Od razu przepraszam Kalocsę, iż nazwałem ją starą. Ale ona naprawdę jest stara. Leży 10 km na wschód koło Dunaju a węgierski król Stefan I. zakłada tu biskupstwo w 1001 roku. Łatwo tę datę zapamiętać – to przecież ilość bajecznych arabskich nocy…
Zatem mam rację – Kalocsa, małe miasto położone 100 km na południe od Budapesztu, jest dumne ze swej starości, tak jak salonowe damy w tak zwanym pewnym wieku. Kalocsa (wymowa plus minus KO-lo-cza) słynie z pałacu biskupiego i wspaniałej katedry.
Ale nie tylko. Turystom zwożonym tutaj w grupach serwuje się inne atrakcje niż ołtarz główny w tutejszej katedrze, dzieło rodem z Wiednia. Ich dowozi się autobusami, a kiedy na bezludziu puszty usadowią się na drewnianych ławkach trybuny wielkości prowincjonalnego boiska sportowego, pokazuje im się konie. Siedzimy zatem, trzymając kieliszki z oferowanym lokalnym czerwonym winem masowej jakości, czekając na spektakl. Wiemy, iż drużyna pasterzy-akrobatów pokaże nam konie. Ale najpierw pokazują nam białe woły, ciągnące rachityczną furę. Woły mają bardzo pięknie przez naturę powyginane rogi. W ogóle emanują spokojem. Trudno je zmusić do galopu. Genetyka i upał robią swoje. Eskalacja czyha w zakurzonym rancho. Najpierw woły, potem crescendo. Konie będą później. Najpierw woły robocze.
- • • •
Egzotycznie ubrani są akrobaci-pasterze-furmani: wywinięty rondem do góry czarny filcowy kapelusz pod rozżarzonym niebem, koszula, brązowa skórzana kamizelka, pas szeroki. Wysokie buty i ogorzała twarz. Celowo na koniec: nie, nie mają spodni! Noszą coś w rodzaju błękitnej szerokiej spódnicy! Niespodzianką spódnica na prawdziwych mężczyznach! Czy to scheda po tureckich szarawarach?
Każdy pasterz ma w ręku efektowny długi bat.Ten bicz jest ważny w fazie pokazu koni. Sekstet batów. Tym batem strzelają fachowo z wielkim trzaskiem. Kiedy pasterze trzaskają w rytmie, robi to kolosalne wrażenie pra-dźwięku ludów pasterskich! Trzask-trzask! Jest w tym trzasku szacunek dla konia i kunszt pasterza. Powielony rytm jest świetny! Nikt z jeźdźców nie ma siodła. Pokaz: konie kładą się na zakurzonym klepisku boiska bez ruchu, pasterz siada na nich, strzelając biczem. Potem staje na brzuchu konia! Za pasterzami absolutnie pusty krajobraz puszty. Zawsze mówię – na węgierskiej puszcie w każdym miejscu można od razu zbudować boisko piłki nożnej. Oczywiście słowa puszta pochodzi od słowiańskiego wyrazu pusta. To jest pusta okolica – do dziś na idealnej równinie, tu w regionie, widzę jedynie pola papryki, żyta, pszenicy oraz kukurydzy. Pustka. Nie ma lasów, domostw, wzgórz. To strzelanie z bata jest jedyną abstrakcyjną prastarą muzyką puszty, od wieków odradzającej się w rytmie znojnej pracy. Ona jest podstawą współżycia ludzi z końmi przez kolejne wieki.
Najpierw konie pędzą, ciągnąc drabiniasty wóz. Kurz, zakręty, krzyki, komendy woźniców do koni. Te zwierzęta są bardzo mądre – rozumieją po węgiersku. Konie są kare, czyli czarne. Specjalne słowo kary po polsku pochodzi z tureckiego kara, co znaczy właśnie czarny. Na przykład kara kar oznacza „czarny śnieg”. Przydałby się tu, z powodu upału czerwcowego popołudnia… Ale oto nowy fragment spektaklu: konie przechodzą z truchtu w cwał. Coraz bliżej! Wydaje się: zaraz wpadną na nasze ławki. O, Boże! Ale nie! W ostatniej chwili zakręcają, wzbudzając chmury kurzu. Brawo – zdolne i mądre konie! Oklaski!
- • • •
Ostatni numer finału: konie pędzą w układzie: 4 w rzędzie z przodu, a za nimi też 4 w rzędzie. Na zadach środkowych dwu koni z tyłu stoi twardo z batem i lejcami w ręku ogorzały pasterz i pędzi w tej dynamicznej rozedrganej konstelacji. Stukot kopyt. Jak w cyrku dookoła areny. Na podkutych butach ma plastikowe ochronne „pantofle”, aby nie zranić skóry konia, tego wiernego towarzysza ludzkości w różnych kontekstach rozwoju. Wojna i pokój.
Potem, po aplauzie dla tolerancyjnych koni i akrobatycznych pastuchów dowiaduję się od naszej przewodniczki, iż po węgiersku istnieją zupełnie odrębne słowa na 5 rodzajów pasterzy. Paść (1) gęsi, (2) świnie, (3) owce, (4) krowy, (5) konie, to są odrębne specjalności! Zapamiętałem tylko nazwę pasterza koni, czyli stojącego w tej piramidzie hierarchii najwyżej: csikós – wymowa: CZI-kousz.
- • • •
Każde szanujące się dziełko o regionie Kalocsy przypomina, iż jest to ziemia tradycyjnie rolnicza, karmiąca od wieków swych mieszkańców. Główną tu rośliną hodowaną to papryka. Kalocsa, jej region produkuje około 45% papryki na Węgrzech! Potęga papryczna. Wspominałem konkurencję: zboże, kukurydza, ale głównie króluje na roli papryka w trzech podstawowych barwach: zielona, żółta i czerwona. Ta ostatnia jest ponoć najzdrowsza. Wszelkie podręczniki prawidłowego żywienia oraz medycyny zdrowej drogi życia, podkreślają skarb ludzkości o nazwie papryka. Posiada ważne witaminy (tej „C” ma o 4 razy więcej niż cytryna!), minerały. Nic tylko jeść paprykę – z umiarem – tak jak pić wino przy spektaklach… Vinum et circenses – wersja węgierska.
Wykład o walorach zdrowotnych papryki wygłasza nasza przewodniczka Ilona, stojąc przed nami na podwórzu „Muzeum Papryki” w cieniu, nie, nie papryki, gdyż to nie drzewo, opowiadając o wysokiej jakości czerwonego proszku. Ilona stoi pod platanem. Ale obok niej rozłożono całe stoisko-kiosk „Raj papryki”. Można tam kupić tyle rodzajów (torebki, paczki, butelki, tubki, słoiczki, woreczki) tego warzywa, ile się widzi sal w muzeum obok. Dużo. Ilona zachęca. Gabloty, witryny skromnego muzeum pokazują cały kosmos uprawiania papryki, od zielonej nieśmiałej roślinki (sfotografowałem taką w ogrodzie przymuzealnym – przypomina rosnący krzaczek, sadzonkę pomidora przy patyczku) do potężnej czerwonej bomby witamin! Kolejne fazy suszenia, obróbka, maszyny, eksport…
Myślałem, iż niemal posypani symbolicznie na głowach (memento capsici to po łacinie „powinieneś pamiętać o papryce!”) czerwoną papryką sproszkowaną, pojedziemy do katedry w mieście Kalocsa, gdzie często grywał na organach nie tylko swoje utwory, słynny Węgier, Ferenc Liszt. Po polsku zwałby się – po przetłumaczeniu imienia i nazwiska – Franciszek Mąka. Zawieziono nas 0,5 km do Muzeum Lokalnego. Jest to przerobiona zagroda, ułożona tak, aby i tu (jak też w Muzeum Papryki), można było kupić pamiątki: haftowane bluzki, CD z muzyką ludową węgierską, garnuszki, wazy, miski, łyżki zdobione, makatki i 456 innych suwenirów. Każdy chce zarobić. Turystyka łapie oddech po latach pandemii…
- • • •
W miasteczku Kalocsa zwiedziliśmy dwa muzea pod kątem zakupów! Zanim autobus zabrał nas do małej przystani na Dunaju, zdążyłem szybko wrócić do płotu przy poprzednim muzeum. Już wcześniej coś mnie tam zafrapowało… Tam nagle dostrzegam zupełnie zaniedbane resztki sporego pomnika. To znaczy, to jest już kikut pomnika, porzucone cztery płyty z lastryko, ustawione trochę jak książki łukiem otaczające mały cokół. A na cokole metalowa misa zardzewiała. Domyślam się, iż w misie płonął szlachetnie tzw. wieczny ogień. Teraz leżą tam zeschłe liście i pety po papierosach. Nikt nie dba o ten dziwnie zapomniany odarty z ozdób pomnik. Na płytach o wysokości 3 m są wkręcone śruby. Trzymały widocznie kiedyś ozdoby. Ale jakie? Ktoś wyrwał ozdoby, chyba płaskorzeźby. Nie wiem. Pozostały nic nie mówiące szare prostokątne płyty.
Zbliżam się. Teraz na pionowej najwyższej płycie (3,5 m) widzę wygrawerowanego gołąbka pokoju i tablicę z napisem. Ledwie go można odczytać. Jest niemal już przez deszcze wymyty: „Lidice község mártírjainak emlékére Kalocsa város békeharcosai – 1955“, czyli po polsku „Męczennikom gminy Lidice bojownicy o pokój miasta Kalocsa – 1955”.
- • • •
Natrafiłem na ciekawostkę, której nie pokazuje się turystom. Rodzą się pytania: Dlaczego akurat w węgierskim mieście Kalocsa stanął pomnik dla ofiar czeskich Lidic? Kto był pomysłodawcą? Kto celowo zrujnował ten pomnik? Kiedy? Komu przeszkadzała ta dramatyczna w wymowie pamiątka? Dlaczego nie ma funduszy, aby go albo całkowicie zniszczyć (na skrzyżowaniu ulic kawał szarej brzydoty nie obchodzącej nikogo od wielu lat) albo ażeby go odbudować? Czy zagrały tu animozje między Węgrami a Czechami, rodem jeszcze z monarchii austro-węgierskiej? Oczywiście nie znam odpowiedzi…
Często w podróżach pragnąłem być detektywem. Problemem jest brak czasu, lupy, odpowiedniego wykształcenia, oddalanie się od obiektu, własne kłopoty i rosnąca ilość lat w życiorysie.
Lidice? Kalocsa? Gdzie jest iunctim?
W maju 1942 czescy patrioci zabili najwyższego rangą Niemca, będącego w służbie nazistów – tydzień po ostrzelaniu jego samochodu jadącego na Hradczany w Pradze umiera Reinhard Heydrich, szef protektoratu Czech i Moraw, współtwórca Holokaustu i dowódca Gestapo. Miał 38 lat i wielką przyszłość przed sobą. Czescy zamachowcy wylądowali jako cichociemni spadochroniarze, wysłannicy rządu czeskiego w Londynie. Podobno we wsi Lidice blisko Pragi udzielono im schronienia. Niemcy postanowili odpowiedzieć akcją odwetową. Zemsta. Wieś Lidice otoczono przygotowaną precyzyjnie akcją, zablokowano. Mężczyzn zastrzelono, kobiety wywieziono do obozów koncentracyjnych, dzieci przeznaczono do germanizacji. Akcja odwetu za R. Heydricha przyniosła w sumie 340 czeskich ofiar. Memento mori… Lidice stały się symbolem ideologicznego szaleństwa, zemsty, okrucieństwa i odczłowieczenia Niemców nazistów. Wieś przestała istnieć. Hitler rozkazał zrównać Lidice z ziemią. Precyzyjnie wykonano rozkaz Führera.
Zagadka: dlaczego sponiewierano pamięć o Lidicach w Kalocsy?
Wiesław PIECHOCKI, Kalocsa, płd. Węgry, czerwiec 2022












