Kiedy większość twierdzi, że nie ma innej drogi niż globalny kapitalizm, warto zadać sobie pytanie: czy aby na pewno innego wyjścia nie ma? Pytanie jest tym bardziej zasadne, że w dziejach ludzkości najczęściej większość nie miała racji.
Autorzy: Marek Klimczak, Jerzy Hutek
Aby zastanowić się nad możliwością alternatywy dla globalizmu musimy go jednak najpierw zrozumieć.
Jedyną kategorią pozwalającą rozumieć gospodarkę i politykę jest kategoria interesu. Być może dlatego posiadający kapitały lub sprawujący w ich imieniu władzę nigdy o tym nie mówią. Natomiast chętnie i często mówią o wartościach najwyższych: równych prawach, demokracji, wolności, solidarności międzynarodowej, prawach człowieka i obywatela.
Nie wchodząc tutaj w przyczyny końca realnego socjalizmu, można powiedzieć, że jego naczelnym interesem była budowa społeczeństwa egalitarnego. A co jest naczelnym interesem kapitalizmu? Zysk jednostki, który w teorii ma być podstawą powszechnego dobrobytu, albowiem bogaci kapitaliści mają stwarzać miejsca pracy a co za tym idzie pieniądze dla pracobiorców. Niestety w praktyce kapitalizm coraz bardziej się wyobcowuje, skupiając się jedynie na zysku, mnożą narzędzia służące jego pomnażaniu a zapominając coraz bardziej o łaskach jakie miały spływać na tych, którzy kapitałów nie mają.
Skąd wziął się liberalizm
Liberalnych źródeł duchowych i filozoficznych współczesnego kapitalizmu upatrywać należy w purytanizmie i jego przekonaniu, że człowiek musi radzić sobie sam, że nie jest obowiązkiem społecznym jakakolwiek opieka nad słabszymi. Purytanie stawiali konkurencję ponad działaniami wspólnotowymi, byli przekonani, że ubóstwo i nędza są wynikiem woli Boga, są niejako boskim piętnem. Z kolei bogactwo i wysoka pozycja społeczna jednostki, są wynikiem bożego błogosławieństwa. Jeszcze dzisiaj w USA wielu pastorów głosi podobne teorie, spotykając się ze zrozumieniem i aprobatą wiernych. Można przyjąć, że liberalizm ma zatem podłoże religijne, zbudowane w ortodoksyjnych wspólnotach angielskich, a potem amerykańskich; wielu bowiem purytan osiedlało się w Nowym Świecie, chcąc uniknąć prześladowań w ojczyźnie.
Liberalizm zatem jest ideologią skrajnie konserwatywną, odrzucającą wspólnotowe interesy grup społecznych a nawet narodów. Purytański indywidualizm wyraża się we współczesnym liberalizmie głębokim przekonaniem, niemal mistyczną wiarą w to, że bogactwo silnych jednostek będzie błogosławieństwem dla większości (niekochanej przez Boga, słabej i nieutalentowanej). Liberałowie wierzą (mamy tu bowiem w istocie do czynienia nie tyle z teorią ekonomiczną – bo te z natury rzeczy ulegają korektom w zderzeniu z rzeczywistością), że jednostki przewodnie gromadząc kapitały stwarzają miejsca pracy, a tym samym przyczyniają się do wzrostu zamożności ogółu. Szkopuł jednak w tym, że globalizacja produkcji, jej dyslokacja w rejony o najtańszej sile roboczej powoduje, że nadzieja na wzrost zamożności upada a zwiększeniu produktywności nie towarzyszy wzrost zamożności społeczeństw. Gorzej, bo z dziesięciolecia na dziesięciolecie rośnie (także w Europie) ilość bezrobotnych i biednych.
W Meksyku w przygranicznej strefie z USA, gdzie amerykańskie koncerny (poszukując tańszej siły roboczej), wybudowały wiele fabryk (m.in. obuwia) znacząco spadły zarobki robotników. Owszem zwiększyło się zatrudnienie, ale średnia płaca zatrudnionego spadła nawet o 20 procent. Jeżeli weźmiemy pod uwagę i to, że rząd Meksyku zwolnił amerykańskich inwestorów z podatków, to muszą pojawić się pytania – w czyim interesie były te inwestycje i kto komu powinien być wdzięczny?
Na zarzut, że nie ma ani jednego państwa na świecie, w którym panujący liberalizm przyniósłby realne i trwałe korzyści, liberałowie odpowiadają, że dzieje sie tak skutkiem łamania zasad, że niepotrzebne interwencje państwa w rynek przynoszą jedynie szkody.
Powtórzmy tłumaczenia liberałów: nie wiemy jak funkcjonowałyby społeczeństwa, jak bardzo byłyby bogate, bo nigdzie jeszcze nie udało się zrealizować ideału. W ten sposób liberałowie (świadomie lub nie) stają się ideowymi kuzynami Pol Pota, któremu też nie pozwolono zrealizować raju na Ziemi.
Wybitny amerykański ekonomista Joseph Stiglitz, laureat nagrody z 2001 roku w wywiadzie (z roku lipca 2011 r.) „Prawicowa ekonomia zagraża światu” mówi: Zderegulowany kapitalizm przyniósł nam recesję. Dlaczego więc dalej słuchamy wolnorynkowców? Ledwie parę lat temu, potężna ideologia – wiara w wolne i nieskrępowane rynki – doprowadziła świat na krawędź katastrofy. Nawet w swoim szczycie powodzenia – od lat 80. XX wieku do 2007 r. zderegulowany kapitalizm w amerykańskim stylu dał lepsze standardy życia tylko najbogatszym ludziom w najbogatszym kraju świata. W czasie 30-letniej kariery tej ideologii, dochody większości Amerykanów spadły lub utrzymały się na tym samym poziomie. Wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych oparty był na kruchych podstawach. Rozwój mógł postępować tylko przez konsumpcję finansowaną, coraz większe zadłużenie w sytuacji, gdy tak wielka część amerykańskich dochodów trafiała do tak nielicznych. Należałem do tych, którzy mieli nadzieję, że kryzys finansowy da Amerykanom (i innym nacjom też) lekcję na temat konieczności większej równości, silniejszej regulacji i lepszej równowagi między rynkiem a rządem. Niestety, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, prawicowa ekonomia, napędzana przez ideologię i partykularne interesy, znów zagraża gospodarce światowej.
Joseph Stiglitz pisał w roku 2008, a zatem jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu, że od upadku Związku Radzieckiego realne dochody amerykańskiej rodziny zmniejszyły się o 15 procent. Natomiast majątek 900 najbogatszych rodzin amerykańskich zwiększył się właśnie o kwoty równe sumarycznie tym, jakie stracili zwykli amerykanie przez te 15 lat. Stiglitz widzi w tym brutalną reakcję kapitalistów na brak zagrożenia ze strony ZSRR (choćby ułudnego) w jakim żyli „właściciele świata” przez lat kilkadziesiąt. Dzisiaj do 10 proc. najbogatszych amerykanów trafia 40 proc. dochodu narodowego. Przed epoką neoliberalizmu te 40 proc. tortu trafiało do 30 proc. Amerykanów. 1 proc. najbogatszych posiada aż 40 proc. wszystkich nieruchomości i inwestycji finansowych, itd.
Nowe oblicze starej doktryny
Zastanówmy się, jak to się stało, i dlaczego stało się tak, że funkcjonujący całkiem nieźle w XIX i XX wieku kapitalizm, właśnie na przełomie XX i XXI wieku stał sie tak bezwzględny i nieroztropny aż do głupoty.
Najprecyzyjniejszej odpowiedzi udziela Benjamin Barber – amerykański politolog, który pisze: „Dzisiejszy problem polega na tym, że kapitalizm wymknął się spod kurateli państwa narodowego. Państwo poddawało kapitalizm demokratycznej kontroli i regulacjom, w ramach państwa temperowały go związki zawodowe. Dziś jednak kapitalizm się zglobalizował, a demokracja nie. Zglobalizowały się rynki, a demokratyczne instytucje i prawa, które mogłyby sprawować nad nimi nadzór nie istnieją. Pozwoliliśmy kapitalizmowi wyrwać się z demokratycznych ram, w których trzymaliśmy go przez 150 lat. I oto na nowo zafundowaliśmy sobie kapitalizm w najdzikszej i najbardziej brutalnej postaci – na dodatek w wymiarze globalnym.
Oczywiście w ramach państw narodowych wciąż istnieją pewne mechanizmy kontroli. Jednak na poziomie planetarnym kapitalizm pozostaje zupełnie sam – bez nadzoru, bez przejrzystości, bez regulacji. I to jest bardzo niebezpieczne.
Jest wiele rodzajów wolności. Wolność indywidualna, wolność działania na rynku… Obie stanowią wartość. Ale jeszcze większą wartością, najważniejszą, jest wolność obywateli – to wszystko co nazywamy dobrem publicznym. Powiem więcej: wolność indywidualna i gospodarcza nie przetrwają bez wolności obywatelskich. Poddanie kapitalizmu nadzorowi i kontroli instytucji demokratycznych nie oznacza wcale przehandlowania wolności za coś innego. To jedynie postulat równowagi między dobrem publicznym i wolnością nas jako obywateli z jednej strony, a z drugiej – wolnością nas jako osób prywatnych, np. jako przedsiębiorców działających na rynku.
Wierzę, że wolne rządy i wolni ludzie potrzebują zarówno wolności gospodarczej, jak i wolności w przestrzeni publicznej, wolności obywatelskich. To zaś prowadzi do jakiejś formy demokratycznego nadzoru i ograniczenia wolności czysto prywatnej.
Jesteśmy dziwnymi stworzeniami. Gdy żyjemy pod rządami dyktatorskimi, pragniemy wolności. Gdy stajemy się wolni, szybko zapominamy o jej cenie i zmieniamy się w konsumentów – dopóki wolność znowu nie będzie zagrożona. Problemem dzisiejszego świata jest to, że zagrożenia dla wolności nie zawsze są widoczne. Gdy jakiś sekretarz w Moskwie podejmował decyzję w sprawie tego, co miało zdarzyć się w Warszawie, widać było jak na dłoni, że wolność w Polsce była ograniczona, Gdy dziś zarządca korporacji Disneya czy Mc Donald’s podejmuje decyzję, która dotyczy ludzi w Polsce ludzie zazwyczaj nie widzą w tym zagrożenia, a nawet wydaje im się, że mają więcej wolności. Łatwiej dostrzec przymus pochodzący z góry niż niewidoczny przymus istniejący w nowych społeczeństwach rynkowych pochodzący z dołu. Czasem chętnie sami zakładamy sobie kajdany.
W istocie z wybuchem obecnego kryzysu mnożą sie opisy nieprawnych działań amerykańskich (i nie tylko) instytucji finansowych, których niepohamowana chęć zysku wpędziła świat w dzisiejsze kłopoty. Niemniej bardzo niewielu „opisywaczy systemu” przyznaje, że osiągnięcie zysku za wszelką cenę jest w istocie rzeczy podstawą, jądrem kapitalizmu.
Zdziwienie „opisywaczy” budzi fakt, że współczesna giełda przypomina bardziej kasyno niż szacowną niegdyś instytucję służącą znajdowaniu kapitałów na nowe przedsięwzięcia produkcyjne i handlowe. Świat zatrząsł się z oburzenia, dowiadując sie po niewczasie, że w pogoni za zyskiem maklerzy przyjmowali w istocie zakłady hazardowe na wprost lub spadek koniunktury, akcji itp. Świat uległ zdziwieniu, że banki udzielały pożyczek osobom i instytucjom, co do których wiedziały, że nigdy ich nie spłacą. Banki czyniły tak, albowiem ich zysk obliczany był od sumy udzielanych pożyczek, nie od sumy ich zwrotu. Gorzej – banki wiedziały, że w przypadku tarapatów rządy przejmą ich długi. Albowiem dzisiejsze rządy są zakładnikami banków.
Ale co konkretnie wynika ze zdziwienia i oburzenia mediów na moralną kondycją właścicieli kapitałów? Nic, konkretnie nic. Nikt bowiem nie chce dotknąć źródeł problemów. Sytuacja dzisiejsza w gruncie rzeczy przypomina dzień 30 października 1517 roku, a była to wigilia 31 października czyli dnia, w którym Marcin Luter ujawnił światu swoje tezy. Tyle tylko, że nowy Luter jeszcze się nie objawił, a stary kościół wyznając małe grzechy liczy na rozgrzeszenie i dalszą akceptację.
Hiperkapitalizm
Żyjemy w epoce globalizacji, co oznacza, że powinniśmy analizować gospodarkę globalną nie tylko jako zagregowaną wielkość gospodarek krajowych – twierdzi profesor Johan Galtung, dyrektor organizacji A Peace and Development Network we Francji, współzałożyciel i członek Światowej Federacji Studiów nad Przyszłością. Co więcej, żyjemy w epoce hiperkapitalizmu.
Przez hiperkapitalizm należy rozumieć system ekonomiczny, w którym kapitał stanowi jedyny lub prawie jedyny sens istnienia, jako środek, cel (wynik) oraz miara (wskaźnik) bogactwa, dochodu narodowego brutto, indeksu Dow Jonesa oraz innych wskaźników giełdowych.
Na podstawie analizy współczesnej gospodarki J. Galtung zestawia listę 6 czynników, mających przyczyniać się do współczesnego kryzysu.
Rosnąca globalizacja – podstawową kwestią jest tu przemieszczanie się fabryk do miejsc, w których znajdują się surowce. Podobnie jest w przypadku pracy – przenosi się fabryki tam, gdzie są zasoby taniej siły roboczej. Dzieje się tak między innymi, ponieważ w Unii Europejskiej przyjęto zasadę czterech swobód: swobody przepływu kapitału, pracy, dóbr i usług.
Natomiast w świecie obowiązują tylko trzy: swoboda przepływu kapitału, dóbr i usług, ale nie swoboda przepływu zasobów pracy. Siła robocza nie może się swobodnie przemieszczać. Dlatego też przedsiębiorstwa (koncerny) muszą funkcjonować w dzisiejszych czasach w pobliżu źródeł surowców, blisko taniej siły roboczej i dużych rynków zbytu. Według Galtunga, istotą globalizacji jest mobilność czynników produkcji.
Rosnąca prywatyzacja – oznacza zmniejszenie roli państwa. Następstwem prywatyzacji jest zmniejszenie siły nabywczej części społeczeństwa o najniższych dochodach. Prywatyzacja połączona z globalizacją oznacza przyspieszoną eliminację państwa jako aktora ekonomicznego.
Zwiększenie władzy akcjonariuszy – gdy weźmiemy pod uwagę pięcioczynnikowy model produkcji: surowce, praca, kapitał, technologia, zarządzanie, to praca oznacza siłę roboczą, a kapitał – akcjonariuszy. Ponieważ produktywność pracy ciągle rośnie pod wpływem nowych technologii, a zwłaszcza technologii informacyjnych, to aby zwiększyć dochody pozostają tylko dwie możliwości: zmniejszenie zatrudnienia lub zmniejszenie liczby godzin pracy. Pierwsza opcja prowadzi do bezrobocia, druga zaś do niewykorzystania czynnika pracy. W praktyce wygląda to tak, że pracodawca mówi pracownikom: „damy ci pracę, ale nie możemy dać ci etatu, zresztą jest to przestarzałe, ale możemy dać ci zajęcie w niepełnym wymiarze czasu, pracę w postaci kontraktu”.
Wzrastająca produktywność – sprawia, że siła nabywcza warstw pracujących zmniejsza się. Jednocześnie widoczna jest bardzo agresywna polityka ze strony akcjonariuszy.
Rosnąca liczba ekonomistów „głównego nurtu” – są to przedstawiciele Szkoły Chicagowskiej. Ich główne idee to tworzenie nowych miejsc pracy i „przesączanie się” bogactwa w dół społeczeństwa. Jak twierdzi Galtung, problem polega jednak na tym, że praktyka nie potwierdza tej teorii. Powstają nowe miejsca pracy, ale bogactwo nie „przesącza” się w dół.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy – powiązanie systemowe wymienionych powyżej pięciu czynników tworzy efekt synergii, a to w efekcie prowadzi do roli, jaką odgrywa Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jego zalecenia sprowadzały się do działań na rzecz zniesienia podatków od luksusu, podatków progresywnych i subsydiów oraz prywatyzacji, reprywatyzacji funduszy i denominacji. W istocie MFW stosował te same środki zaradcze (swego rodzaju uniwersalne remedium) niezależnie od sytuacji, w której znajdował się dany kraj.
Reasumując, zdaniem profesora Galtunga, jeśli chodzi o terapię, to – aby przeciwdziałać wyżej przedstawionym zagrożeniom – trzeba zastąpić dominującą kulturę – „Ja” kulturą – „My”. Innymi słowy idea „My” jest ideą solidarności i współpracy. Ponadto trzeba zaspokajać podstawowe potrzeby wielkich mas ludzkich na świecie, którym globalizacja niszczy lokalne rynki, rozwijać lokalne możliwości, obdarzyć państwo nową rolą – kontrolowania gospodarki finansowej, tworzyć zatrudnienie, które ma nie tylko funkcję produkcyjną, wspomagać sektory mało produktywne, jak edukacja, sprawy socjalne, kultura, ochrona środowiska.
Człowiek w centrum zainteresowania społecznego
Rolf Breuer, przez 6 lat stojący na czele Deutsche Bank, sformułował swego rodzaju credo zwolenników globalizacji: „Globalizacja jest dzięki otwartym rynkom szansą wspierania rozwoju gospodarczego, wydajniejszego wykorzystania zasobów, polepszenia warunków życia i opieki socjalnej”. Ta optymistyczna wizja ma jednak niewiele wspólnego z realiami i jest bardziej wyznaniem nowej wiary, niż diagnozą ekonomisty.
Raport opublikowany przez Centre des Jeunes Dirigeants d’Enterprise, francuskie stowarzyszenie liczące 23 tysiące członków będących dyrektorami różnego rodzaju spółek i firm, z kolei głosi: „Jesteśmy przekonani, że nie podlegający żadnym regułom kapitalizm rozpadnie się tak samo jak komunizm, chyba że skorzystamy z nadarzającej się okazji i postawimy człowieka ponownie w centrum zainteresowań społecznego. (…) Ubóstwo naszych społeczeństw jest ubóstwem raczej społecznym i duchowym, a nie materialnym. (…) Należy gruntownie przemyśleć to, w jaki sposób zorganizowana jest nasza praca i nasze społeczeństwo”.
Jednak siła globalizacji i ideologii neoliberalnej okazały się bardziej skuteczne.
Protekcjonizm państwa
Spektakularny sukces ekonomiczny takich krajów, jak Korea Południowa, Tajwan czy Malezja, kiedyś jednych z najbiedniejszych państw świata, dowodzi, że transfer technologii i kapitału z krajów wysoko rozwiniętych do państw Południa może doprowadzić do przezwyciężenia stagnacji i wprowadzić je na ścieżkę rozwoju – jednak pod warunkiem, że rządy tych państw będą miały możliwość, za pomocą ograniczeń celnych i kontroli obrotu kapitału, kształtowania tego procesu z korzyścią dla siebie.
Jednak wszelkie formy protekcjonizmu nie są dobrze widziane w Unii Europejskiej oraz krajach OECD, do których należy Polska.
To prawda, że spójność światowej gospodarki osiągnęła niespotykany dotąd poziom. Wartość wszystkich swobodnie krążących między państwami towarów i usług w roku 2000 odpowiada około 25 % całej ogólnoświatowej produkcji, podczas gdy 30 lat wcześniej udział ten wynosił zaledwie 10%. W tym samym okresie koncerny ponadnarodowe osiągnęły prawdziwie globalny zasięg. W roku 2000 UNCTAD (United Nations Conference of Trade and Development – Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju) liczyła już 63 tys. takich konglomeratów, posiadających 800 tys. oddziałów na świecie. Tylko w tym samym roku koncerny zainwestowały 1,3 biliona USD na całym świecie. Do 100 największych podmiotów gospodarczych świata należą obecnie 52 koncerny i tylko 48 państw. 15 największych przedsiębiorstw świata kontroluje, biorąc pod uwagę wartość ich obrotów, więcej rynków niż 60 najbiedniejszych państw świata.
Jednak rozwój handlu nie szedł w parze z rzeczywistym rozwojem społecznym. W latach 1960-1980 ogólnoświatowy przeciętny dochód na głowę mieszkańca wzrósł jeszcze o 83%, jednak w latach 1980-2000 już tylko o 33%. Zahamowanie wzrostu gospodarczego nastąpiło zwłaszcza w krajach rozwijających się. W Ameryce Łacińskiej, gdzie dochód na głowę w latach 1960-1980 powiększył się o 75%, w następnym dwudziestoleciu wzrósł zaledwie o 6%. W krajach tzw. Czarnej Afryki spadek ten był jeszcze bardziej dramatyczny.
Złudzenia neoliberalizmu
Zdaniem Pawła Dembińskiego, profesora ekonomii na uniwersytecie we Fryburgu, błędem jest utożsamianie „liberalizmu” – ustroju opierającego się na zasadzie wolności, w tym i gospodarczej – z kapitalizmem. Gospodarka rynkowa jest pochodną liberalizmu, nie jest jednak tożsama z kapitalizmem, tak samo jak kapitalizm może istnieć bez liberalnej otoczki. Ideologia neoliberalna, rozwinięta przez Friedricha Hayek’a i Miltona Friedman’a, zakłada niekończącą się „walkę między kolektywizmem a indywidualizmem”, w której każde poszerzenie zakresu władzy rządu, czy to w ramach reżimu stalinowskiego, czy w demokratycznie zorganizowanym państwie, ma charakter „kolektywistyczny”, a więc jest a priori zamachem na wolność.
Liberalizm wyklucza myślenie i działania w kategoriach „my”, wierząc, że potęga skumulowanych indywidualnych wyborów (niewidzialna ręka) jakoś tam ochroni wspólne dobro. . Jak podaje profesor Dembiński, neoliberałowie zbudowali swoją teorię na indywidualizmie metodologicznym, czyli na wypaczonej tzw. jednostce reprezentatywnej przebranej w pojęcie homo economicus.
Należy zadać pytanie, czy człowiek nie jest rzeczywiście niczym więcej niż indywiduum zwiększającym swoje zadowolenie wyłącznie przez konsumpcję. Pierwsze więc pytanie o kapitalizm wymaga zastanowienia, czy dla szczęścia jednostek i zadowolenia społecznego wystarczy, by ustrój nie hamował instynktów homo economicus, które – odwołując się do rachunku kosztów i zysków – przynoszą rozwiązania wszelkich jego wahań.
Takie myślenie odrzucają niektórzy ekonomiści, na przykład nagrodzeni niedawno Nagrodą Nobla Amartya Sen czy Joseph E. Stiglitz.
Uważają oni, że człowiek nie zawsze był zwierzęciem ekonomicznym wyposażonym w maszynę liczącą. Zanim się „zekonomizował”, podlegał podwójnemu obowiązkowi dawania, otrzymywania i oddawania. To odkrycie pociąga za sobą poważne skutki etyczne i polityczne.
Złudzeniem liberałów jest to, że tylko poprzez wolny rynek („niewidzialna ręka rynku”) można stymulować wzrost gospodarczy i likwidować problemy społeczne, nie mówiąc już o tworzeniu wartości, czyli obszaru kultury.
Globalizacja biedy
W książce kanadyjskiego ekonomisty Michela Chossudovsky’ego The Globalisation of Poverty zaprezentowany jest wpływ procesów globalizacyjnych na narastającą w świecie biedę. Chossudowsky krytykuje międzynarodowe organizacje, zwłaszcza Międzynarodowy Fundusz Walutowy, obarczając je za wzrost ubóstwa w wielu krajach rozwijających się. Pogłębiające się rozwarstwienie na globalne elity i spauperyzowane masy to jeden z wymiarów globalizacji.
Dystans w wymiarze gospodarczym i socjalnym, jaki dzieli kraje rozwinięte od krajów ubogich, pogłębił się w ostatnich dekadach, chociaż wiek XX przyniósł imponujący rozwój i ogromną poprawę bytu całej ludzkości, jeśli mierzyć je poziom przeciętnym wzrostem PKB per capita. Podział dochodu miedzy krajami jest jednak obecnie bardziej nierówny niż pół czy nawet ćwierć wieku temu. Przykładowo, jeśli w 1960 r. stosunek dochodów 1/5 ludzkości w krajach najbogatszych do dochodów 20% mieszkańców najbiedniejszych państw wynosił 30 do 1, to w 1990 r. już 60 do 1; w 1997 r. dysproporcja ta wynosiła 74 do 1, z kolei w 1999 r. osiągnęła już 81 do 1. Na najbogatszą 1/5 ludności Ziemi przypada 86% światowego produktu brutto, 68% inwestycji zagranicznych, 74% linii telefonicznych, zaś na 1/5 najbiedniejszej ludności zaledwie po 1% w każdej z wymienionych kategorii.
Podobne dysproporcje dotyczą jakości życia w różnych częściach świata. Przykładowo, przeciętna długość życia w Japonii wynosi 80 lat, w Sierra Leone – tylko 37 lat, odsetek młodzieży rozpoczynającej naukę w szkołach średnich wynosi w Szwecji – 99,9%, w Nigrze – 9,4%. W rankingu krajów o najwyższym standardzie życia pierwsze trzy miejsca zajmują Kanada, Norwegia i USA. Na końcu tej listy znajduje się cała grupa państw Afryki Subsaharyjskiej. Polska zajęła w tym rankingu 44 lokatę.
Raport Banku Światowego z 2000 r. poświęcony zwalczaniu ubóstwa informuje, że prawie połowa mieszkańców globu, tj. 2,8 mld, żyje za niespełna 2 USD dziennie, z tego 1,2 mld wegetuje w skrajnej nędzy, osiągając dochody poniżej 1 USD dziennie. Ludzie ci zamieszkują głównie Azję Południową (43,5%), region Sahary (24,3%) oraz Azję Wschodnią i region Pacyfiku (23,2%). Natomiast średni dochód w 20 najbogatszych krajach świata jest 37 razy wyższy od średniego dochodu w 20 najbiedniejszych państwach. Rozpiętość ta podwoiła się w ciągu ostatnich 40 lat.
Jeśli porównamy biedę w Polsce i w innych krajach, okaże się, że ludzie ubodzy na całym świecie borykają się z podobnymi problemami. Zgodnie z kryteriami stosowanymi przez Bank Światowy, z biedą mamy do czynienia wtedy, gdy dziennie na osobę przypada mniej niż 4,3 USD. Tyle pieniędzy nie ma w Polsce około 18% społeczeństwa, czyli ponad 6,85 mln ludzi. Ponad połowa Polaków (57%) żyje poniżej minimum socjalnego. Są to ludzie zagrożeni ubóstwem.
Aż 9,5% Polaków żyje w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. Osoby, które cierpią skrajną biedę, mają do dyspozycji niespełna 340 zł miesięcznie, jeśli żyją samotnie, i 913 zł, jeśli żyją w rodzinach czteroosobowych. Na swoje dzienne utrzymanie mają około 2,5 USD. U naszych sąsiadów w Czechach ubóstwa prawie nie ma (1%).
Neoliberalizm – próba bilansu
Dwie wartości – wolność jednostki i sprawiedliwość społeczna – niekoniecznie łatwo dają się pogodzić. Dążenie do sprawiedliwości społecznej zakłada bowiem społeczną solidarność i gotowość podporządkowania jednostkowych potrzeb i pragnień większej sprawie, o którą się walczy, przykładowo względnej równości społecznej czy równowadze ekologicznej.
Ograniczona neoliberalizacja, jaka miała miejsce w Szwecji, dała o wiele lepsze rezultaty niż konsekwentna neoliberalizacja w Wielkiej Brytanii. Szwecja ma dochody na mieszkańca wyższe, inflację niższą, lepszą bieżącą sytuację w rozliczeniach z resztą świata, wyższe wszystkie wskaźniki pozycji konkurencyjnej (np. nakłady na badania i rozwój) i klimatu inwestycyjnego. Wyższe są również wskaźniki jakości życia. Szwecja zajmuje 3. miejsce w świecie pod względem oczekiwanej długości życia, podczas gdy Wielka Brytania – 29. Wskaźnik ubóstwa w Szwecji wynosi 6,3%, natomiast w Wielkiej Brytanii 15,7%, przy czym najbogatsze 10% ludności zarabia 6,2 razy więcej niż najuboższe 10%, gdy tymczasem w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi 13,6:1. Analfabetyzm jest w Szwecji mniejszy, a mobilność społeczna większa.
„Powszechna nędza i wysoka koncentracja bogactwa nie mogą współistnieć ze sobą w demokracji” – pisał dwa wieki temu autor Deklaracji Niepodległości i prezydent Stanów Zjednoczonych, Thomas Jefferson, wbrew współczesnym apologetom neoliberalizmu upatrującym w bogaceniu najbogatszych główny sens istnienia i jedyną możliwą drogę rozwoju cywilizacyjnego. Przecież w istocie człowiek przyciśnięty biedą nie jest człowiekiem wolnym, o czym często nie chcą słyszeć międzynarodowi i krajowi liberałowie. W darwinistycznym świecie neoliberalizmu, argumentuje się, powinni przeżyć i przeżywają tylko najsprawniejsi i pozbawieni często skrupułów.
Należy podkreślić, że neoliberalizym oznacza w gruncie rzeczy oddanie władzy nad światem bankom i finansistom, kosztem kapitału produkcyjno-handlowego oraz (co najważniejsze) także nad samym aparatem państwowym oraz życiem codziennym. Wprowadziła również coraz większą chwiejność w globalnej wymianie handlowej. Nastąpiło wyraźne przesunięcie równowagi sił między sektorem produkcji a światem finansów, na korzyść tego drugiego.
Dzisiaj spekulacja finansowa zastąpiła rozumne inwestowanie w gospodarkę. Neoliberałowie, mając jako bożka zysk, nie chcą nawet rozróżniać przychodów ze spekulacji giełdowej od przychodów z produkcji.
Należy podkreślić, że jednostka ludzka wkracza na rynek pracy jako osoba obdarzona określonym charakterem, zakorzeniona w sieci określonych stosunków społecznych i pod różnymi względami zsocjalizowana, posiadająca swoją własną niepowtarzalną tożsamość. Natomiast dla neoliberalnych kapitalistów takie jednostki są jedynie czynnikiem produkcyjnym, który generuje określone koszty. Globalizacja jako ujednolicenie świata plus ideologia neoliberalna to kod globalnej destrukcji. Można powiedzieć: „globalizacja udała się, ale człowiek nie przeżył”.
Dlaczego w takim razie wielu ludzi jest przekonanych, że dla neoliberalizacji i globalizacji nie ma alternatywy i że przynosi ona w sumie jedynie pozytywne rezultaty? Ponieważ siła propagandy i dezinformacji jest wielka, wzmocniona dodatkowo siłą mediów i wylansowanych autorytetów.
Problem numer jeden dzisiejszej Polski
Problemem numer jeden dzisiejszej Polski jest zauroczenie ekip postsolidarnościowych globalizmem i neoliberalizmem. Ich kolejne rządy nawet nie starają sie stwarzać miejsc pracy. Nie dbają o infrastrukturę (tragiczny stan kolei, sieci energetycznych), a wszystkie pomysły w sferze społecznej i kulturalnej adresowane są do jakże nielicznej grupy zasobnych Polaków.
Problemem Polski, rządzonej przez liberałów jest niechęć do działania w imieniu i na rzecz osób przeciętnie sytuowanych i najuboższych. Ekipy postsolidarnościowe są, niestety, rzecznikami interesów tych, którym się i tak dobrze wiedzie.
W Polsce (ale nie tylko) wszelkie planowanie, a zwłaszcza kontrola uważane są za przejawy totalitaryzmu i zamach na wolność jednostki. A przecież pewne ograniczenia konieczne są dla zachowania zdrowia społecznego i naszego bezpieczeństwa. Totalna wolność nie istnieje – nie ma jej w dystrybucji alkoholu, zażywaniu narkotyków, dewiacjach seksualnych i handlu bronią!
W Polsce maleje rola państwa, bowiem liberałowie nie chcą za nic brać odpowiedzialności. Ich doktryna każe im cedować odpowiedzialność na prywatne firmy (infrastruktura) oraz na samorządy (administracja) immanentną rolę państwa.
Państwo musi brać na siebie większą rolę w kształtowaniu stosunków ekonomiczno-społecznych, bo państwo (rząd) podlega ocenia, w wyborach, nawet jeżeli są to wybory manipulowane przez liberalne media i chcąc nie chcąc władze muszą dbać o interes obywateli.
Wszystko co powyżej napisaliśmy potwierdza jedynie starą prawdę, że kapitalizm dawał i daje pracownikom najemnym podwyżki płac czy lepsze warunki pracy jedynie pod przymusem. I jakoś trudno uwierzyć, że pewnego dnia właściciele kapitałów wspaniałomyślnie zrezygnują choćby z części swoich zysków, żeby ulżyć doli bliźnich.
Alternatywa
Odpowiedzią na globalizm i neoliberalizm może być jedynie socjaldemokratyczny kolektywizm, czyli wspólnotowe, państwowe, samorządowe i spółdzielcze działania w sferze produkcji, handlu i kultury. Jeżeli tylko uzyskają one wsparcie państwa, staną się alternatywą dla bezwzględnych międzynarodowych korporacji.
Orientacja na wspólnotowy, kolektywistyczny model społeczeństwa, to znaczy, że wyżej niż konkurencję indywidualną cenimy wszelkie formy zespołowej aktywności ludzkiej i uspołeczniania ludzi, np. zrzeszających się w spółdzielniach, zespołach produkcyjnych, organizacjach społecznych i stowarzyszeniach.
Żeby jednak do tego doszło potrzebna jest świadomość konieczności zmian oraz siły polityczne, które do tych zmian poprowadzą. Biorąc pod uwagę jak postąpiono w Polsce – po roku 1990 – ze spółdzielczością pracy, handlową, mieszkaniową a nawet działkowcami trudno tu o optymizm. Chyba, że działacze i posłowie SLD – partii już z nazwy socjaldemokratycznej przestana być jedynie nieśmiałymi krytykami liberałów i sami przedstawią wizję społeczeństwa autonomicznego.
Lewica musi wrócić do swoich korzeni, przypomnieć sobie, że powstała w XIX wieku jako ruch sprzeciwiający sie tworzeniu nowej klasy niewolników. Że walka o ekonomiczne prawa robotników była w istocie walką o szanse społeczne dla tej klasy.
Czy dzisiejsza lewica w Polsce (głównie SLD) ma program ekonomiczny, czy ma własną wizję świata? Niestety nie. Niestety ogranicza się do delikatnych próby korekt tego, czego już naprawić się nie da. Świat współczesny wymaga zdecydowanych, choć ewolucyjnych zmian. Polska lewica obciążona jest brzemieniem realnego socjalizmu i jak ognia boi się pomówienia o kryptokomunizm. To dlatego od lat liderzy SLD nie mówią o ekonomii społecznej, co najwyżej chcą przedstawić siebie i partię jako zdolnych do lepszego zarządzania krajem.
Fundamentalna zasada liberalizmu mówi o równości podmiotów gospodarczych i wolności do działania jednostki. Z tej zasady uczyniono pierwsze przykazanie kapitalizmu. Jednakże – zwróćmy na to uwagę – pojęcie wolności jednostki jest wyrafinowanym kamuflażem intelektualnym zawierającym prawniczy kruczek, jakim jest definiowanie korporacji jako jednostek (podmiotów) w obliczu prawa. Nadaje on dwuznaczny wydźwięk prywatnemu credo Johna D. Rockefellera, wyrytemu w kamieniu nowojorskiego Rockefeller Center, które gloryfikuje ponad wszystko „najwyższą wartość jednostki”. Co do samego zresztą Rockefellera – historia jego bogactwa jest zarazem opowieścią o mega korupcji, w która zaangażował on najwyższe władze USA.
Jeżeli gospodarka, a co za tym idzie stosunki społeczne mają ulec socjalizacji, to zasada „równości jednostek” musi podlegać negacji. Priorytet (ulg podatkowych) muszą uzyskać działania mające charakter kolektywistyczny. Przedsięwzięcia spółdzielcze, samorządowe i państwowe powinny być o wiele mniej opodatkowane niż przedsięwzięcia „prywatne”, by z czasem stać się konkurencją dla kapitału prywatnego. Oczywiście kapitaliści natychmiast okrzyknęliby taką zmianę priorytetów rewolucją. Jednakże moralna i społeczna przewaga kapitału i działań kolektywistycznych nad prywatnymi jest oczywista, jeżeli celem gospodarki stanie się człowiek jako istota społeczna a nie człowiek jako istota ekonomiczna.
Tu warto przypomnieć członkom SLD, że takie widzenia świata i taki kierunek społecznych zmian legł u fundamentów socjaldemokracji. Oczywiście socjaldemokracja europejska z czasem sie „ucywilizowała” i upodobniła do partii drobnomieszczańskich, ale początki miała wielce obiecujące.
Tym, którzy obawialiby się posądzenia o marksizm i „betonizm” w partii socjaldemokratycznej, przypominamy, że to Ferdynand Lassalle stwierdził: „Własność równa się grabież”.
Lassalle – twórca socjaldemokracji odrzucał rewolucję, ale to on uważał, że robotnicy (łamiąc opór klas posiadających) powinni wymóc przeprowadzenie reform socjalnych i doprowadzić do uformowania się nowoczesnego narodu zbudowanego na zasadach solidaryzmu. Organizowanie przy pomocy państwa, robotniczych zrzeszeń wytwórczych, które stopniowo zastąpiłyby przedsiębiorstwa kapitalistyczne, było według Lassalle’a najlepszym sposobem na polepszenie warunków życia robotników i stworzeniem im szansy na kulturowy awans.
Lewica i SLD muszą wrócić do klasycznych wartości i tradycyjnego języka lewicy. Muszą przyjąć, że konflikt: kapitał-praca, właściciel lokalu-najemca lokalu, właściciel fabryki-robotnik istniał, istnieje i będzie istniał. I dlatego mówienie o różnicach społecznych interesów jest obowiązkiem ludzi lewicy. Obowiązkiem lewicy jest także wyciąganie wniosków z istnienia tych podstawowych konfliktów. Mit jedności społecznej jest groźny, bo utrwala dominację kapitału nad pracą i nie prowadzi do wyrównywania szans warstw społecznie upośledzonych. Lewica nie ma opisywać świata, ona ma go zmieniać.
Lewica musi opowiedzieć się za rozwojem spółdzielczości producenckiej, mieszkaniowej i handlowej, która w Polsce powstała dzięki socjalistom i jest godną alternatywą dla globalizmu.
Przykładem traktowania przez liberalny rząd PO – PSL niech będzie zamiar wywłaszczenia rodzinnych ogrodów działkowych. Obecna ustawa o oddaje 120 letnią tradycję tego ruchu i każda próba zmiany tej ustawy jest niekorzystna dla wielkich rzesz obywateli. Zawłaszczanie przez państwo wspólnotowej własności jest skandalem. I świadczy o tym, że liberałowie stawiają interes prywatny nad zespołowym – bo te tereny chcą przeznaczyć na prywatna działalność komercyjną.
Spółdzielczość to także spółdzielczość rolników, którzy złączeni (między innymi) w grupy producenckie mogliby skutecznie konkurować z międzynarodowymi korporacjami. Co prawda są ustawy teoretycznie wspierające takie działania, ale praktyka rządowa skutecznie zniechęca rolników do wspólnych działań.
W sferze rozumienia i opisywania świata lewica musi sięgać do klasycznego języka lewicy. Dzisiaj nie wystarczą już zaklęcia, że: „Każdy ma serce po lewej stronie”. Zadaniem partii lewicowej nie jest zastępowanie organizacji pomocy społecznej. Partia lewicowa musi dążyć do zmiany stosunków społecznych, poprzez taką zmianę prawa, by służyło one jak największej rzeszy ludzkiej. Musimy przywrócić lewicowy, pierwotny sens takim pojęciom jak:
- kapitalizm, kapitał, klasy posiadające
- praca, praca najemna, robotnik
- zawłaszczanie dochodu narodowego
- spekulacja
- bogactwo, bieda i nędza
Również kultura wymaga w Polsce uspołecznienia. Dotowanie przez państwo filmów, filharmonii i zawodowych teatrów przyjęto za normę. Tymczasem państwo powinno wspierać także, a może przede wszystkim, amatorskie zespoły artystyczne: chóry, orkiestry, zespoły folklorystyczne. Bo właśnie w takich zespołach tworzą się trwałe i nie obarczone interesem związki międzyludzkie. I to właśnie znajomość drugiego człowieka, połączonego z innymi pasją, jest podstawą zdrowego społeczeństwa. W Polsce ciągle mamy zbyt mało ludzi, którzy się wzajemnie akceptują, a nawet lubią.
Nowoczesna Polska musi się stać społeczeństwem ludzi łączących się w zespołach spółdzielców – pracy i handlu oraz w zespołach pasjonatów.
Przyczyn tego, że współcześni Polacy są społeczeństwem nazbyt zatomizowanym, a nawet wzajemnie sobie wrogim, że tak trudno u nas o porozumienie ponadpartyjne, upatrujemy w fakcie zaniku kolektywizmu społecznego.
Pojęcie “nowoczesnej lewicy” kamufluje jedynie bezsilność współczesnych partii lewicowych. Są one poddane przemożnemu dyktatowi myśli liberalnej, naciskom mediów, a skutkiem tego każdy powrót do źródeł lewicowości oceniany jest jako wstecznictwo i anachronizm.
Trzeba też zwrócić uwagę, że dzisiejsza europejska lewica nie ma odwagi lub też nie stać jej na sformułowanie i eksponowanie własnej wizji stosunków społeczno-ekonomicznych.
Jeżeli lewica nie przestanie sie bać posądzeń o “nienowoczesność” pozostanie na uboczu współczesnych doktryn i działań, a jej naturalny elektorat będzie skazany na opowiadanie się za partiami eksponującymi jedynie wartości libertyńskie. Takie zresztą partie (w Polsce jest to Ruch Poparcia Palikota / Twój Ruch) są akceptowane przez nurt liberalny, albowiem w swej istocie nie są one nacelowane na zmianę stosunków ekonomicznych.
Autorzy:
Marek Klimczak – ekonomista, b. wiceprezydent Łodzi, przewodniczący ZW Stowarzyszenia „Pokolenia” w Łodzi
Jerzy Hutek – reżyser, b. dyrektor Teatru Nowego, członek Stowarzyszenia „Pokolenia” w Łodzi.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)







