Święto Pracy – wczoraj i dziś

0
306

Antoine de Saint-Exupery – wybitny francuski pisarz i pilot, który w niejasnych okolicznościach zaginął w lipcu 1944 r. w trakcie lotu zwiadowczego, w swej najsłynniejszej książce „Mały Książę” celnie zauważył, że „mowa jest źródłem nieporozumień”. Ale często bywa również, iż na to nakładają się pewne działania, albo też ich odmienne nazywanie bywa źródłem zamieszania.

Ten ostatni przypadek, co jest rzadko uzmysławiane, dotyczy np. Święta 1 Maja. Wciąż niewielu Europejczyków uświadamia sobie, że ma ono korzenie północnoamerykańskie-najpierw kanadyjskie, a potem odnoszące się do robotniczych protestów w USA na rzecz wprowadzenia 8-godzinnego czasu pracy oraz regulacji innych kwestii zatrudnienia. I że dopiero pod wpływem tragicznych wydarzeń w Chicago w 1886 r., gdy zginęło wielu ludzi, zaś organizatorów protestu – nota bene NIE 1 maja, lecz 3 i 4 maja – publicznie powieszono, w trzy lata później na kongresie w Paryżu II Międzynarodówka ustanowiła właśnie 1 maja dniem solidarności robotników. A finalnie – w 1904 r. kolejny kongres w Amsterdamie zaapelował „do wszystkich partii socjaldemokratycznych oraz organizacji związkowych” o zaniechanie pracy tego dnia i świętowanie.

Z kolei także większość Amerykanów mylnie utożsamia 1 maja z tradycją radziecką czy kubańską, a w najlepszym razie odnosi to do celtyckich obchodów, bądź obrzędów świąt płodności i początku wiosny. Nie dostrzega związku z tradycją demonstracji robotniczych, często krwawo tłumionych, jak np. w 1877 r. w Pittsburgu, gdzie w trakcie interwencji wojska zabito 65 osób, a  ponad 700 odniosło rany. Tymczasem, jak piszą sami historycy w USA: ”May Day ma początki w naszym kraju i jest równie amerykański, jak baseball, czy apple pie” (szarlotka – T.I.).

Nieporozumienie potęguje ten fakt, iż w Ameryce Płn. obchodzi się współcześnie przede wszystkim Labor Day (Święto Pracy), ale w pierwszy poniedziałek września! Najpierw doszło do tego w stanie Oregon, zaś w skali federalnej – od 1887 r. Dlaczego wybrano taką datę, do końca nie jest jasne. Prawdopodobnie, aby uniknąć nieprzyjemnych skojarzeń z majem w Chicago. Pamiętajmy przy tym, iż w tym czasie w Niemczech kanclerz Bismarck wprowadzał już reformy ubezpieczeniowe, w Australii obowiązywał 8-godzinny dzień pracy, a w Wielkiej Brytanii funkcjonowały tzw. ustawy fabryczne, ograniczające m.in. zatrudnianie dzieci. Zapóźnienie prawa amerykańskiego było oczywiste. Stopniowo zmniejszano je m.in. pod presją utworzonej w 1886 r., istniejącej do dziś, centrali AFL-CIO., czyli  Amerykańskiej Federacji Pracy.

1 Maja bywał oczywiście w różnym stopniu wykorzystywany politycznie. W Niemczech w 1933 r., został świętem państwowym, jako „Narodowy Dzień Pracy”. Niezbyt dobrze kojarzy się to z widoczną obecnie nad Wisłą tendencją nazewniczą. Z kolei w Kościele Rzymskokatolickim papież Pius XII wprowadził do kalendarza liturgicznego w 1955 r. Święto Józefa Robotnika (Rzemieślnika), bez wątpienia jako swoistą alternatywę dla laickiego Święta Pracy.

Na szczęście takiej alternatywy nie tworzy nad Wisłą rocznica wejścia Polski i 9 innych państw (poza Cyprem i Maltą – z naszego regionu) do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. Ten moment pamiętam wyjątkowo żywo, także jako członek czteroosobowej państwowej delegacji Polski (na czele z prezydentem Kwaśniewskim i premierem Millerem), gdy w Dublinie (wówczas Irlandia przewodniczyła Unii Europejskiej) po raz pierwszy biało-czerwona flaga wciągana była przez obu przewodniczących naszej delegacji na maszt, w trakcie szczytu tej organizacji.

Generalnie zaś czas majowy powinien jednak zostać wykorzystany do refleksji m.in.  nad tym, co podzielona i pokiereszowana lewica polityczna w naszym kraju ma czynić, aby wykorzystać dość uśpiony, ale wciąż duży potencjał lewicy społecznej?

***

1 maja w Polsce

Filimon Joannis, XIX-wieczny intelektualista i polityk grecki, pisał, że „smutek jest drzewem, a jego owoce łzami”. Tytułowy smutek wielu z nas odczuło przy okazji, zorganizowanej sprawnie i rzetelnie przez OPZZ, warszawskiej manifestacji z okazji Święta Pracy. Gospodarze zaprosili na nią m.in. przedstawicieli dwóch głównych lewicowych partii: Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Razem. Niestety okazało się, iż ci ostatni zdecydowanie – słowem i gestem – odcinali się (by ująć to łagodnie) od tych pierwszych. Ta przykra sytuacja i „dyskusja” była później widoczna oraz kontynuowana zwłaszcza w internecie…

Nie chodzi przy tym – co stwierdzał potem na Facebooku lider Razem – o rzekomy seksizm „postkomunistów” (autorowi Sojusz pomylił się z Samoobroną), lecz o kwestie par excellence polityczne i także kultury politycznej. Bowiem, jak mawiają Francuzi, „styl to człowiek”. Nota bene ów lider, jako badacz ruchu robotniczego ze stopniem doktora i osoba znająca dobrze realia skandynawskie, powinien wiedzieć, że używanie nazwisk oponentów w liczbie mnogiej w celu ich poniżenia to klasyczny język stalinowski. A mimo to tak uczynił, sięgając niekiedy do absurdalnych argumentów sprzed wielu lat..

Mająca równo dwa lata niewielka partia, nierzadko z ciekawymi pomysłami, ale jeszcze bez konkretnych dokonań, nie ma żadnych podstaw do okazywania wyższości wobec formacji, która, owszem, popełniała błędy, ale dwukrotnie rządziła Polską, wydała najlepszego prezydenta okresu transformacji i wprowadziła nasz kraj do Unii Europejskiej.

Razem, krytykując, a nierzadko wprost zwalczając SLD, chciałaby zapewne być nad Wisłą czymś w rodzaju nieco starszego od siebie, nowego, hiszpańskiego ugrupowania Podemos, ale ono (bez porównania silniejsze) nie odnosi się przecież w taki sposób do PSOE, czyli socjaldemokratów znad Tagu. A co ważne – na Półwyspie Iberyjskim sytuacja nie jest równie dramatyczna, a zarazem tak klarowna, jak u nas. Tam rządząca chadecka Partia Ludowa (PP) jest „barankiem” w porównaniu do ultrakonserwatywnego, a przy tym otwarcie naruszającego konstytucję PiS-u. I pod wieloma względami zachowuje się nawet racjonalniej niż polska PO.

Wszystko to powinno skłaniać do choćby minimalnej współpracy. Warto więc na naszym gruncie powrócić do starego hasła: „Nie ma wroga na lewicy” i szukać najmniejszego, głównie programowego, wspólnego mianownika dla jej rożnych nurtów. Być może nawet stworzyć strukturę podobną do Drzewa Oliwnego przed laty we Włoszech, co tam przyniosło tak dobre rezultaty. Z samej pojedynczej, osobnej góry piaskowej raczej nie zbuduje się solidnej, niezbędnej lewicowej fortecy. Pojęciu „razem” trzeba nadać nowy sens, kładąc akcent na to, co łączy, a nie dzieli lewicę. Tylko wówczas WSPÓLNIE możemy optymistycznie spoglądać na całą sekwencję wyborczą w najbliższych 3 latach.

W tym kontekście pragnę przypomnieć słowa Roberta Schumana, dwukrotnego premiera Francji i jednego z ojców procesu integracji na naszym kontynencie – szczególnie, że zbliżamy się do Dnia Europy (9 maja): „Gdyby każdy chciał grać pierwsze skrzypce, nigdy byśmy nie stworzyli orkiestry”: Zgranie lub nie orkiestry politycznej jest zawsze kluczowe i pociąga za sobą radykalnie odmienne skutki. Widać to choćby na przykładzie Unii Europejskiej w całej jej historii, ale najbardziej w ostatnich latach.

Nadal aktualne jest pytanie: czy w szeregach polskiej lewicy może powstać taka orkiestra, czy też pozostaną nam w ostateczności – wspomniane na początku – łzy ?

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułLiga Mistrzów: Półfinał: Która z drużyn zagra w finale?
Następny artykułKremy są dla kobiet? Pielęgnacja męskiej skóry twarzy
Tadeusz Iwiński

Prof. dr hab. Tadeusz Iwiński – poseł na Sejm I, II, III, IV, V, VI i VII kadencji (1991–2015), a także poseł do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku (wcześniej obserwator w PE). W 1991 został członkiem delegacji Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu, a w latach 1994–1998 i 2003 pełnił funkcję wiceprzewodniczącego tego organu. Od 2001 do 2004 był sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w rządach Leszka Millera oraz Marka Belki. Ukończył Wydział Chemii Politechniki Warszawskiej (1968), krótko pracował w przemyśle. Jest absolwentem podyplomowych studiów afrykanistycznych na UW (1971). W 1973 uzyskał stopień doktora nauk politycznych na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1977-1978 był stypendystą Fulbrighta na Uniwersytecie Harvarda oraz IREX-u na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley (1988). W 1981 uzyskał stopień doktora habilitowanego, a w 1989 otrzymał tytuł naukowy profesora nauk humanistycznych. Prof. Tadeusz Iwiński jest poliglotą i zna następujące języki obce: portugalski, hiszpański, włoski, niemiecki, angielski, francuski, rumuński, arabski, japoński, rosyjski, esperanto i łacinę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here