akademia Muzyki Dawnej, jest trzydzieści osób. Na miejscu, przy XIX-wiecznej kuźni z polnych kamieni, odnowionej trzydzieści lat temu przez sześciu bezrobotnych z okolic (informuje o tym tabliczka z ich nazwiskami), witają nas Magdalena Reichardt, gorkowianka ze Szczecina, i Paweł Osuchowski, współtwórca fundacji, poznaniak-krakowianin-szczecinianin. Wprowadzają w dzieje wsi: od neolitu, słowiańskiej nazwy i własności rycerskiego rodu von Eickstedt w czasie Księstwa Pomorskiego. Więcej pani Magda powie w drodze do kościoła. Dodaje jeszcze, że tuż za kuźnią zachował się cmentarzyk ofiar „hiszpanki” z lat 1918-20.
Pani Magdalena mieszka w Gorkow z mężem Falko. Oboje są m.in. tłumaczami. Ona studiuje nadto na ostatnim roku Szkoły Doktoranckiej Uniwersytetu Szczecińskiego. Przygotowując pracę: „Rewitalizacja obiektów zabytkowych przez animację kulturową i artystyczną”, analizuje wykorzystanie trzydziestu obiektów – po piętnaście z każdej strony granicy. Na uczelnię dojeżdża. – Żaden kłopot – mówi. – 25 minut rowerem do Löcknitz, kwadrans pociągiem do Szczecina, godzina i jestem na zajęciach.
Jedni przyjechali na koncert autokarem ze Szczecina, inni – z różnych stron –swoimi samochodami. Trzeci raz jest w Gorkow promotorka doktoratu pani Magdaleny. Dotarła B. – historyczka sztuki i J. – architekt, jest i były kapitan żeglugi wielkiej, i obieżyświat anglista, i nasi przyjaciele T. i M., polsko-niemiecko-szczecińskie małżeństwo od trzydziestu lat.
Od kuźni do kościoła prowadzi Kirchweg – droga wiejska, a szeroka jak Marszałkowska, tudzież berlińska Unter den Linden. Tutejsza Unter den Linden biegnie przy niej – to gęsta od czystej zieleni wąska aleja dwóch rzędów lip głowowych. Encyklopedie nie znają takiego gatunku drzew. Ich korony, przypominające głowy, są efektem pracy ogrodników. Pozbawione ich dozoru, wolne, będą rosły, jak chcą. Stracą głowy.
Po zjednoczeniu Niemiec, jak w całym demontowanym NRD, Gorkow się wyludniało. Odkryto wtedy, że leży na kaolinie i wapniu. Planowano zbudować kopalnię, lecz po jakimś czasie zaniechano pomysłu. Tymczasem domy potaniały. Zaczęli je kupować uciekinierzy z wielkich miast, a od 2005 roku także Polacy, głównie z okolic szczecińskich. Dziś w gminie Löcknitz stanowią 30 procent mieszkańców. – Jesteśmy przedmieściem Szczecina – mówi pani Magdalena.
Zna mieszkańców całego Gorkow. Opowiada, że są wśród nich dawni opozycjoniści z Berlina wschodniego, punkowcy i hippisi z różnych miast, redaktorka książek węgierskiego noblisty, córka noblisty z Niemiec, profesor „filmówki”, rodziny z Polski, były dyrektor wielkiego wydawnictwa, pszczelarz, berlinianka Nina z trojgiem dzieci, pani Marion z Hamburga, tutejszy hodowca krów, dawni mieszkańcy berlińskiej oazy dobrych uczuć Lohmühle, założonej po 1990 roku na pustkowiu po murze berlińskim. W ogrodach ustawili wozy, które tam były ich domami. Pielęgnują je.
Autor tekstu: Bogdan Twardochleb









