No i rozlało się mocno skwaśniałe mleko kościelnych spraw… Część II

0

Poprzednio rozstaliśmy się, zostawiając na później problem chrztu „Polski” w 966 roku. Ze względu na zajmowane w tym czasie przez Polan ziemie położone w Wielkopolsce, z głównym ośrodkiem w Gnieźnie, powinna obowiązywać nazwa: państwo gnieźnieńskie, które oczywiście stanowi zalążek przyszłej Polski, niemniej tło historyczne tego procesu jest skomplikowane.

Istnieje takie żartobliwe określenie: „Mysz, która ryknęła”. Ale my, (pluralis maiestatis) Wielka Mysz środkowoeuropejska, ryczeliśmy i ryczymy bezustannie. Tak było w 1966 roku na 1000 – lecie państwa, i już przygotowujemy się do ryku w intencji 1057,8,9 i kolejnych rocznic chrztu. W naszej Ojczyźnie utarł się zwyczaj, że historycy tracą wzrok tropiąc dzieje Polski w archiwach, ale „całą prawdę” dekretuje Sejm Rzeczypospolitej. Dotyczy to także ustawy: „W celu upamiętnienia chrztu Polski, datowanego na 14 kwietnia 966 r., zważywszy na doniosłość decyzji Mieszka I, uznawanej za początek Państwa Polskiego, ustanawia się dzień 14 kwietnia Świętem Chrztu Polski”- głosi ustawa przyjęta przez Sejm 22 lutego 2019 roku. I tak mamy Narodowe Święto Chrztu Polski. Chociaż z początkiem państwa jest już mniej doniośle.

Oczywiście jest faktem, że Mieszko I przyjął chrzest, jednak w swoim imieniu i z powodów czysto politycznych, za namową swojej czeskiej żony Dobrawy. Ale nam wbijano do głów nawet za „komuny” ( w latach 60. ubiegłego wieku religia jeszcze była w szkołach), że chrzest Polski był rodzajem ekumenicznego święta narodu, triumfu światła nad ciemnością. Dzisiaj jest jeszcze bardziej wzniośle i bogoojczyźniano. Jednakże efekty zbratania się z Kościołem poprzez chrzest przyjęty przez Mieszka, delikatnie mówiąc, były słabe. Zachowały się ślady nielicznych, bardzo skromnych obiektów sakralnych, służących wyłącznie władcy i jego najbliższemu otoczeniu. Brak jest także archeologicznych faktów w postaci artefaktów pochówków w obrządku chrześcijańskim, a to świadczy o nikłym zainteresowaniu ówczesnego społeczeństwa nową wiarą.

Dziwnie, jeśli nie śmiesznie, ma się to do głoszonego dzisiaj przekonania o niebagatelnych korzyściach wynikających z przyjęcia chrztu.

Logicznym wydaje się przekonanie, i nie wymaga ono historycznego obycia, że poddani Mieszka I mający od setek lat zakodowane w duszach i sercach „pogaństwo”, nie ulegną ani zapewnieniom księcia o wyższości chrześcijaństwa, ani nie dadzą się przekonać i przekupić „paciorkami”. Ale nawet tego „afrykańskiego” triku nikt nie próbował, tylko zastosowano intensywną formę perswazji, zwaną nawracaniem. A jak wyglądała w światowej historii chrześcijaństwa owa metoda, każdy wie.

Mieszko I wprowadzając nową religię, wrogą wobec tradycyjnych kultów, odsunął się od ówczesnego społeczeństwa, nie mogąc liczyć na zrozumienie i aprobatę. Dlatego zwrócił się o wsparcie do zagranicznych ośrodków chrześcijaństwa. Od tego momentu wszystkie sprawy dotyczące państwa gnieźnieńskiego zaczęły wymykać się z rąk Mieszka i już nie było powrotu do samostanowienia. Decyzje zapadające poza krainą Polan, mające na celu legitymizację wprowadzanego chrześcijaństwa, osłabiały suwerenność państwa.

Ponadto, i co najistotniejsze, państwo gnieźnieńskie nie miało własnego duchowieństwa ponieważ raczkowało w tej dziedzinie, więc z zewnątrz napłynęła armia duchownych, a głównie z Niemiec i Czech. Na dodatek księża, jako dobrze wykształceni, zaczęli pełnić również funkcje urzędnicze, przez co mieli kontrolę nad mechanizmami funkcjonowania państwa.

Pierwsi polscy kapłani byli narażeni na nieprzyjazny stosunek chrześcijańskich „najeźdźców”. Polecam przykład arcybiskupa Jakuba Świnki, walczącego we własnym kraju o zachowanie języka polskiego w liturgii i jedność Kościoła polskiego, z czeskim i niemieckim duchowieństwem. Arcybiskup Świnka działał na przełomie XIII i XIV wieku, ponad trzysta lat po chrzcie, a nasz kraj zamiast kwitnąć, cierpiał waśnie międzyplemienne, a naród był podzielony. Po tylu latach Świnka próbował łączyć tradycję pogańską i chrześcijańską, czyli można wywieść z tego wniosek, że narzucenie chrześcijaństwa nie było wyłącznie błogosławieństwem. Trzeba jednak przyznać, że 150 – letnie rozbicie Polski, bratobójcze walki, działanie duchowieństwa niemieckiego prowadzące do germanizacji i całkowitego podporzadkowania niemieckiemu Kościołowi, nie skończyły się totalną katastrofą dzięki działaniom arcybiskupów Gnieźnieńskich namawiających skłóconych książąt do zgody. To oczywiście zaledwie jeden z przykładów 1000 – letniej historii chrześcijaństwa na ziemiach polskich.

Wróćmy jeszcze do X wieku i chrztu. Zaimportowana religia stała się polem konfliktów, wielu dramatów, buntów chłopskich, walki z Kościołem kolonizującym kraj nie tylko w sferze religijnej.

Niepolscy biskupi ogniem i mieczem starali się wprowadzić religię posłuszeństwa, w szczególności opartej na chłopskiej krzywdzie. Już w 980 roku wydano prawo przejmowania majątków włościan, tkwiących z uporem w pogaństwie. Bolesław Chrobry wspierający chrystianizację Polski, nasz dumny rycerz, kazał wybijać zęby tym, którzy nie chcieli podporządkować się nowej religii. Natomiast ponad sto lat później, Bolesław Kędzierzawy w wydanym edykcie zapowiadał pomorzanom, że odmawiający przyjęcia nowej wiary będą karani śmiercią.

Co gorsze, zamiast sprzeciwu Kościoła wobec takich metod chrystianizacji, biskupi starali się utwierdzać nowy ustrój autorytetem Boga satrapy, straszącego niewiernych przerażającymi karami za życia i po śmierci.

A poza tym, Kościół bogaty wykształconymi w mowie, piśmie i prawie, używając podstępów i fałszerstw przy sporządzaniu przeróżnych umów, robił z chłopami, notabene darowanymi Kościołowi wraz z ziemią, co tylko chciał. Biskupi mogli ich wysiedlać, przesiedlać i odbierać im ziemię uprawianą przez nich od niepamiętnych czasów, w poczuciu pełnej bezkarności. Tym samym kościół obrastał przywilejami pozwalającymi zamieniać chłopów w niewolników pozbawionych wszelkich praw. Ale nie koniec na tym „doniosłości i korzyści” wynikających z faktu chrztu.

„Liczne klasztory posiadały przywilej torturowania posiadanych chłopów i skazywania ich na śmierć. Nawet klasztory żeńskie, jak na przykład Klarysek w Gnieźnie i Zawichoście czy Cysterek w Ołoboku, posiadały: Potestatem iudicandi ad omnes sententias: capitis, sanguinis, mutilationis membrorum” – czyli: władzę wydawania wszelkich wyroków włącznie z karą śmierci, krwi i kaleczenia członków.

„Do klasztoru Klarysek w Zawichoście należało 25 pobliskich wsi i kilkanaście dalej położonych. Klaryski sądeckie miały 38 wiosek, a Cysterki ołobockie 12 wiosek” – cytaty z opracowania: Negatywne skutki chrztu Polski, zamieszczonego na – Ateista.pl

Przytoczyłem zaledwie kilka faktów z początkowych wieków zaprowadzania chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Aż nadto tego opisu miłosierdzia i miłości bliźniego. A przecież historia Kościoła na naszych ziemiach liczy ponad tysiąc lat! Mógłbym napisać jeszcze sto tekstów i przytoczyć setki „zasług” dla państwa polskiego, ale wystarczy kilka okruchów chleba, żeby wiedzieć, jak może smakować. A w trzecim, ostatnim tekście zajmę się czasami bliższymi nam, czyli XVIII wiekiem, konstytucją i rozbiorami Polski, z niechlubną rolą Kościoła bardziej ceniącego swoje przywileje, niż pierwszy w Europie akt założycielski nowoczesnego państwa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj