4 marca 2024 roku, w Galerii Rektorskiej Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie, w budynku dawnego Wydziału Technologii i Inżynierii Chemicznej odbył się wernisaż wystawy malarsko-fotograficznej, którego bohaterkami były malarka Barbara Kubiak i fotografka Cecylia Markiewicz. Wystawę uroczyście otworzył sam Rektor Jacek Wróbel. Przybyło mnóstwo gości zaprzyjaźnionych z autorkami wystawy, a także inne zainteresowane wystawą osoby.
Po części oficjalnej, w pewnym momencie podeszła do mnie znajoma Halina Ignaczak i przedstawiła mi pana, mniej więcej w moim wieku, który od ponad czterdziestu lat mieszka w Australii. Po krótkiej rozmowie otrzymałam od niego wizytówkę, przeczuwając, że mój kontakt z tym sympatycznym człowiekiem nie skończy się tylko na jednorazowej prezentacji, lecz będzie miał ciąg dalszy. Podczas wernisażu wykonałam zdjęcia, które potem wysłałam tajemniczemu panu z Australii i jego szczecińskiej znajomej. Podziękował, a ja zapytałam, czy moglibyśmy się spotkać któregoś dnia i dłużej porozmawiać. Zaprosił mnie do pracowni złotniczej Amadeus przy al. Wojska Polskiego, mieszczącej się tuż obok nieistniejącej od dawna kawiarni „Lucynka i Paulinka”.
Oto efekt tej, jakże ekscytującej dla mnie rozmowy z Panem Bogusławem Staszewskim, właścicielem salonu złotniczego, specjalizującym się w oprawianiu opali australijskich, lecz nie tylko.
***
– Czy Pan urodził się w Szczecinie?
Urodziłem się w 1945 r. w Sarnach[1], obecnie teren ten należy do Ukrainy.
– Wrażenie na mnie wywarły znajdujące się w pańskiej pracowni różnokolorowe kamienie, pięknie oprawione i inne wyroby, które pasują do tej biżuterii jak choćby wysadzane kamieniami torebki marki Michelangelo.
Marka ta należy do mojego przyjaciela, który z Tajlandii wysyła je głównie do Japonii i USA.
– Panie Bogusławie, jak to się stało, że swoją przystań znalazł Pan aż w Australii?
Chciałem stworzyć moim dzieciom dobre warunki życia, a ponieważ nie lubiłem komuny, zdecydowałem się w 1981 r., tuż przed stanem wojennym wyjechać z żoną Bożeną i dwójką dzieci, 9-letnim synem i 7-letnią córką do Australii.
– Wiem, że wielu Polaków właśnie w tym okresie tam wyjeżdżało. Czy dla Pana ten wybór był spontaniczny czy raczej przemyślany?
Raczej przemyślany. Tam od lat mieszkała już część rodziny, co znacznie ułatwiło nam podjęcie decyzji.
– Proszę opowiedzieć o swoich młodych latach, czym Pan zajmował się w Szczecinie?
Niemal każdego młodego chłopaka interesowała muzyka i gdy Jacek Nieżychowski, znany artysta, śpiewak operetkowy (założyciel Teatru Muzycznego w r. 1957 w Szczecinie) zorganizował w 1962 w naszym mieście Festiwal Młodych Talentów, zgłosiłem się na przesłuchanie. Nawet dostałem się do drugiego etapu, lecz z powodu pewnych okoliczności musiałem z niego zrezygnować.
Interesowałem się również rajdowym sportem motorowym. Zdobywałem w latach 1976-1980 mistrzostwo, ścigając się w Szczecinie na placach, motokrosie i na lotnisku w Dąbiu.
Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej, trzeba było nauczyć się jakiegoś zawodu. Fachu jubilerskiego i grawerskiego uczyłem się u mistrza Józefa Nowakowskiego. Później w firmie Art-Region wykonywałem biżuterię dla Cepelii, a potem pracowałem już we własnej pracowni, mieszczącej się przy ul. Więckowskiego i właśnie stamtąd wyjechałem do Australii.
Przed wyjazdem do Australii brałem udział w wystawach jubilerskich w Zamku Książąt Pomorskich i w innych miastach. Projekty opraw są głownie mojego pomysłu i to jest moja artystyczna praca. Otrzymałem Dyplom Mistrza Złotnika, Mistrza Grawera oraz Mistrza Złotnictwa Artystycznego podpisany przez Wiktora Zina[2].
W Australii, dokładnie w Sydney mieszkam już 43 lata. Oczywiście tam w swojej pracowni zajmuję się oprawą opali australijskich, które potem sprzedawane są w sklepach. Opale zachwycają różnorodną kolorystyką i śmiało mogą konkurować z powszechnie lubianymi diamentami.
– AMADEUS – skąd muzyczna nazwa pańskich pracowni rozsianych po Polsce i za granicą? Uśmiech, a po chwili wyjaśnienie:
Od filmu Miloša Formana „Amadeusz”[3].
– Też zareagowałam uśmiechem. Pamiętam, gdy wyświetlany był w szczecińskim kinie „Delfin”, poszłam go obejrzeć, a moja młodsza córka, zakochana w Mozarcie razem ze swoją koleżanką zaliczyły aż siedem razy ten film, wierząc, że ten zazdrosny Salieri, nadworny kompozytor cesarza Franciszka II, stopniowo podtruwał wybitnie uzdolnionego młodego Mozarta, co doprowadziło go do śmierci.
Amadeus – po łacinie znaczy Bogusław, ale o tym dowiedziałem się w latach 90. od klientki w mojej warszawskiej pracowni. Żeby zamknąć muzyczny wątek, dodam, że moja córka, 25 lat temu ukończyła uniwersytet – odpowiednik naszej Akademii Sztuk Pięknych – o kierunku artystycznym i swój układ taneczny zaprezentowała w naszej Filharmonii w Sydney.
– Od pięciu miesięcy w szczecińskiej pracowni Amadeus sprzedaje Pan swoje opale, jednak należy pokreślić, że projekty opraw tych szlachetnych kamieni w złoto czy srebro są pańskim dziełem. Jest Pan także artystą!
Specjalizuję się też w oprawianiu naszego bursztynu, który w Australii jest poszukiwany przez Polaków i tamtejszą klientelę. Będąc w Australii tworzyłem też biżuterię kostiumową i część tej biżuterii trafiła na plan zdjęciowy popularnego filmu „Powrót do Edenu”. Wszystkie aktorki nosiły tę biżuterię.
Opal występuje w Australii w pięciu miejscach. Nie zależy mi na masowej sprzedaży. O cenie konkretnego wyrobu decydują kolory i wielkość Cenię sobie kontakt z klientem, dla którego na jego życzenie i sugestie wykonuję wyrób, co daje wiele więcej satysfakcji dla niego jak dla mnie.
Specjalizuję się też w oprawianiu naszego bursztynu, który w Australii jest poszukiwany także przez Polaków. Zajmuję się sprzedażą hurtową polskiej biżuterii w Australii.
– Gdzie poza Polską i Australią zdobywa Pan klientów?
To są głownie klienci m.in. ze Szwecji, Danii i Niemiec.
– Połowę życia upłynęło Panu w podróżach. Czy udało się Panu nawiązać z klientami lub z poznanymi w podróży osobami przyjacielskie relacje?
Oczywiście, podróż z Polski do Sydney trwa ponad 24 godziny, z przesiadką np. w Singapurze, Bangkoku czy Dubaju. Czekając w Singapurze na dalszy lot, zostałem zakwaterowany w hotelu. Po odpoczynku, udałem się do pobliskiej restauracji, a tam usłyszałem polską piosenkę „Moja droga ja cię kocham”, znany przebój w Polsce, wykonywany przez wieloma laty przez Boby Whintona z USA. To była dla mnie miła niespodzianka. Po wysłuchaniu, podszedłem bliżej do wykonawcy, by mu do „kapelusza” symbolicznie wynagrodzić za ten występ, on zareagował spontanicznie: – Pan jest z Polski? Tak – odparłem i wtedy zaprosił mnie do domu samego premiera Singapuru na obiad. Żona premiera, pełniła wówczas rolę opiekunki zespołu artystów tamtejszej Filharmonii Narodowej.
Podczas innej podróży spotkałem Tadeusza Drozdę, u którego byłem wcześniej ostatnim gościem w jego programie Super Stacja, a którą w r. 2018 zlikwidowano z powodów politycznych.
– Czy zdarzały się Panu zawrzeć trwalsze przyjaźnie ze swoimi klientami?
Wiele lat temu do mojego warszawskiego salonu przyszła niezwykle piękna osoba, która chciała kupić biżuterię z opalem. Potem przychodziła dość często, zamawiając na życzenie oprawę do zakupionych opali. W końcu po latach zawiązała się między nami przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Tą przyjaciółką jest poetka Magdalena Ficowska-Łuszczek, córka Jerzego Ficowskiego, znanego poety, pisarza, krytyka literackiego. Magdalena, o dużych zielonych oczach i niezwykłej urodzie, będąc młodą kobietą przyjeżdżała na wakacje do Zakopanego
i tam spotkał ją Józef Łuszczek, mistrz świata (złoty medal olimpijski w Lahti w r. 1978 w biegach narciarskich na 15 km), mówiąc, że wiele ładnych kobiet widział, ale tę najpiękniejszą ujrzał dopiero w Zakopanem. Pobrali się, urodził się im syn Artur, ale po 10-ciu latach rozstali się. W czasach studenckich w piśmie ITD była modelką i tam drukowano jej wiersze.
Od lat zakochana w kolorowych opalach, trochę dziwna, wycofana, wyglądem przypominająca kolorowego ptaka. Kiedy wracam z Australii, ona pierwsza musi je zobaczyć. Obecnie Magdalena ma 64 lata, jest wciąż piękna, lecz nie radzi sobie w życiu. Dorastając w domu znanych artystów (wybuchowy ojciec poeta, pisarz i matka malarka), żyła w przekonaniu, że nie należy im przeszkadzać; była grzeczną dziewczynką, nie dopominała się nawet o szklankę herbaty, gdy była spragniona. Wycofana, uciekała w swój świat, w świat poezji. Tymi wspomnieniami i o nieudanym małżeństwie – dzieli się na swojej stronie internetowej. Jej poezja jest smutna i przejmująca, a zarazem piękna i dojrzała. Bardzo potrzebuje wsparcia
i pomocy ze strony życzliwych ludzi.
– Panie Bogusławie, sądzę, że nie brakuje życzliwych ludzi, więc i pańska przyjaciółka taką pomoc na pewno otrzyma. Na koniec chciałabym zapytać Pana o jeszcze jedną formę świadczonej usługi, jaką jest serwis, czyli reperacja, czyszczenie biżuterii złotej, srebrnej i antycznej?
Ten serwis, jakkolwiek nieprzynoszący większego zarobku, jest dla mnie istotny. Wiem, że klienci posiadają uszkodzoną biżuterię. Przy zakupie biżuterii a nawet naprawie świadczymy zapłatę w formie komisowej lub ratalnej.
– Panie Bogusławie, przy tak intensywnym życiu, zdarza się Panu pomyśleć czasem o emeryturze?
Oczywiście! To już niebawem się stanie. Mam udane życie rodzinne, syn wyspecjalizował się w branży gastronomicznej, pracuje jako szef kuchni w restauracji Uniwersytetu w Cambridge. Córce przekażę prowadzenie biznesu, a ja wreszcie odpocznę i będę mógł zająć się malarstwem, które z braku czasu musiałem odłożyć na później.
– Na ścianie w salonie zauważyłam zdjęcie, na którym widoczne są dwie młode i piękne kobiety!?
To moje wspaniałe wnuczki Monet i Migonete. Są jeszcze uczennicami szkół średnich w Sydney.
– Nie mogę nie zadać Panu ostatniego pytania, lecz odpowiedź proszę potraktować niezobowiązująco. Czy zdarzyła się Panu na początku pańskiej kariery biznesmena trudna sytuacja przy odprawach na lotniskach?
Po dwóch latach pobytu w Australii, wybrałem się z żoną do Europy, bo Polska wtedy jeszcze nie była wolna. W Hamburgu weszliśmy do sklepu, zakupiliśmy krakowską suchą i chcieliśmy ją przewieźć do Australii dla siebie i rodziny. Nie było to możliwe, na lotnisku w Sydney musieliśmy ją wyrzucić do kosza, inaczej groziło to karą 50 tys. dolarów.
– Serdecznie Panu dziękuję za tę rozmowę, życzę nieustającego zdrowia, wielu wspaniałych klientów, a na emeryturze radości z malowania obrazów.
—
[1] Sarny – wieś na Ukrainie, w rejonie jaworowskim obwodu lwowskiego, licząca obecnie około 370 mieszkańców. Wieś królewska, w 1627 roku leżała w ziemi przemyskiej województwa ruskiego. W II Rzeczypospolitej do 1934 samodzielna gmina. Następnie należała do zbiorowej wiejskiej gminy Szutowa w powiecie jaworowskim w woj. lwowskim. Po wojnie wieś weszła w struktury administracyjne Związku Radzieckiego. https://pl.wikipedia.org/wiki/Sarny_(rejon_jaworowski)
[2] Wiktor Zin (1925-2007) – polski architekt, prof. Politechniki Krakowskiej, generalny konserwator zabytków, prezes Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, m.in. autor programu telewizyjnego „Piórkiem
i węglem”.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wiktor_Zin
[3] Amadeusz – amerykański dramat biograficzny z 1984 r. w reżyserii Miloša Formana, oparty na sztuce Petera Shaffera pod tym samym tytułem. Dzieło przedstawia życie i twórczość Wolfganga Amadeusza Mozarta na dworze cesarza Józefa II Habsburga z perspektywy Antonia Salieriego, nadwornego kompozytora cesarza.









