Panie Warmann, list pana otrzymaliśmy

0

I. Preambuła a’rebours

W przeddzień 86. rocznicy nazistowskiego pogromu Żydów („Noc kryształowa”), spalenia w niemieckim Stettinie synagogi w nocy z 9/10 listopada 1938 roku, na skwerze przy Książnicy Pomorskiej nieopodal miejsca gdzie stała bożnica, złożono kwiaty i zapalono znicze dla upamiętnienia ofiar pogromu. W dwa kwadranse później w Sali Herberta Książnicy, rozpoczęło się spotkanie promujące wydanie przez szczeciński oddział Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce książki „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” – niemieckiego dziennikarza Hansa-Gerda Warmanna, urodzonego i mieszkającego w Stettinie do października 1945 roku, książki przetłumaczonej przez prof. Karola Czejarka, w opracowaniu redakcyjnym Bogdana Twardochleba, ze wstępem prof. Tomasza Ślepowrońskiego.

 Wydarzenie miało charakter niecodzienny nie tylko dlatego, że uczestniczyła w nim 92. letnia Ewa-Maria Schoper wdowa po zmarłym w 2021 roku autorze. Dotarła z odległego Düsseldorfu taksówką: „Musiałam tu przyjechać, zrobiłam to dla Gerda, to była dla niego bardzo ważna książka…” Dla mnie również, a mogłem ją przeczytać, przeanalizować, przemyśleć już na kilka dni przed tym intrygującym spotkaniem. Rozważane treści przywołały szereg obrazów z przeszłości, z moich kontaktów z Niemcami począwszy od roku 1945; doznań i refleksji towarzyszących wypędzonemu/przesiedlonemu z polskich Kresów, który na powojenne Niemcy (RFN) patrzył najpierw ostrożnie i pod ciężarem oficjalnej propagandy, więc także z obawą przed niemieckim rewizjonizmem. Polacy znali to pojęcie głównie z prasy, telewizji i wystąpień polityków oraz opracowań historyków, jakkolwiek zagrożenia wynikające z tzw. zachodnioniemieckiego rewizjonizmu miały realne podstawy, a polska racja stanu wymagała nie tylko czujności. Byłem więc czujny, ale i otwarty, starałem się poznać, co znaczą w praktyce pojęcia: odwetowcy, rewizjoniści, ziomkostwa, nie ufając nadmiernie komunistycznej propagandzie, zwłaszcza tej inspirowanej przez naszych bezpośrednich sąsiadów z NRD[1].

 Czy ta książka budzi niepokój choćby cieniem rewizjonizmu? W żadnym razie. Jest świadectwem konsekwencji jakie spadły na Niemcy za zbrodnie nazizmu, a jednocześnie autor ilustruje w niej na przykładzie swojej rodziny dramat cywilnej ludności, zmuszonej w 1945 roku do opuszczenia Stettina. Wielu z nich miało poczucie wypędzenia, poczucie krzywdy, dźwigali w swych tobołkach żal, złość, wielu nienawiść, niektórzy nadzieję powrotu. Moją rodzinę też wypędzono z ojcowizny, z Kresów; towarzyszyło nam poczucie krzywdy, złość i pytanie z czyjej to winy? Byliśmy najpierw ofiarami tego samego reżimu hitlerowskich Niemiec co rodzina Warmannów, a wysiedlali nas Sowieci; dokonujący „alianckiego aktu sprawiedliwości dziejowej…” A co było później, dalej; jakie myślenie o Niemcach najpierw odwiecznych wrogach, później sąsiadach, których nie można wymienić na innych, i kiedy wykiełkowała ochota albo potrzeba na porozumienie z nimi? Żeby akceptować trzeba poznać i zrozumieć.

 

II. Monastjeryska/Monasterzyska – Stettin/Szczecin

Pierwszego realnego wglądu w tak zwany rewizjonistyczny RFN dokonałem z pokładu jachtu jesienią 1976 roku, w porannej mgle na Kanale Kilońskim już po odprawie granicznej w Kielu i dziwacznej rozmowie z oficerem emigracyjnym (tete a’ tete), który snuł taki monolog: urodzony pan w czasie wojny…, pisze w paszporcie, że w ZSRR, to znaczy że pan Rosjanin, tak? Bo przecież pańskie Mo-na-stje-ryska (sylabizował), to obecnie Związek Radziecki, prawda? Na co poruszony tak wyrazistą prowokacją pytającego, mojego równolatka (z wyglądu) wyraziłem przypuszczenie: załóżmy, że urodził się pan w czasie wojny w Szczecinie…, w niemieckim Stettinie wówczas, a Szczecin obecnie jest polski, to stosując pańską logikę, czy nie jest pan Polakiem, panie poruczniku? Bo rysy u pana też nieco słowiańskie…

A jednak odprawił nas, choć najpierw zerwał się z kanapy w mesie i o mało nie rozbił głową świetlika na suficie, przestał gulgotać i nie zaaresztował, a nawet przedstawił się: Walter S. urodzony w Stettinie w 43 roku. Wciąż kręcił głową mówiąc, ależ pan trafił, ależ ma pan oko, daję panu adres i telefon, przy waszym powrocie z Hamburga proszę zatelefonować, chciałbym pogadać o moim Stettinie, to znaczy o naszym… Zostawiliśmy tam dom i wszystkie rodzinne pamiątki, mama jeszcze żyje i wciąż tęskni, musimy pogadać, bitte…

Chciałem odpowiedzieć, że my (moja rodzina) też zostawiliśmy na rodzinnych Kresach dom i nie tylko pamiątki, że nas wysiedlono, wyzuto z ojcowizny, wsadzono w bydlęce wagony i wywieziono… na Zachód, a jakże do Polski, ale takiej trochę jeszcze na niby, nie do końca, bo zasiedlonej przez Niemców, którzy tam gospodarzyli od wieków i też czekali na zapowiadaną relokację. Tymczasem (przez cztery lata do 1949 roku), żyliśmy pod jednym dachem, w Polsce…, w Kotlinie Kłodzkiej przez którą przepływała Nysa Kłodzka wpadająca do Odry a z nią opływała Szczecin dążąc do Bałtyku. Można więc powiedzieć, że na Szczecin skazali mnie trzej wielcy alianccy mężowie, w tym specjalista-geniusz od kartografii, uczynili to najpierw po konferencyjnym obiedzie w Teheranie (grudzień 43), a potem przyklepali przy kawie w Jałcie (luty 45). Rodziny Waltera też to dotyczyło, chciałem dodać, że na takie potraktowanie zasłużyli wasi rodzice, lecz się wycofałem.

 Żegluga jachtem na silniku przez Kanał Kiloński z obowiązkiem ustępowania drogi statkom, zajęła sporo czasu, wystarczająco dużo żeby się napatrzyć. Na pierwszy rewizjonistyczny akcent natrafiliśmy na piątym kilometrze. Po lewej i prawej stronie przeprawa promowa i jednocześnie z obu stron wypływają jednostki „żeglugi poprzecznej” załadowane samochodami, podróżni okutani w kurtki tkwią przy burcie i pokazują na nas, niektórzy przyjaźnie kiwają dłońmi, oczywiście zwalniamy, na przyjazne gesty odpowiadamy życzliwymi uśmiechami, ale w chwili gdy promy mijają się odsłaniając swoje rufy, rzedną nasze miny; mijały się bowiem „Breslau” ze „Stettinem”, kurwa, no i nie mówiłem, co krok rewizjoniści, przeklina Maks obeznany w stosunkach międzynarodowych jako publicysta codziennej gazety-organu władzy w Szczecinie i spluwa nienawistnie za burtę. W kieszeni kurtki pali mnie kartka z adresem i telefonem porucznika Waltera, dałem się lekkomyślnie nabrać na współczucie odwetowcy? Po godzinie następna mijanka. Tym razem przed naszym dziobem promy „Kolberg” i „Swinemünde”; kurwa, a nie mówiłem, Maks nadal nas edukuje. Patrzę na mapę, przed nami jeszcze sześć mijanek promowych. Ciekawe jaką nazwę na rufach będą nosiły te bliżej już Brunsbüttel i wyjścia na Elbę? Chłopaki, przyjmuję zakłady, ten który trafi z nazwą stawia swój przydział wzmacniacza, zgoda? – proponuję. To ja wam wymienię od razu wszystkie możliwe nazwy i zejdę pod pokład do kambuza po flaszkę, dobra? – Maks jest gotów do poświęceń w obliczu wzmożonego ataku propagandy ziomkostw tak aktywnie dbających o zachowanie pamięci o utraconych miastach, i zaczyna recytować nazwy (ale polskie, oczywista) miast, które wróciły do macierzy, wszystkie nie mniej piastowskie, niż nasz Szczecin, szczęśliwie wyzwolone, podobnie jak Breslau okupowany przez hitlerowców i też wyzwolony w 45-tym… Paranoja goni absurd, choć wszystkie marynowane w patriotycznym sosie i są bardzo na czasie, bo ciągle trzymamy straż nad Odrą, wciąż i nieustępliwie… Nie, jeszcze nie byłem na tyle wyedukowany, by tak ujmować zauważane już wtedy paradoksy, oświecenie przyszło nieco później. Edukacja pod nadzorem belfrów, którzy łkali po śmierci Wielkiego Nauczyciela, Geniusza Narodów i Naszego Największego Przyjaciela, pozostawiła ślady, i nie tylko ona. Rewizjonizm, ziomkostwa, Adenauer w krzyżackim płaszczu, „Heimat über alles” i inne odwetowe hasła, kwestionowanie granicy, ich tęsknoty za powrotem i nasza racja stanu! Jesteśmy Polakami! – pamiętacie koledzy? Ciąg utrwalanych skojarzeń w duchu „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”, a przed nami kolejna mijanka i pewnie pora na Gdańsk. I faktycznie „Danzig” i „Stolp” znów w poprzek naszemu zdrowemu patriotyzmowi.

 Przy wyjściu z kanału na Elbę, po ośmiu mijankach jakbym już przywykł do tych nazw, nie uwierzyłem Maksowi, że każde ziomkostwo ma swój prom w żegludze poprzecznej naszym oczekiwaniom; prom szykowany do desantu. Tu już przesadził, zacząłem się śmiać. Powiedziałem, że w Świnoujściu mamy też promy w żegludze poprzecznej i moglibyśmy je nazwać inaczej, niż „Karsibory” czy „Fafiki”, na pohybel rewizjonistom. Maksowi się to spodobało, napisze o takim pomyśle w gazecie, wspomniał o Jagielle i Sobieskim, a ja zaproponowałem Batorego na co Maks znów się skrzywił, może skojarzył, że widział Batorego pod Pskowem na obrazie Matejki, więc Batory w żadnym wypadku, bo ten to był rewanżystą; gotów kruszyć miecz na bramach Kremla nie przewidując, że sam pomysł obraża naszych przyszłych odwiecznych przyjaciół, wprawdzie wtedy bojarów jeszcze, no a pod Kremlem był kto inny, zdaje się… – patrzył na mnie krzywym okiem. A ja ot tak bezwiednie pomyślałem, że polskie promy żeglugi poprzecznej w Świnoujściu mogłyby nosić nazwy polskich ongiś miast, bo na przykład „Lwów” na burcie promu wożącego polskich i niemieckich turystów z jednej strony Świny na drugą, tam i z powrotem, z Polski i do Polski, jak się mówi w Świnoujściu, i to pod nadzorem stacjonującej tam sowieckiej marynarki wojennej, byłby… Oho! Za dużo powiedziane, ale niech tam, nasz rodzimy ziomkowski trend podnieśmy do kwadratu. Do sześcianu zaś byłoby nazwanie „Fafika” „Monasterzyskami”, bądź dla niepoznaki „Capowicami” jak je przezwał kiedyś Jan Lam[2] dla uznania ich bohaterstwa w walce z rozumem, w czym oczywiście się mylił, jak to satyryk, choć patriota. On zakpił z austriackich tymczasowo Monasterzysk, a z nas i wtedy i dziś kpi historia. I to jak boleśnie. Chociaż de facto w RFN-nie rewizjonistów i odwetowców z prawdziwego zdarzenia nie brakuje – myśleliśmy wówczas – i kto wie, jak się do tego odnoszą nasi przyjaciele z NRD? Reagują z należytym obrzydzeniem, powiedziałby Maks, ale akurat o to go nie spytałem.

 I tak się rozpoczęła moja żmudna, realna edukacja przestrzenno-ideowa oraz nawiązywanie rozumnego porozumienia z wypędzonymi Niemcami (od Waltera poczynając) i to pod wpływem mglistego października oraz ustępowania z drogi rewizjonistom na Kanale Kilońskim. Wkrótce zgrzeszyłem jeszcze bardziej goszcząc w Jacht Klubie AZS w Szczecinie jacht Waltera i uczestnicząc w poszukiwaniu jego domu na Pogodnie, co zakończyliśmy pijaństwem przy oglądaniu jego rodzinnego albumu ze Szczecina lat dwudziestych i trzydziestych. A ja takiego albumu ze zdjęciami mojego świata Capowic nie miałem, został w domu dziadków i rodziców w Monasterzyskach, które już wtedy postanowiłem „odwiedzić”, lecz nastąpiło to dopiero w roku 2002. Wcześniej bałem się swego rewizjonizmu oraz Ruskich, tych co nas stamtąd wyrzucili, ot taka rodzinna przypadłość genetycznego strachu, by ich nie lekceważyć. Gotowałem się do zawiązania tajnego ziomkostwa <Capowice>. Powiedziałem o tym mojej żonie, a ona poprosiła, żeby nie zapominać o jej Drohobyczu, w którym się urodziła, a potem gdy miasto Schulza oswobodziła zwycięska armia proletariatu, nie było tam już miejsca dla jej rodziny i innych polskich rodzin, więc, kochany, proponuję Towarzystwo Wypędzonych Capowiczan i Drohobyczan, co ty na to? Popatrzyłem na kalendarz, jednak to nie był jeszcze w tej części Europy odpowiedni czas na takie ujawnianie sentymentów za ojcowizną. Polskie wersje „ziomkostw” mogły powstać dopiero tuż przed zburzeniem Berlińskiego Muru i następnie rozwijać się bez rewizjonistycznej proweniencji w okresie transformacji ustrojowej[3].

 

III. Johan Dolny z Hamburga

 Tamtej jesieni 1976 roku wracaliśmy z Hamburga do Szczecina[4] w jakby mniej patriotycznych nastrojach. Promy w Kanale Kilońskim zdawały się już nie tak odwetowe, bardzo pokojowe i dyplomatyczne spotkania z niemieckim dziennikarzami, deklarującymi chęć do współpracy wprawdzie budziły podejrzenia Maksa (bo kurwa, o co im tak naprawdę chodzi?), ale pozostała część załogi studziła jego niepokoje (przecież ich inicjatywy niosą potencjalną korzyść obu stronom), a ja opowiedziałem co robiłem w czasie, gdy zniknąłem na kilka godzin z centrum prasowego, a co Maks miał mi za złe. Otóż w kuluarach Centrum potknąłem się (dosłownie) o pana Johana Dolnego swego równolatka, urodzonego w polsko-niemieckiej rodzinie w Oppeln, który w roku 1960 wyjechał z rodzicami do Hamburga, a obecnie działa w Kulturverein Deutsch-Polnische-Gesellschaft. Celem ich stowarzyszenia jest wspieranie stosunków kulturalnych, politycznych, gospodarczych oraz międzyludzkich pomiędzy Niemcami i Polakami. Działają od 1972 roku, nawiązali już kontakty z władzami Gdańska i w przyszłym roku organizują w Hamburgu Dni Gdańska. Johan zaprosił mnie do siedziby stowarzyszenia przy Berner Heerweg, wypiliśmy kawę, pogadaliśmy, obiecał że przyśle zaproszenie na owe Dni Gdańska. Mówisz, że to Kulturverein Gesellschaft? – Maks nie tracił czujności – oby nie kolejne zakamuflowane ziomkostwo wypędzonych…

Przed odbiciem od nabrzeża przy Überseebrücke znalazłem jeszcze czas na kolejną kawę z Johanem-Jankiem, kawa była gorzka jak piołun, jak i jego dramatyczna opowieść o tym „dlaczego został Niemcem”. Kiedy odpływaliśmy stał na kei i widziałem w jego oczach łzy. Nie żegnał nas odwetowiec-rewizjonista, aktywista tajnego ziomkostwa. Jego historia była inna, potrzebował kontaktu z dawną ojczyzną, pragnął porozumienia miedzy wrogimi dotąd narodami i doskonale wiedział, kto ponosi winę za rozpętanie II wojny światowej i co nazistowskie Niemcy uczyniły ludom Europy[5].

 

 IV. Stettin. Eine deutsche Großstadt…

W rejsie powrotnym z Flensburga[6], jesienią 1984 roku, namówiłem kapitana Jurka Siudego, by zahaczyć o Kiel. Chciałem się tam spotkać z Waltherem, który właśnie zmienił fach i awansował na Schleusemeistra w Holtenau. Miałem też czas, żeby pochodzić po mieście. W witrynie księgarni przy głównej ulicy wypatrzyłem album „Stettin. Eine deutsche Großstadt in den 30er Jahren”. Wszedłem, poprosiłem o to tomisko, zacząłem je przeglądać i pozostałem tam aż do zamknięcia księgarni. Zobaczyłem swoje miasto w pełnej krasie, inne od tego, w którym mieszkam od 1964 roku; piękne i jakby zadumane nad swoją minioną historią, a może to ja się tak zadumałem… Nie mogłem tego obrazu zabrać ze sobą, nie było mnie stać na wydatek (blisko 50 DM). Zapisałem nazwę i adres wydawcy. A po powrocie do Szczecina, już w Wydawnictwie GLOB, którego byłem współorganizatorem i redaktorem naczelnym, zasiadłem do pisania listu do szefa Verlag Gerhard Rautenberg. Poprosiłem o koleżeńską wymianę, oni wyślą nam 2 egz. Stettina, a my im w zamian 2 egz. Szczecina w akwarelach prof. Śniadeckiego. Oczekiwany akt pokojowego rewanżu miedzy edytorami długo nie następował. Nosiłem się już z zamiarem napisania listu do autora albumu, gdy otrzymałem z Urzędu Celnego w Warszawie decyzję o zatrzymaniu wysłanej na mój adres przesyłki; „z uwagi na jej rewizjonistyczną zawartość”. Jakie to szczęście, że cenzura a nawet celne urzędy chronią nas tak skutecznie przed odwetową lekturą…, szpetnie zakląłem, ale doczytałem do końca urzędowe pismo, w którym znalazłem dopisek, że od decyzji można się odwołać do wyższej instancji, najlepiej do Głównego Urzędu Kontroli Prasy na ul. Mysiej w Warszawie. Potrzebowałem pomocy prawnika, a ten był przy mnie: moja domowa specjalistka od powołania ziomkostwa Capowice. Zaskarżyliśmy absurdalną decyzję argumentując i tym, że nie interesują nas w GLOBIE zawarte, być może gdzieś między wierszami intencje autora albumu (Heinza Gelinskiego), potrzebujemy tej faktografii, która przedstawia wiernie Szczecin takim jakim był on w latach trzydziestych, przed zbombardowaniem przez RAF i „jeszcze przed odzyskaniem”. Miasto obecnie jest polskie, nasze, ale ma za sobą wielowiekową pruską i niemiecką tradycję i tego nie da się zakwestionować, zmienić, odwołać żadną decyzją, więc prosimy, i tak dalej, itp. Po miesiącu otrzymaliśmy naruszoną przesyłkę, zdecydowanie czegoś w niej brakowało, bo zawierała tylko jeden egzemplarz albumu i bez pisma przewodniego od niemieckiego wydawcy. Cenzorzy z Warszawy widocznie też potrzebowali starego niemieckiego Stettina w fotografii, więc darowałem im ten zabór. Album mam do dzisiaj, a po latach jego rewizjonistyczne zarzewie (jeśli akurat tam było) wyblakło, rozmyło się jak i samo pojęcie rewizjonizmu, stosowane wówczas nader chętnie i często nie tylko przez cenzorów.

 

V. Między nami wypędzonymi, ziomkowcami…

Oni; nakręceni najpierw iluzją powrotu, a później zrezygnowani, jeśli śnią o stronach rodzinnych, to nie są to już sny pokoleń przedwojennych (i odwetowych z natury rzeczy), bo chodzi raczej o sentyment do tradycji, kultury kraju dziadków i pradziadków; odwetowcy jakby wymarli, co nie znaczy, że nie mają swego miejsca w historii niemieckiego rewizjonizmu, w podręcznikach, encyklopediach i rocznikach gazet codziennych… i w pamięci takich dłużej żyjących, jak na przykład prof. Karol Czejarek, ale również i w zaułkach mojego pamiętania, ustawionego w tym ciągu tylko dlatego, że Karol ma pamięć słonia (przeogromną jeśli chodzi o stosunki polsko-niemieckie i ich normalizację w czym się bardzo zasłużył), a ja… bardzo się staram, żeby nie zapomnieć.

 I my; wypędzeni-wysiedleni z Kresów, wyzuci z ojcowizny, bez prawa do wyrażania swego sentymentu i oficjalnego kultywowania pamięci przez długie lata obowiązującej (konstytucyjnie) odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej (aż do rozpadu ZSRR); my, którzy zazdrościliśmy Niemcom niektórych ich ziomkostw (tak w skrytości ducha); baliśmy się ich rewizjonizmu i odwetowych żądań tak bardzo, że kiedy już wolno było organizować swoją pamięć o ojcowiznach i jej przetrwanie w prawnych organizacjach, dla których struktura ziomkostw byłaby w sam raz, w zastępstwie zaczęliśmy się organizować w „Towarzystwach Miłośników Ziem…”, bowiem ziomkostwo dopracowało się u nas tak wiele negatywnych cech, że znam tylko jedną próbę utworzenia w Polsce w podobnej formule prawnej, wspomnianego już Ziomkostwa Zapodzianych Capowiczan[7].

 Oraz On, Hans-Gerd Warmann, którego „ziomkowski”, założycielski tom – „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” – tak szczególnie wpłynął na moje myślenie nie tyle rozrachunkowe, co obrosłe i wzmocnione kontekstami wypływającymi z interpretacji zdarzeń przedstawionych w tej jego „historii do szczecińskiej historii”, że zmusiły mnie do pewnych rewizji, a w tym do przemyślenia raz jeszcze tezy prawicowego polityka, Piotra Semki, który niemiecki rewizjonizm uznawał za nadal obecny, gdy w 2017 roku pisał w „Rzeczypospolitej”: „Jego przejawem było choćby włączenie do głównego nurtu niemieckiej polityki historycznej martyrologii osób, które Niemcy nazywają wypędzonymi”. Trudny problem, bo czy ujawniona, udokumentowana martyrologia, będąca faktem historycznym, obecna i unaoczniona, nazwana w tej książce, czyni z niej głos Warmanna jako rewizjonisty? Wiem, że nie!

 To nasze, a może bardziej moje wątpliwości, bo to ja próbuję skonstruować ryzykowną metaforyczną hipotezę, przywołując wybrane przecież fakty, wydarzenia, które być może nie nadają się do takiego uogólnienia, w którym nie chcę już rozważać, czyje wypędzenie było boleśniejsze, jakkolwiek wiem kto je „sprowokował” i jakie ma zapamiętane grzechy, jednak dzisiaj po tylu latach od tamtych nazistowskich zbrodni trudno mówić o winie prawnuków, choć pamiętać powinniśmy, i oni też. Kojarzę jak oburzałem się na słowa polskich biskupów „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”; nie byłem wtedy (18.11.1965) gotów wybaczać. Później po wizycie w Warszawie kanclerza Willego Brandta i jego uklęknięciu pod pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego (7.12.1970), po takim spektakularnym pokajaniu się przedstawiciela „rewizjonistycznych Niemiec”, ponownie wróciłem do wspomnianego listu biskupów; zacząłem domyślać się, że być może polska racja stanu wymaga bardziej pojednania z Niemcami, niż walki z rewizjonizmem i odwetowcami. Towarzyszyły temu wątpliwości, których się nie wyzbyłem, ale zacząłem więcej rozumieć i ten proces trwa do dziś. Mimo to czytając książkę Warmanna, jej pierwsze trzy rozdziały, odruchowo podkreślałem te miejsca, w których autor nie powstrzymał się od nazwania swego losu, udręczenia, krzywd jako dramatu dziejowej niesprawiedliwości. Aczkolwiek z punktu widzenia czternastolatka nie była to zakłamana konstatacja, bo on i jego rówieśnicy byli dziećmi, kiedy w Niemczech ich starsi bracia i ojcowie przyzwalali na budowę zbrodniczych, nazistowskich struktur, bądź też je współtworzyli. Warmann po latach ten zbrodniczy proces udokumentował, przedstawił, nazwał po imieniu.

 

VI. Zatem, ab ovo, Panie Warmann, my wysiedleni, wyrzuceni, uciekinierzy…

 Napisał Pan prawdę, przejmującą historię o naszym Szczecinie/Stettinie, o jego mieszkańcach, o kapturowych morderstwach i zbrodniach rodzimych nazistów, o pięknym mieście, które brunatniało jak wszystkie inne wówczas miasta III Rzeszy, o prześladowaniach Żydów, o tworzeniu się „ruchu oporu” wobec hitlerowskiej dyktatury, o prasie i propagandzie wspierającej tę dyktaturę na Pomorzu i nawołującej do pogromu Żydów, o paleniu książek i niszczeniu dzieł „sztuki zdegenerowanej”, o wojnie i cierpieniach cywilnej ludności wskutek nalotów i bombardowań, o głodzie, strachu i wypędzeniu, ale i o tym jak rodził się nazizm, który sprowadził te wszystkie nieszczęścia i na was, i na nas poturbowanych przez wojnę i też wypędzonych z ojcowizny.

 Zamiast posłowia zamieścił Pan list do przyjaciela w Szczecinie. Poczułem się jego adresatem, przepraszam za uzurpację, ale miałem wrażenie, że noszę w sobie parę Pańskich zgryzot, tęsknot i je rozumiem.

 O tej prawdzie, o kontekście historycznym wydarzeń przedstawionych w książce, o trzech powojennych generacjach badaczy współczesnej historii Pomorza Zachodniego, mówił interesująco profesor Tomasz Ślepowroński, autor rozdziału „Szczecin czasów Hansa-Gerda Warmanna”; wnikliwego szkicu objaśniającego mało znane fakty z dziejów Szczecina na przestrzeni lat 1918-45. Książka Warmanna, wydana w oryginale w nader skromnej oprawie w roku 2009 jako tekst publicystyczny (artykuły i wspomnienia autora z bogatą ikonografią fotograficzną)[8] w wydaniu szczecińskim nabrała walorów wręcz naukowego opracowania krytycznego, wzbogaconego zarówno szkicem prof. Ślepowrońskiego jak i rzetelną, naukową redakcją Bogdana Twardochleba, który wyposażył tekst w ponad 220 obszernych przypisów-objaśnień, w bibliografie i posłowia przy większości rozdziałów, w indeksy nazw geograficznych oraz w słowniczki. Twardochleb nadał tym samym książce Warmanna gwarantowanych walorów źródłowych i ułatwił jej lekturę polskim czytelnikom. Wykonał żmudną robotę encyklopedysty wykazując się przy tym niezwykłą erudycją, co potwierdził też sposobem prowadzenia spotkania w Sali Herberta, które zgromadziło ponad sto dwadzieścia osób, więc nieco więcej, niż zwykle ta sala mogła pomieścić (dostawiono krzesła). Było coś osobliwego w tym spotkaniu albo też tylko ja wyczuwałem ową niezwykłość czasu, miejsca i atmosfery refleksji, olbrzymiej ciekawości zgromadzonych w Sali Herberta naszego dziś Szczecina z tamtą dramatyczną historią, opowiedzianą najpierw przez czternastoletniego chłopca, a później dojrzałego mężczyzny, dla którego rekonstruowana przez niego przeszłość stawała się sensem utrwalającym coś więcej, niż tęsknotę do rodzinnego miasta. Była ekspiacją, rozliczeniem i wyrazem miłości do Stettina i naszego dziś Szczecina, leżącego nad Odrą, która niesie aż do Bałtyku wody z mojej Nysy Kłodzkiej i tamte powojenne strachy oraz nadzieje chłopca-repatrianta, przesiedleńca, wypędzonego z ziemi ojców, którego syn i wnuk urodzili się tu i teraz to ich ojcowizna. Może to nazbyt osobiste skojarzenia, myślałem patrząc w twarz 92 letniej wdowy po Hansie-Gerdzie Warmannie, może nieuprawnione… Pani mąż napisał ważną dla nas i dla Niemców książkę, za którą Mu bardzo dziękuję, za Jego odwagę, obiektywizm, wnikliwość i rzetelność, które służą zrozumieniu i pojednaniu.

 Są jeszcze dwa istotnie, nieprzypadkowe zdarzenia, związane z wydaniem książki Warmanna; sama inicjatywa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, Oddział w Szczecinie, jej przewodniczącej Róży Król, tak szczególnie zwieńczona w dniu 8 listopada w przeddzień 86 rocznicy spalenia w Stettinie synagogi oraz okoliczności przyjęcia do tłumaczenia książki przez profesora Karola Czejarka. Podjął się tej pracy akurat w tygodniach zajmujących Go trudną i terminową pracą przy wydaniu swojej Autobiografii i dobrze, że to właśnie On ją przetłumaczył; najbardziej predysponowany do tego ze względu na swój życiorys, dorobek naukowy i rolę w polsko-niemieckim pojednaniu, a jednocześnie jako doskonały tłumacz prac naukowych i utworów literackich niemieckich pisarzy. O tych okolicznościach Karol Czejarek pisze w jednym ze wstępów do książki Warmanna, kończąc go słowami:” I niech będzie ona ostrzeżeniem, aby nazizm czy podobne mu odradzające się na świecie skrajne, totalitarne siły już nigdy nie mogły mieć decydującego głosu”[9].

Szczecin, 11/12 listopada 2024

 

[1] Język ówczesnej propagandy, jej argumentację, można zilustrować przytoczeniami z tekstu NRD-owskiego autora Hansa Wegenera,  – vide: Zachodnioniemiecki Rewizjonizm – Głównym zagrożeniem bezpieczeństwa europejskiego [w:] Zielonogórska Biblioteka Cyfrowa, httpl//zbc.uz.zgora.pl, dostęp 10.11.2024 r.

[2] Jan Paweł Ferdynand Lam, ur. 8.01.1836 w Stanisławowie, pisarz, satyryk, nauczyciel, autor m.in. powieści „Wielki Świat Capowic”.

[3] I tak np.: Powołanie Towarzystwa Miłośników Lwowa miało miejsce jesienią 1988 r. Nasz oddział tego stowarzyszenia, jako Stowarzyszenie Ziemi Buczackiej, utworzono wiele lat później, jego członkami zostaliśmy w roku 2002 tuż przed wyjazdem na Podole do krainy naszych przodków.

[4] W Hamburgu organizowaliśmy promocyjne spotkanie dla niemieckich dziennikarzy z kpt. Kubą Jaworskim, zwycięzcą klasy Jaster w Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy; Jaworski właśnie wracał (samolotem) z Plymouth po odbiorze nagrody.

[5] Historię rodziny Jana – (Ojciec Ślązak wcielony do Wermahtu, pod Stalingradem stracił stopę, po powrocie na polski już Śląsk podjął pracę w elektrowni, oskarżony o sabotaż i skazany na karę śmierci, Janek w pionierskim mundurku wyprosił w Belwederze złagodzenie kary dla taty, który po 57. roku został objęty amnestią i wyszedł na wolność, następnie wyjechał z rodziną do RFN-u) – przedstawiłem w reportażu „Gdy w duszy Polaka coś gra…” [w:]  „Odra”, nr 2, Wrocław luty 1984, s. 18-23.

[6] We Flensburgu na zaproszenie strony niemieckiej, skierowanej do Polskiego Związku Żeglarskiego, uczestniczyliśmy (na jachcie „Cetus”), w międzynarodowych regatach oraz w zlocie żaglowców.

[7] Szczególną formą moich metaforycznych, literackich planów i założeń do statutu zawarłem w powieści „Zapodziani” (Wydawnictwo FORMA, Szczecin Bezrzecze 2021). Właśnie tam należy szukać  Ziomkostwa Zapodzianych Capowiczan; w uzasadnieniu wyłożonym na 363 stronach.

[8] Hans-Gerd Warmann, Herr Abrahamson, Ihre Synagoge brennt. Stettiner Geschichten. Scheunen-Verlag 2009, Kuckenshagen, str. 145.

[9] Hans-Gerd Warmann, Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie, TSKŻ Oddz. w Szczecinie, 2024, s. 9.

Poprzedni artykułOpinia: księżyc oraz jego wpływ na życie i zdrowie
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział XVIII: Tragiczne wesele w Janinie. Rozdział XIX: Zasadzka i spalenie akt w lesie Bogucickim
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj