Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. V

0

Taksówka pojawiła się w samą porę, Artur zmuszony był opanować wzbierającą na nowo złość. Na szczęście, widząc nadjeżdżający samochód, głęboko odetchnął.
Poskutkowało.
– Panie, ale pana wyniosło! – taksówkarz kręcił z nie-dowierzaniem głową. – W pewnym momencie chciałem zrezygnować z kursu. Toż to koniec świata! Głębokie zadupie… Ale trzeba przyznać, urokliwe – dodał, uśmiechając się przyjaźnie.
– A ja, proszę pana, nie wyobrażam sobie życia bez tego zadupia i…
– Przepraszam, że wchodzę w słowo, ale ci, co chcą je zniszczyć – wskazał uwijających się ludzi i sprzęt budowlany – już dawno wyobrazili je sobie bez takich jak pan. Jesteś im pan tak potrzebny jak hemoroidy w dupie! Oni przejmują się tylko sobą. Aa, szkoda słów… – taksówkarz machnął ręką i zapytał już całkiem spokojnie. – Dokąd jedziemy?
– Do urzędu miasta, albo wydziału architektury.
– Na szczęście są w tym samym budynku.
Do końca kursu ani taksówkarz, ani Artur nie odezwali się już ani słowem, tylko na koniec, kiedy zatrzymali się koło urzędu miasta, Artur usłyszał na odchodne:
– Powodzenia…
Wydział architektury zajmował lewe skrzydło olbrzymiego budynku wzniesionego niedaleko parku śródmiejskiego w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Na szczęście wyposażony był w trzy windy. Artur rozpoczął tropienie historii Civitas Dei – Opus Magnum od sekretariatu wydziału, stamtąd trafił do nadzoru budowlanego, całkiem zbytecznie, bo wszyscy wzruszali tylko ramionami, potem przeszedł do działu architektoniczno-budowlanego i jeszcze dalej, do kancelarii wydziału, żeby wrócić z powrotem do działu architektonicznego. Wędrował tak z piętra na piętro, z pokoju do pokoju, od kierownika do naczelnika – i tak przez bite dwie godziny, ale nic oprócz bezradnie rozkładanych ramion nie udało mu się zobaczyć. Wystarczało, że wymieniał nazwę fundacji, a jego rozmówcy natychmiast sztywnieli, mówiąc: „Przykro, ale projekt objęty jest klauzulą tajności”.
– Ale dlaczego jest tajny? – Artur z trudem opanowy-wał wzburzenie. – Eminencja ma zamiar budować wieżę Babel nowej generacji?
– Ale proszę nas zrozumieć. Nawet powód zastosowa-nia w tej sprawie klauzuli tajności objęty także jest taką
samą klauzulą, więc pan rozumie…
– Chce mi pan powiedzieć, że nie mogę nawet dowie-dzieć się, dlaczego inwestycja Civitas Dei objęta jest klauzulą tajności?
– Nie odpowiem panu na to, ponieważ mam związane ręce ową klauzulą, więc rozumie pan… Ale można zadać pytanie pisemnie.
– I co, otrzymam odpowiedź?
– Tak, pod warunkiem, że pańskie pytania nie naruszą klauzuli tajności.
– No nie! To najprawdziwsza paranoja! Gdzie my żyjemy?!
– Ale proszę mnie zrozumieć! Ja nic nie mogę – urzęd-nik z trudem hamował zniecierpliwienie.
– Doskonale pana rozumiem, ponieważ kłania się słynny paragraf 22.
– A co to za paragraf? – pracownik wydziału zmarsz-czył brwi. – Nie znam takiego.
– Dziwne, bo właśnie udzielił mi pan informacji zgodnych z owym paragrafem. Otóż jest on symbolem sytuacji bez wyjścia. W pewnej amerykańskiej powieści, której, jak rozumiem, nie czytał pan, występuje problem polegający na tym, że władze wojskowe posługują się przepisem, właśnie owym paragrafem 22, pozwalającym unikać lotów bojowych żołnierzom psychicznie chorym. Oczywiście zadecydować o tym może jedynie lekarz, ale wyłącznie na podstawie pisemnego wniosku zainteresowanego. Problem w tym, że złożenie wniosku automatycznie uznawane jest za dowód zdrowia psychicznego. To jest właśnie paragraf 22, mający się świetnie w wielu instytucjach, także u nas. Dlaczego nie można poznać powodów nałożenia na coś klauzuli tajności? Ponieważ samo nałożenie jej objęte jest tajemnicą. Rozumie pan? – po tych słowach Artur popukał się w czoło i wyszedł z pokoju.
Po jego wyjściu urzędnik długo marszczył czoło i mruczał.
– A co to ma z nami wspólnego? Paragraf 22. Też wy-myślił… Pajac.
Artur Niewiadomy wybiegł wzburzony z budynku Urzędu Miejskiego. Zatrzymał się na środku szerokiego w tym miejscu chodnika, nie bardzo wiedząc, co ma dalej robić. Chciał pójść w lewo, jednak coś go powstrzymało, więc ruszył w przeciwnym kierunku, z podobnym skutkiem. Próbował także przejść na drugą stronę ulicy, ale ruch o tej porze był tak intensywny, że nie zaryzykował bliskiego kontaktu z nawałnicą dymiących samochodów. W końcu złapał się za głowę i krzyknął:
– Paragraf 22! Niech to jasny szlag trafi razem z klau-zulą tajności! – Artur podbiegł do skraju chodnika i machał wyciągniętą przed siebie ręką. Nie zdążył ochłonąć, kiedy przy krawężniku zatrzymał się srebrny nissan z nadrukiem na drzwiach „Radio Taxi”.
– Dokąd pan sobie życzy? – zapytał przez uchylone okno przyprószony siwizną taksówkarz.
– Do Stumilowego Lasu! To znaczy… Nie, przepraszam – poprawił się Artur – To moja prywatna nazwa. Proszę na osiedle… – podał oficjalny adres i rozparł się na tylnym siedzeniu. Trzaśniecie drzwi uspokoiło go nieco. Wystarczyło mu, że odgrodził się od nieprzyjaznej i nieznośnej rzeczywistości pełnej paragrafów typu 22 i podobnie kretyńskich przepisów i zakazów cienką warstwą blaszanej karoserii. Znalazł się w kapsule, która ma go zawieźć pod wskazany adres i na tym koniec. Zapłaci bez uciekania się do podstępów i prawnych kruczków obniżających należność i ma nadzieję, że podobnie zachowa się taksówkarz, wydając resztę i paragon, jako jedyny i bezdyskusyjny dowód wywiązania się z zawartej między nimi umowy.
– Dzięki Bogu – mruczał, opuszczając bezpieczne wnętrze taksówki – są jeszcze rzeczy wierne w swej prostocie logice rozsądku i podstawowej uczciwości.
Otwierając furtkę, zauważył światło za oknem. Zanim zdążył się zdziwić, a może nawet przerazić, drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich Krzyś.
– Gdzie byłeś, dziadku? Czekam na ciebie ponad dwie godziny.
– A jak się dostałeś do środka?
– Przecież pokazałeś mi niedawno, gdzie chowasz za-pasowy klucz. Zapomniałeś?
– Ano tak – dziadek Artur uśmiechnął się przepra-szająco. – Coraz częściej zapominam o ważnych sprawach. Ale dzisiaj to usprawiedliwione. Byłem w Urzędzie Miasta, bo nie wiem, czy wiesz, co chce tu wybudować fundacja Civitas Dei – Opus Magnum, której przewodzi wasz ksiądz dyrektor – i dziadek opowiedział Krzysiowi, czego się dowiedział, a głównie czego się nie dowiedział, bo wszelkie informacje na temat inwestycji objęte są klauzulą tajności. – A ty wiedziałeś coś o tym? Nie dzielił się ksiądz dyrektor swoimi planami? – zapytał, kończąc opowieść.
– Wiesz, dziadku, różne rzeczy słyszałem na temat przyszłości naszej okolicy, ale nigdy nie było mowy o jakichś krejzolskich projektach. Czuję że te świry szykują nam niezłą kaszanę. Jeśli to nasze odjechane odludzie zabetonują, poprzecinają ulicami i zabudują wielopiętrowymi budynkami, to nic tu po nas. Możemy stąd spadać. Przecież to będzie tak, jak byśmy zamieszkali w domku kampingowym na najruchliwszym skrzyżowaniu w centrum miasta! Mega koszmar!
– Dlatego musimy działać. To znaczy ja muszę, ale ty możesz mi towarzyszyć. I nie ma na co czekać. Zaraz idę do Stumilowego Lasu z moją ukochaną książką, a jutro spróbuję przywołać kogoś tak potężnego, że na samą myśl zasycha mi w ustach, ale trudno, tylko ktoś taki może nam pomóc. Oczywiście, jeżeli zechce. Wkrótce się przekonamy.
– A ile już pochowałeś w lesie książek?
– Ponad czterdzieści.
– A jaki tytuł ma ta, którą dzisiaj chcesz zakopać?
– Cierpliwości, Krzysiu, jutro wszystkiego się dowiesz, zbyt jestem przejęty, a ty będziesz miał wiele pytań, więc wybacz mi, nie jestem w nastroju.
– Nie ma sprawy. I tak jestem ci wdzięczny, że wtajem-niczyłeś mnie w tę książkową misję.
– Lepiej powiedz, czy rodzice zauważyli, że nie cho-dzisz do szkoły.
– No co ty, dziadku, już ci kiedyś mówiłem, że gdy-bym któregoś dnia zniknął na zawsze, starzy długo by nie spostrzegli tego faktu. Niestety… – Krzyś westchnął żałośnie. – Ale mam ciebie, świat z tobą jest naprawdę zarombisty.
– Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na takie słowa, ale miło mi, że jestem ci chociaż w ten sposób pomocny. Aha, Krzysiu – dziadek Artur zmienił nagle temat. – Nie zauważyłeś, czy rodzice w minionym półroczu dostawali jakieś pisma z Urzędu Miasta? Konkretnie z wydziału architektury.
– Coś tam przychodziło. Nie otwieram kopert, ale wyjmuję je ze skrzynki i zostawiam na stole w kuchni, bo to jedyne miejsce, gdzie na pewno zaglądają i ojciec, i mama. Wydaje mi się, że gdzieś tak pod koniec roku rozmawiali ze sobą na temat naszej okolicy. Słyszałem, jak ojciec powiedział do mamy: „A niech budują, co chcą, nam nic do tego. Zresztą my na tym chyba zyskamy. W końcu będziemy bliżej miasta”.
– No tak, ci twoi starzy wszystko mają gdzieś, nawet samych siebie, byle tylko nikt im nie zwracał głowy. Przykre, w końcu to nasza najbliższa rodzina.
– Trudno, dziadku, nic na to poradzimy. Mogę tylko po-wtórzyć za tobą, że mnie to wpienia i jest mi bardzo przykro. Bardzo… Chwila, a ty nie dostawałeś zawiadomień?
– Widzisz, tak się w moim życiu ułożyło, że miesz-kam tu bez meldunku, bo moje domostwo traktowane jest jak altana na działce, a w takich pałacach nikogo nie zameldują, w związku z tym byłem i jestem zameldowany w domu twoich rodziców. Tak to wygląda.
Przez chwilę oboje milczeli, a potem każdy z nich westchnął głęboko, mówiąc dokładnie to samo:
– To bardzo przykre, ale nic na to poradzę – popatrzy-li na siebie i obaj głośno się roześmiali, po czym weszli do altanowego domu.
Dziadek Artur sięgnął po książkę leżącą na wierzchu sterty odłożonych wczoraj powieści. Trzymał w dłoni „Mistrza i Małgorzatę”. Chwilę marszczył brwi, pewnie miał ważny powód do zatroskania, ale zawahanie trwało zaledwie kilka sekund, po czym tomik wylądował w przepastnej kieszeni zielonej, trapersko-wędkarskiej kurtki.
– No, to w drogę – zawyrokował dziadek Artur i po-szli. Krzyś z saperką, dziadek z książką w kieszeni. Szli, nie odzywając się do siebie. Wiele ostatnio się wydarzyło, mieli o czym myśleć, więc rozmyślali o swoich sprawach, aż dotarli na skraj Stumilowego Lasu.
– Dziwnie milczący jest dzisiaj twój las – Krzyś był wyraźnie zaniepokojony. – Jesteś pewny, że nic złego nas nie spotka?
– Raczej nie, z prostej przyczyny – nie ma tam ludzi, a tylko ich należy się obawiać. Kto ci rozbił nos za twoje poglądy? – Dziadek Artur położył wnukowi dłoń na ramieniu. – Ręczę ci, że to miejsce jest nam przychylne. Myślę, ze nawet bardzo. Wyraźnie to czuję.
Mimo to obaj wstępowali w chłodny półmrok Stumilowego Lasu z niepokojem objawiającym się przyspieszonym biciem serca, jednak po przejściu kilkunastu metrów uczucie niepewności rozmyło się w ciszy pachnącej igliwiem świątecznej choinki. Trafili w miejsce, gdzie dziadek czytał fragmenty przygód dobrego wojaka Szwejka, bez kluczenia i rozglądania się na boki. Nogi same ich zaniosły, jakby kierowały się ukrytym w mięśniach GPS-em.
– No, to jesteśmy – Artur wyjął z kieszeni kurtki książ-kę i położył ją na pieńku oblepionym resztkami wypalonych świec. – Jamę wykopiemy tu, gdzie stoję.
– O! – Krzyś wziął do ręki „Mistrza i Małgorzatę” – Czytałem kiedyś o Bułhakowie. Nacierpiał się w życiu prześladowań.
– Otóż to! Jego życie to ciąg dramatycznych sprzecz-ności. Z jednej strony był cenzurowany, kontrolowany i wręcz deptany, a jednak chroniony przez Stalina, dlatego nigdy nie rozwinął w pełni swoich twórczych skrzydeł. Żył niecałe pięćdziesiąt lat, pewnie dlatego, że nigdy nie zaprzedał się władzy sowieckiej. Artysta może być na usługach, ale wyłącznie własnego sumienia.
Krzyś, słuchając dziadka, kopał dołek, a kiedy doszedł do wniosku, że jest dostatecznie głęboki, położył na dnie „Mistrza i Małgorzatę”.
– Kiedy będziesz czytał, dziadku?
– Myślę, że jutro wieczorem, ale przedtem muszę po-rozmawiać z księdzem dyrektorem. Mam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej niż w miejskich urzędach o inwestycji Civitas Dei. To bardzo ważne dla naszej przyszłości – Artur umilkł i dobrą chwilę wpatrywał się w leżącą na dnie jamy książkę – Tylko trumny jej brakuje… – westchnął. – No dobrze, zasypuj.
Krzyś zagarnął ziemię i delikatnie udeptał. Chwilę postali w milczeniu, jak nad grobem bliskiej osoby, aż dziadek powiedział:
– Idziemy…
Zanim się rozstali, ustalili, że jeśli nie wydarzy się nic, co by przeszkodziło w ich planach, jutro późnym popołudniem wybiorą się do Stumilowego Lasu na czytanie fragmentów „Mistrza i Małgorzaty”.
Dzień, który przecierał oczy sklejone jeszcze snem, przytomniał według stałego schematu: niebo nad wschodnim widnokręgiem zapłonęło delikatnym, złotawym światłem i obejmując coraz to wyższe połacie nieba, zapowiadało całkowite przebudzenie, a potem krzątaninę aż do zmroku. Nic nowego, nie całkiem szczery uśmiech dnia wieścił powtórkę scenariusza, do którego przyzwyczajał nas od dziesiątek lat. A jednak nie było w tym rutyny przewidywalnych zdarzeń. Nie kończąca się karawana minut taszczyła na swoich grzbietach pakunki pełne niespodzianek, owinięte nieprzeniknioną folią tajemnicy. Nagle w uszach Artura Niewiadomego zadźwięczała strofka wiersza Tuwima:
Smutne jest życie… Zdradliwe…
Czasem z najbłahszej przyczyny
Splata się w cichą tragedię W ciężkie cierpienie – bez winy.
– No to przybij piątkę, nieznane – mruknął. – Zobaczymy, w co się dzisiaj spleciesz, mój losie.
Artur ogolił się, potem przygotował śniadanie: kawę z mlekiem, dwie kromki chleba z masłem solonym i chudy twaróg pokrojony w plastry. Kiedy żyła jeszcze Liwia, wchodząc co rano do kuchni, zapytywała z niezmiennym zdziwieniem: „Jak to możliwe, żeby człowiek obdarzony tak bogatą wyobraźnią, jak ty, jadł na śniadanie, od kiedy pamiętam, chudy ser z dżemem, ale wyłącznie śliwkowym?!”.
Artur westchnął na to wspomnienie przez usta pełne twarogu.
„Nic na to poradzę, moja droga – odpowiadał żonie – że to białe, kwaskowate coś wyodrębnione z mleka tak bardzo mi smakuje. Ma na dodatek zapach dzieciństwa. Mama przynosiła mi z targu tę pychotę owiniętą białym kawałkiem cienkiego płótna pachnącym octem. Nie wiem, co cię tak dziwi? Przecież ciebie kocham stokroć bardziej niż chudy ser i to nie tylko z rana, ale cały, boży
dzionek od kiedy pamiętam”
– I kocham cię w dalszym ciągu, mimo że mnie opu-ściłaś, więc nie narzekaj – mruczał, zmywając talerzyk i filiżankę po kawie. – No! Śniadanie skończone, możesz już iść do swoich zajęć. – Kilka miesięcy po śmierci ukochanej żony Artur całkiem nieświadomie zaczął mówić do samego siebie. Mówił nie za głośno, ale wyraźnie. Opowiadał sobie o wszystkim ważnym co się wydarzyło, ponieważ cisza, w której przepadł bezpowrotnie głos Liwii, stała się torturą nie do wytrzymania.
– No to idę… – rozglądał się po mieszkaniu, jakby że-gnał się z nim na zawsze. Przeszedł powoli przez pokój – czytelnię, zdjął z wieszaka kurtkę i bez pośpiechu wciągnął na kark, poprawił rękawy, kołnierz, po czym położył dłoń na klamce. Pójdzie do szkoły, twierdzy księdza dyrektora piechotą, będzie miał czas poukładać sobie w głowie wszystko, co ma księdzu do powiedzenia i czego chciałby się od niego dowiedzieć. Oby tylko udało się bez złośliwości, podniesionego głosu i złorzeczeń. Chyba że ksiądz potraktuje go jak pierwszego lepszego łobuza i antychrysta, spuści ze smyczy swój jęzor, który już podczas pierwszej wizyty ciął słowami niczym rycerze Cortesa. Pochłonięty myślami, ani się obejrzał, kiedy znalazł się przed szkołą.
– Boże, miej mnie w swojej opiece – szepnął, wstę-pując na szkolny dziedziniec, mimo że nie był w stu procentach przekonany, czy akurat w tym miejscu tak skierowana prośba miała jakikolwiek sens. Za późno już było na ironiczne filozofowanie, bowiem stanął przed drzwiami gabinetu księdza dyrektora. Zapukał w solidne drzwi i po odczekaniu kilku sekund, po braku reakcji, wszedł do sekretariatu. Za rozłożystym biurkiem siedziała blondynka w średnim wieku z drobną twarzą, o której z czystym sumieniem można by powiedzieć: bez wyrazu, rozmyta, ewentualnie przezroczysta. Artur zmrużył na chwilę oczy i w tym samym momencie twarz pani sekretarki znikła w delikatnej mgiełce.
– Pan w jakiej sprawie? – twarz powróciła na chwilę dzięki pytaniu, jakie zadały blade usta, również pozbawione wyrazu jak cała reszta.
– Muszę pilnie porozmawiać z księdzem dyrektorem.
– A był pan umówiony?
– Nie, ale moja sprawa jest niecierpiąca zwłoki, więc…
– To ja decyduję, co będzie z „więc”. A tak przy oka-zji, to wypadałoby na dzień dobry pochwalić Pana Jezusa, prawda?
– Może i prawda, ale na razie, i naprawdę przykro mi z tego powodu, nie mam Go za co chwalić.
– Liczą się intencje, należny Mu szacunek i pokora. A poza tym żaden śmiertelnik nie śmie ważyć Jego zasług. A w ogóle, to proszę się zapisać na wizytę, bez tego nic pan nie wskóra!
W tym momencie otworzyły się drzwi gabinetu i stanął w nich ksiądz dyrektor w swojej obfitej postaci, z nieudawanym zaskoczeniem na poczerwieniałej twarzy.
– Jak pan śmie pokazywać się tutaj?!
Artur Niewiadomy skłonił głowę w stronę sekretarki.
– Może przypomni pani księdzu dyrektorowi, że każ-dego gościa, nie tylko Jezusa Chrystusa, należałoby przywitać. Kto jak kto, ale osoba tak świątobliwa, wychowawca i pasterz w jednej osobie, jak ksiądz, powinna świecić przykładem – Artur nie mógł powstrzymać się od złośliwości.
– Radzę nie zapominać, gdzie pan się znajduje i proszę uważać na tę swoją niewyparzoną buzię! A teraz proszę się streszczać, bo za chwilę zaczynam lekcje. Słucham – ksiądz wydął policzki, zmarszczył przy tym pociesznie nos i ściągnął krzaczaste brwi.
– Tak na stojąco?
– Tak, siadać nie będziemy…
– Ksiądz tu decyduje… Ja w sprawie dzieła, które, jak mi się wydaje, stara się ksiądz utrzymywać w największej tajemnicy.
– A to ciekawe…
– O tak! Nawet bardzo. Chodzi mi o Civitas Dei – Opus Magnum. O to dzieło.
– Proszę, ale tylko na chwilę – ksiądz zmieszał się, a mimo to buta nie znikła z jego twarzy. Weszli do gabinetu. – A teraz proszę mi wytłumaczyć, co takiego miałbym ukrywać? – mimo wcześniejszej zapowiedzi ksiądz Bernard Farny jednak usiadł.
– Nie tylko ksiądz ukrywa, ale robią tak wszystkie urzędy, które współtworzą fundament prawny Opus Magnum. Czy mógłby ksiądz wytłumaczyć, skąd fundusze i tak olbrzymi obszar? Czy to są darowizny agencji rolnej? A może także wywłaszczenia? Jeśli tak, to bardzo po chrześcijańsku. Czy właśnie dlatego wszystko objęte jest klauzulą tajności? Z jakiej racji? Czyżby ksiądz budował fabrykę broni nowej generacji, czy imperium przyszłych władców? No i najważniejsze – czy znajdzie tam ksiądz jakiś skromny kącik dla Boga? To by było tyle.
Na razie…
– Jest pan bezczelnym typem, ale zniosę te imper-tynencje i odpowiem. Po pierwsze: jeśli chodzi o pana, to mieszka tu nielegalnie. Te nieszczęsne, cygańskie budy znikną stąd razem z panem i jego diabelskim Stumilowym Lasem, jak pan nazywa tę kępę chaszczy.
Artur Niewiadomy, słuchając słów księdza, wyokrąglił zdziwieniem oczy. Wszystko do tej pory wskazywało, że nikt nic o nim nie wie, bo i po co komu wiedza o starym, zdziwaczałym samotniku.
– Aha! – ksiądz triumfował. – Widzę po wyrazie twa-rzy, że się pan mocno zdziwił! I ja się zdziwiłem, kiedy zainteresowałem się bliżej pańską osobą. Niby pustkowie, nikogo nie uświadczysz, ale jak dochodzi co do czego, to ci, których nie widać, jednak wszystko wiedzą. I ten cholerny Stumilowy Las! Powinien pan wiedzieć, że rozmówcy wymawiający tę przeklętą nazwę, zazwyczaj żegnają się z lękiem w oczach.
Artur z coraz większym zdumieniem i niedowierzaniem kręcił głową, ale ksiądz nie zwracał na to uwagi, tylko kontynuował coraz bardziej rozemocjonowany.
– Początkowo brałem opowieści o nawiedzonym lesie za takie tam, ludzkie gadanie. Ale jak po raz któryś usłyszałem, że tam straszy, że coś szepcze, chichocze, a czasami nawet krzyczy – ksiądz przeżegnał się zamaszyście – postanowiłem osobiście sprawdzić, ile jest w tym prawdy. Któregoś dnia, pod wieczór, poszedłem w towarzystwie katechety przyjrzeć się z bliska temu nieszczęsnemu lasowi. Jeszcze teraz, kiedy o tym wspominam, bierze mnie gęsia skórka. Grzeszny człowieku, na własne uszy słyszałem różne głosy: szepty i krzyki! Było dokładnie tak, jak opowiadali okoliczni mieszkańcy. Dlatego pierwsze, co uczynię dla Opus Magnum, to sprowadzę spychacze i zrównam z ziemią to szatańskie uroczysko! Tak zrobię. A następnie pozbędę się pana! Zresztą sam jesteś sobie winien, człowieku, bo nigdy nawet nie próbowałeś uregulować swoich praw do tego miejsca, działki i lasu. Jesteś tu intruzem! Nikim! Nikim! – ksiądz tak bardzo podniecił się własną przemową, że po kilkukrotnym okrzyku „nikim” zaczął walić pięścią w stół ustawiony wzdłuż reprezentacyjnej kanapy. – Coś jeszcze chciałbyś wiedzieć, szanowny bezdomny? – twarz księdza promieniowała dziką radością, nareszcie dobrał się temu antychrystowi do nieczystej duszy.
– A zna ksiądz takie powiedzenie – Artur zachowy-wał absolutny spokój, nawet uśmiechał się, patrząc wielebnemu dyrektorowi w oczy. – Kto ratuje jedno istnienie, to tak jakby ratował cały świat. Zna ksiądz, prawda?
– A i owszem – tym razem czerwone lico duchowne-go wyraziło zdziwienie. – Ale co to ma wspólnego z tym, o czym rozmawiamy?
– Ma, i to dużo. To powiedzenie można odwrócić. Kto niszczy jedno istnienie, niszczy cały świat. A ksiądz właśnie usiłuje zniszczyć mnie, człowieka, syna bożego. Dorzucę jeszcze kilka ciekawostek o tej ziemi, którą zawłaszcza, pożal się Boże, fundacja Civitas Dei – Opus Magnum, nie bacząc na pamięć krzywd byłych właścicieli, a ci mieli piękne plany. Otóż przed drugą wojną światową pewien żydowski fabrykant, przepraszam księże uszy, właściciel tych terenów, miał piękne plany na ich zagospodarowanie. Lwią część swojego majątku chciał przeznaczyć na stworzenie kompleksu socjalno-fabrycznego, jakiego świat nie widział i chyba długo nie zobaczy. Oprócz nowoczesnych budynków biurowych i fabrycznych miało tu powstać osiedle robotnicze ze szkołą, kompleks szpitalny, kino, park i boiska sportowe, wszystko oczywiście dla pracowników fizycznych, obsługi technicznej i kadry inżynierskiej. To rzeczywiście można było nazwać Civitas Dei, w dodatku budowane za fabrykanckie pieniądze, a nie za społeczne środki, w dodatku zdobywane po cichu, w wielkiej tajemnicy.
O dziwo, ksiądz dyrektor Bernard Farny słuchał Artura spokojnie, ale delikatna mgiełka przesłaniająca jego oczy świadczyła, ze akurat w tym momencie unosił się w innej przestrzeni niż jego gabinet. Mimo to Artur Niewiadomy powrócił do przerwanej na chwilę opowieści.
– Zaledwie jednak zdążył rozpocząć realizację przed-sięwzięcia, wybuchła wojna. Zdążył jeszcze wznieść piękną synagogę, w połowie murowaną, w połowie drewnianą, wylał także fundamenty pod budynki szpitalne i pierwsze dwa bloki robotnicze, ale na tym się skończyło. To znaczy tylko budowanie, bo z biegiem czasu lwia część członków gminy żydowskiej wyjechała na koszt okupanta do Oświęcimia, a reszta, nie będę się upierał, kto za tym stoi, została zapędzona do ledwo co ukończonej synagogi i spłonęła razem z nią, czyniąc straszny, rozrywający niebo harmider. O dziwo, nie spadły na łby oprawców pioruny, a spopielone resztki mieszkańców gminy pochowano w miejscu, w którym tak bujnie wyrósł Stumilowy Las. Ten las i ta ziemia, to ich ziemia. Święta ziemia i nikt nie powinien jej tykać przez szacunek dla ich nieprawdopodobnego cierpienia, a także na znak choć cząstkowego odkupienia winy miejscowej społeczności, która nie uczyniła nic dla ocalenia tych biedaków.
Po chwilowym zamyśleniu ksiądz ponownie skupił uwagę na słowach Artura.
– A właściwie z jakiej racji feruje pan tak surowe wy-roki?! Nie był pan przecież świadkiem tamtych przykrych wydarzeń, prawda? A poza tym właścicieli już dawno nie ma, nie żyją, więc ziemia i mizerne resztki nieruchomości
przeszły po wojnie na skarb państwa i…
– Ale nie na rzecz Kościoła, prawda? – Artur Niewia-domy poczęstował księdza zjadliwym uśmiechem. – Gdybym to ja chciał kupić, oczywiście w wyniku przetargu, kawałek ziemi, działkę budowlaną, powiedzmy: dziesięć arów, to musiałbym zapłacić państwu minimum sto, sto pięćdziesiąt tysięcy. A tymczasem szanowna fundacja bierze jak swoje ponad pięćdziesiąt hektarów za Bóg zapłać i jeszcze doi skarb państwa na setki milionów, żeby realizować jakieś krzyżackie sny.
– Kim pan jest, do cholery, żeby rozliczać mnie, a wła-ściwie fundację z jej wielkiego dzieła?! Oświadczam panu, że jest pan nikim i obiecuję, że wdepczę pana w ziemię, tak jak na to zasługuje!
– Przyjmuję pana chrześcijańską obietnicę i przy oka-zji odpowiem na księżą wątpliwość – kim jestem. Otóż, drogi biznesmenie, jestem, chcąc nie chcąc, współinwestorem, jak zresztą nieświadoma tego faktu reszta społeczeństwa, bo obracasz, kapłanie złotego cielca, pieniędzmi społecznymi, ponieważ żaden organ naszego karykaturalnego państwa nie ma swoich, prywatnych pieniędzy. Żadnych! A tym bardziej Kościół, czyli w konsekwencji także ksiądz! Wszyscy obracacie naszą krwawicą!
– Gadaj sobie, frustracie, co chcesz. My i tak stworzy-my wielkie dzieło na chwałę Pańską i…
– Człowieku! – Artur Niewiadomy zdenerwował się słowami księdza nie na żarty. – Co ty możesz wiedzieć o chwale? Jesteś zwykłym przestępcą finansowym, mafiozo objętym protektoratem zdemoralizowanej władzy. Bóg chyba cierpi na Alzheimera, skoro nie reaguje na takie bezeceństwa. Gadam z księdzem już ponad pół godziny, a nie usłyszałem jednego słowa z mądrości Biblii, ani z tekstów świętego Tomasza czy świętego Augustyna. Tyle w tobie boskości! Zero! Już raz przepędził Chrystus handlarzy ze świątyni, czas, żeby uczynił to po raz drugi, tyle że powinien wysłać was w niebyt, bez szans powrotu!
Ksiądz dyrektor, który już wcześniej chciał przerwać Arturowi, tak się zapowietrzył, poczerwieniał na twarzy, krew mu uderzyła do głowy, że jeszcze chwila i zemdlałby jak nic. W porę się opanował, nabrał powietrza w płuca i wykrzyczał Arturowi prosto w twarz, niemalże tryskając krwią z wybałuszonych nienawiścią oczu.
– Wypierdalaj, szmaciarzu!
– Z przyjemnością – Artur wstał, ale zanim opuścił gabinet, popatrzył z politowaniem na księdza. – Właśnie zbluzgałeś, nieszczęśniku, potomka Adama i Ewy, czyli jakbyś napluł w oblicze samego Stwórcy – zamknął drzwi, wtedy dojrzał białą twarz przerażonej sekretarki księdza dyrektora. – Współczuję szefa – uśmiechnął się smutno, a potem dotknął ucha i lekko pochylił głowę w stronę drzwi na korytarz szkolny. – Biedne dzieci. Trwa duża przerwa, a tam grobowa cisza. Hodujecie tu niewolników… – Artur Niewiadomy obrócił się na pięcie i wyszedł. Ale gdyby mógł przenikać ściany, być niewidzialnym i pozostać jeszcze chwilę w gabinecie, usłyszałby wzburzony głos księdza rozmawiającego z kimś przez telefon.
– Słuchaj! Przekaż komu trzeba, że ten czubek może ściągnąć nam na głowy dziennikarską szarańczę! Oni mogą tak rozdmuchać sprawę, że długo będziemy musieli się tłumaczyć… – na chwilę przerwał, widocznie ktoś z drugiej strony miał poważne obawy. – No, nie żartuj! A kto z rządu ośmieli się nam przeszkodzić? Zastanów się, przecież tylko dzięki nam trzymają się stołków i jeszcze chodzą wolni. Oczywiście, że mają się kogo bać… Nie, nie o Watykan mi chodzi, tylko o tych zza Buga. Otóż to! Nareszcie dotarło. Tak duże pieniądze są sto razy więcej warte niż życie jakichś ministerialnych kukiełek czy nawet samych biskupów. Pytasz, czy ty powinieneś się obawiać…? Oczywiście, że powinieneś, dlatego przekaż im, co trzeba, i nie dodawaj nic od siebie. Rozumiesz? No, to do roboty.
Z Panem Bogiem…
Artur Niewiadomy opuszczał mury szkoły, będącej jednocześnie kwaterą główną szarej eminencji, księdza Bernarda Farnego, z coraz bardziej doskwierającym uczuciem klęski. Ale nie z powodu jakiejś osobistej porażki, tylko dramatycznej konstatacji, że spleciony z niezliczonych istnień świat i jego losy spoczywają w rękach takich gigantów zła jak ksiądz dyrektor. Pomyślał też, że bardzo przykry w tej ponurej perspektywie, tworzonej przez fundację Civitas Dei – Opus Magnum, jest całkowity brak zainteresowania okolicznej społeczności pozbawionymi cienia skrupułów działaniami tej iście diabelskiej fundacji. Skojarzył także złowieszcze w swej wymowie słowo „Magnum”, z nazwą pistoletu Magnum 44, zabójczą bronią, nie dającą postrzelonemu żadnych szans. Oczywiście fundacja nie strzela i nie eliminuje fizycznie, ale kpi ze słabszych i bezrozumnych, wykorzystuje ich i odbiera im jasność myślenia szantażem emocjonalnym, wprawdzie nie popartym mocą argumentów typu Magnum 44, ale podobnie sprawnym w odbieraniu spokoju duszy i niezależności myślenia „słowem bożym”. Artur szedł smagany coraz to bardziej piekącymi myślami, pozbawionymi chłodnej oceny zdarzeń, poszukującymi winnego wszystkich jego nieszczęść i niepowodzeń. Najważniejsze, żeby rozliczyć się z ciemną mocą w trybie natychmiastowym. Tu i teraz… Artur Niewiadomy jeszcze nigdy nie był tak wzburzony jak w tej chwili. W końcu jego myśli porzuciły dotychczasowy kierunek i obróciły oskarżycielski palec przeciw samemu sobie. „Mam za swoje” – pomyślał. – „Gdybym wcześniej nie był tak obojętny na to, co się za moim żywopłotem wyczynia, to być może dzisiaj było by inaczej. A jak pomyślę, ilu jeszcze podobnych do mnie chodzi po świecie, to słabo mi się robi. Prawdę mówiąc, sami swoją obojętnością i praktycznym jej stosowaniem, ujętym w powiedzenie: «Byle za własny płot», przykładaliśmy rękę do współtworzenia fundacji, staliśmy się nieświadomymi wspólnikami Bernarda Farnego i jego zastępów”.
Co kilkanaście kroków rodziły się nowe myśli, mieszały i kotłowały z poprzednimi, aż w końcu Artur zatrzymał się, chwycił oburącz za głowę i jęknął:
– Litości… – nie pomyślał tylko, do kogo kieruje swo-ją żałosną prośbę. O dziwo, w głowie zapadła cisza, ale dosłownie po sekundzie błogiego spokoju usłyszał głośny szept do złudzenia przypominający głos jego dawno zmarłej żony Liwii:
„Mój drogi Arturze, odwracanie się plecami do całego świata tylko dlatego, że poczułeś się skrzywdzony i wystrychnięty na dudka przez życie, które miałeś za coś podobnego do lampy Aladyna, musiało się tak skończyć. Ale ciągle jeszcze możesz zrobić coś dobrego. Nigdy nie jest za późno na refleksję. Idź do domu i włącz radio albo telewizor, przekonasz się, jak marne i śmieszne są twoje żale wobec ogromu cierpienia innych. Pamiętasz może, kiedy ostatni raz gapiłeś się w ekran telewizora? Pół roku temu? A może rok? No to się zdziwisz, co się wyrabia. I to całkiem niedaleko twojego zadupia!”.
Głos ucichł, w głowie Artura zapanował względny spokój, ale zanim to nastąpiło, zmarszczył czoło i rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem wokół siebie.
– Faktycznie – mruknął. – Nie licząc wczorajszej chwili słabości, ponad pół roku nie włączałem tego elektronicznego mąciwody. Może i dzisiaj dam mu szansę – poczuł nagły przypływ energii, więc dziarsko potruchtał do swojego cygańskiego taboru.
– Cześć, dziadek! – usłyszał Artur, otwierając drzwi domostwa, ale tym razem nie okazał już zdziwienia, że jego wnuk wita go wewnątrz, a nie na zewnątrz domu. Sam mu pokazał, gdzie chowa klucze, żeby ich nie nosić przy sobie. – Czego się napijesz, kawy czy herbaty? – Artur usłyszał narastający gwizd czajnika elektrycznego.
– Jeżeli jesteś tak łaskaw, to poproszę kawę rozpusz-czalną z dwoma łyżeczkami cukru.
– Już się robi!
Tymczasem dziadek Artur ściągnął ręcznik kąpielowy suszący się od wczoraj na dwudziestoczterocalowym samsungu, wyciągnął pilota z szuflady szafki, na której stał telewizor, i rozsiadł się w fotelu.
– No, co jest?! – Artur Niewiadomy denerwował się, na-ciskając nie te co trzeba przyciski. A wczoraj mi się udało! – Spokojnie, dziadku, widzę, że dawno nie miałeś tego urządzenia w ręku – Krzyś nacisnął czerwony klawisz z białym kółkiem i wpisaną w nie pionową kreską. – Daj mu chwilę, on też odwykł od ciebie, ale zaraz zaskoczy. Spoko, spoko… O! No i już masz obraz. A co tak cię nagle wzięło? Przecież ty prawie nigdy nie oglądasz telewizji! Co się stało?
– Prawdę mówiąc, nie wiem, ale coś mi mówi, że omi-jają mnie ważne wydarzenia, dlatego… – dziadek nie dokończył, ekran Samsunga rozbłysnął pełną mocą, a z głośnika popłynął niespokojny głos czytającej wiadomości: „Właśnie mija piąta doba od rozpoczęcia bezprecedensowego ataku na naszego sąsiada. Oddziały obrony cywilnej u boku regularnej armii rozbiły kolumnę kilkudziesięciu czołgów i transporterów opancerzonych zmierzających w stronę Kijowa”.
Krzyś milczał, a dziadek Artur coraz bardziej pochylał się w stronę telewizora z otwartymi ustami i mocno ściągniętymi brwiami. W pewnym momencie wyłączył samsunga i rzucił pilota na podłogę.

Poprzedni artykułCo to znaczy wziąć sprawy w swoje ręce! Rozmowa z Sebastianem Golachem
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział V: Leśniczówka
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj