Oto książka o MALARCE, Bronisławie Wilimowskiej – Szlekys, z domu Paradowskiej. Opowieść o Jej niebywale twórczym i płodnym w dokonania życiu.
Artystka zmarła w 2004 roku i… od tego czasu trwało oczekiwanie Jej przyjaciół i wielbicieli na ukazanie się tej książki, należnej także polskiej sztuce, zwłaszcza powojennej, której Bronia była żywotną częścią.
Książka jest zbeletryzowaną opowieścią o gruzińsko-polskim pochodzeniu Bronisławy Wilimowskiej, także z pewnymi wpływami kultury rosyjskiej, jako że dziadkowie Broni ze strony matki żyli i działali w Petersburgu, a ich działalność niewątpliwie wpisywała się w naukę i kulturę rosyjską.
Ojciec Broni – Antoni Paradowski ukończył studia medyczne i rozpoczął w tym wielkim mieście światowej kultury karierę naukowo-medyczną.
Tam też poznał i poślubił matkę Broni – Tatianę Stanisławę Manassein Tarchan-Mourawi, znaną później jako Stano Gai, która spędziła dzieciństwo i młode lata w Petersburgu i Paryżu, nim na stałe osiadła z mężem w Polsce.
Książka jest więc opowieścią także o rodzicach Broni, i w ogóle o Jej bliższej i dalszej rodzinie, w tym szczególnie o wielkiej miłości Bronisławy do płk Stanisława Wilimowskiego, Jej pierwszego męża; jest także pełna szczegółów o Jej drugim bardzo udanym związku małżeńskim z Olgierdem Szlekysem, wybitnym artyście z zakresu projektowania mebli, jak również nieprzeciętnym rysowniku.
Bronisława Wilimowska – BRONKA (taki był Jej powstańczy pseudonim) – przeżyła drugą wojnę światową w Warszawie, biorąc aktywny udział w Powstaniu Warszawskim, będąc przez cały czas okupacji żołnierzem Armii Krajowej, przeciwstawiając się w jej szeregach niemieckiemu najeźdźcy i okupantowi. Pochowana jest w kwaterze powstańczej zgrupowania „Kryska” na warszawskich Powązkach Wojskowych.
Przy okazji zachęcamy Czytelników do odwiedzenia Jej skromnej mogiły, znajdującej się niedaleko od wejścia głównego, idąc od bramy głównej w prawo wzdłuż cmentarnego muru z urnami, który kończy się „poletkiem grobów powstańczych żołnierzy batalionu „Kryska”. Dusza Broni na pewno „ucieszy się” z każdego zapalonego znicza oraz z chwili zadumy nad Jej życiem i twórczością, a może i z posadzonego w pobliżu mogiły miniaturowego drzewka, np. gruzińskiej tui lub polskiej brzózki?
Po wojnie Bronisława Wilimowska przez długie lata mieszkała w maleńkim, ale bardzo przytulnym mieszkaniu na piątym piętrze kamienicy na warszawskiej Starówce (Rynek Starego Miasta 12/14 m.16), mając też w pobliżu przestronną pracownię malarską na poddaszu domu przy ul. Świętojańskiej 7 m. 8.
To miejsce zawsze tętniło nadzwyczaj barwnym życiem.
Artystka organizowała w swojej pracowni spotkania z przyjaciółmi, znajomymi i miłośnikami swojej twórczości, prezentując im na każdym takim „domowym wernisażu” nowo powstałe obrazy.
Były to niezapomniane spotkania, a kto w nich uczestniczył z pewnością to potwierdzi.
Podczas nich, wielokrotnie koncertował w pracowni, a często też i ćwiczył Kwartet Wilanowski. I… prezentowała się, grając na swoim „czarodziejskim” flecie, Elżbieta „Tunia” Gajewska.
Liczni goście podziwiali nie tylko nowe prace malarskie Broni, ale też swobodnie dyskutowali o sztuce i na inne różne najczęściej życiowe tematy. Jako autor książki, byłem tego niejednokrotnie świadkiem, uczestnicząc z żoną w takich wernisażach.
Najczęściej oczywiście rozmawiano o bieżących wydarzeniach kulturalnych, ale też o polityce, czyli po prostu „plotkowano” o wszystkim (i o niczym), jak to zwykle bywa na tego rodzaju spotkaniach, okraszanych poczęstunkiem i kieliszkiem dobrego wina lub koniaku, albo czymś zupełnie wyjątkowym, czyli bardzo dobrą, wykwintną „szlekysówką”.
BRONIA podczas tych spotkań miała zawsze czas dla KAŻDEGO, kto pragnął z Nią zamienić choćby kilka zdań, mogąc przez to bliżej Ją poznać.
A i na „co dzień” wystarczyło w bramie wejściowej (od ulicy) nacisnąć domofon, by wejść do pracowni na czwarte piętro do pracowni, aby porozmawiać z Artystką, obejrzeć Jej obrazy, choć wielu znajomych uważało, że nie było to rozsądne i bezpieczne…
Ale Bronia nie zmieniła nigdy tego „porządku” i do końca swego życia przyjmowała również niezapowiedzianych gości, twierdząc, że skoro jest osobą publiczną (a była) – nie może nikomu odmawiać wstępu do swojej pracowni.
Konsekwentnie wyznawała dewizę, że posłannictwem każdego artysty jest, i powinna być służebność wobec odbiorców sztuki.
Zachęcała tym samym innych artystów do okazywania takiej postawy. Twórczość Bronisławy Wilimowskiej – to przede wszystkim:
- pejzaże z podróży po świecie, ale nade wszystko z Polski,
- kwiaty, które malowała przepięknie, oraz
- tematyka powstańcza i wojenna, przepojona głębokim patriotyzmem, ukazująca zwycięskie bitwy z udziałem Polaków na Wschodzie i na Zachodzie.
Chętnie malowała też portrety dzieci, ale i dorosłych, w tym przede wszystkim polskich bohaterów narodowych naszej złożonej historii, jak też przedstawicieli różnych dziedzin sztuki, w tym literatury i muzyki. Również ludzi w mundurach, wszak Jej wielka życiowa miłość – Stanisław – był „człowiekiem wojska”, przedwojennym oficerem.
W Jej artystycznym dorobku jest utrwalonych wiele zabytków warszawskiej architektury, z Zamkiem Królewskim na czele, który znalazł się na kilkunastu Jej obrazach, począwszy od jego powojennych ruin, aż po zrekonstruowany cały gmach w latach 70. ub. wieku. Malowała również romantyczne uliczki wokół Rynku Starego Miasta, wiele pomników (w tym m.in. słynnego „Małego Powstańca”) i oczywiście urokliwe Łazienki…
Liczne obrazy przedstawiają również sceny z czasów powojennej odbudowy stolicy i oddają niemal realistyczny obraz codziennego życia jej mieszkańców.
Powyższe tematy Artystka utrwalała na dużych i mniejszych płótnach oraz na setkach barwnych akwareli i czarno-białych rysunków.
W Jej dorobku niepodzielnie króluje także flora i fauna naszego kraju, małe miasta, wsie, góry, a nawet tematyka morska.
Dokonania artystyczne Bronisławy Wilimowskiej były prezentowane m.in. w Galerii Narodowej „Zachęta” i w wielu salach Biur Wystaw Artystycznych w całej Polsce. Ale też w Muzeum Wojska Polskiego oraz w klubach i jednostkach wojskowych.
Podjęcie przez Artystkę tzw. „tematyki wojskowej”, którą za Jej życia wiele osób krytykowało, jest po prostu hołdem dla tragicznie poległego już w 3. dniu wojny Jej ukochanego męża, ppłk. dyplomowanego dr. Stanisława Wilimowskiego,
pośmiertnie awansowanego na stopień pułkownika.
Swoje malarstwo prezentowała w wielu miastach całego świata, m. in w Berlinie, Paryżu, Lyonie, Moskwie, Londynie, Rzymie, Sztokholmie, Budapeszcie, Ułan Bator, Tbilisi, również w obu Amerykach, np. w Nowym Jorku, Calgary, w Bogocie. Liczne obrazy Artystki znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego i Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, w Muzeum m.st. Warszawy, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Muzeum Ruchu Robotniczego w Poznaniu, a ponadto: w Ministerstwie Kultury i Sztuki, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie, a także w siedzibie 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu.
Pamiętając o licznych zbiorach prywatnych w Polsce, Francji, Niemczech, Rosji, Ameryce Północnej i Południowej, nie zapominajmy o Włoszech, gdzie często odwiedzała swoją ukochaną siostrę Alusię, która prowadziła tam sprzedażną galerię sztuki, przy okazji promując obrazy Broni (ale i innych polskich współczesnych malarzy, grafików i rzeźbiarzy).
Bronisława Wilimowska odbyła w ciągu swego długiego (niemal stuletniego) życia wiele podróży artystycznych, biorąc udział w plenerach, wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i zagranicą.
Przy czym podkreślić należy, że Artystkę zapraszano także często do różnych miast w Polsce, gdzie prezentowała swoje prace w domach kultury, klubach, w zakładach pracy, a nawet w gminnych ośrodkach kultury.
Uwielbiała spotkania z ludźmi i nigdy nie zlekceważyła żadnego zaproszenia.
Była też matką chrzestną statku transatlantyckiego „Jacek Malczewski”, zbudowanego w 1979 roku w Kanadzie, dla którego namalowała cykl 15 obrazów olejnych do wystroju
jego wnętrza. Jednocześnie, jako kombatantka, ofiarowała swoje obrazy dla statku „Powstaniec Warszawski”. Miała swoich wielbicieli nie tylko w Europie, ale na całym świecie, jednak nade wszystko w Polsce.
Książka pokazuje także Jej społeczną aktywność w Związku Polskich Artystów Plastyków, liczącym (przed zmianami ustrojowymi w 1989 roku) ponad 20 tys. członków.
Z dumą podkreślmy, iż przez jakiś czas była nawet wiceprzewodniczącą Zarządu Głównego ZPAP, a przez wiele lat – członkiem jego zarządu (niestety – rozwiązanego w stanie wojennym, z czym Artystka długo nie mogła się pogodzić. Potwierdzają to liczni świadkowie, choć nie wszyscy; wcale nie brakowało wówczas nieprzychylnych Jej działalności kolegów związkowych, którzy twierdzili inaczej).
Po wojnie pracowała w Ministerstwie Kultury i Sztuki, będąc m.in. odpowiedzialną za sprowadzanie do Polski zrabowanych w czasie wojny dzieł sztuki.
Ale przede wszystkim zajmowała się współtworzeniem mecenatu państwa nad kulturą i sztuką, szczególnie nad plastyką, ale nie tylko nad malarstwem, rzeźbą i grafiką, lecz również nad sztukami wizualnymi, projektowymi i wzornictwa przemysłowego.
Podkreślmy w tym miejscu jeszcze raz, że Bronisława Wilimowska nie tylko aktywnie broniła w stanie wojennym ZPAP przed rozwiązaniem, ale już po jego rozwiązaniu – nawoływała artystów plastyków do zaniechania bojkotu wystaw i życia artystycznego w kraju. Była za to ostro krytykowana przez wielu członków własnego środowiska. Choć była to krytyka – zdaniem autora książki – dalece niesłuszna!
Bronia naprawdę walczyła przy każdej okazji o wsparcie dla środowiska, w celu poprawy jego warunków uprawiania sztuki (poprzez stypendia twórcze, zakup prac, udział sztuk plastycznych w tzw. przestrzeni społecznej oraz możliwości wystawiania przez środowisko swoich prac w Polsce i zagranicą).
Zawsze też uważała, że SZTUKA powinna „funkcjonować” ponad wszelkimi podziałami!
Niezmiennie przy tym podkreślała rolę artystów jako służebną wobec KULTURY NARODOWEJ!
***
Inicjatorką powstania książki – obok autora – była przede wszystkim bratanica Bronisławy Wilimowskiej, Elżbieta Gajewska-Gadzina, prof. dr hab. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Stąd zawarte w książce informacje pochodzą z wiarygodnego źródła, a wiele z nich nie było publikowanych wcześniej i zostają ukazane po raz pierwszy…
***
Dowodem na to niech będzie informacja o dacie urodzenia Broni, bowiem dzisiaj z całą pewnością wiemy, że Artystka urodziła się w Sankt Petersburgu, według kalendarza juliańskiego – 17 grudnia 1906 roku (a 30 grudnia – według kalendarza gregoriańskiego), co wynika z odnalezionego zapisu w księdze urodzeń Parafii Kościoła Katolickiego św. Katarzyny w Petersburgu.
Wcześniej, w wielu dokumentach, podawano mylnie datę urodzenia: 30 grudnia 1909 roku.
***
Cenną pomocą w przygotowaniu książki był czynny udział mojej żony Magdaleny Czejarek oraz Tadeusza Gadziny, męża Elżbiety Gajewskiej (również prof. dr. hab. UMFC), jednocześnie twórcy i prymariusza KWARTETU WILANOWSKIEGO (Wilanów Quartet).
Obydwoje Państwo, zarówno Magdalena, jak i Tadeusz, podzielili się w książce swymi osobistymi wspomnieniami o kontaktach i przyjaźni z Artystką.
***
Moja żona zajęła się także bieżącą korektą stylistyczną tekstu (za co jestem Jej niebywale wdzięczny), a Elżbieta Gajewska (wraz z mężem) – sprawdzaniem podanych w tekście nazwisk i faktów oraz podpisami pod obrazami.
***
Wyrażam ogromną wdzięczność także Pani Iwonie Majkowskiej za udostępnienie w trakcie pisania książki niezwykle cennych materiałów, które pochodzą z Jej badań historii rodu Mourawi i Manassein oraz Paradowskich. Również za przekazanie wielu oryginalnych dokumentów pochodzących z archiwów: w Petersburgu, Moskwie, Paryżu, Wiedniu, Les Sables-d’Olonne i Warszawie (dotąd nieodtwarzanych w Polsce po roku 1945).
***
Większość z zaprezentowanych w książce obrazów nie było wcześniej znanych publicznie i prezentowanych, ponieważ znajdowały się w zbiorach prywatnych, przede wszystkim Elżbiety Gajewskiej. Część przedstawionych obrazów pochodzi z rekonstrukcji slajdów zachowanych w zbiorach prywatnych lub też z czarno-białych zdjęć. Oryginały obrazów znajdują się w różnych miejscach, w zbiorach prywatnych w Polsce i zagranicą oraz w muzeach i instytucjach. Stąd ze względu na brak dostępu do nich, część zamieszczonych w książce obrazów, w podpisach pod ilustracjami ma niepełne informacje (np. wymiarów obrazów oraz roku ich powstania). Zdjęcia zostały wykonane przez fotografów:
Pana Stanisława Drężka, Pana Jacka Kucharczyka oraz Pana Zbigniewa Furmana.
***
W ramach niniejszego wstępu do książki, autor chciałby również zwrócić uwagę na fakt, że w czasie okupacji Bronisława Wilimowska straciła prawą rękę. Musiała więc nie tylko nauczyć się malować lewą, co Jej się w pełni udało, ale także wykonywać każdą najdrobniejszą czynność dnia codziennego.
Porównując dwa znane mi obrazy z Jej twórczości przedwojennej: „Autoportret” (1926) oraz „Plac Hiszpański w Rzymie” (1938) z obrazami okresu powojennego, nie byłbym w stanie (ani ja, ani znawcy sztuki malarskiej) odróżnić, którą ręką zostały one przez Artystkę namalowane.
***
Warto więc w tym miejscu podkreślić siłę wielkiego hartu Jej ducha, ale przede wszystkim talentu, który nie dał się uciszyć nawet przez największe przeciwności losu, jakimi były m.in. utrata ręki i wiele innych traumatycznych wydarzeń życiowych, o których będzie w tej książce mowa.
Artystyczny imperatyw, wspierany niewyobrażalną siłą charakteru, doprowadził Bronisławę Wilimowską nie tylko do realizacji siebie jako artystki malarki, ale także do osiągnięcia prawdziwie mistrzowskich rezultatów swej sztuki.
Rzecz to na pewno i niezwykła, i godna podziwu, jak i to, że mimo dużej popularności i znaczącego dorobku, była przez całe życie osobą niezwykle skromną, bezpośrednią, wzorem i przykładem patriotki, dla której POLSKA była jedyną i najpiękniejszą Ojczyzną!
PODSUMOWUJĄC:
Dla Bronisławy Wilimowskiej WSZYSTKO było malarstwem!
Z każdego tematu potrafiła wydobyć wypowiedź jasną i oryginalną. Świat, który tropiła w swej sztuce, jest wyrażony w każdym obrazie w języku bardzo osobistym i bezpośrednim. Jest znaczony delikatnymi, złotawo-rdzawymi tonacjami, nawiązującymi do krajobrazu dalekiej Gruzji, z której wyrastają korzenie Artystki i ukazującymi całe piękno tamtejszej flory i fauny.
Ale równie pięknie (a może jeszcze piękniej?) – Bronia potrafiła oddać urodę pejzażu polskiego. Bowiem barwy Jej obrazów – to wrażliwe kolory wiosny, gorącego lata, następującej po nich polskiej „złotej” jesieni i mroźnej zimy, uchwycone w zmiennych efektach światła, tworzące urokliwą i niepowtarzalną atmosferę. W tych obrazach można się zakochać, podobnie jak w Jej rysunkach i akwarelach.
Wszystko na nich jest bardzo intymne i prezentowane zrozumiałym dla każdego przekazem współczesności!
Zatem zapraszam do lektury, a przy okazji do obejrzenia wielu obrazów i zdjęć z życia Artystki i Jej rodziny, zamieszczonych w niniejszej książce.
—
Co przede wszystkim należy wiedzieć o Bronisławie Wilimowskiej?
Była osobą, która pomagała KAŻDEMU, kto się do Niej o pomoc zwrócił. Nigdy na nic nie narzekała.
Była pogodzona ze swym losem (z utratą prawej ręki, śmiercią mężów, krytyką, jaka od czasu do czasu jednak Ją spotykała, głównie w stanie wojennym, po rozwiązaniu ZPAP). Uważano wówczas, że jest zbyt spolegliwą wobec władzy, szczególnie ludzi w mundurach… (W rzeczywistości tak nie było! Ale nie o tym jest ta książka…).
Artystka swoje wczesne dzieciństwo spędziła najpierw w Petersburgu, potem w Warszawie, zaś młodość w Paryżu (w latach 1913 – 1930).
Jej rodzice rozwiedli się, gdy była małą dziewczynką, ale dobrze pamiętała, że gdy zapytali Ją, z kim chce zostać?
– Wybrała matkę.
Możliwe, że powodem rozwodu była już wtedy znajomość Jej Matki – Stano Gai’ ze Stefanem Gajewskim, który wkrótce został jej drugim mężem. (Ale nie nam osądzać tamte, jakże odległe już wydarzenia).
Wiadomo, że w roku 1913 Stano Gai ze Stefanem Gajewskim i małą Bronią przyjechali do Paryża, gdzie Stano miała wiele kontaktów z poprzednich swoich pobytów w tym mieście.
Niestety, rok później zastała ich tam I wojna światowa, więc musieli uciekać z Paryża m.in. z powodu skomplikowanej sytuacji Stefana, który mimo, że był Polakiem, był obywatelem austriackim. Groziła mu bowiem deportacja lub internowanie, co dla obojga małżonków było nie do zaakceptowania, gdyż w chwili powrotu do zaboru austriackiego, Stefan zostałby natychmiast wcielony do wojska. A wtedy musiałby walczyć przeciwko Polakom.
Dzięki zaradności Stano, udało im się wtedy znaleźć spokojne miejsce w miejscowości nad Atlantykiem Les Sables-d’Olonne, gdzie Stano miała – jeszcze sprzed wojny – dawnych przyjaciół i liczne kontakty.
Ale z czasem i tam zaczęły docierać wojenne nastroje i sytuacja z dnia na dzień coraz bardziej komplikowała się dla przybyłej tu rodziny. W tym czasie tworzyła się już Armia gen. Józefa Hallera, co sprawiło, że Stefan i Stano chcieli zgłosić się w jej szeregi.
Lecz aby dołączyć do niej, należało przede wszystkim wydostać się z Les Sables-d’Olonne, a to wymagało uzyskania specjalnego zezwolenia policji.
Zdeterminowany Stefan, chcąc przyspieszyć swoje przystąpienie do „Hallerczyków”, zdecydował się jak najszybciej wyruszyć do ośrodka, w którym znajdowało się zgrupowanie. Jednak miał wyjątkowego pecha, gdyż komisarzem policji w Les Sa-bles-d’Olonne był bardzo nieżyczliwy Alzatczyk, który postanowił uniemożliwić mu wyjazd z miasta. Mimo to, Stefan zdecydował się wyjechać bez zezwolenia!
Jednak już na dworcu zatrzymała go żandarmeria i zaaresztowała jako obywatela austriackiego.
Jedynie pozwolono mu jeszcze pożegnać się z żoną, której oświadczono, że mąż zostanie przewieziony do obozu dla jeńców, znajdującego się na terenie jednostki marynarki wojennej, na pobliskiej wyspie D’Yeu.
Jednak jeszcze tego samego dnia, do Stano Gai’ zgłosił się żandarm z informacją, że jej mąż – Stefan – utonął w czasie transportu! Natychmiast podjęła działania w celu uzyskania bliższych szczegółów i wyjaśnienia okoliczności tej tragedii. Ale mimo długotrwałych poszukiwań, nie udało się odnaleźć ciała.
Śmierć Stefana pozostała dla rodziny tajemnicą na zawsze. Zdarzenie to miało miejsce 21 listopada 1917 roku.
W tym czasie wody wokół wyspy były rzeczywiście zaminowane przez niemieckie łodzie podwodne. Miejscowa prasa pisała o wielu śmiertelnych wypadkach, a okoliczni rybacy zawiesili nawet z tego powodu swoje połowy.
Być może więc utonięcie Stefana spowodowały miny? A może jednak utonął w czasie próby ucieczki? Albo dotarł na miejsce, gdzie zakatowano go w tamtejszej twierdzy? Krążyło wiele domysłów na ten temat, ale żaden nie został potwierdzony.
Piszemy o tym dlatego, aby nakreślić okoliczności, w jakich dorastała Bronia, będąc już od dziecka w wirze historii i wydarzeń związanych z odzyskiwaniem przez Polskę – po latach rozbiorów – niepodległości.
Wzrastała – jakby to dziś można było określić – w kręgu wychowania patriotycznego, co miało szczególny wpływ na ukształtowanie się Jej charakteru i postawy w czasie drugiej wojny światowej, kiedy stała się aktywnym żołnierzem Armii Krajowej. I dziwi z tego powodu fakt, że nie ma Bronisława Wilimowska swoich obrazów w Muzeum Powstania Warszawskiego (choćby z tytułu bezpośredniego uczestnictwa w Powstaniu).
Nie ma też większej prezentacji Jej obrazów w Muzeum m.st. Warszawy, a… nawet brakuje stosownej tablicy pamiątkowej na domu, w którym przez wiele lat mieszkała na Starym Rynku, jak i przy ulicy Świętojańskiej, gdzie pracowała.
Pracownia jest do dziś pełna obrazów i dokumentów, z których można byłoby utworzyć wspaniałą Izbę Jej Pamięci.
A może przyczyną tego stanu rzeczy jest to, że tworzyła swoje dzieła (udzielając się aktywnie także społecznie) w Polsce przed zmianami ustrojowymi, jakie nastąpiły w 1990 roku? Czyżby Jej sztuka straciła z tego powodu na znaczeniu? Przecież Jej dokonania artystyczne służyły POLSKOŚCI i POLSCE, a przede wszystkim WARSZAWIE, a Ona sama zawsze zabiegała o apolityczne traktowanie sztuki, w najszerszym znaczeniu tego pojęcia. Pragnę czy „Pragniemy”? tę Jej cechę podkreślić szczególnie w tym miejscu, ponieważ Bronisława Wilimowska była naprawdę wielką patriotką, humanistką, dla której fundamentem przekonań była Polska – silna wewnętrznie, szanowana w Europie i na świecie!
Artystka zmarła w 2004 roku w Rzymie, skąd Jej prochy zostały zgodnie z życzeniem wyrażonym jeszcze przed śmiercią przywiezione do Warszawy. Do miasta, które ukochała ponad wszystko, w którym jeszcze przed II wojną światową miała swoje pierwsze indywidualne wystawy m.in. w Salonie Garlińskiego w 1937 r. i w Salonie Koterby w roku 1938.
W latach powojennych, pełniąc wiele funkcji społecznych i państwowych, była rzeczniczką jak najszerszej prezentacji polskich artystów współczesnych zagranicą, ich udziału m.in. w Biennale Sztuki w Wenecji czy w organizowanym co pięć lat światowym przeglądzie sztuki współczesnej „Documenta” w Kassel. Również w innych znanych festiwalach i międzynarodowych prezentacjach polskiej sztuki.
A to wymagało wyjątkowej aktywności, zaangażowania i rozumienia potrzeb artystów, co przed rokiem 1990, w „szarym” PRL-u nie było łatwe.
Artystka w ogóle była osobą życzliwą ludziom, a szczególnie młodym artystom, zabiegając dla nich o stypendia, plenery i pracownie, także o możliwość wystawiania i sprzedaży przez nich swoich prac, nie tylko w Polsce.
Była „z krwi i kości” POLKĄ, a jednocześnie Obywatelką Świata i to już wtedy, kiedy wielu Polkom i Polakom nawet nie śniło się nasze członkostwo w Unii Europejskiej.
Ona – co też z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić – ZAWSZE marzyła o takiej organizacji państw (jaką jest UE), by Niemcy były pod stałą kontrolą i nie wywołały JUZ NIGDY kolejnej wojny, która dwukrotnie w XX wieku niemal doszczętnie zniszczyła Europę.
Mimo przykrych osobistych doznań, była zwolenniczką pojednania i z Niemcami, i z Rosją. I dodajmy jeszcze na zakończenie tego rozdziału: kontynuowała w polskim współczesnym malarstwie nie tylko tradycje światowego postimpresjonizmu, ale wypracowała także własny styl i formę, co bezpośrednio wynikało z Jej interkulturowego pochodzenia i patriotycznego rozumienia historii Polski.
Ta rozlewność i powściągliwość pięknie zharmonizowanych smug i plam (widocznych np. na obrazie zamieszczonym na okładce, a także w „Kwiatach” znajdujących się na rewersie okładki), w których dominują głównie rdzawe brązy, wzbogacone srebrzystymi szarościami i bielą niezamalowanego tła – są nie tylko wspaniałe, ale charakterystyczne dla całego Jej malarstwa. Wyróżniają Ją spośród tysięcy dobrych, a nawet bardzo dobrych innych polskich artystów malarzy. Tu zacytuję (czy zacytujmy)? Gogola:
„Gdyby nie było śmierci, życie nie wydawałoby się nam takie piękne”.
A cytuję jego wypowiedź dlatego, iż wiele szczegółów z życia danej osoby zaczynamy dostrzegać i doceniać dopiero po śmierci człowieka, choć w przypadku Broni, wydaje się, było odwrotnie. „Za życia” cieszyła się szacunkiem i uznaniem.
Choć niektórzy krytycy – zupełnie NIESŁUSZNIE (zdaniem piszącego te słowa) – zaliczali ją do powojennego nurtu tzw. „socrealizmu”, co było w stosunku do Niej „dużym nadużyciem”. Ona kontynuowała w polskiej sztuce współczesnej NATURALIZM, powiązany mocno z KOLORYZMEM. Nawet w tzw. „tematyce wojskowej”.
—
Dlaczego „batalistyka” stanowi znaczącą część Jej twórczości?
Na pytanie: dlaczego? – odpowiedź jest prosta, gdyż płk. Stanisław Wilimow-ski (pierwszy mąż Broni) był do końca Jej życia UWIELBIANYM PRZEZ NIĄ CZŁOWIEKIEM.
Był Jej największą miłością; o Nim stale mówiła, Jego najczęściej wspominała.
A inspiracją do tego były nawet… mijane po drodze dawne wojskowe osiedla i zabudowania, choćby w Legionowie czy w Zegrzu (jadąc z Warszawy w kierunku Serocka), gdzie jeszcze do dziś widoczne są ślady wojskowych „przedwojennych” koszar i umocnień.
Bronia malowała „wojsko” z wielkiej tęsknoty za Stanisławem, dla przedłużenia pamięci o ich krótkim, zaledwie dziesięć lat trwającym związku.
Również z patriotycznych pobudek, mających utrwalić nie tylko bohaterską śmierć Stanisława, ale również dramatyczne wydarzenia narodu polskiego, walczącego przeciwko Niemcom podczas niemal sześciu lat okupacji. W szczególności także dla utrwalenia pamięci o Powstaniu Warszawskim.
Powstał cały cykl kilkudziesięciu obrazów, które świadczą o tym, co przez długie lata tak naprawdę „grało Jej w duszy”. Na dowód tego podam tytuły niektórych z nich: „Warszawa walczy”, „Walki w Puszczy Solskiej”, „Powstanie Warszawskie”,
„Partyzanci Kielecczyzny”, „W obronie Zamojszczyzny”, „Walczącym kobietom Warszawy”…
W tym cyklu obrazów znalazły się także portrety :„Krzysztofa Kamila Baczyńskiego”, „Tadeusza Gajcego”, „Krystyny Krahelskiej” i wielu innych bohaterów tamtych tragicznych dla Polski i Polaków lat.
W każdym razie bezprecedensowa i gigantyczna jest spuścizna Artystki (co jeszcze raz jako autor z całą mocą podkreślam) – w ukazaniu jakże tragicznego losu Warszawy i Polski w latach 1939-1945! – w utrwaleniu żołnierzy podziemia i żołnierzy polskich armii, powstałych poza granicami – zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie – m.in. w Anglii, Francji i wielu innych krajach.
Artystka utrwaliła na dziesiątkach swoich obrazów żołnierzy walczących na różnych frontach drugiej wojny światowej. I… jest chyba jedyną polską malarką, która w swych artystycznych poszukiwaniach przybliżyła nam wszystkie bez wyjątku pola bitewne żołnierza polskiego, zachowując w pamięci naszego narodu czyny TYCH (jak napisał Witold Lisowski za Alojzym Srogą),
„którzy wierni umiłowanej Ojczyźnie, krwią swoją zrosili pola bitewne Polski i Rosji, Francji i Włoch, Holandii i Wielkiej Brytanii”.
Cóż do tych słów dodać?
Chyba tylko tytuły kolejnych Jej obrazów, które to potwierdzają, a oto i one: „Pod Narwikiem”, „Tobruk”, „Lotnicy polscy w obronie Londynu”, „Monte Cassino”, „Falaise-Chambois”, „Przyczółek warecko-magnuszewski”, „Przekroczenie Bugu”, „Brygada pancerna pod Studziankami”, „Kościuszkowscy na przedpolach Pragi”, „Spadochroniarze pod Arnhem”, „Na Wale Pomorskim”, „Walki o Kołobrzeg”, „Cena wody Bałtyku” i jeszcze wiele innych dzieł.
Nigdy nie zapomnę Jej słów na temat „militariów” (jak często nazywano w wielu recenzjach ten dział Jej twórczości), kiedy powiedziała: „miłość do wojska jest wyrazem mojej dozgonnej miłości do Stacha”!
Inną (nie tak dosłowną, jak do człowieka) była Jej miłość do WARSZAWY, w której spędziła większość swojego życia.
Namalowana przez Nią „Stara Warszawa” (gdy Bronia była jeszcze u boku Stanisława) jest „radosna, słoneczna, wspaniała w swym zaczarowanym pięknie”.
Ale pozostawiła po sobie i inną Warszawę: walcząca, chmurna, rozdzierana płomieniami – najpierw Powstania w Getcie, a potem „Powstania Warszawskiego”.
Pokazała w tych obrazach Warszawę iskrzącą bezgraniczną wiarą, że Polska okupację przetrwa i ostatecznie zwycięży!
Gdy po wojnie krewni zaproponowali Jej przyjazd do nich i gościnę zamiast tkwienia w totalnej zniszczonej Warszawie – Ona, zdecydowanie odmówiła:
„Z mojej Warszawy nie wyjadę nigdy”! „Tylko tu mogę żyć, tylko tu oddycham pełną piersią, tylko tu mogę tworzyć”!
I właściwie słowa dotrzymała, choć „na starość” przyjęła opiekę swej młodszej, ukochanej siostry Alusi i jej męża – Armanda. Ostatnie lata życia spędziła bowiem, pod ich troskliwą opieką (o czym będzie jeszcze mowa) w Rzymie.
—
Historia pomnika Stanisława Wilimowskiego w Lublińcu
Po wojnie Bronia zamieszkała – nim wróciła do Warszawy – w Lublińcu. To właśnie w Lublińcu mieszkała wraz z mężem pułkownikiem Stanisławem Wilimowskim przez wybuchem II wojny światowej. W okresie kampanii wrześniowej Stanisław Wilimowski służył w 74 Górnośląskim Pułku Piechoty i w stopniu podpułkownika pełnił funkcję zastępcy dowódcy pułku. Na skutek ran odniesionych w bitwie pod Złotym Potokiem, zmarł w dniu 4 września 1939 r. w szpitalu w Lublińcu.
„Przeżyliśmy 10 szczęśliwych lat. Przyszedł 1939 r. Mój Stach był oficerem zawodowym, wykładowcą w Wyższej Szkole Wojsk, dzisiejszej Akademii. Na staż dowodzenia pułkiem został przeniesiony z końcem 38 r. do Lublińca. Ja wiosną 39 zamieszkałam z nim. Jak włączyłam radio usłyszałam, że wojska hitlerowskie wkraczają do Pragi. Powiedział mi, następne żądanie Hitlera będziemy my, ale na to my się nie zgodzimy i bę -dzie wojna. W czasie tych ostatnich miesięcy naszego współżycia zadedykował mi swoja fotografię z taką dedykacją „mija 10 lat mojej wielkiej miłości i wielkiego szczęścia, jakie mi dałaś”, było jak pożegnanie. Przyszedł wrzesień i on poległ pod Złotym Potokiem. Pochowany został w Lublińcu. Wołał mnie umierając. A ja nic nie wiedziałam, byłam przez cały czas oblężenia w Warszawie spodziewając się wiadomości od niego, a Lubliniec był już Reichem. Dopiero po kapitulacji Warszawy przyszła przyniesiona przez uciekinierów z tamtego terenu wiadomość, że On nie żyje. Oszalała z bólu przez zamkniętą granicę dostałam się do Sosnowca, a miałam tam znajomych i z moją znajomą do Lublińca pojechałam. Ponieważ nie było go wśród poległych, jeszcze żyłam myślą, że to pewnie pomyłka i dopiero grób na cmentarzu mnie załamał. Tak pragnęłam gorąco śmierci, nocami płakałam z tą myślą. Matce starałam się nie pokazywać moich łez i myśli. Miałam pod swoją opieką Ja i rodzeństwo. Przyjechali z Rzymu aby w czasie wojny być ze mną. Tak żyliśmy przez całą okupację w Warszawie. Parę razy jak czułam, że opuszczają mnie siły starałam się o przepustkę do Lublińca. Tam na cmentarzu spędzałam godziny. Miałam serdeczną opiekę Ślązaczek – matki i córki. W ich willi mieszkaliśmy ze Stachem. Wszystko to przenosiło mnie w przeszłość mojego szczęśliwego życia. Moja miła Ślązaczka także straciła swojego męża – powstańca zamordowanego przez hitlerowców. „
Zwłoki pułkownika Wilimowskiego zostały wydane zaprzyjaźnionej rodzinie Jarkuliszów, u której Bronia i Stach wynajmowali mieszkanie w Lublińcu przed wojną. Na rozkaz Niemców pogrzeb odbył się po cichu, zezwolili jedynie na obecność księdza.
Bronia przyjechała więc do Lublińca w 1945 r, ale pozostała tam tylko przez jeden rok, który poświęciła staraniom, by miejsce pochówku Stanisława i jego żołnierzy spoczywających dziś wraz ze swym dowódcą zostało odpowiednio uświęcone „wieczną pamięcią”. To wtedy wraz z najmłodszym bratem pułkownika, Kazimierzem Wilimowskim, przeprowadzili ekshumację ziemnego grobu Stanisława na cmentarzu w Lublińcu przy ulicy Stalmacha. Obydwoje potwierdzili, że ekshumowane zwłoki należą do Stanisława Wilimowskiego.
W tym samym roku z ogromnym wyrzeczeniem, ufundowali pierwszy pomnik na zniszczonym przez okupanta cmentarzu. Do grobu Stanisława z prostym obeliskiem, złożyli wyjęte ze zniszczonych mogił szczątki powstańców śląskich, ciała żołnierzy poległych w 1939 roku oraz ze zdewastowanej mogiły – szczątki pierwszego starosty lublinieckiego Kazimierza Niegolewskiego.
„Powstał pomnik dla poległych żołnierzy w 1939 r. ze Stachem na czele. Pozostawiłam go wśród szarej braci żołnierskiej, których zwłoki zdołałam zebrać. Przy ekshumacji trumny ze zwłokami Stacha, chciałam aby została otwarta. W ciele jak zmumifikowanym rozpoznałam go od razu. Cała postać była zachowana. Odżyła moja rozpacz. Mogłam rozpoznać miejsca Jego ran, bandaż na piersi i obie nogi. Strzępy prześcieradła, w którym został złożony do trumny. Dzielni Ślązacy, którzy go tak cenili, zadbali aby ta trumna była najlepsza. Przy mnie był brat Stacha i Jadzia Jarkulisz. Ona to zauważyłam, że na palcu Stacha zabłysła obrączka. Oni ją z Jego palca zdjęli. Pozostała na Jego palcu przez 5 długich lat wojny. Noszę ją, jest ona dla mnie najdroższą pamiątką.”
Z biegiem lat zarówno grób, jak i pomnik były przebudowywane.
W roku 1977 mogiła miała kształt podkowy otoczonej betonowymi krawężnikami, pomnik składał się z kilku brył tworzących piramidę schodkową. Całość wykonana była z betonu i cegły pokrytej tynkiem. W centralnej, pionowej bryle zwieńczonej krzyżem, umieszczono granitową tablicę z nazwiskami pochowanych. Tablicę tę zdobiły pierwotnie dwa miecze, zaś sam pomnik otoczony był zniczami z metalu, betonu i lastriko.
Zastosowanie różnorodnych i nietrwałych materiałów budowlanych uniemożliwiło, z upływem czasu, jego dalszą prawidłową konserwację. W tej sytuacji rodzina Wilimowskich podjęła daleko idące kroki, aby temu zaradzić.
Wieloletnie starania Broni o należyte i trwałe upamiętnienie miejsca ostatecznego spoczynku Jej męża i innych bohaterów walczących w latach 1919-1945 o polskość tej części Śląska, przyniosły w końcu pozytywne rezultaty. Data 1919-1945 nie jest pomyłką, rodzina wnioskowała do ówczesnych władz o „polskości tej części Śląska, a nie tylko mogiły płk Stanisława Wilimowskiego).
To ułatwiło uzyskanie wszelkich zgód na podjęcie prac projektowych na terenie Cmentarza Wojskowego w Lublińcu.
Dokonano więc ponownego pochówku doczesnych szczątków pułkownika Stanisława Wilimowskiego.
Zaprojektowanie pomnika i nadzór plastyczny nad realizacją projektu powierzono artystce rzeźbiarce, Łucji Skomorowskiej-Wilimowskiej, żonie bratanka Stanisława Wilimowskiego. Uważała ona, że należy przeprojektować nie tylko pomnik, ale również cmentarz i jego otoczenie. Do współpracy została zaproszona inżynier architekt Ewa Partykiewicz.
Pozyskano więcej przestrzeni dla zmiany orientacji usytuowania pomnika w nowej osi cmentarza, poprzez dołączenie terenu po zupełnie opuszczonym cmentarzu ewangelickim i za zgodą Gminy Ewangelickiej.
Kolejnym celem artystki było zamieszczenie na mogile nazwisk, nieuczczonych wcześniej powstańców śląskich (pomordowanych w lasach w 1939 roku) oraz nazwisk żołnierzy Armii Krajowej poległych na ziemi śląskiej.
Pomnik usytuowany w centralnej części cmentarza składa się obecnie z dwóch bloków kamiennych ustawionych przestrzennie. Na pierwszym został wyrzeźbiony order wojenny „Krzyż Virtuti Militari”, na drugim wizerunek krzyża z datami 1921, 1939 i 1945.
Na płytach poziomych z fazowanego granitu widnieją nazwiska poległych żołnierzy 74. GPP oraz nazwiska powstańców śląskich z lat 1919, 1920, 1921 i 1939.
W jednej bratniej mogile spoczął pułkownik Stanisław Wilimowski wraz z żołnierzami 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty i 7. Dywizji Armii „Kraków”, poległymi w walce z hitlerowskim najeźdźcą w obronie Ziemi Śląskiej we wrześniu 1939 roku i z prochami zapomnianych Powstańców Śląskich.
Uroczyste otwarcie cmentarza – mauzoleum Wojska Polskiego w Lublińcu i odsłonięcie pomnika poświęconego ofiarom walk o powrót do Polski tej części Śląska miało miejsce w dniu 1 września 1983 roku.
Pisząc tę książkę, nie mogłem pominąć tego faktu, który uważam za jeden z najpiękniejszych dokonań Artystki. Nie spoczęła, dopóki nowa rzeźba nagrobna upamiętniająca Jej ukochanego Męża – nie stanęła na cmentarzu w Lublińcu.
WIELKA JEJ ZA TO CZEŚĆ!
Jeśli ktoś z Czytelników będzie kiedykolwiek w pobliżu Lublińca, niech zwiedzi to piękne miasto, leżące niedaleko Częstochowy. Warto nawet specjalnie się do niego wybrać, by przeżyć ważną dla każdego z nas i dla naszego kraju lekcję historii.
Pomnik ten jest pięknym dowodem patriotyzmu i obywatelskiej postawy Bronisławy Wilimowskiej. Jako autor książki, oddaję Artystce wielki szacunek i hołd za ten czyn.
To wydarzenie, czyli doprowadzenie do upamiętnienia i uczczenia nie tylko płk Stanisława Wilimowskiego, ale też Powstańców Śląskich i poległych w walce z okupantem żołnierzy Armii Krajowej, wysuwa się niewątpliwie na czoło wśród wszystkich społecznych – jakże szlachetnych dokonań – Artystki.
Warto wspomnieć w tym miejscu, że w 2021 roku symboliczne nagrobki na Cmentarzu Wojskowym w Lublińcu zostały wyremontowane. Dnia 11 listopada 2021 r. w Lublińcu odbyły się obchody Narodowego Święta Niepodległości. Podczas uroczystości nastąpiło poświęcenie 17 symbolicznych grobów żołnierzy Wojska Polskiego, które zostały wyremontowane ze środków Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach.
Inny, nie mniej ważny temat w Jej twórczości – to WARSZAWA.
Poświęciła jej wiele wspaniałych obrazów, utrwalając w ten sposób dzieje „powstańczego” miasta – bohatera. Malowała – w ciągu całego swojego życia – wszystkie ważniejsze budowle stolicy, podnoszącej się z morza wojennych ruin. Dość wymienić: Starówkę (wielokrotnie), Zamek Królewski (także w wielu ujęciach), Łazienki, Grób Nieznanego Żołnierza, Pomnik Małego Powstańca, Teatr Wielki oraz takie budowle, jak: Trasa Łazienkowska, Toruńska, Metro, Most Syreny…
Dzięki czemu Artystka – w wielu opracowaniach nazywana jest, dodajmy, jak najbardziej słusznie… „Malarką Warszawy”.
Ta ciągła pamięć Broni i Jej tęsknota za nieodżałowanym mężem – Stanisławem Wilimowskim, jak i patriotyczne wychowanie od najmłodszych lat, stanowiły mocny fundament szczególnego umiłowania nie tylko Warszawy i Polski, ale całej polskiej kultury i polskich tradycji narodowych.
Każdy namalowany przez Nią obraz, poprzedzony był wcześniej żmudną i dogłębną pracą studyjną. Bronia nigdy nie stawała przy sztaludze, dopóki nie zgłębiła całej literatury na temat szczegółów życia malowanych przez Nią wydarzeń i ich bohaterów.
Była osobą: pracowitą i także pod tym względem godną naśladowania; wzorem dla obecnych i przyszłych adeptów sztuk plastycznych.
*
Pracując po wojnie m.in. w Ministerstwie Kultury, aktywnie walczyła o zabezpieczenie zabytków kultury polskiego Śląska, jak też w ogóle o powrót do Polski zrabowanych przez Niemców w czasie okupacji dzieł sztuki.
*
Za to wszystko, a zwłaszcza za przepiękne malarstwo, które po Niej pozostało, Artystka zasługuje na upamiętnienie i. wpisanie Jej do panteonu polskiej sztuki współczesnej.
Za piękno i bogactwo tematyczne, „dokumentujące” powojenną historię Polski, w tym szczególnie Warszawy, a także bohaterstwo narodu, którego chciała być i. BYŁA aktywną cząstką.
—
Karol Czejarek. Bronisława Wilimowska. Wszystko dla niej było malarstwem. Opowieść o niezwykle barwnym życiu i dokonaniach artystycznych. Wydawnictwo Aspra. Warszawa 2025










