Od zmierzchu do świtu. Rozdział V: Leśniczówka

0

Z odrętwienia wyrwało go nagle szczekanie psa. Z ciemności, na skraju lasu wyłoniły się kontury domu, ogrodzonego wysokim płotem, zza którego widać było dach. Ponad dachem z komina dymiły kłęby sine i wisiały nad nim leniwe, a snuły się senne dokoła i kładły po pobliskich polach i łąkach. Chciało im się w górę, ale  wiatr poszarpał je na drobiny. Samotny dom na odludziu, wśród lasów wydał mu się mroczny i tajemniczy, ale dający poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebował.

Kiedy zbliżył się do ogrodzenia, pies uwiązany na łańcuchu ujadał jak wściekły, ale bezsilny cofał  się  i wył. 

Wacek wszedł na podwórko, zbliżył się do okna. ?  Zobaczył za firanką na parapecie okna doniczki z kwiatami. Zapukał w szybę. Przez dłuższy czas nikt nie odpowiadał. Po upływie kilku minut, zaczął pukać długo i uporczywie. Stukanie w okno i wołanie obudziły ludzi w chacie, słychać było rwetes pobudzonych mieszkańców. Z domu odezwał się zaspany głos mężczyzny.

?- Kto tam? Co potrzeba?

– Proszę otworzyć. Potrzebuję pomocy!

– A kto ty jesteś?

– Człowiek, trawiony wysoką gorączką, upadający ze zmęczenia – padła odpowiedź.

– Poczekaj. Ogarnę się i zaraz otworzę. – Usłyszał głos zza szyby.

Przez pewien czas Wacek stał w ciemności. Po kilku minutach nastąpił szczęk przekręcanego klucza w zamku i łoskot zasuwy ryglującej wejście. Po otwarciu drzwi, buchnęła fala ciepła i zaduch nie wietrzonego mieszkania.

W drzwiach stanął mężczyzna w sile wieku, w ręku trzymał zapaloną świecą. Z tyłu za nim były:  starsza kobieta owinięta w kolorową chustę i młoda dziewczyna z długimi rozpuszczonymi włosami, w białej koszuli sięgającej podłogi.

Mężczyzna zrobił krok do tyłu. Cofnął się przerażony widząc, jak przez próg przestępuje ktoś okutany w palto, w czapce maciejówce. A z pod czapki spływała krew i wsiąkała w szalik, którym miał zawiniętą twarz przed mrozem.  Krew sączyła się po policzku i krzepła w wielkiej plamie na ramieniu płaszcza, porażająca swą wielkością. Wargi miał spękane, obrzękłe i sine jak kolor śliwki, a siniec rozlewał się wokół ust na twarz. Zaczął kaszleć. Atak kaszlu był długi i uporczywy. W oczach można było wyczytać niepokój.

– Ledwie stoję na nogach, mruczał niewyraźnie wchodząc do domu. – Pić, pić tylko dajcie. I odprowadźcie mnie gdzieś na ubocze, gdzie będę mógł ściągnąć z siebie łachy, tam gdzie nikt nie będzie mnie szukać, tam gdzie będę się czuł bezpieczny.

W domu rozpoczął się ożywiony ruch. Pod kuchnią rozpalono ogień. Gotowano wodę. Potem gospodarz zaczął sam opatrywać ranę Wacka. Rana była szarpana głęboka, powstała z uderzenia głową w wyrastający z pnia drzewa, kawałek odłamanej  grubej gałęzi.

Po godzinie wszystko było doprowadzone do porządku. Ubranie wyczyszczone ze śniegu i rozwieszone do suszenia przy piecu. A Wacek siedział już w kuchni przy stole, w ubraniu leśniczego.

Przy blasku zawieszonej pod sufitem lampy widać było dużą izbę o dwu oknach. Stał w niej duży stół i cztery krzesła. W rogu kuchni stał olbrzymi zegar. Głucho, posępnie, jednostajnie tykotało jego wahadło w jedną i drugą stronę; kiedy wszakże… miała uderzyć godzina, wówczas z brązowych płuc zegara rozlegał się dźwięk  głęboki, czysty, donośny i nadzwyczaj melodyjny.    Podłoga była drewniana. Ciemne meble jaskrawo odróżniały się od białych, wapnem pobielonych ścian. Duszą pomieszczenia był duży kaflowy piec kuchenny, pod blachą wesoło igrał ogień. Sprawiało to, że czuło się w duszy lekkość i ciepło. Na płycie kuchennej  radośnie gadały garnki, w duchówce piekła się dziczyzna, a wszyscy grzali zmarznięte dłonie przykładając je do gorących kafli.

 Umeblowanie kuchni uzupełniały zawieszone na ścianie półki, na których prezentowały się ułożone według wielkości garnki. Na trójnogu obok pieca położona była miednica, koło niej dzbanek, a obok stągiew pełna wody.

Przez szyby okien, na których mróz swoim magicznym pędzlem namalował w nocy niesamowite obrazy, bezszelestnie wdzierały się promienie wschodzącego styczniowego słońca. Oznajmiały domownikom, że to już poranek.

Pani leśniczyna podała na stół śniadanie. Wszyscy zabrali  się do jedzenia. Córka – Zosia, śliczna, dziewiętnastoletnia dziewczyna, o dużych niebieskich oczach, nalewała do kubków mleko, usługiwała siedzącym. Wacka przygniatało bolesne zmęczenie. Dziewczyna przeszła znów obok niego, nie podnosił głowy, dostrzegał tylko jej stopy i łydki, słyszał skrzyp podłogi.

– Niech pan pije – usłyszał nad głową.

Przed nim stał blaszany dzbanek z mlekiem; nalał sobie do kubka, zaczął pić wielkimi łykami czując jak mu gaśnie w ustach gorzki żar, a strużka mleka cieknie po brodzie i po szyi, chłodząc rozpaloną skórę.

Za oknem zaszczekał pies. Wacek poderwał się z miejsca. Dziewczyna delikatnie położyła rękę na jego ramieniu.

– Proszę się nie denerwować, jest pan bezpieczny – szepnęła.

Podniosła blaszany dzbanek; długi mięsień pod lśniącym atłasem skóry jej odsłoniętego przedramienia naprężył się; nalała mleka do pełna. Wacek podniósł głowę i uśmiechnął się do dziewczyny. Zosia odwzajemniła uśmiech, co promieniował nieskazitelną bielą i przez chwilę obydwoje zatrzymali na sobie wzrok.

– Zaraz podam chleb – powiedziała.

Po czym położyła przed nim kilka kromek upieczonego w domu razowca i domowy smalec w kamionce. Pierwsze kęsy chleba połknął prawie nie gryząc, ale zostało jeszcze więcej jak połowa, gdy podany chleb zaczął smakować, popijał go czarną kawą zbożową.

Zrobiło mu się duszno, poczuł się bardzo niedobrze, wstał i szybko wyszedł na podwórze. Zaskoczyła go cisza. Dzień wstawał mroźny i jasny. Słyszał tylko swojskie domowe naszczekiwanie psów. Stanął na progu domu z sercem nagle ściśniętym od widoku poranka. Był on samą obojętnością; po tych nocach i dniach, które przeżył – to, co go otaczało  wydawało mu się jakimś zaprzeczeniem, niemal wyzwaniem. Pachnie tu domem i szczęściem. Tu tańczą zapachy i wirują dźwięki, których pokusie nie potrafimy się oprzeć. Spotkał tu smak inny od wszystkich. Najstarszy i najcenniejszy. To smak pieczonego w domu chleba.

Ta cisza… Być może pogoń za nim dobiegła końca. To milczenie puste jak nad obcym grobem… Rozejrzał się po  niebie, było czyste.

Stał bez ruchu, posągowo, zapatrzony przed siebie, w jakąś niedostrzegalną dal, starał się bezskutecznie odtworzyć choćby jeden obraz, jedną myśl bodaj wyłonić ze strzępów rozpierzchłych i wirujących pod globusem.

– Tak dziwnie jestem sterany i wyczerpany, że ledwie  się trzymam na nogach… – skarżył się leśniczemu.

– Idź, połóż się zaraz – powiedział leśniczy.

Miejsce do spania przygotowała Zosia w przytulnym pokoiku na poddaszu. Duże drewniane łóżko, czyściutka, pachnąca, biała pościel: duża poducha i puchowa pierzyna.

– Odprowadzę cię do pokoju.

– Ależ, sam dojdę powiedział i uśmiechnął się; wszedł do sieni, stąd Zosia poprowadziła go do pokoju na poddaszu.

– Muszę być chory i najwidoczniej mam gorączkę – powiedział głośno, oglądając się po pokoju – ale nie było już nikogo, Zosia właśnie wyszła, i zamknęła za sobą drzwi.

Rozebrał się, rzucił na łóżko, przykrył się pierzyną i natychmiast zasnął.

Sen miał pełen chrzęszczących oddechów, poskrzypywań i chrobotów, wzbierający maligną, szeleszczący i chory. Musiał mieć bardzo wysoką gorączkę.

Wacek obudził się następnego dnia, tuż przed południem. Przez chwilę leżał, zastanawiając się, gdzie jest, gdy niespodziewanie jego uszu dobiegła głośna rozmowa z parteru. Ta donośna pogaducha,   prawdopodobnie wyrwała go ze snu. Otworzył oczy, podniósł głowę. Potrząsnął nią pragnąc zrzucić z siebie ciężki, długi sen, z jakiego został wyrwany, a który sprawił, że nie wiedział, gdzie jest, ani jak długo spał.

Ubranie wisiało na oparciu krzesła, ale dłuższą chwilę wahał się, czy ubrać się i iść, czy raczej zostać w pokoju. Upłynęło dobrych pięć minut, zanim usłyszał, jak po trzeszczących schodach,  ktoś wchodził na poddasze. Zdążył się ubrać, gdy do pokoju wszedł leśniczy.

Wacek podniósł się z miejsca. Przed nim stał człowiek w sile wieku,  średniego wzrostu; barczysta, muskularna postura leśniczego pod luźnym swetrem wskazywała na  mężczyznę energicznego wysportowanego. Smagła twarz, gładko wygolona, nieduży prosty nos, ładnie wykrojone usta, duże czarne myślące oczy i krótko przystrzyżone, w tył zaczesane blond włosy składały się na całość poważną i ujmującą.

– Miło mi cię powitać, Wacławie – odezwał się, i wyciągnął rękę.

– Właściwie: poznać – uśmiechnął się leśniczy. – Wczoraj byłeś w tak kiepskim stanie, że przypuszczam niewiele z poprzedniego dnia zapamiętałeś.

Zeszli do kuchni na śniadanie. Podczas jedzenia Wacek przedstawił prawdziwie swoją sytuację i zamiar, że po dojściu do pełni zdrowia, chce kontynuować przedzieranie się w rodzinne strony.

Przedostać się z Poznańskiego w Kieleckie nie było łatwo. W zimie tysiąc dziewięćset czterdziestego roku Niemcy zdołali już zorganizować sprawną administrację, a zwłaszcza policję. Otrzymała ona surowy nakaz wyłapywania kręcących się po okolicy osób, które nie mogły się należycie wylegitymować. Niezależnie od policji po drogach, miasteczkach i wsiach krążyły zmotoryzowane patrole niemieckiej żandarmerii. Zetknięcie się z nią równało się zazwyczaj trafieniu do obozu koncentracyjnego, a często natychmiastowej śmierci.

Hubert, bo tak było na imię leśniczemu obiecał, Kwaśniewskiemu zaświadczenie, że jest on  pracownikiem Nadleśnictwa i jest upoważniony do pozyskiwania drewna dla zakładów meblarskich w Warthegau, z terenów Generalnego Gubernatorstwa. Zdobycie dokumentów jednak się przeciągało.

Mijał dzień po dniu. Tydzień upływał po tygodniu. Wacek mieszkał nadal w leśniczówce. Pomagał leśniczemu w pracy. Nie prosili go o to, lecz sam starał się być pożytecznym, życzliwie traktującej go rodzinie. Notabene  pracą gasił coraz bardziej trapiącą go nudę. Położenie jego zdawało mu się przykrym. A możność opuszczenia tego ustronnego zakątka…? Nie dokończył swego przeświadczenia.  Przerwał rąbanie drzewa, odłożył siekierę i zatonął w myślach. Ocknął się dopiero wówczas, gdy usłyszał  z domu głos Zosi. Zwrócił głowę z żywym zainteresowaniem w stronę tego dźwięku. Mieszka w leśniczówce, już trzeci tydzień. Z początku zwrócił uwagę tylko na Zosi oryginalną urodę – śliczna i zgrabna, o ciemnych włosach  błyszczących miedzianymi i złotymi odcieniami. Z czasem po rozmowach z nią, odczuwał, że Zosia ma na niego przemożny wpływ, potrafiła go oczarować swoim aksamitnym głosem, wyrażaniem swoich myśli i sposobem zachowania. Nie mógł tego odgadnąć. Przecież znał wiele ładnych dziewczyn. A tu coś ponadzmysłowego. Szczególnie dziwne były jej spojrzenia. Takie powłóczyste, „głębokie”, które odczuwał, gdzieś w głębi serca. I wtedy gubił się; omalże nie dostawał rumieńców, coś wewnątrz iskrzyło. To wprowadzało go w stan napięcia, podekscytowania. A powinienem być bardziej opanowany uważał, gdyż jako starszy od niej,  był bardziej doświadczony… W jej oddziaływaniu była jakaś siła hipnotyczna, wykraczająca poza inspiracje estetyczne, zmysłowe kobiety na mężczyznę.

Zbliżał się koniec stycznia, dzień był coraz dłuższy. Wackiem targały  wewnętrzne zmienne uczucia. Chodził roztargniony po leśniczówce i swoim poddaszu. Towarzyszył mu niepokój, rozdrażnienie, miał problemy z koncentracją. Tęsknota za życiem utraconym się zwiększała.  Szukał nowych wrażeń, atrakcji. Wówczas  wychodził do lasu, przedzierał się przez zaspy śnieżne i długo wałęsał się po wertepach leśnych. Niekiedy przekradał się lasami w pobliże szosy i z ukrycia obserwował przejeżdżające kolumny wojskowe. Potem wracał do leśniczówki. A tutaj przebywanie  blisko Zosi nie dawało mu spokoju.  Obserwował u siebie, kołatanie serca i inne zmiany w ciele, spostrzegł, że ciągle myśli o niej, że pragnie przy niej być, rozmawiać bez ograniczania czasu, że nagle stała się dla niego ważną. Nie był do końca pewny, czy to  jest przyjaźń, fascynacja, namiętność, a może już miłość?

Pewnego dnia Wacek oddalił się daleko od leśniczówki i długo wałęsał się po lesie. Do domu wrócił, kiedy się  ściemniało. Zastał wszystkich przy kolacji. Przywitał się ze wszystkimi radośnie i wypytywał Huberta o nowiny. Początkowo trwała chaotyczna, banalna rozmowa o wszystkim i o niczym. Hubert był w dobrym humorze i mniej obarczony myślami jak zazwyczaj. Po kolacji wszczęła się rozmowa, która przeciągnęła się aż do północy. Mieszały się przeszłość z teraźniejszością. Powoli umysły uspokoiły się i przeszli na aktualne tematy. A było o czym mówić. Walec wojny w sposób brutalny toczył się dalej.

W pewnej chwili Hubert tajemniczo oznajmił.

– Długo to trwało, ale obiecane zaświadczenie nareszcie zostało załatwione. Wstał i wręczył Wackowi dokument.

W oczach Wacka widoczna była radość. Tego wieczora, rozmowa się przeciągała, była miła, rodzinna atmosfera.

W pewnej chwili Wacek oznajmił, że skoro ma już „Zaświadczenie”, to jutro wyrusza w dalszą drogę.

– Ale musisz nas odwiedzać – stwierdziła Zosia.

– Chciałbym bardzo – odpowiedział Wacek.

– Czy w czymś nie dogodziliśmy? – zapytał Hubert.

Wacek energicznie zaprzeczył:

– Żadnej krzywdy od was nie doznałem. I zawsze będę was wszystkich dobrze wspominał!

– Cóż wojna rządzi się swoimi prawami i dyktuje  zachowania. – rzekł Hubert – Ale jak będziesz miał potrzebę, przychodź. Wygód u nas nie ma, ale chleba nie zabraknie.

Zegar stojący w rogu kuchni  wskazywał północ. Kalendarz wiszący na sąsiedniej ścianie informował, że jest sobota siódmego lutego 1940 roku. Ostatni dzień w leśniczówce i zarazem ostatni wieczór z Zosią.  Rodzice wstali, pożegnali się i poszli spać. Zosia i Wacek usiedli obok siebie na kanapie. Zaczęli wspominać, nieco poplątał im się czas.

– To wszystko przeszłość – powiedziała Zosia. – Ale mam ciebie – to znaczy, że wszystko jest przyszłością. Wacław ujął rękę Zosi i ucałował ją z głębokim szacunkiem. Zosia przytuliła głowę do piersi Wacka. Odezwała się po długiej chwili:

– Wojna podobno szybko się skończy, przyjedziesz do mnie  i będziemy zawsze razem – powiedziała Zosia cicho.

– Nie martw się, po wojnie zaraz wrócę, żebyś za bardzo się nie  stęskniła. Zaopiekuj się moim sercem – Zostawiam je przy tobie.

– Już późno, idź spać, jutro czeka cię daleka droga, musisz być wypoczęty, powiedziała Zosia i uśmiechnęła się. 

Wacław przyciągnął Zosię do siebie, znalazł jej wargi  swoimi wargami; wargi Zosi zadrżały. Wstała i poprawiła pasek swojej brązowej sukienki. Wacek wstał również. Popatrzyli sobie w oczy. – Po czym szepnął – Gdybym mógł śnić, śnił będę tylko o tobie.

W kuchni zapadła przepastna cisza, tylko zielonawy płomyk lampy naftowej, jak gwiazda drgał ustawicznie, rozpryskując się świetlistymi promieniami.

Nazajutrz rano, zaraz po śniadaniu Wacek pożegnał się ze wszystkim serdecznie i wyruszył w drogę.

Wiele razy oglądał się na znikające w dali budynki leśniczówki i robiło mu się coraz smutniej. Dziwne jest serce ludzkie gdy długo jedną rzecz kocha, tęskni; gdy się z kochaną istotą rozstanie, znowu tęskni.

Poprzedni artykułSzepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. V
Następny artykuł7 skutecznych metod na zwiększenie poziomu testosteronu
Jan Chruśliński, ur. 11.03.1937 r. w Busku-Zdroju, mieszka w Warszawie. Członek Związku Literatów Polskich. Laureat trzech nagród literackich. Człowiek o ciekawym życiorysie. Kolarz w kadrze Polski LZS. Startował w wielu prestiżowych wyścigach w kraju i zagranicą. Jako już dorosły, ale młody chłopiec śpiewał i tańczył na scenie w Uzdrowiskowym Artystycznym Zespole Pieśni i Tańca w Busku–Zdroju. Po ukończeniu w 1956 roku Technikum Drogowego w Szczecinie, otrzymał nakaz pracy do Powiatowej Rady Narodowej w Łobzie. Absolwent Oficerskiej Szkoły Inżynieryjnej im gen. Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu. Ukończył studia historyczne w Warszawie, zwieńczone pracą magisterską na temat: Emigracja sezonowa z województwa kieleckiego do Niemiec w latach 1926-1931. Pułkownik Wojska Polskiego. Służbę wojskową pełnił na różnych stanowiskach w 12 pułku drogowo-eksploatacyjnym w Modlinie Twierdzy, później w Głównym Kwatermistrzostwie WP i Centrum Szkolenia Obrony Cywilnej w Warszawie. 31 maja 1996 roku, po czterdziestu latach służby, przeszedł w stan spoczynku. W tym samym roku rozpoczyął pracę w ARiMR w Warszawie. W 2009 roku, po 54 latach służby i pracy, mając 72 lata, odszedł ostatecznie na emeryturę. Jest działaczem Warszawskiego Klubu Przyjaciół Ziemi Kieleckiej w Warszawie. Publikuje w piśmie Świętokrzyskie – Środowisko – Dziedzictwo kulturowe – Edukacja regionalna, Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim oraz w Buskim Kwartalniku Edukacyjnym. Autor książek; Rozstania i powroty (2009), Tak było... wspomnienia oficera wojsk drogowych (2010) – Książka otrzymała nagrodę Szefa Transportu i Ruchu Wojsk MON (2016), Życie wpisane w historię (2012), Starość zaczęła się wczoraj...(2013) – Książka uhonorowana nagrodą główną w dziedzinie literatury na I Polskim Festiwalu Sztuki „ORZEŁ 2016”, Miłość i wojna, nagrodzona nagrodą literacką im. Stefana Żeromskiego (2014) i Z Chrobrza na wojenną tułaczkę (2016).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj