Od Autora
Powieść ta, mówiąca o losach oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, oparta jest na prawdziwych wydarzeniach; spotkać w nich można nazwiska i pseudonimy osób rzeczywiście działających w tamtym okresie na Kielecczyźnie.
Pragnąłem chociaż we fragmencie dać faktograficzną relację walk partyzanckich podczas okupacji.
Nie pisałem historii… O d z m i e r z c h u d o ś w i t u jest powieścią, o prawdziwych wydarzeniach. Opowiedziałem w niej o zdarzeniach na które patrzyłem oczami moich bohaterów. Żyłem ich życiem i reagowałem drgnieniem ich serc. Wielu z nich, a w tym Komendanta Obwodu ZWZ – AK Busko „Borsuk”, majora Wacława Ćmakowskiego, znałem (mieszkał u nas w domu) i do dnia dzisiejszego pamiętam. Skrupulatny czytelnik odnajdzie w tej książce wiele nazwisk, pseudonimów, miejscowości i zdarzeń prawdziwych…. Napisałem powieść zafascynowany patosem i polityczną złożonością okupacyjnych dni, a na tym tle – naszych niełatwych polskich spraw…
Pisałem ją pod wrażeniem wielowymiarowości, barwności, wewnętrznego bogactwa i niereklamowanego bohaterstwa tych Polaków, którzy z pełną świadomością już w czasie okupacji walczyli nie tylko o Wolną i Niepodległą, ale i o nową Polskę…
Chciałem przede wszystkim z utrwalonych w pamięci wydarzeń i twarzy ludzi, na podstawie ich pisemnych relacji, wydobyć jakąś najprostszą prawdę tamtego czasu – niepowtarzalną atmosferę tych miesięcy marszów, biwaków i walk, najdziwniej poplątane losy ludzi, związanych z sobą wielką partyzancką solidarnością, o której się nie mówiło, ale o której nie można zapomnieć. Cieszyłbym się, gdyby ten zamiar choć w części udało mi się zrealizować.
Jestem dumny, że moja rodzinna Ziemia Kielecka wydała takich ludzi. Jestem zarazem zażenowany, że tak mało się o nich wie, mówi i pisze. Napisałem więc tę powieść w skromnym hołdzie dla tych, którzy zginęli, abyśmy my mogli żyć…
Rozdział I
Dramatyczny wrzesień…
Poranny nalot bombowców niemieckich na Warszawę dokonany w piątek 1 września 1939 roku był zaskoczeniem dla ludności. Prasa i radio podały tekst orędzia prezydenta Ignacego Mościckiego o napaści hitlerowskiej na Polskę.
Tego dnia dzieci w Busku – Zdroju nie poszły do szkoły. Przy alei Zdrojowej, przesłonięty z jednej strony konarami rozłożystych kasztanów, czekał na nich świeżo wybudowany budynek szkolny. W długim korytarzu miał zabrzmieć dzwonek wzywający na lekcje, pierwsze po wakacjach. Na dziedzińcu gmachu szkolnego roi się od dzieci; tu i ówdzie gwarzą gromadki zebranych z bliższych i dalszych okolic, rodziców i uczniów. Rozgadana gromada tych starych – otrzaskanych ze szkołą – i niewielka gromada nieśmiałych pierwszaków. Jeszcze by pan Karcz – woźny, nie skończył wymachiwać dzwonkiem, a już by wdarli się na korytarz. Tu pierwszaki, tu będzie się uczyła Halinka. Tam druga, czwarta, piąta… Gdzie szósta, gdzie nasza klasa? – krzyczeli Jadwinia i Jędrek. Już od kilku dni przychodzili pod szkołę. Zgadywali: może to okno, a może tamto, będzie oknem naszej klasy? A może po drugiej stronie, od placu gimnastycznego?
A potem będzie tak samo jak w zeszłym roku, jak w czwartej i piątej. Do klasy, w której zalegnie zupełna cisza wejdzie pani Knapowa, bo ona pewnie i w tym roku będzie naszą wychowawczynią. Doprowadzi nas do ostatniej klasy. Taki zwyczaj panuje w naszej szkole. Wejdzie i powie: „Dzień dobry po wakacjach”. Po czym pozamyka własnoręcznie cztery okna w klasie. Uczyni to z pośpiechem, jakby ta czynność zabezpieczyć miała będących w klasie uczniów od jakiegoś groźnego niebezpieczeństwa. Potem popatrzy po siedzących w ławkach, nikogo nie pominie. Jakby chciała sprawdzić, czy wszyscy zameldowali się w komplecie. „No, no, to już szósta klasa! To nie byle co, rozumiecie?”
I uniesie wskazujący palec do góry. W klasie będzie długa, najzupełniejsza cisza… Przez chwilę słychać tylko ostrożny podźwięk jej kroków, kiedy przechodzi między rzędami ławek. A dziewczęta i chłopcy siedzą na swych miejscach wyprostowani, znieruchomiali, zamienieni niemal na spiż. Następnie pani Knapowa założy okulary i podyktuje listę nowych podręczników. Czekają już w księgarni pana Stanisława Sambora, jeszcze pachnące farbą drukarską.
Ale tego dnia w szkole dzwonek się nie odezwał. O świcie na pogodnym wrześniowym niebie pojawiła się gromada samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach. W Busku dzień ten rozpoczął się przejmującym wyciem syren ostrzegających mieszkańców miasta przed nalotem niemieckiego lotnictwa. Nad miastem i okolicą huczały strzały, wybuchały ciężkie pociski artyleryjskie i bomby lotnicze. Świat zmienił się w piekło. Bomby spadły na uzdrowiskową część miasta, zniszczyły sanatorium Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Byli ranni i zabici. Do akcji ratunkowej przystąpiły natychmiast drużyny harcerskie: żeńska i męska, których opiekunami byli nauczyciele – Zofia Bogoniowa i Jakub Zaręba. Szczególnie aktywne były harcerki z drużyny imienia Emilii Plater, z jej drużynową Basią Liberą. Objęte „pogotowiem wojennym”, mające za sobą szkolenie sanitarne w ramach koła PCK, jako samarytanki zdawały pierwszy egzamin praktyczny niosąc pomoc rannym i poszkodowanym podczas bombardowania, a kilka dni później, 9 września 1939 roku otoczyły troskliwą opieką rannych. Wyróżniły się w tej pracy Basia Libera, Danusia Siwecka i Danusia Teretuła. A ranni leżeli pod drzewami kasztanowca, jak szmaciane lalki; pozawijani białymi bandażami, na których czerwieniły się plamy krwi. Ręce mieli brudne, żółtobrązowe, niektórzy aż czarne i nie starczało im sił, aby tymi rękoma odganiać muchy, co nad nimi wirowały. Ksiądz podawał stułę do pocałowania żołnierzowi rannemu w głowę. Sanitariuszka, klęcząc obok, szukała czegoś w swojej torbie ze znakiem Czerwonego Krzyża. Żołnierze przynosili nowych rannych. Sanitariuszki krążyły między rannymi, zmieniały bandaże, podawały picie i jedzenie. A kiedy wykonały swoje zadania, odchodziły z opuszczonymi głowami do kolejnych zadań, a za sobą wciąż słyszały cichutkie jęki rannych, tak cichutkie, jakby to nie byli mężczyźni zarośnięci po oczy, tylko niemowlęta w pieluszkach. W domu tato Basi Siweckiej pytał, dlaczego płacze – bo ocierała ukradkiem łzy. Ale nie odpowiedziała mu, bo nie umiałaby mu tego wytłumaczyć.
„W niedzielę 3 września pełen niepokoju, wstałem bardzo wcześnie rano – opowiadał po latach mój ojciec, Stanisław Chruśliński – słońce jeszcze nie wzeszło, lecz cała okolica rozświetliła się już narastającą od wschodu jasnością. W ogrodzie między rzędami drzew owocowych, ciągnęła się jasnozielona, mokra od rosy wstęga lucerny, nieporuszana najmniejszym powiewem. Przejrzysty opar wisiał nad ziemią zapowiadając bezwietrzny, upalny dzień. W górze trzepotały się skowronki. Poza tym cisza niemal absolutna i spokój panowały dookoła. Ten błogi nastrój, przerwany został wczesnorannym komunikatem radiowym; płynęły z niego wieści, że w kilku miejscach front został przerwany, a ciężkie walki toczą się głęboko na własnych ziemiach, że nasze wojska zostały odepchnięte od morza i bohatersko walczy tam tylko poczta i jedna nadmorska strażnica”.
W istocie, niepokój rozlał się po całym mieście, a przejęty naród słuchając dzwonów kościelnych ruszył do świątyni, by dowiedzieć się czegoś więcej. Wkrótce też na kościelnym cmentarzu zebrał się duży tłum. Proboszcz parafii, ksiądz kanonik Antonii Otrębski, na podstawie komunikatów radiowych, poinformował wiernych o tragicznym burzeniu Warszawy i wielu innych miast przez wrogie samoloty, o bestialstwie zwyrodnialców strzelających do ludzi pracujących w polu i do dzieci pasących krowy. Apelował również o solidarność w obronie napadniętej Ojczyzny. Różne były reakcje zebranych, nie wszyscy jednakowo komentowali ostatnie wypadki. Jedni zaciskali zęby i mówili, że przecież wojna dopiero się zaczęła i wszystko jest do wygrania, ale rodzice, których synowie byli na froncie klękali przed obrazem Matki Boskiej i modlili się za nich żarliwie.
Następnego dnia, w poniedziałek, już od rana spływał z nieba gorący żar upalnego września, kolumny wojska polskiego przewalały się przez miasto, jedna z nich przemieszczająca się po głównej niezbyt szerokiej szosie tłuczniowej, oficjalnie nazwanej „chmielnicką”, wjechała w ulicę Ogrodową, której koniec kończył się w polach. Ulica ta, zwykła polna droga, od połowy szerokości była zarośnięta dziką trawą. Wydeptały tę trawę nogi chłopców i dziewcząt, kiedy ganiali za piłką, grali w berka albo w dwa ognie. Dobrze się na niej leżało, pachniała kwiatami polnymi i upstrzona była białą koniczynką. Teraz tę stronę ulicy, pod płotami posesji, zajmowały budzące najwyższą ciekawość chłopców wozy. Stało tam kilka nieforemnych samochodów o ciemnozielonych karoseriach. Na ich bokach i dachach widniały duże białe koła, a w nich czerwone krzyże. Prócz samochodów były też wozy konne z wysokimi burtami, a nie zabrakło i zwykłych furmanek, widocznie zarekwirowanych chłopom. Dwa motocykle z przyczepami zamykały kolumnę z obu stron. Dwie taczanki kłusem wjechały do naszego ogrodu, ostro zawracały pod drzewa w sadzie. Zgrzane konie chlapały na boki płatami piany. Ułani szaleli na swoich wierzchowcach. Wszyscy byli podekscytowani, gadali głośno.
Na pierwszy rzut oka widać było, że przeżywają coś bardzo ważnego. Porucznikowi zeskakującemu z konia wachmistrz zameldował pododdział na postoju. Porucznik wysłuchał meldunku z powagą, stojąc w rozkroku, bo ścierpły mu widać nogi w czasie jazdy. Podziękował podając mu rękę. Wydał z miejsca rozkazy dotyczące odpoczynku, obiadu i przygotowania całości do wymarszu. Wachmistrz uwijał się między wozami, pilnując wyprzęgania i oprowadzania zmydlonych koni. Żołnierze zeskoczywszy z wozów biegli do studni pić wodę, pytali o obiad. Szwadrony rozsypały się po zagrodach. Nareszcie można napoić konie. Zaczęły dzwonić studzienne łańcuchy i wiaderka. Konie pochyliły łby do koryta wypełnionego wodą i piły końcami warg, wzdychając i cedząc przez wędzidła. Parskanie koni, pokrzykiwanie ułanów, rozmowy z mieszkańcami. Jak to na postoju. Są niedawno wykopane ziemniaki. Żołnierze palą ogniska. Będzie co pojeść! Pieczone kartofle… palce lizać! Podoficerowie łają niegroźnie, ale jak tu zakazać wygłodzonym? Przykazują, by nie palić dużych ognisk, by rozłożyć się w większych odstępach, bez skupiania się w jednym miejscu. Pomęczeni żołnierze, poukładali się wokół ognisk. Jedni drzemali, inni kopcili papierosy, ten i ów snuł się wzdłuż kolumny, niektórzy pogadywali leniwie o tym i owym.
– Porucznik wszedł do naszego domu, poprosił o kartkę papieru. – Przed wymarszem napiszę list do domu – matka niepokoi się na pewno, że gdzieś ktoś do mnie strzela i że narażam się bezustannie na jakimś froncie, muszę ją uspokoić – powiedział. List włożył do zaadresowanej koperty, wręczył mojej mamie i prosił o wrzucenie go do skrzynki pocztowej. Wyszedł na ulicę i usiadł w przyczepie motocykla. Zdjął rogatywkę, rozpiął kołnierz munduru. Nogi zwisały mu poza przyczepę. Nie spał. Patrzył przed siebie, na ogrody pełne różnokolorowych malw i żółtych słoneczników, na ściany domów, sady rosnące z tyłu i błękitne niebo rozpięte nad tym wszystkim, niczym bezpieczny dach wielkiego namiotu. Ludzie wylegli z domów na ulicę. Zbliżyli się do niego, byli tam między innymi: mój tato, panowie: Kozłowski, Kmita, Kuś, Cira, Skoczek, pani Zdanowska, Zmarzlikowa, Olechowa, i córka pani Cisowskiej – Janka. Dzień był pełen emocji, strachu, pytań i oczekiwania. Głód wiadomości podniecał i gnębił. Ludzie rozpuszczali sprzeczne wieści, co nie sprzyjało uspokojeniu. Rozgorączkowane umysły chciały więcej wiedzieć, chciały słyszeć, że wróg również ciężko płaci za swą nikczemną napaść. Porucznik, pytany odpowiadał, że odwrót jest konieczny, by skoncentrowanymi siłami wydać walny bój, ale zaszczepiona niepewność sączyła się pod sklepieniem mózgu i rozlewała coraz bardziej.
Po pewnym czasie wszyscy trochę się uspokoili, przestali pytać. Dawali żołnierzom mleko, wodę, jakieś owoce z ogrodów i wrócili do domów. Jędrek, mój najstarszy brat i jego młodsi koledzy: Wiesiek Kuś, Stachu Skoczek, Rysiek Zdanowski, Włodek Zmarzlik, kręcili się koło żołnierzy i nie mogli się od nich oderwać, byli wszystkiego ciekawi. Oglądali każdy samochód, taczankę, zbliżali się trochę lękliwie do koni żujących obrok w długich parcianych torbach uwieszonych u pysków. Wreszcie położyli się na trawie w pobliżu motocyklistów. Chłopcy przyglądali się porucznikowi. Podobał im się. I ta sprężysta postawa, i błyszczące oficerskie buty, i jakiś spokój na twarzy nieruchomej, zamyślonej. Pobiegli do naszego ogrodu, zerwali najbardziej dojrzałe jabłka. Dłońmi wyglansowali do połysku i wrócili do motocykla. Porucznik nie zmieniając pozycji przeniósł wzrok na nich. – Proszę! To dla pana – Jędrek pokazał na koszyk z jabłkami. Porucznik uniósł się, usiadł i zapalił papierosa, przez chwilę uważnie patrzył chłopcom w oczy. – Niech pan weźmie – zachęcał Jędrek. To kosztele z naszego ogrodu, są słodkie, dojrzałe… Porucznik wziął, położył koszyk obok siebie na przyczepie. – Mówisz, żeby zjeść? – powiedział jakby do siebie.
– No pewnie – chłopcy nabrali większej śmiałości.
– Mieszkacie tu? – wskazał głową na domy. – Tu.
– Od rana was widzę. Wojsko wam się podoba?
– Pewnie! – szczerze chórem odpowiedzieli.
– Ubralibyście mundury i poszli na wojnę co?
– Oczywiście! – z entuzjazmem wykrzyknęli zgodnie. Porucznik popatrzył na nich, zamyślił się na krótko, potem uśmiechnął.
– Całe szczęście, że jesteście za młodzi i obyście nigdy nie musieli.
Te słowa porucznika nie spełniły się. Każdy z tych chłopców miał w późniejszym okresie swój udział w wojnie. Od strony kuchni rozległo się wołanie:
– Zbiórka na obiad! – porucznik zwrócił się w tamtą stronę i krzyknął głośno: – Wachmistrzu, niech wojsko podchodzi plutonami w należytym porządku! Żołnierze zaczynali się podnosić, pobrzękiwać menażkami. W kilka godzin po obiedzie, pododdziały uformowały się w kolumnę marszową i odjechały.
Po pewnym czasie w ulicę wtoczyły się ciągnione przez konie dwukołowe wózki, na których sterczały pękate karabiny maszynowe, skierowane lufami w niebo i zakończone lejkami. Żołnierze w głębokich hełmach szli za wózkami, karabiny zawieszone przez szyję chwiały się, uderzając o piersi.
Piechota zaległa przydrożne rowy. Czekali aż przejdą tabory i odpoczywali. Spod półcienia rzucanego przez przydrożne drzewa wyszedł kapral i podał stojącemu przed domem mojemu ojcu list – niech pan przekaże go moim rodzicom, do restauracji w Stopnicy i powie, że jestem zdrów i cały.
– Niech Bóg da ci siłę, synu, abyś uniósł to ciężkie brzemię, którego doświadczasz – zwróciła się do kaprala, stojąca obok pani Maria Olechowa.
Na kopercie widniało nazwisko nadawcy: Kapral Wacław Kwaśniewski, potem numer poczty polowej.
Po niedługim czasie piechurzy ruszyli dalej. Prowadził ich oficer. Był w furażerce, hełm miał przypięty do pasa, przez jego pierś biegła ukosem koalicyjka.
Piękny i słoneczny dzień skłaniał się ku wieczorowi. Ciepło. Na sady osiadała wieczorna mgła. Tu i ówdzie widać było wiszące jeszcze na drzewach jabłka i gruszki, fioletem wyróżniały się dorodne śliwki, złociły się i czerwieniały liście. Złota polska jesień. Co przyniosą następne dni i tygodnie? Po kilku dniach bez przemarszów wojsk i niepokojącej ciszy, pewnej nocy przed świtem, mieszkańców Buska i okolicy obudziły niezbyt dalekie grzmoty. Ludzie nie spali, wylegli przed domy i na ulicę. Z kierunku Widuchowej i Broniny widoczna była łuna, działo się coś, czego z podwórka domu nie dało się dostrzec. Teraz wszystkie głowy zwracały się w tamtą stronę, śledząc na niebie groźne znaki jakiegoś dramatu. Szerokie, blade błyski rozłupywały horyzont i gasły w sprężystych skurczach – raz sine, drgające długo ogromnymi płatami, kiedy indziej flegmiste i więdnące natychmiast przy samej ziemi. Dopiero po pewnym czasie spostrzeżono, że szosa drga od nich jak napięta struna, przekazując nam rytm tych nieodległych wyładowań. Gdy rano, upalne słońce wzniosło się na niebo, wyraźne dudnienie jeszcze się spotęgowało, miasto i okolica z przerażeniem dowiedziała się, że w odległości 4 kilometrów od Buska, pod Broniną toczy się bitwa, to polskie wojska 22. Dywizji Piechoty Górskiej, pod dowództwem płk dypl. Leopolda Endel – Ragisa, walczą rozpaczliwie ze zmotoryzowanymi i pancernymi oddziałami Wehrmachtu.
Żołnierzy 5. i 6. Pułków Strzelców Podhalańskich i 22. Pułku Artylerii Lekkiej po każdym odparciu wroga zalewała kolejna fala czołgów i, by nie dać się zmiażdżyć lub okrążyć, odstępowali na nowe pozycje. Okopywali się i znów walczyli. Byli wyczerpani do ostateczności, żywili się owocami w sadach i tym, co jeszcze pozostało na polach. Coraz częściej pojawiała się biegunka, trawiła ich gorączka i pragnienie, zmęczeni bez granic odpoczywali w boju, ale broń trzymali mocno i wierzyli swoim dowódcom. I choć cofali się, pola po bitwie gęsto zalegały różnym żelastwem wroga i jego butnymi żołdakami. Walka trwała pełne dwie doby (8-9 IX) i dopiero ucichła trzeciego dnia nad ranem. Ale, gdy już drugi dzień słychać było niesłabnące odgłosy bitwy, nastrój wśród ludności ponownie zaczął się poprawiać. Wycofujący się żołnierze przekazali wiadomość, że w Stopnicy doszło do starcia z Niemcami. Autobus wojskowy wiozący 30 żołnierzy niemieckich, jadący ze Staszowa, mylnie poinformowany przez swe dowództwo, że Stopnica jest już zajęta przez oddziały niemieckie, wjechał na rynek. Nie rozpoznał przy wjeździe do miasta dobrze zamaskowanego posterunku obrony i celowo nie został zatrzymany, aby go w mieście pochwycić. Na rynku wywiązała się krótka ostra walka. Niemcy zarzucili polskich żołnierzy ręcznymi granatami, po czym rozbiegli się po najbliższych domach, w których prowadzili walkę obronną. Opór ich jednak został szybko zlikwidowany. Podobno w połowie wzięto ich do niewoli, a pozostali zginęli w walce. Wreszcie i oni, mówiono, obrywają, a do wschodniej granicy jeszcze daleko. Natomiast nic o rezultatach bitwy pod Broniną nie było wiadomo.
Następnego dnia, po uciszeniu się walk, już od samego rana zaczęły krążyć mrożące w żyłach krew, wiadomości. Przynieśli je uchodzący przed frontem uciekinierzy, ale i tym nie uwierzono. Po bitwie na polach Broniny, Owczar i Widuchowej, w promieniach wrześniowego słońca znajome pola i lasy stały zielone i ciche – ciche tak nieziemsko, że przerażenie ściskało serce. Każdy pusty rozdarty pociskami dom, który wycofujące się polskie wojska mijały, każdy chudy komin sterczący nad osmalonymi dymem ruinami, zwiększał tylko przerażenie. Na drogach i polach nie spotykano ani żywej duszy. Owszem – trupy ludzi i koni, leżące przy drodze, spuchnięte, pokryte muchami, ale ani żywego stworzenia. Nie słychać było dalekiego poryku bydła ani śpiewu ptaków, ani szumu drzew. Wielu tu poległo w walkach. Leżeli na polu walki, gdzie popołudniowe słońce ukośnie i niepokojąco przeświecało między nieruchomymi liśćmi drzew – swoi i wrogowie – i patrzyli na siebie przysłoniętymi krwią i szarym pyłem, szklanymi, strasznymi oczyma.
Dopiero starszy wachmistrz potwierdził te straszne wieści. Opowiadał w naszym domu rodzicom, że walczące wojska 22. Dywizji Górskiej, zostały rozjechane czołgami, że jest wielu zabitych i rannych oraz wziętych do niewoli. Jemu udało się w ostatniej chwili zbiec na koniu, z niechybnej niewoli niemieckiej. Był skrajnie wyczerpany i głodny. U nas napoił i nakarmił konia, umył się, ogolił, zjadł coś i po krótkim odpoczynku odjechał w poszukiwaniu swojej jednostki wojskowej. Nad krwawym polem bitwy zapanowała cisza. O świcie nad miastem uniosła się potężna chmura popielatego kurzu. To pobita, ale niepokonana polska armia po walce ustępowała miejsca, by zająć nowe pozycje i bić się dalej. Wszystkimi drogami prowadzącymi na wschód szły pomieszane oddziały kawalerii, artylerii, taborów i innych służb. Ścieżkami zaś obok dróg i przez wyschnięte pola maszerowała piechota. Tylko kopyta wierzchowców i buty piechurów szurały jednostajnie, tylko gdzieś koń parsknął słabo lub zachrzęściła uprząż. Chwilami znów, gdy toczyły się działa po wyschniętej nawierzchni, to dudniły trochę obręcze i drżały ściany budynków. Zmordowani walkami i wycieńczeni głodem żołnierze byli wynędzniali, zarośnięci, obdarci i zawsze z niepokojem w zapadłych, milczących oczach. Szli niczym duchy okryci gęstym obłokiem suchego pyłu. Przed domem na podwórzu, przy ulicy Stawowej, w którym mieszkały rodziny Stefanii i Władysława Szydłowskich oraz Emilii i Ryszarda Pytlewskich, zebrali się bliżsi i dalsi sąsiedzi: Cira, Różycki, Błach, Żurek i Jurecki. Po chwili wziąwszy wiadro z udojem południowego mleka wyszła Helena Szlenkowa – wdowa. Teraz wszyscy podeszli do niej i stali tak bez ruchu, jakby zatrzymali oddech, rozmawiając ze smutkiem o przegranej pod Broniną, o armii własnych nadziei. Ta Polska Armia cofała się znów pod naporem żelaznej przemocy, tak jak już wiele razy cofała się przez wieki, by odradzać się na nowo na obcych ziemiach i po czasie wracać do kraju. Tylko po jakim teraz czasie powrócą?…
Nikt się nie odzywał, ale wszystkim serca ściskał przemożny ból tego rozstania, a pod nim zaczynał czaić się także narastający strach. Nagle, od miasta ukazało się kilku kawalerzystów, dowodził nimi młody blondynek z dwoma gwiazdkami na naramiennikach. Cały pokryty był popielatym pyłem i zalatywał ostrym potem. W rozkosznym chłodnym cieniu rozłożystej dużej jabłoni rosnącej w podwórzu, zsiedli z koni, popuścili popręgi, napoili konie i każdy jak mógł najwygodniej, rozciągnął się w gęstej trawie. Szydłowska i Pytlewska, poczęstowały wygłodniałych ułanów jajecznicą z pajdą chleba z masłem. Oficer wskazując palcem na wiadro zapytał: – Macie tam jeszcze co kobieto? – mówił śpiewnym, kresowym akcentem. Helena Szlenkowa bez słowa uniosła i podała mu naczynie. Porucznik duszkiem wypił kilka haustów mleka, potem odwrócił się do leżących ułanów i kazał im się resztą podzielić. Gdy po chwili oddawał Szlenkowej puste wiaderko, ta wykrztusiła przez suche gardło:
– To zostawiacie nas samych? Stęknęła drżącym głosem.
– Musimy – odrzekł szybko – są zbyt pancerni. Ale nie martwcie się – dodał natychmiast – wrócimy niebawem. Potem wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i podał ją Szydłowskiemu.
– Trzymaj pan! – powiedział. – I nie dajcie się! – dodał, wskoczył na konia i odjechali w tumanie kurzu.
Wieczorem po wykonaniu wszystkich prac domowych Szlenkowa usiadła na ławeczce przed domem, nie mogła jednak usiedzieć spokojnie. Straszna to była noc, dookoła słychać było strzały armatnie, czerwone łuny płonęły na niebie, a tam, gdzie kończył się ich blask, były żółtawe i blade. Wyżej było granatowo i widać już było migocące gwiazdy. Ich światło nie było silne, bo łuny je rozmazywały, ale były przecież, te same gwiazdy, które obserwowała nieraz siedząc z mężem na ławeczce przed domem w niedzielny wieczór. Niedzielny, bo w powszedni mąż naharował się „do siódmych potów”. Tak zawsze mówił, zwłaszcza wiosną i w żniwa. Niby narzekał, ale oczy mu się śmiały, bo gospodarka szła jak trzeba.
Za ścianą słychać było miarowe oddechy jej ukochanych synków. Cuciło ją to z przykrych rozmyślań, uzbrajało na krótko, wówczas sprzeciwiała się i ulegała kolejno natrętnym myślom, aż wreszcie poddała się i przyjęła za pewnik, że jej świat rozpada się na jej oczach i gdzieś w podświadomości dostrzegała, że spokojne i uporządkowane życie odchodzi na zawsze, a w miejsce to wciska się wielka niewiadoma. Trzy miesiące temu, 3 czerwca pochowała męża, została sama z dwójką małych dzieci: Witek miał pięć lat, a Kazik niespełna trzy i na wspomnienie, że za chwilę mogą tu być Niemcy, siadała znów bezradnie na ławeczce i rozważała, co powinna teraz zrobić. Ale żadna rozsądna myśl nie przychodziła jej do głowy.
W mieście, po porannym zaskoczeniu 1 września 1939 roku, zarządzono ostre pogotowie czynnej i biernej obrony przeciwlotniczej, rozplakatowano w tym zakresie specjalne instrukcje. Władze miejskie wezwały ludność Buska do kopania rowów przeciwlotniczych i zabezpieczanie okien przed wypadaniem szyb. Ojciec brał czynny udział w organizowaniu obrony przeciwlotniczej zakładów pracy i domów mieszkalnych w Busku.
– Pośród ludzi – opowiadał po latach – nie znać było popłochu. Nastrój wahał się między zaciekawieniem tym, co nastąpi, a zdziwieniem, że tak właśnie wszystko się rozpoczęło. W dniu 9 września wojska hitlerowskie zajęły Busko. Zaczął się nowy okres w życiu miasta. Napełniło się ono żołnierzami niemieckimi, ulice lustrowane były stale krążącymi patrolami, po dwóch, trzech uzbrojonych żołnierzy z żandarmerii polowej. Pierwsze zetknięcie buszczan z wojskiem i administracją niemiecką wskazywało na fikcyjność zapewnień władz niemieckich o przestrzeganiu prawa międzynarodowego. Żołnierze niemieccy w sposób brutalny obchodzili się z ludnością cywilną, czy to stojącą do sklepów w kolejkach po zakupy, czy oczekującą na przepełnione autobusy odjeżdżające do Kielc. Kolba karabinu, była powszechnie używanym środkiem do utrzymania tzw. porządku. Szczególnie boleśnie odczuwała ludność w pierwszych dniach okupacji politykę rekwizycji i świadczeń osobistych. Na potrzeby wojska i hitlerowskiej administracji zajmowano mieszkania i domy. Rekwizycjom podlegały często meble, zapasy towarów i aparaty radiowe. Coraz częściej na drogach pojawiały się nieprzyjacielskie patrole. Żołdaki kazali się kłaniać sobie, a gdy ktoś ich nie pozdrowił lub nie zdjął czapki, bili kolbami i kopali nieraz do utraty przytomności. Wielokroć bez żadnego powodu przeprowadzali rewizje chłopskich furmanek, jadących na targ i rabowali, co im się spodobało. We wsiach wchodzili do zagród rozglądając się po obejściu za czymś szperając. Wbrew zapewnieniom administracji niemieckiej, że ludność żydowska nie będzie podlegała żadnemu uciskowi, od pierwszego dnia okupacji stopniowo nasilała się akcja dyskryminacyjna wobec Żydów. Dyskryminacja ta wyrażała się przede wszystkim w zmuszaniu Żydów do bezpłatnych świadczeń osobistych. Mieszkania Żydów były systematycznie grabione przez żołnierzy wychowanych w duchu hitlerowskiego szowinizmu. W nocy z 27 na 28 września do mieszkania Żyda Szai Kaufmana przy ulicy Stopnickiej, wtargnęło trzech żołnierzy zmotoryzowanej żandarmerii polowej: Franz Rothe, Siegfried Baudisch i Andreas Kerner. Pobili ciężko Kaufmana, obcięli mu połowę brody, kazali się rozebrać do naga, potem wyciągnęli go na ulicę i na komendę padnij – powstań, położyć się w kałuży. Następnie jego dwudziestoletnią córkę Hindę, przemocą i pod groźbą pistoletu zgwałcili. Wymienieni, kilka dni wcześniej w ciągu nocy wtargnęli do kilku żydowskich mieszkań, między innymi do właściciela drukarni, Joska Topioła, Kali Cukiermanowej i Szlama Zylbersztajna i grożąc bronią wymuszali wydanie pieniędzy. W ten sposób zagrabili około dziewięciu tysięcy złotych.
Wrzesień 1939 roku, był jednym z najstraszniejszych polskich miesięcy. Nie dlatego, że ponieśliśmy klęskę – kończył swą opowieść ojciec – niejedną już klęskę miał naród za sobą. Nawet nie dlatego, że klęska ta była tak gwałtowna i tak miażdżąca – na wojnach dramaty i gwałtowne zmiany sytuacji są zjawiskiem częstym. Potworność polskiej tragedii wrześniowej polegała na czym innym: na katastrofie psychicznej narodu, najzupełniej nie przygotowanego do tego, co się stało. Mówiono i pisano tylko o naszej potędze i o zwycięstwach – nigdy o klęskach; w stosunku do wrogów używano tonu niemal wyłącznie lekceważącego. W wyniku tego zarówno społeczeństwo, jak i kierująca nim administracja, a nawet wojsko – były psychiczne gotowe do zwycięstw, lecz całkowicie nie przygotowane do klęski. A cóż dopiero do tak koszmarnych klęsk, jakie zgotował nam los.









