Paweł Rogaliński w swojej powieści „Świat bez majtek” ukazuje jego goliznę na przykładzie Brukseli, skontrastowanej ze środowiskiem polskiej emigracji, zwłaszcza tej najnowszej, zarobkowej, próbującej znaleźć dla siebie miejsce w tamtejszej rzeczywistości. Nie jest to proste, ponieważ przybysze oprócz marzeń o lepszym życiu taszczą ze sobą bagaż polskiej, a konkretnie podlaskiej, mentalności, która powoduje, że przyjezdni nie potrafiąc zasymilować się z tamtejszym społeczeństwem, żyją na jego obrzeżach, w układach powielających wszystko to, co pozostawili w kraju. Mimo to nowa rzeczywistość wymusza na nich akceptację warunków i zasad obowiązujących w przybranej, tymczasowej „Ojczyźnie”.
Powieść ma swój początek na starym mieście, przy jednej z kilkusetletnich kamienic, tworzących najstarszą ulicę Brukseli – rue Haute.
Późny wieczór, z taksówki wysiada młody mężczyzna, przybysz z Polski, witany zimnymi strugami deszczu. Zza roku kamienicy wychodzi podpity kloszard. Obojętnym wzrokiem spogląda na przybysza, po czym bez skrępowania rozpina spodnie i oddaje mocz wprost na chodnik rue Haute, „serca” Brukseli – nieformalnej stolicy Europy.
Odbieram tę scenę jako symbol, delikatne przesłanie, że pozycja i bogactwo kraju, jego historia i pałace, nie gwarantują szczęścia obywateli, ale gwarantują odpowiedni stosunek państwa i żyjącej w jego granicach społeczności do tych, którym z różnych powodów nie powiodło się, nie wytrzymali ciężaru odpowiedzialności wobec siebie, bliskich i społeczeństwa, którzy pomimo autsajderstwa w dalszym ciągu stanowią jego część i korzystają z należnych im praw.
Przemierzając strony powieści okazuje się, że sikający kloszard nie jest największym i najwstydliwszym problemem Belgii.
Przykładając do opisywanych zdarzeń naszą krajową miarę, wyskalowaną wartościami moralnymi trącącymi kruchtą i poprawnością polityczną, musimy ulegać, delikatnie mówiąc, zadziwieniu i niedowierzaniu z powodu opisywanej, nieskrepowanej obyczajowości. Tak! Albowiem nie mieszczą nam się w głowach oficjalne burdele, ulice w centrum miasta z witrynami bez ciuchów, ale za to z wysiadującymi tam nagimi prostytutkami bez ograniczeń wiekowych ani rasowych. Usługi męskie i pozostałe kwestie seksualne, a także knajpy i kluby dla społeczności nieheteronormatywnej, stanowią codzienność. I nikogo to nie dziwi, oprócz nowo przybyłych z Polski poszukiwaczy dobrobytu. Nam ten błogosławiony stan kojarzy się głównie z bogactwem finansowym.
Belgów to nie razi, bowiem oczywiste dla nich jest, że każda społeczność to wielowarstwowa, wielobarwna struktura wymagająca szacunku, opieki i uwagi Państwa, a nie paragrafów, prześladowań i spychania na społeczny margines.
Pewna młoda dziewczyna, „świeżynka” z Polski, słuchając opowieści zasiedziałego już emigranta będącego tłumaczem między jego znajomym a prostytutką, jak się okazało transwestytą, zadała sobie pytanie: Czy to wolność, czy rozpusta? Ona tego nie zna. Nie widziała na Podlasiu, skąd przyjechała, ani gejów, ani transwestytów, ani żadnych innych odmieńców!
Chociaż nie ma o tym mowy w powieści, każdy czytelnik znający choć trochę nasze regionalne wierzenia wie, że do dzisiaj mieszkają w umysłach ludzkich przeróżne gusła i zabobony, a także strzygi, zmory i „baby” o złym spojrzeniu, odbierające krowom mleko. Coraz częściej dołączają do nich złe duchy LGBT+. Tak właśnie jest! Można ten opis ludowych demonów uzupełnić „złymi” nie tylko z Ministerstwa Rolnictwa.
Wypada w końcu wspomnieć, że tak zwane życie „po bożemu” bohaterów powieści, dalekie jest od ideału. Mamy niewierność, pijaństwo, dzieci pozostawione samym sobie, prostactwo i w końcu bezpruderyjny seks, którym załatwić można wiele spraw. Jest nawet czteroosobowe małżeństwo złożone z dwóch staromodnych. Okazuje się, że mimo kulturowych wzorców, przynajmniej w tej dziedzinie, staramy się dorównać Belgom.
W powieści zawarty jest także fragment poświęcony historii pedofilii. Umoczeni w ten haniebny proceder, to ludzie z pierwszych stron gazet – bankowcy, politycy i biznesmeni. To straszne i przykre zarazem, ale procesy przeciw tym zbójom ślimaczą się i kluczą, ciągną się w nieskończoność i rozmywają odpowiedzialność, podobnie jak to się dzieje z naszymi krajowymi pedofilami. To niesłychanie wstydliwe i bolesne, że zaraza pedofilii ma się całkiem dobrze także u nas, zapewne dlatego, że uwiła sobie różowe gniazdko przede wszystkim w Kościele.
Żyjemy w kraju, w którym nie ciemnota, nie mający się świetnie zabobon i nietykalność osobistości winnych wielu przestępstw stanowi najgorętszy problem społeczny, tylko nieheteronormatywność, najbardziej zagrażająca strukturom państwa „plaga”.
Tak to wygląda, niewesoło, ale skoro „Świat bez majtek” i bez pudru, nie może być inaczej.
I jeszcze na zakończenie. Na pewno w jednym jesteśmy lepsi – nie mieliśmy nigdy kolonii zamorskich i nie mieliśmy króla podobnego do Leopolda II, właściciela Kongo, ciemiężyciela i mordercy rdzennej ludności, wręcz ludobójcy przyrównywanego do winnych holokaustu. No cóż, tak właśnie wygląda świat w negliżu, a Paweł Rogaliński powinien dalej iść tą drogą i ściągać światu majtki w coraz to nowych miejscach.
Polecam Państwu czytelnikom powieść Pawła Rogalińskiego – „Świat bez majtek”. Naprawdę warto przeczytać.
Link do książki: https://www.znak.com.pl/ksiazka/swiat-bez-majtek-historia-nieocenzurowana-pawel-rogalinski-249307










Drogi Pawle,
Twoją książkę przeczytałem dwa razy. Nie dlatego, że nie zrozumiałem za pierwszym razem. Chodzi raczej o moje przemyślenia na tematy w niej poruszane. Belgią, Brukselą jakoś nie interesowałem się do tej pory. Wiem, Bruksela – stolica Unii Europejskiej, ważne miejsce. O jej ciemnych, by nie powiedzieć mrocznych stronach dowiedziałem się po raz pierwszy z lektury Twojej książki. Chociaż dla mnie jakimś przebłyskiem była w 2020 r. głośna impreza w barze gejowskim w centrum stolicy z udziałem węgierskiego eurodeputowanego – konserwatywnego „obrońcy tradycyjnych wartości” i jego rejterada przed policją (przez okno i po rynnie).
Gdy zastanawiałem się, jakiego określenia użyć, by oddać swoje odczucia po lekturze, to przychodziło mi na myśl określenie „ciemna, mroczna opowieść”. Odnosi się to głównie do samej Brukseli, belgijskiej kolonialnej spuścizny, kolaboracji z Niemcami (Coget) i płynących z niej profitów. Także do zorganizowanych orgii z wykorzystywaniem dzieci, morderstw, polowań z udziałem polityków, biznesmenów, przy braku odpowiedniej reakcji policji, prokuratorów czy sądów.
Innym tematem jest spojrzenie na polską polonię w Belgii, głównie w Brukseli. Gdybym chciał żartobliwie określić jednym zdaniem, użyłbym powtarzane przez babkę Marię „komedia, kurwa… komedia”. Ale na poważnie. To także dramat rozstań z rodzinami w Polsce, zdrady, „nowoczesne” czteroosobowe małżeństwa. I na koniec „polskie piekiełko” na obczyźnie, które niektórzy emigranci określają zdaniem: „Jak ci Polak nie zaszkodził, to znaczy, że już pomógł”.
Można by powiedzieć, podsumowując: c’est la vie, ale jednak „świat bez majtek” wydaje się lepszym odpowiednikiem opisywanej rzeczywistości. To tak pokrótce kilka refleksji po lekturze.