Rafał Walendowski to artysta malarz o znaczących osiągnięciach w kraju i za granicą. Ukończył wychowanie plastyczne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował jako rysownik w dziale archeologii, a następnie plastyk w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej w Kaliszu. Od 1999 r. do dziś jest plastykiem w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie. Jego prace prezentowano na licznych wystawach indywidualnych, zbiorowych oraz plenerach artystycznych. Publikowano je także w licznych magazynach amerykańskich („Arabian Horse World”, „Omnibus” – na okładce magazynu), włoskich („Arabian Horse Magazine”, „Desert Heritage Magazine”), polskich (kwartalnik „Araby” i „Konie i rumaki”) oraz niemieckim „Araber Journal”. O swojej pasji i pracy jednocześnie Rafał Walendowski rozmawia dr. Pawłem Rogalińskim.
Paweł Rogaliński (PR): – Pochodzi Pan z rodziny artystów, czy też jest Pan pierwszym, który zafascynował się malarstwem?
Rafał Walendowski (RW): – Właściwie to moja rodzina nie ma korzeni artystycznych, ale mój tata, Jan Walendowski – mogę śmiało powiedzieć – ma duszę artystyczną. Zawsze pasjonowało go kolekcjonowanie, zwłaszcza białej broni, starych odznaczeń, monet, mebli oraz obrazów. Parał się także okazjonalnie kaligrafią i rysunkiem, tworząc ozdobne dyplomy i szkice.
PR: – Zatem jest Pan pierwszym „pełnoetatowym” artystą w rodzinie.
RW: – Tak, mówiąc kolokwialnie, jestem pierwszym, który „na poważnie” zajął się tworzeniem i artystyczną edukacją oraz tym, który związał swoje życie z „aspektem” artystycznym, pracując jako plastyk, najpierw w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej w Kaliszu, a później w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie.
PR: – To bardzo interesujące. Dlaczego głównym motywem na Pana obrazach są konie?
RW: – Dlaczego? Ponieważ nie mogło być inaczej! (śmiech) Konie, tak jak i malarstwo, są w moim życiu od zawsze!! Odkąd sięgnę pamięcią, zawsze fascynowały mnie konie, zwłaszcza te najpiękniejsze z pięknych – konie czystej krwi arabskiej! Od zawsze próbowałem w swoich rysunkach i obrazach oddać ich niepowtarzalny wdzięk i urodę… i od zawsze lubiłem odwiedzać stadniny, stajnie i końskie pokazy, takie jak np. Narodowy Czempionat Koni Czystej Krwi Arabskiej w Janowie Podlaskim.
PR: – Rozumiem. To dlatego na wielu Pana obrazach widoczny jest budynek Stadniny Koni Janów Podlaski.
RW: – Owszem. Janów Podlaski to miejsce dla każdego „arabiarza” szczególne i kultowe! Można by rzec i to bez przesady, że to mekka najwspanialszych koni czystej krwi arabskiej! To z tej stadniny wyszły na świat epokowe konie, takie jak: El Passo, Penicylina, Pogrom i chyba największa janowska sława, klacz Pianissima, z którą, nieżyjąca już, a bardzo utalentowana fotograficzka, Urszula Sawicka, zrobiła mi piękny portret. Nie ma już Uli i nie ma Pianissimy; zostało mi tylko to niepowtarzalne zdjęcie, które jest dla mnie wspaniałą pamiątką.

PR: – Jak często odwiedza Pan to miejsce?
RW: – W Janowie bywam… nie tak często, jak bym chciał. Najczęściej, właśnie przy okazji Narodowego Czempionatu, który inaczej nazywany jest Świętem Konia Arabskiego – i nie ma w tym ani odrobiny przesady!
PR: Czym jest Narodowy Czempionat Koni Czystej Krwi Arabskiej w Janowie Podlaskim? Proszę o kilka słów wyjaśnienia dla naszych czytelników.
RW: – Właściwie jest to: Narodowy Pokaz Koni Arabskich Czystej Krwi. Mówiąc trywialnie, jest to „wystawa” na której prezentowane są najlepsze z najlepszych, klacze i ogiery czystej krwi arabskiej… ale oprócz tego, i według mnie, warto wspomnieć o jeszcze ważniejszym aspekcie tego wydarzenia – jest to bowiem święto hodowców, właścicieli oraz miłośników koni tej rasy!! Przez cztery dni (od piątku do poniedziałku), w Janowie Podlaskim spotykają się ludzie różnych profesji i z różnych krajów, których łączy wspólna pasja do koni czystej krwi arabskiej i których corocznie przyciąga niezaprzeczalna magia janowskiej stadniny.
PR: – Czy jeździ Pan konno?
RW: – Właściwie to pytanie powinno brzmieć „Czy jeździł Pan konno?” (śmiech) Tak, miałem w życiu okres, w którym często, niemalże co tydzień „zażywałem” jazdy konnej. Prawie zawsze uczestniczyły w tych wypadach w teren moje córki Zosia i Marysia oraz żona Monika, towarzysząc mi na bryczce. Były to jazdy typowo rekreacyjne, po pięknych zawidowickich lasach, na moim ulubionym wierzchowcu, o „elegancko” brzmiącym imieniu Elegant.
PR: – Czytelnicy „Przeglądu Dziennikarskiego” mieli okazję poznać Pana krótki życiorys w tym wpisie. Nie napisał Pan jednak wyraźnie, czy uważa się Pan bardziej za malarza, czy też fotografa…
RW: – Prawdę powiedziawszy to nigdy tak „rygorystycznie” nie rozgraniczałem tych moich dwóch pasji. One się nawzajem przenikają i dopełniają. Jest pewien czas, kiedy maluję lub wykonuję np. projekty graficzne, i jest czas, kiedy fotografuję. Te dwie pasje mają swoją „przestrzeń” i swoje miejsce w mojej twórczości. Nigdy nie byłem zwolennikiem „szufladkowania” i sam nie lubię być poddawany temu „procesowi”.
PR: – Ma Pan jakieś przyzwyczajenia, które towarzyszą Panu podczas malowania?
RW: – Tak, zdecydowanie, podczas malowania lubię słuchać muzyki i to bardzo różnorodnej muzyki. Był czas, kiedy niepodzielnie królował Marillion… ale tylko płyty z Fishem! Była… i jest do dziś fascynacja Milesem Davisem, i „jazda obowiązkowa”, czyli The Doors, Led Zeppelin, Erik Clapton, John Lee Hooker, i oczywiście polska „klasyka” – Perfect, Lady Pank czy Maanam. Lubię bardzo różnorodną muzykę, która zawsze towarzyszy mi w tle, podczas malowania… No i musi być kawa… koniecznie niesłodzona, z mlekiem.
PR: – Czy ma Pan określoną porę dnia, kiedy zabiera się Pan do pracy?
RW: – Nie, jest ona dla mnie bez znaczenia. Staram się wsłuchiwać w podszepty Pani Veny, a Ona bywa bardzo przewrotna!!
PR: – Rozumiem. Jak dużo czasu zajmuje Panu namalowanie jednego obrazu?
RW: – Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. Dlatego, że czasami praca idzie bardzo sprawnie, obraz właściwie „sam się maluje”! Pięknie komponuje się płaszczyzna obrazu, a kolory doskonale ze sobą współgrają. Czasami jest jednak inaczej… obraz powstaje powoli, z oporami, w przypadku techniki olejnej; jest wielokrotnie poprawiany i zdarza się, że po jakimś czasie wracam do obrazu i zmieniam go, dodaję lub eliminuję pewne fragmenty. Inaczej jest w przypadku akwareli, która jest jedną z moich ulubionych technik malarskich. Akwarela wymaga szybkich decyzji i niestety nie wybacza błędów! Każdy fałszywy ton jest natychmiast „zdemaskowany” a praca… właściwie do wyrzucenia.
PR: – To bardzo interesujące porównanie.
RW: – Ciekawy jest także pastel, gdzie praca rozpoczyna się już od momentu wyboru kolorystyki papieru. Już wtedy podejmujemy ważną decyzję, w jakim kierunku będziemy „zmierzać”: czy chcemy „zaświecić” jasnymi tonami, czy też „rozegrać” temat w mniej kontrastowy sposób. Ja w pasteli zdecydowanie lubię kontrast pomiędzy światłem i cieniem. To te dwie wartości „budują” obraz, i za to właśnie kocham pastelę!
PR: – A rysunki węglem lub szkice ołówkiem?
RW: – Bardzo lubię wykonywać rysunki węglem, który jest podobny do mojej ulubionej techniki, czyli pastelu. Podobieństwo wynika ze specyfiki narzędzia, lecz rysunek tworzy się w gamie czerni i szarości… co, powiem przewrotnie, niekiedy utrudnia… a czasami ułatwia sposób wypowiedzi. Tak, jak węgiel, traktuję jako technikę w której powstają od początku do końca moje prace, to ołówek stanowi dla mnie narzędzie „wspomagające” pracę w innych technikach np. oleju, temperze czy akrylu. Jest prawie zawsze początkiem pracy nad obrazem, czyli po prostu szkicem! (śmiech)

PR: – Czy Pana obrazy są na sprzedaż? Jeśli tak, gdzie można je nabyć?
RW: – Są dwie kategorie prac. Te które tworzę dla siebie, lub żeby nimi obdarowywać moich przyjaciół i prace które wykonuję na konkretne zamówienie, np. w mojej firmowej pracowni, w której stają się one jednocześnie własnością Ośrodka Kultury Leśnej, gdzie jestem plastykiem. Bardzo cieszy mnie fakt, że właśnie za pośrednictwem Ośrodka Kultury Leśnej, moje prace trafiły w zacne ręce, np. wirtuoza fortepianu Rafała Blechacza, lub laureatów konkursu „Animator Kultury Leśnej”.
PR: – Rozumiem. Czy chciałby się Pan podzielić jakąś myślą z czytelnikami „Przeglądu Dziennikarskiego”?
RW: – Myślę że zarówno w twórczości, jak i w życiu, należy postępować w zgodzie ze swoim charakterem, emocjami, które nami kierują oraz zasadami, które wyznajemy. W sztuce już podczas wyboru techniki widać wrażliwość, jaka jest nam bliska. Malując np. akwarelę trzeba być bardzo wyczulonym na specyficzną „rozmowę”, którą prowadzimy z papierem i rozlewającymi się na nim farbami. Potrzeba dużo wyczucia, żeby stworzyć końcowe dzieło. Technika olejna już tego nie wymaga, można cofnąć pewne decyzje, zastąpić je innymi rozwiązaniami, tak kolorystycznymi jak i kompozycyjnymi… czyli tak, jak w życiu, podejmujemy kolejne decyzje… a o ich efektach wcześniej, czy później się przekonujemy!
PR: – Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.
RW: – Ja również bardzo dziękuję.
Rozmawiał dr Paweł Rogaliński










