Ksiądz Bernard Farny, dyrektor szkoły i wizjoner, spiritus movens fundacji Civitas Dei – Opus Magnum, zjadł na kolację pół tłustej kaczki, wypieczonej, jak nakazuje tradycja, w żeliwnej brytfance, z zaszytymi w jej wnętrzu jabłkami, kawałkami sadła i podrobów. Przysmak, palce lizać! Chrupiąca skórka, różowo-brązowe mięso przesiąknięte aromatem jabłek i kaczym sadłem – królewskie danie! Do tego ksiądz Farny wypił trzy czwarte butelki znakomitego Haute Cabrière Pinot Noir Unwooded. Nic dziwnego, że tego wieczora sen zmorzył go wcześniej niż zwykle. Krótko po dwudziestej pierwszej poddał się zalotom pachnącego pieczoną kaczką i czerwonym winem snu. W wielkim małżeńskim łożu mógł swobodnie i do woli przewracać się z boku na bok, a to dzięki temu, że swoją ukochaną gosposię, a właściwie partnerkę, panią plebanii, odesłał do ich tajnej kawalerki służącej jako biuro, żeby zajęła się stertą niesegregowanych od dwóch tygodni dokumentów.
W związku z tym, ledwo kaczuszka nadziewana złotą renetą doszła, a rozpalona brytfanka wylądowała na drucianej podstawce chroniącej marmurowy blat, pani plebanii, Antonina, wsiadła do zgrabnego, pasującego kobiecie z pozycją, białego volvo i pojechała do swoich księgowych obowiązków. Tymczasem jej podopieczny i wybranek serca, wizjoner Bernard Farny, wypełniony kaczką podlaną doskonałym Cabrière Pinot Noir, wśliznął się pod puchową kołdrę i natychmiast zasnął.
Zazwyczaj sny księdza dyrektora ziały nudą, pozbawione projekcji nie spełnionych na jawie marzeń, ani tych dotyczących męskich pragnień, ani, co dziwne, związanych z mistyką, duchową misją, spotkaniami ze świętymi. Po prostu nuda!, bezrefleksyjne, nie dające odpoczynku, spędzanie nocy głównie na chrapaniu.
Ale nie tym razem. Otóż w pewnym momencie pozbawiona treści senna szaruga rozbłysnęła chłodnym, księżycowym blaskiem. Otworzyły się drzwi i do sypialni księdza wkroczyły trzy postacie odziane w ciemne, szykownie skrojone ni to smokingi, ni garnitury, połyskujące metaliczną czernią.
– Witamy „ekscelencję” i jednocześnie przepraszamy za przerwanie jego zasłużonego odpoczynku – goście rozsiedli się na wytapicerowanych chyba powietrzem fotelach, bowiem były one absolutnie przezroczyste, wręcz niewidoczne!
– A na czym to panowie… – ksiądz Farny, zamiast odpowiedzieć na słowa powitania, zainteresował się, na czym to siedzą nocni goście, ponieważ nie dostrzegał nic pod siedzącymi, co by usprawiedliwiało ich wyjątkowo swobodne pozycje.
– Jakie to może mieć znaczenie w pańskiej sytuacji – najwyższy z trójki uśmiechnął się i przedstawił. – Jestem superwizorem i jednocześnie przedstawicielem najwyższej władzy, jaką można mieć nad sobą, jednak proponuję, żebyśmy zamienili tak popularnego we współczesnym języku superwizora na zwierzchnika. Jestem do tego określenia przywiązany, no i brzmi poważniej, tym bardziej że nie ma już nade mną nikogo innego – mówiący te słowa skinął głową.
– A ja muszę jeszcze dodać – odezwał się drugi gość siedzący w niewidocznym fotelu – że dodatkowo Messer Woland jest konsultantem najwyższej rangi! Nikt nie posiada tak kompletnej wiedzy jak on. Dlatego ma ksiądz niepowtarzalną okazję dowiedzieć się o sobie więcej niżby się spodziewał – towarzysz konsultanta zachichotał i wyciągnął w stronę księdza zaciśnięte dłonie z wyprostowanymi na znak zachwytu, kciukami. – No, po prostu szczęśliwiec! – znowu zachichotał.
– Ale ja przepraszam, bo nie bardzo rozumiem, co miałby pan konsultować i z kim – ksiądz Bernard usiadł na skraju łoża. – No i z jakiej racji w nocy? Ponadto w sypialni… Co ja, przestępca jakiś? Nie można było za dnia w moim gabinecie? Kawy bym zrobił…
– O, drogi księże, spotkamy się także za dnia. Noc jed-nak ma tę zaletę, szczególnie jeśli chodzi o metody poznawcze charakterów, że nie kłamie, prawda jest na wyciągnięcie ręki – mówiąc to, konsultant Woland pokazał księdzu Bernardowi opasłą, wykonaną z czerwonej skóry, teczkę wypełnioną dziesiątkami dokumentów.
– Ależ panowie! – ksiądz zdenerwował się. – Jakim prawem! Skąd to macie?! To są tajne akta i nikt nie może ich tykać bez mojej zgody! Włamaliście się do sejfu, a to jest przestępstwo. Dzwonię na policję!
– Drogi majestacie praworządności – Woland podał teczkę księdzu – nie było włamania ani nie dopuściliśmy się innego przestępstwa, czego nie można powiedzieć o panu. A hasło do sejfu: „Dum spiro, spero”, zdradził nam nie kto inny, tylko szanowny pan.
– To niemożliwe! Ja niczego, a szczególnie hasła do sej-fu, nie zdradziłbym nawet własnej matce!
– Wierzę – Woland uśmiechnął się, pokazując białe, ostre zęby. – Ale ja nie jestem pańską rodzicielką, więc może dlatego zdradził je pan właśnie mnie. Poza tym, jak już wcześniej powiedziałem, we śnie nie zdobywa się prawdy podstępem, czego dowodem jest nasz przypadek. Prawda, monsieur Bernard?
– No tak, zapomniałem, że śnię, tylko śnię! Co za ulga. Dzięki ci, Boże – spojrzał na swoich gości triumfująco. – A teraz wybaczą panowie, że powrócę do przerwanego snu, ponieważ jutro czeka mnie wiele pracy.
– I niespodzianek…
– Niespodzianek? Jakich niespodzianek? – ksiądz zamrugał nerwowo, nie wiedząc, o jakie niespodzianki może chodzić, ale w sypialni nikogo już nie było.
***
Artura Niewiadomego budziła zazwyczaj, co może wydawać się dziwne, cisza tak cicha i zajęta sama sobą, że właśnie z tego powodu jego uwaga skupiała się na tym, czy na pewno świat nadal istnieje, skoro nie słyszy ani myśli, ani nawet własnego oddechu. A tym razem, na przekór porannej rutynie, obudził go intensywny zapach, który pozostawiwszy w spokoju uszy, trafił do jego zaspanej świadomości przez nos. Artur wciągnął powietrze przez nie całkiem jeszcze gotowe do pełnienia swoich funkcji nozdrza, ale zaraz po tym usiadł i już absolutnie przytomnie zlecił pamięci badania porównawcze, cóż to takiego może być. Zanim uporał się z rozszyfrowaniem zapachu jako przysmażonego boczku z cebulką i chleba przypieczonego na tym samym tłuszczu, usłyszał męski, niski głos:
– Witaj, gospodarzu, i wybacz, że bez twojej zgo-dy przygotowaliśmy, może nie najzdrowsze, ale pyszne śniadanie.
Dopiero teraz Artur dostrzegł trzech mężów, których wczoraj sprowadził lekturą „Mistrza i Małgorzaty” do Stumilowego Lasu. Dzięki Bogu, nie czuł zdenerwowania ani lęku, mimo że podobnie jak wczoraj w lesie ich twarze przysłaniała niewyraźna mgiełka, jakby kryli oblicza za pajęczynowymi woalkami. Jedynie oczy mieli ostro zarysowane na ciemnym tle twarzy. Spoglądali na niego z uwagą, albo raczej z ciepłym zainteresowaniem.
– Proszę, to moja specjalność – Woland podał Arturo-wi talerz ze smażonym boczkiem i przypieczonym, chrupiącym chlebem.
– O Boże, jakie to pyszne!
– Czyżbyś wierzył w Boga? – zainteresował się Woland.
– Na pewno nie – do rozmowy wtrącił się milczący do tej pory Azazello. – Tutaj wiele osób wyraża tak zachwyt. Wołają: o Boże!, zamiast: niebo w gębie, albo: pycha! Czasami brzmi to: kurcze blade! Takie tu panują zwyczaje…
– Ty zawsze wiesz najlepiej – burknął Behemot. – Niech nasz gospodarz sam odpowie.
– Dosyć! – Woland uciszył zapalczywych asystentów.
– Proszę nam powiedzieć, jeśli to nie tajemnica.
Artur przełknął ostatni kęs pieczonego chleba na boczku i odstawił talerz.
– Jeśli mam być szczery…
– Inaczej się nie da – goście powiedzieli to niemal jednocześnie.
– Tak, wiem, dlatego odpowiedź na to pytanie jest nie tyle kłopotliwa, ile bardzo trudna… – Artur zmarszczył czoło i westchnął. – Krótko mówiąc, bardzo chciałbym wierzyć, ale…
– „Ale” oznacza wątpliwości – Woland uśmiechnął się na dźwięk tego słowa. – Nie trzeba się ich wstydzić ani wypierać, ponieważ są oznaką myślenia, refleksji. W szczególności wiara w Boga wymaga zaangażowania umysłu, chociaż samozwańcze zastępy działające, jak twierdzą, w Jego imieniu, piętnują angażowanie rozumu, domagając się ślepego posłuszeństwa i wiary w Słowo, tylko że owe wynoszone ponad rozum słowa mają wielu ojców, tylko nie ma pośród nich tego, o którym mówimy.
– No właśnie, od setek lat najtęższe głowy usiłują zna-leźć dowody na Jego istnienie, niestety w konsekwencji posługują się argumentami, nie dowodami, z obszaru mistyki. A tak na marginesie – mistycyzm i mistyfikacja mają wspólny rdzeń, coś jest na rzeczy. Dlatego bez względu na to, czy filozofia jest w stanie przedstawić obiektywny, realny dowód oparty na empirycznym doświadczeniu Boga, czy nie, nie widzę możliwości wyjścia z tego filozoficznego labiryntu, ponieważ nic jednoznacznego z tej wielowiekowej dysputy nad problemem Boga nie wynika i chyba nigdy nie wyniknie. Od tysiąca lat dyskutowane są różne rodzaje dowodów, według mnie wyłącznie argumenty, budowane na tak zagmatwanych dla zwykłego śmiertelnika figurach logicznych, że lepiej jest po prostu uwierzyć lub nie, szukając pretekstu wyłącznie we własnym rozumie. Przykładem niech będzie Anzelm z Canterbury, formułujący oryginalny dowód, argument, zwany ontologicznym, w którym uznaje, że Bóg jest tym, ponad co nic większego nie można pomyśleć, nie jest rozumowym założeniem lub postulatem i nie podlega dowodzeniu, ale jest tezą wynikającą z wiary i tylko do wiary się odwołuje. Krótko mówiąc powinienem przyjąć ideę bez możliwości poparcia jej doświadczeniem. Uff! Aż się spociłem. Czy to jest język dla zwykłego śmiertelnika? Koszmar! Ale idźmy dalej.
Przeczytałem kiedyś krótką rozprawę Kanta „O niemożliwości ontologicznego argumentu na istnienie Boga”. Kończy swój wywód następująco: „Wszelki wysiłek i praca na wykazanie istnienia najwyższej natury z pojęć, okazały się daremne, bo nikt z samych tylko idei nie wzbogaci się o wiedzę, podobnie jak kupiec w majątek, gdyby dla poprawy swego położenia zechciał do stanu posiadania dopisać kilka zer”. Reasumując, mogę tylko powiedzieć: śmiem wątpić, ponieważ nie wiem, czy powinienem zrozumieć, aby uwierzyć, czy uwierzyć, aby zrozumieć. No i na koniec wątpliwości rzecz ostatnia: czy można żyć pełnią życia, nie rozstrzygając tego problemu?…
Woland i jego asystenci w skupieniu słuchali słów Artura.
– Zadziwia mnie pan wiedzą i oczytaniem, i jednocze-śnie daje pan dowód, być może w sposób nieświadomy, że rozum jest nie tylko drogą do wiedzy, ale także przeszkodą na drodze do prawdy. Przykład na sformułowaną przeze mnie tezę ma pan przed sobą, czyli naszą trójkę.
– Wiem o tym bardzo dobrze i godzę się z tym, ponie-waż nie wszystko może być zważone, zmierzone i opisane niedającym się obalić wzorem matematycznym. Dlatego, mimo że nie jestem zdolny do wiary z wielu powodów, cieszę się ze spotkania z wami na przekór rozsądkowi i wszelkim regułom.
– Tak, nie są to proste sprawy – uprzejmie przytaknął Woland – ale przynajmniej próbuje pan znaleźć drogę w ciemności, mimo że podaje w wątpliwość to, co pomogłoby ją panu odnaleźć. Jest w panu, Arturze, i ogień, i pokora, natura niespokojna, ale usiłująca utrzymać je w ryzach i zachować proporcję między tymi trudnymi do pogodzenia żywiołami. Nie to, co obywatele Bezdomny i Berlioz, których spotkaliśmy kilkadziesiąt lat temu w Moskwie na Patriarszych Prudach. Rozmawialiśmy o tych samych problemach, ale oni byli tak zapiekli w swojej nieuzasadnionej pewności, że nawet odjęcie głowy niedowiarkowi, redaktorowi Berliozowi, na skutek spotkania z przepowiedzianymi przeze mnie kołami tramwaju, nie zmieniło poglądów poety Bezdomnego, tylko utwierdziło go w przekonaniu o jakimś nieokreślonym spisku agenturalnym. No, ale cóż, dał Bóg, jak powiadają, wolną wolę, dlatego niektórzy płacą za ten przywilej życiem, ale z zaznaczeniem, że dla niektórych wolna wola oznacza trwanie przy swoim wbrew wiedzy, logice i zdrowemu rozsądkowi – Woland chwilę trwał w zamyśleniu. – Ale to nie pańskie bolączki. Bardzo krzepiące jest spotkać wrażliwego człowieka. I mimo że jest w nim sporo wad, nie pozostaje mi nic innego, jak współczuć panu trapiących go niedoskonałości. A teraz oddalimy się, ponieważ musimy odbyć bardzo ważną rozmowę z kimś, kto nie zdaje sobie sprawy, jak wielkim wstydem i utrapieniem jest dla tego, którego imię wykorzystuje do załatwiania swoich szemranych interesów. A wy – Woland zwrócił się do Azazella i Behemota – nareszcie będziecie mieli pole do popisu. Należy się wam odrobina rozrywki.
– Messer, nie możemy się doczekać spotkania z tym py-szałkowatym grubasem! – przeraźliwie głośno miauknął Behemot, a drugi z nich, Azazello, ni stąd, ni zowąd zaczął stepować i to nad wyraz profesjonalnie, a do tego chichotał i powtarzał: Ubawimy się stokrotnie! Oj, ubawimy się!
– I do mnie przemawia wizja wzięcia w obroty obywa-tela księdza, ale na razie wystarczy waszego entuzjazmu – Woland opanował wybuch radości swoich asystentów. – A teraz zmuszeni jesteśmy rozstać się z panem, drogi Arturze, ale niebawem powrócimy.
– Możecie, panowie, u mnie mieszkać tak długo, jak będziecie potrzebować. Dla mnie to zaszczyt!
– Dziękuję i będę pamiętał – Woland uśmiechnął się i zaraz zwrócił się do Azazella i Behemota. – Na nas już czas – ledwo to powiedział, rozpłynęli się w powietrzu, jakby nigdy ich tu nie było, albo stanowili senne widziadła znikające zaraz po przebudzeniu. Trudno w to uwierzyć, ale tak było…
***
Bernard Farny, ksiądz i wizjoner, obudził się w kiepskim nastroju. „Nic innego, tylko za dużo tłustej kaczki i pewnie ciut przesadziłem z winem” – pomyślał ksiądz, ale w tej samej chwili przypomniał mu się dziwny sen, na dodatek, co mu się nigdy wcześniej nie zdarzało, ze wszystkimi szczegółami.
Ksiądz wkroczył do kancelarii w wisielczym humorze i nie zanosiło się na rychłą zmianę nastroju, tym bardziej że siedząca za biurkiem sekretarka z przerażeniem na twarzy dawała księdzu nerwowe znaki, machając rekami i co rusz wskazując na drzwi jego gabinetu.
– Ale o co chodzi? Co pani, choroby świętego Wita się nabawiła? – zirytowany ksiądz podszedł do biurka. – Niech się pani opanuje! Na Boga jedynego, mowę pani odebrało?
– Przyszli we trójkę jakieś pół godziny temu – szepta-ła, a właściwie cicho chrypiała, wyciągając do szefa dłoń z pismem opatrzonym wieloma pieczęciami. – To leżało na moim biurku, a to nalepione było na drzwiach i na tablicy informacyjnej. Nie mam pojęcia, jakim cudem, bo przecież pierwsza przychodzę i otwieram wszystkie drzwi! To jakaś bardzo nieprzyjemna i podejrzana sprawa! Obawiam się, że to może być kontrola albo jakiś audyt, tylko nie wiem – kto za tym stoi?
– Już dobrze, proszę się uspokoić – ksiądz czytał pi-smo odwołujące w dniu dzisiejszym zajęcia dla wszystkich klas w związku z koniecznością przeprowadzenia niezbędnej reorganizacji. Ale czego miałaby owa reorganizacja dotyczyć, nie było ani słowa. – No cóż, myślę że to robota naszych wrogów. Oni tylko czekają na byle potknięcie, żeby się do nas dobrać. Niedoczekanie! Na razie zbadamy, w czym tkwi problem – ksiądz dyrektor odłożył pismo na biurko sekretarki i nacisnął klamkę drzwi gabinetu.
– No, nareszcie! – na skórzanej kanapie siedziało trzech dżentelmenów w kruczoczarnych frakach.
– Ociupinkę zaspał dziś szanowny dyrektor – mó-wiący te słowa wstał i wyciągnął rękę. – Azazello jestem, a ksiądz, jeśli się nie mylę, to ksiądz we własnej osobie, prawda? – I nie czekając odpowiedzi, chwycił jego pulchną dłoń i zaczął nią mocno potrząsać.
– Czy myśmy się już gdzieś nie spotkali? – dukał prze-straszony nie na żarty ksiądz dyrektor.
– Ależ ma pan rację, kochaneczku! – miauknął Behe-mot. – Odwiedziliśmy wczoraj pańskie senne lokum, żeby przełamać lody, albo jak powiadają: przegonić pierwsze koty za płoty! Mnie się tam bardzo podobało!
– Ależ, panowie – ksiądz Farny mimo początkowego przerażenia postanowił bez względu na konsekwencje dowiedzieć się, co takiego oznaczają te nader dziwne wydarzenia – mam wrażenie, że postępujecie wbrew wszelkim zasadom cywilizowanego świata! Przecież to nie uchodzi, żeby nawiedzać nocą, bądź co bądź, osobę publiczną, na dodatek będącą przedstawicielem Kościoła katolickiego, więc… – Chciał jeszcze dodać: Proszę się wytłumaczyć, ale nie zdążył.
– Ksiądz ma absolutną rację – do rozmowy wtrącił się Woland. – Natychmiast wyjaśnię mu przyczynę naszej wizyty, ale wcześniej proszę wysłać sekretarkę do domu, ona nie jest nam do niczego potrzebna.. Dziękuję. A teraz do rzeczy. Otóż jestem najwyższym przedstawicielem, naczelnikiem i jednocześnie instancją odwoławczą i rozjemczą urzędu kontroli procesów nauczania. Do moich obowiązków należy ocena przymiotów, ale także niedostatków osób nazywających się nauczycielami, w szerokim rozumieniu tego określenia.
– Rozumiem, co pan mówi – ksiądz nerwowo prze-stępował z nogi na nogę – mimo to muszę się przyznać, że nigdy nie słyszałem o takiej instytucji. Bardzo by nam uprościło rozmowę, gdym mógł zobaczyć jakiś dokument, legitymację czy coś podobnego.
– Ależ oczywiście! Doskonale rozumiem pańskie wąt-pliwości, a od siebie dodam jeszcze, że nie on pierwszy prosi nas o okazanie niezbędnych w takiej sytuacji dokumentów. Nie zapomnę czerwonej ze złości twarzy ministra oświaty, niejakiego Jabłońskiego, w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku, a dokładnie dziesiątego października, kiedy pojawiliśmy się u ministra, żeby przedyskutować rolę szkół korespondencyjnych w tworzeniu nowej klasy tak zwanych inteligentów, między innymi przez werbowanie aktywistów i działaczy politycznych, którzy wcześniej nie znajdowali dosyć czasu, żeby uczyć się w systematycznej szkole. Skończyło się wielką awanturą i próbą zaaresztowania naszej trójki, ale efekt był taki, że funkcjonariusze bezpieki nie potrafili nas zatrzymać, więc żeby się wykazać, przymknęli sporą grupę niewinnych osób, oczywiście niewinnych tylko w tej konkretnej sprawie.
– Panowie – ksiądz zdenerwował się. – Opowiadacie, nie wiem, w jakim celu, dyrdymały o swoich kontrolach siedemdziesiąt kilka lat temu, co by oznaczało, że każdy z was ma co najmniej sto lat! To jakaś żenująca prowokacja! Chcecie zrobić ze mnie idiotę, człowieka niepoczytalnego? W jakim celu? Co ja wam zrobiłem?!
– Och! Zaraz nam. Jego „ekscelencja” strasznie drobia-zgowy, chodzi o szersze spektrum.
– Jakie znowu spektrum?! Dosyć tego, dzwonie na policję!
– Świetnie – uśmiechnął się Woland, a Behemot i Aza-zello przybili sobie piątki. – Jeśli można, to prosiłbym, żeby zaprosił pan jeszcze kogoś z urzędu skarbowego.
Najlepiej naczelnika.
– Panowie! – w oczach księdza dyrektora oprócz pa-niki pojawiła się łzawa szklistość. – Na Boga, dlaczego tak perfidnie żartujecie ze mnie? Co wy sugerujecie? Przecież ja walczę o sprawiedliwszy świat. O ludzką godność. Walczę o boski porządek na tym padole pełnym nikczemności i tragicznych kontrastów. A moim orężem jest etyka najwyższej próby. Nadana przez Boga jedynego! Jeśli tego nie rozumiecie, to… – ksiądz dyrektor znowu nie zdążył dokończyć.
– Och! To rzeczywiście wspaniałe, co waszmość usi-łuje czynić! – Azazello uniósł dłonie nad głowę, a potem skoczył na równe nogi, zawirował, zakręcił niesamowicie szybkiego pirueta, po czym zatrzymał się obok fotela wypełnionego księdzem dyrektorem. – Wzruszyłem się walecznością „ekscelencji”, dlatego w dowód uznania odznaczam szanownego pana orderem: Bohaterowi walki o etykę waszą i naszą. – Azazello przyklęknął na jedno kolano i wyszczerzył w błazeńskim uśmiechu w połowie złote zęby.
– Wystarczy na razie, wracaj na kanapę – Woland zmitygował Azazella i zwrócił się do księdza. – Etyka… U was wszystko jest na opak. Skąd to nieszczęsne przekonanie, że etyka sprowadza się do religii i wiary, a wiara do nakazów Kościoła. Tylko tyle zostało z dwóch tysięcy lat rozważań na temat dobra i zła, cnót, szczęścia i sensu
istnienia? Szkoda słów…
– Ależ klnę się na Boga, że moim zamiarem jest dbanie o dobro wiernych, ich dusze i zbawienie! – ksiądz splótł dłonie jak do modlitwy.
– A ja myślę, że czas najwyższy pomyśleć o pań-skim zbawieniu, chociaż mam wątpliwości, czy istnieje na to choćby nikła szansa.
– Ale ja naprawdę, we wszystkim co robię, mam na uwadze wyłącznie bliźnich.
– Zatwardziały kłamca! – huknął Woland, aż zadzwo-niły szkła w gabinetowym barku. – Jak długo budujesz, przyjacielu, kościółek? Osiem lat?
– To nie takie proste, jak się wydaje. Przeróżne zezwo-lenia, nie wspominając o finansach, wiążą ręce.
– Ale plebania o powierzchni niemalże połowy projek-towanego kościoła służy księdzu już od siedmiu lat, a wierni, golone bez wstydu przez waszmość owieczki, dalej muszą jeździć kilka kilometrów do najbliższej świątyni, żeby prosić w modłach o rychłe ukończenie obiecanego im kościółka. Za ich pieniądze, zresztą! To jest ta pańska etyka?
– Panowie, nawet nie mam zamiaru wam się tłuma-czyć, bo wyglądacie mi bardzo podejrzanie.
– Jeszcze bardziej niż dobrodziej? – ucieszył się Aza-zello, ale ksiądz dyrektor był tak przejęty, że nie usłyszał ironii w pytaniu.
– Ale mimo to – po krótkim zastanowieniu ksiądz kontynuował – że wyglądacie jak wyglądacie, powiem wam, że dźwigam na swoich barkach wielki projekt, o którym już sama jego nazwa wiele mówi: Civitas Dei – Opus Magnum! Tak panowie, jestem twórcą dzieła na miarę trzeciego tysiąclecia. Ale co wy o tym możecie wiedzieć? – ksiądz pokraśniał z emocji, dał się ponieść własnym słowom.
– Biedny człowieku, jedyne wyjście z pańskiej sytu-acji, to szczere do bólu przyznanie się do swoich słabości i pokuta polegająca na rozdaniu wszelkiego dobra zgromadzonego kosztem innych, Bogu ducha winnych owieczek – Woland sięgnął do skórzanej, staroświeckiej teczki z dwoma kieszeniami, która ni z tego, ni z owego pojawiła się u jego stóp, i wyciągnął z jej wnętrza czerwony, biurowy skoroszyt pełny dokumentów. – Tutaj mam najważniejsze i najwstydliwsze dowody księżej, za przeproszeniem, działalności, śmierdzące tęgimi przekrętami na szczytach władzy świeckiej i sakralnej. Szczególnie nie do wybaczenia są kontakty z finansjerą ze wschodu, kiedy tuż za granicą pańskiej ojczyzny leje się krew mordowanych, niewinnych ludzi. Nie przeszkadza to panu transferować i prać zbrukane krwią pieniądze wszędzie tam, gdzie podobni panu tworzą zręby nowego świata, żeby rządzić maluczkimi z wysokości niebotycznych ołtarzów. To jest prawdziwe, pańskie dzieło!
– Ale jak inaczej miałbym przeciwstawić się złu i prze-mocy, liberalnej zarazie, jak nie przez projekt Civitas Dei
– Opus Magnum?
– To jest szyld mający zmylić maluczkich, ale mnie, człowieczku, nie oszukasz. Podobnie wzniośle brzmi łacińskie „Tertio Imperio”, co w rzeczywistości znaczy Trzecia Rzesza! Tak, mój skorumpowany dyrektorze w przebraniu sługi bożego.
– Nie! – krzyknął ksiądz. – Ja protestuję! Ja… – na-gle umilkł, za to pozostał z szeroko otwartymi ustami, zapatrzony z niebywałym zdumieniem na popisy Behemota, siedzącego do tej pory spokojnie, mimo że od czasu do czasu wtrącał się do rozmowy. Azazello również. Ale to, co zobaczył ksiądz dyrektor, odebrało mu głos. Na miejscu Behemota siedział tłusty kot wzrostu dorosłego mężczyzny, a zamiast na czarno odzianego Azazella – niewysoki, barczysty brzydal z rudoczerwoną czupryną i krzywym kłem wyrastającym mu z dolnej szczęki. Obaj raczyli się wódką, zagryzali pokrojonym na spore kawałki, ociekającym tłuszczem, węgorzem. Co rusz stukali się kieliszkami, wykrzykując: Za zdrowie wizjonera! – odstawiali szkła i spokojnie wycierali zatłuszczone paluchy w zaścielający niski stolik, zwany jamnikiem, haftowany obrus typu Richelieu.
– A czemuż to nasz wizjoner tak się zapowietrzył, jakby miał zaraz wyzionąć ducha? – miauknął głośno kot i zaraz dodał. – Trzeba wierzyć i mieć nadzieję na lepsze jutro. Dum Spiro, spero! – kocur prychnął, a rudy zarechotał wyjątkowo obleśnie i na powrót zajęli się węgorzem.
– Nie, do jasnej cholery, nie! – ksiądz skorzystał z fak-tu, że na chwilę odzyskał głos. – Dosyć tych wygłupów! Przecież to nie może być prawda! No, chyba że jestem w domu wariatów. Ale wiem, że nie jestem! – dyrektor zerwał się z fotela, podbiegł do biurka i wysunął środkową szufladę. – Teraz ja pożartuję sobie – zachrypiał i wycelował w Wolanda ośmiostrzałową, błyszczącą berettę. – I co, mości bohaterowie? Zrzedły miny, co?
– Oszczędź, łaskawco, ja mam małe kocięta, nie czyń ich sierotami – kocur załkał i zaraz dodał równie płaczliwie. – Wybacz, albowiem nie wiedziałem, co czynię – mówiąc to Behemot odbił się od kanapy czterema łapami i skoczył na księdza stojącego za biurkiem.
– Giń, diabelska kreaturo! – wrzasnął ksiądz i po-ciągnął za spust. Padały strzały jeden za drugim, aż magazynek opustoszał. – Nie, to nie dzieje się naprawdę! – tym razem ksiądz rozpłakał się całą mocą nieużywanych od niepamiętnych czasów zbiorników łez.
Przed rozdygotanym księdzem dyrektorem, oparty jedną łapą o blat biurka, stał kocur, a w drugiej trzymał osiem pocisków.
– Proszę, wyłapałem, żeby ekscelencja nie podziurawił ścian. Szkoda by było.
– Ale trafił w butelkę – warknął Azazello. – Dawaj no zaraz nową flachę, bo zrobię z ciebie tarczę strzelniczą. Migiem!
– Panowie, chwilę – Woland upomniał swoich krewkich asystentów. – Przede wszystkim misja, potem przyjemności. Jego ekscelencja wizjoner musi teraz podpisać kilka niezmiernie ważnych dokumentów, a potem zastanowimy się, jak zakończyć nasz pobyt w tym urokliwym miejscu.
– Ja nic nie podpiszę! – krzyknął ksiądz. – Jesteście zwykłymi bandziorami! Skąd macie moje dokumenty? To niesłychane!
– Jeśli już bandziorami, to raczej niezwykłymi, zarę-czam – Woland pochylił głowę z czarującym uśmiechem. – A jeśli chodzi o dokumenty, to mamy je z zakamuflowanej w mieście siedziby waszej ekscelencji. Przyjęła nas gosposia, kochanka i księgowa waszmościa. Kiedy okazaliśmy jej nasze najwyższe plenipotencje, wydała nam dokumenty, a potem, zanim zemdlała, wyszeptała: „Boże jedyny, cóżem najlepszego uczyniła. Przyjdzie mi teraz odpowiedzieć za wszystko przed Twoim obliczem”. Niewykluczone, że właśnie to czyni.
– Co tu się dzieje? Litości! – Ksiądz dyrektor łapał się za głowę, siadał, a za chwilę wstawał z rzeźbionego w amory fotela stojącego za biurkiem, kręcił się, jakby chciał czmychnąć z gabinetu, ale jakaś niewidzialna siła powstrzymywała go skutecznie, więc siadał na powrót, kręcił zrozpaczony głową i biadolił coraz głośniej i mniej składnie.
– Każesz mnie… dlaczego? Świat jest bez reguł, tyl-ko ja… ja muszę budować imperium… dla Ciebie. Chyba że nie potrzebujesz tego… mojej wielkiej ofiary… A może Ty faktycznie nie istniejesz. No i skąd ci ludzie?
Ja oszalałem, za dużo obowiązków na mojej głowie! O wiele za dużo. Dlaczego próbujesz mnie w ten sposób ukarać? Z jakiej racji mi grozisz, skoro Cię nie ma? Oczywiście, że Cię nie ma. Nie ma! – ksiądz dyrektor wrzasnął niespodzianie i tak przeraźliwie, że Behemot i Azazello przerwali na chwilę węgorzową ucztę i z zaciekawieniem spojrzeli na księdza, a ksiądz chyba naprawdę zwariował.
– Nie ma cię i nigdy nie było! – kontynuował, biegając po gabinecie. – Na co komu ta komedia, skoro nic nie możesz! Bo nic nie możesz! Milczysz tylko, a ty radź sobie sam, walcz, klęska jest tylko kwestią czasu! Draniu nieczuły! Tyle mego, ile wydrę innym! Nie ma piekła, nie ma raju, hulaj dusza! – ksiądz podbiegł do Wolanda, chciał go ucałować, ale ten odrzucił go ledwo uchwytnym gestem, więc wcisnął się między Behemota i Azazella i poprosił: dajcie mi wódki!
– Dla ciebie, zdrajco, z największą przyjemnością – za-rechotał Azazello i nalał księdzu pełną szklankę, a Behemot wcisnął mu do ust kawał węgorza razem ze skórką.
– Co za uczta dla uszu, słyszeć z ust księdza takie wąt-pliwości, czy Bóg istnieje, czy nie! Doskonałe! – miauczał kocur, pakując się wielebnemu na kolana. – Może prościej byłoby szanownemu uwierzyć w diabła?
– A niech sobie nie wierzy, co nam do tego. No chyba że się w końcu przekona na własnej skórze.
– Tak, tak! – darł się kocur. – A na razie jeszcze szklan-ka wódki z księżego źródełka. Pij niedowiarku, pij!
– Niech mnie piekło pochłonie, jeśli nie mam racji – księdzu zaczął się plątać język.
– Tego ci nie odmówimy, to najpewniejsze w two-jej przyszłości – Azazello wyskoczył nagle na środek gabinetu, przybierając postać obleśnego satyra. Na jego dużym łbie panował rozgardiasz badylowatych włosów, z których sterczały dwa rogi, a nieco niżej, pod czerwonym nochalem, kozioł Azazello opierając obfite wargi na fletni Pana, wyświstywał jakąś skoczną melodię. Podskakiwał przy tym na grubych, kozio-baranich nogach zakończonych kopytami, kręcił biodrami utrzymującymi wielki tłusty brzuch, co rusz podskakiwał do księdza i szturchał go owłosionym łokciem w ramię, ale ksiądz dyrektor po wypiciu drugiej szklanki wódki do reszty stracił kontakt z rzeczywistością i nie zwracał uwagi na wyczyny kozła.
– Albo przemówisz do mnie, albo… – usiłował wstać. – Tak, do ciebie mówię – wyciągnął palec wskazujący ponad głowę, celując w sufit, ale niewątpliwie jego adresem było niebo, milczące na kozie błazeństwa.
– O, ty mój biedaku, nie zobaczysz Go ani nie usły-szysz, bo ma On dużo ważniejsze sprawy na swojej siwej od zmartwień głowie, niż przejmowanie się szalonym księdzem. Ale ręczę ci, że On jest, nawet jeśli udaje, że Go nie ma – kocur umoczył koniec puszystego ogona w wódce, po czym wetknął księdzu do ust. – Ssij dziecinko, ssij, może przyśnisz siebie szczęśliwego, może nawet mądrzejszego. A Stwórca, niedowiarku jeden, buja w obłokach najwyższej wiedzy i niewyobrażalnych umiejętności. Właśnie w tym momencie prorokuje w obłoku Magellana i nie będzie zajmował się ludzkością, która nie ma czasu ani dla Niego, ani dla samej siebie. Ale dla ciebie zrobimy wyjątek i dostarczymy cię przed Jego oblicze, kreaturo! – kocur wskoczył na plecy księdza dyrektora, wbił pazury w podszytą tłuszczem skórę i przeraźliwie miauczał – Kreatura! Kreatura! Krea…
– Panowie, kończymy – Woland przerwał rozróbę. – Posadźcie jego światłość, dobrodzieja, za biurkiem.
Behemot i Azazello, który wrócił do swojej zwykłej postaci, przywlekli półprzytomnego księdza i posadzili w fotelu zdobionym dębowymi amorami. Na wybłyszczonym politurą blacie ułożonych było kilkanaście czystych arkuszy papieru.
– Proszę – Woland podał mu czarne pióro. – A teraz czytelne podpisy u dołu każdej z leżących tu kartek. – Wspaniale – Messer brał do reki każdy podpisany arkusz i chwilę dmuchał na wilgotne, atramentowe autografy. – A teraz jego wielebność uda się na zasłużony odpoczynek, a za dzień, dwa, dostąpi zaszczytu spojrzenia w oczy temu, w którego istnienie tak niegodnie wątpi. Na tym koniec mojej roli…
– Chwileczkę, Messer! – zajęczał Azazello. – A my? Nic nam się nie należy?
– No tak, przepraszam, byłbym zapomniał, chyba i ja się starzeję… No cóż, przypadnie wam jeszcze przyjemność spotkania się z wielebnym, tylko że w innych nieco okolicznościach. Teraz to już naprawdę wszystko – po tych słowach pociemniało, zaszumiało, potężny podmuch wiatru wepchnął do wnętrza gabinetu skrzydła okien i zapadła cisza. W pomieszczeniu nie widać był śladu niczyjej obecności. Przepadł gdzieś węgorz, ale przede wszystkim przepadł ksiądz dyrektor, wizjoner i twórca pechowej fundacji Civitas Dei – Opus Magnum.









