Wieczór był ciepły. Powietrze aromatyczne. Noc wychodzi-ła zza lasu na wschodzie. Stanęła nad ziemią ponura, olbrzymia… Obu ramionami z wysiłkiem ściągnęła z góry w dół czarną kurtynę… A potem, niewidzialna, ukryta w mro-ku, długo, zwycięsko chichotała… Na północnym zachodzie Wielka Niedźwiedzica olbrzymia, promienna, szeroko rozrzuciła się po niebie.
Porucznik, Zbigniew Karaś „Krąż” włożył rękę do kieszeni i pieścił dłonią rozgrzaną od ciała stal rewolweru. Obok niego maszeruje starszy sierżant podchorąży Jerzy Rostafiński „Jur”. Skręcili na południe. Idą teraz po wąskich polnych drogach. W pewnym momencie „Krąż” skręca na łąkę i maszerują po niej na przełaj. Potem przekraczają wąską rzeczułkę i wychodzą na otwartą przestrzeń pól. Przechodzą w pobliżu wsi. Gdzieniegdzie migocą światła w oknach domostw. Spotyka ich ujadanie wybiegających naprzeciw psów, lecz zaraz odskakują na strony i milkną.
Jurek Rostafiński ma ochotę zaśpiewać piosenkę, lecz hamuję w sobie to pragnienie. Piersi mu rozpiera zachwyt i chęć czynu.
Było już po północy, kiedy dotarli na miejsce, była to ogromna polana ukryta ze wszystkich stron skrzydłami lasu. Po długim nocnym marszu wszyscy udali się na spo-czynek. Partyzanci układali się pod drzewami, dokańczali spożywanie zabranej ze sobą kolacji, dopalali papierosa. Po pewnym czasie w obozowisku zapadła cisza. Czuwały jedynie wzmocnione posterunki i dowództwo. Porucznik Karaś także czuwał. Siedział oparty o pień sosny i wytyczał w myślach trasę domarszu do lądowiska, które wyznaczono o kilka kilometrów stąd, usytuowanym w pobliżu miejscowości Łatanice na polach pomiędzy Skorocicami a Lasem Chocholskim. Niełatwa czekała ich droga, tak jak i samo zadanie: Busko – Zdrój, Wiślica, Nowy Korczyn, wszędzie dużo wojska, posterunki policji, żandarmeria…
Mgła osiadła na ziemi, rozmazała pnie drzew, nakryła lepką przesłoną partyzanckie obozowisko. Chłopcy śpią w swych wykopanych w ziemi, wyścielonych mchem i gałąz-kami wnękach. Ale noc jest krótka. Nadszedł świt, słońce coraz mocniej przenika gąszcz zieleni. Jaskrawe smugi rozcinają mgłę, w kroplach rosy na igliwiu migocą wszyst-kimi kolorami tęczy. Ciepłym oślepiającym wachlarzem muskają partyzanckie twarze.
Z ziemnych legowisk wysuwają się rozespani żołnierze. Ten i ów nasłuchuje chwilę, zrzuca z siebie przykrycie, wstaje, ziewa i rozgląda się dookoła, wreszcie biegnie za kępę jałowców. Partyzantka partyzantką, ale i wysikać się trzeba.
Gdzieś w oddali za lasem raz po raz dochodzi strzelanina. Nie robi to na nikim żadnego wrażenia. Tyle tylko, że każ-dy trochę spoważniał i chwilami nadstawia ucha. Chłopcy zjadłszy śniadanie zabrali się do czyszczenia broni i porządkowania rynsztunku, dowódcy łażą po lesie, spraw-dzają posterunki ochronne, przysiadają się do żołnierzy, wdają się z nimi w pogawędki.
Do Jurka Rostafińskiego podeszła Hanka i usiadła obok. Uśmiechnęła się bez słowa, oparła głowę o drzewo i przy-mknęła powieki. Jurek patrzył na dziewczynę z przyjem-nością. Była nie tylko urodziwa, ale i sympatyczna. Wysoka, pięknie zbudowana, z ładnie zaznaczonym biustem i wąską talią, o dużych niebieskich oczach nad którymi re-gularną linią były zaznaczone krzaczaste brwi. Twarz miała okrągłą, usta zmysłowe. Długie lśniące blond włosy okalały głowę. Na sobie miała sweter w kolorze khaki, spodnie i buty z cholewami. Ładne kształtne dłonie trzymała splecione na zdobycznym mp – 40 schmeisserze, z którym się nie rozstawała.
Miała ukończone gimnazjum zwieńczone egzaminem maturalnym, szczyciła się działalnością w harcerstwie.
– Czemu tak na mnie patrzysz? – zapytała Hanka.
– Wydawało mi się, że śpisz.
Dochodziło południe.
Jurek wstał.
– Przespaceruję się wokół obozu, skontroluję posterunki wartownicze.
– Pójdę z tobą.
Hanka przerzuciła pistolet z lewej ręki do prawej i zawiesiła go na ramieniu.
Po skontrolowaniu posterunków wracali do obozowiska groblą pomiędzy stawami. Doskwierała spiekota, swędziało spocone ciało. Jurek niewiele myśląc rozebrał się pod wierzbą i wskoczył do wody. Sięgała mu do piersi, ochlapał się, wyszorował piaskiem. Kiedy zadowolony wyszedł z wody i zaczął się ubierać, podeszła Hanka. Zażenowało go to nieco.
– Lepiej się czujesz po kąpieli?
– Super, woda czysta, chłodna, zanurzenie się w wodzie może zmniejszyć ból oraz stany zapalne w organizmie – mówią balneolodzy. – Kąpiele mogą również zmniejszyć poziom stresu i niepokoju wpływając relaksująco na układ nerwowy, a więc w naszej sytuacji taka kąpiel jest wska-zana – odpowiedział.
Hanka przykucnęła na brzegu stawu i zanurzyła dłonie w wodzie.
– Woda, można powiedzieć, jest ciepła. Wam mężczyzną to dobrze. Ściągnie taki portki i już może wskoczyć do wody.
– Wykąp się i ty.
– A popilnujesz?
– Jak żołnierz na warcie.
– A nie będziesz podglądał?
– Nie. Słowo harcerza!
– No to pomóż ściągnąć buty.
Początkowo myślał, że żartuje, ale Hanka odłożyła pistolet i wyciągnęła nogę w jego kierunku. Ściągnął jednego buta, potem drugiego.
– Piękne dzięki. A teraz, drogi Jurku, w tył zwrot i nie oglądaj się, dopóki nie pozwolę.
– Tak jest.
Do jego uszu dochodziło, jak nucąc sobie pod nosem, ściągała wszystko z siebie, potem z piskiem wskoczyła do wody, przez dłuższy czas pływała i chlapała się w wodzie.
– Jak długo można się moczyć? – Nie za długo się ką-piesz? Bo mam chęć się obejrzeć.
– Tylko spróbuj!
Za chwilę usłyszał, jak wyszła ze stawu. Kiedy się odwrócił, naciągała na siebie sweter. Mignęło białe nieopalone ciało. Hanka przygładziła włosy i skacząc na jednej nodze, mocowała się wciągając buta.
– Może pomóc? – zapytał Jurek.
Oparła się o niego, z trudem wkładała buta na drugą nogę. Wtedy straciła równowagę i na chwilę wpadła w jego obję-cia. Poczuł żywą twardość jej piersi, miał blisko swoich jej rozchylone usta, wielkie, nieco zdziwione, zachodzące mgłą oczy. Poczuł ogromne przyśpieszone bicie serca. W gardle mu zaschło.
– O mało, a obydwoje leżelibyśmy na ziemi – powiedział ni w pięć, ni w dziewięć.
– No właśnie. Dosłownie i w przenośni…
Nie próbowała się nawet uśmiechnąć. Wzięła do ręki broń i poszła w stronę obozowiska. Jurek milcząc podążył za nią. Nagle Hanka odwróciła się i spytała:
– Ładna ta twoja dziewczyna?
Uwierz, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem; w każdym razie dla mnie jest najpiękniejsza.
– Kochasz ją – stwierdziła raczej, niż spytała. – Gdzie ona teraz jest?
– W lesie, tak jak my.
– Wieczorem wypiorę ci koszulę. O to się chyba twoja dziewczyna nie pogniewa? Jak jej na imię?
– Zosia…
Tej nocy po raz pierwszy oczekiwali zrzutu, o kryptonimie „Sosna-218”. Żołnierze podziemia ponosili ogromne ryzyko przygotowując akcje odbioru zrzutów. Wszyscy byli wy-raźnie podekscytowani. Porucznik Zbigniew Karaś „Krąż” i poz ostali dowódcy nie wiadomo który raz z rzędu przy-pominali partyzantom ich zadania, sprawdzali ustawienie ognisk, zapasy benzyny, którą przygotowano na wypadek deszczu. Wzmocnione i po wielokroć sprawdzone posterunki strzegły zrzutowiska. Jurek Rostafiński „Jur” sygnalizował, że w okolicy panuje spokój.
Kilkanaście furmanek z zaufanymi ludźmi czekało w pogotowiu. Im bliżej wieczora, tym podniecenie było większe. Partyzanci zadzierali głowy do góry, sprawdzali czy nie zanosi się na burzę, która mogłaby pokrzyżować szyki lotnikom. Ale niebo było spokojne, czyste.
Z utęsknieniem wyczekiwano odgłosu silników samolotu z zaopatrzeniem. Oczekiwanie przedłużało się do kilkunastu minut po północy. W końcu usłyszeli dochodzące z oddali dudnienie nadlatującego samolotu, podobne do zbliżającej się burzy, urozmaicone błyskającymi światełkami. Wysoko nad koszem przeleciało mrugające światełko, a ogłuszają-cy pomruk jęczącego samolotu wprost przygniatał do ziemi. Ciemne cielsko czteromotorowego Liberatora odleciało na północ.
– Cholera! – zaklął któryś ze zniecierpliwionych partyzantów. Pewnie nie nasz. A może sygnału nie zauważył?
Sierżant podchorąży Rostafiński „Jur” zapalał swoją latarkę i kierował strumień światła w kierunku nadlatującego samolotu, nadając równocześnie, z przerwami, ustalony wcześniej znak Morse`a, tak długo, aż samolot odebrał znak i dał odwrotnie sygnał świetlny. Po nawiązaniu w ten sposób łączności pozostali członkowie patrolu zapalali swoje latarki, wskazując kierunek wiatru. Teraz leciał o wiele niżej i zataczał koło, a po nim jeszcze jedno i lecąc z zachodu na wschód, skąd wiał niewielki wiatr, tuż nad łąkami, ukazało się dwanaście spadochronów wraz z zasobnikami, opadającymi w niewielkich odstępach jeden za drugim. Niektóre z nich zaopatrzone były w małe oczko, mrugające czerwonym światłem. Po zrzuceniu ostatniej partii, pilot dawał znak migającymi światłami „zadanie wykonane” i kierował się w drogę powrotną na południe.
Nadlatujący samolot dokonał zrzutu z dość dużej wysokości, co spowodowało duży rozrzut pojemników ze sprzętem i uzbrojeniem. Kilka spadochronów z pojemnikami zawiesiło się na drzewach lasu chocholskiego. Utrudniło to szybki odbiór, dlatego pojemniki zrzutowe zbierano od północy do wczesnych godzin rannych. Przybyłe po odbiór sprzętu chłopskie furmanki grzęzły na polach, nie zawsze mogły dojechać w pobliże ciężkich pojemników. Trzeba było donosić pojemniki do furmanek, z miejsc gdzie zostały zrzucone.
Nieznaczną część pojemników przetransportowano do czasowo przygotowanych „melin” w Gluzach i Hołudzy.
Zaraz o świcie nad rejonem kosza zrzutowego pojawiły się niemieckie samoloty rozpoznawcze „Storch”, które przez pewien czas krążyły nad tym terenem. Z chwilą pojawienia się niemieckich samolotów rozpoznawczych na krótki czas wstrzymano prace transportowo – załadunkowe. Ponadto we wczesnych godzinach rannych zaistniało zagrożenie ze strony patroli żandarmerii poruszających się po drodze Busko – Wiślica. Transport tymczasowo składowanych, w zaroślach pojemników i ich transport do Gluz i Hołudzy zabezpieczali: starszy sierżant Zygmunt Bałdys – dowódca, sierżant podchorąży Jerzy Rostafiński „Jur”, kapral Stanisław Buczak „Jastrząb”, Andrzej Chruśliński „Haber” i wielu jeszcze bezimiennych żołnierzy – partyzantów.
Po załadowaniu zrzuconych pojemników na furmanki następował najniebezpieczniejszy moment. Należało bowiem kluczyć polami, bocznymi drogami i niejednokrotnie podmokłymi, aby zrzut dostarczyć do wyznaczonego miejsca odbioru i nie wpaść na Niemców. Bywało, że furmanki z ciężkimi pojemnikami z bronią grzęzły w błocie i konie nie mogły ich wyciągnąć. Wtedy po kolana w wodzie pomagano koniom, prawie na własnych barkach partyzanci wyno-sili furmanki. Było ciężko, bardzo ciężko, ale byli to młodzi chłopcy pełni zapału i wiary w cel, jakim była wolna Polska.
Podczas transportu pojemników nie odbyło się bez incydentu. W pobliżu miejscowości Chotel Czerwony kilkunastoosobowa uzbrojona grupa miejscowej organizacji Bata-lionów Chłopskich zatrzymała transport próbując go za-właszczyć. W czasie twardych rozmów na plebanii w Cho-tlu, których mediatorem był miejscowy proboszcz ksiądz Kazimierz Misiorowski, jeden z młodych żołnierzy BCH strzelił z pistoletu w kierunku przedstawiciela Komendy Obwodu porucznika Kazimierza Kubickiego „Lew”, na szczęście niecelnie. Aby nie zadrażnia, zgodził się na przekazanie części broni placówce BCH.
Najbliższej nocy przewieziono pojemniki do bunkra przystosowanego do przechowywania broni i amunicji w Łagiewnikach. Transport ubezpieczała grupa dywersyjna Kedywu podporucznika Feliksa Rajcy „Kafel” i żołnierze Podobwodu „Bór”.
Uzupełniane na bieżąco odziały partyzanckie wymagały dalszego szkolenia i zdyscyplinowania. Dlatego przystąpiono natychmiast do ćwiczeń w zakresie musztry, wyrabiania umiejętności posługiwania się bronią uzyskaną ze zrzutów. Wiele uwagi poświęcano nauce strzelania.
Rozdział XXV
Wystrzelać sukinsynów
W dniu 9 lipca 1944 roku tuż po godzinie 21.00 przystąpiono do ostatecznych przygotowań odbioru zrzutu na koszu „Sosna”, pomiędzy lasami w pobliżu Chańczy i Nowakówki. Podporucznik Leon Stola „Dąb” z NN „Granitem” i kapralem Józefem Romańskim „Orszą”, z oddziałem sygnalizacyjnym i odbierającym zrzut, udali się na zrzutowisko. Podporucznik Józef Mrożkiewicz, „Brzoza” ze swoim plutonem wyruszył na ubezpieczenie kosza, a starszy sierżant Władysław Buba „Potocki” z łącznikami na punkt zborny furmanek do transportu przyjętego zrzutu.
Forsowny marsz kilkunastokilometrowy dawał się we znaki nawet starym wiarusom. W jednostajnym marszu i stuku wozów taborowych do głowy przychodziły różne myśli – najczęściej wspomnienie o najbliższej rodzinie, która pozostała daleko.
Około północy zatrzymali się przy niedużym zagajniku, gdzie dowódca oddziału przekazał, że przybyli w rejon mającego dziś w nocy odbyć się zrzutu broni. Mocniej zabiły serca żołnierzy, odeszło odrętwienie i zmęczenie. W kilka minut później dojechały dwukonne zaprzęgi. Choć było ciemno widać było sylwetki dobrze odżywionych koni, wskazywały na zaprzęgi dworskie.
Czas przygotowań minął jak błyskawica, ale oczekiwanie na nadlatujący samolot dłużyło się niemiłosiernie. Godziny i minuty wydawały się wiecznością. Partyzanci, zwłaszcza ci, którzy po raz pierwszy brali udział w takiej akcji, co chwilę wypytywali o dokładną godzinę i tracili nadzieję, że zobaczą samolot zrzucający zasobniki. Ale kolejne spotkanie z patrolem świetlnym „Orszy” sugerowało, że noc będzie pełna emocji.
O godzinie pierwszej z minutami w nocy charakterystyczny pomruk ciężkiego bombowca zbliżał się w rejon zrzutowiska od strony południowej. Patrol sygnalizacyjny pośpiesznie sprawdził funkcjonowanie latarek elektrycznych i rozniecił niewielkie ogniska ustawione w kształt litery T. W pewnym momencie zauważono miganie zielonym światłem na skrzydle, co oznaczało, że „nasz”. Potem błysnął snop światła – podający hasło kodowe. Partyzanci rozciągnęli się w linię i gdy samolot nadlatywał skierowali w górę zaświecone latarki. Samolot odpowiedział świetlnym sygnałem i dokonał zrzutu pojemników. Pluton transportowy sierżanta Buby „Potockiego”, niezwłocznie zaprzęgał konie i do świtu pod osłoną nocy zebrali cały zrzut. Zrzutu dokonał polski pilot, bo spadochrony otwierały się na niskiej wysokości (Anglicy dokonywali zrzutów z dużej wysokości i spadochrony spadały z dużym rozrzutem), a przed odlotem zrzucił woreczek z kartką – „zrzucam wam moje śniadanie, zawiadomcie matkę, że żyję” – i tu był podany adres.
Pojemniki załadowano na furmanki i przewieziono wszystko w głąb znajdującego się w pobliżu dużego kompleksu leśnego i zamaskowano przed ewentualnym rozpoznaniem lotniczym. W drugiej połowie dnia przybył wezwany przez porucznika „Brzozę” oddział partyzancki pod dowództwem Czesława Flagorowskiego „Kuny”. Po przeładowaniu pojemników na ich konne wozy, w kolumnie marszowej odjechały do miejsca stałego zmagazynowania, a partyzanci porucznika „Brzozy” furmankami przyjechali do młyna w Życinach. Tu zwolnili furmanów z wypożyczonymi zaprzęgami. Dalszą drogę do obozowiska odbyli pieszo, żeby nie zdradzić miejsca biwakowania oddziału.
Świtało, kiedy byli na miejscu. Najważniejszą potrzebą był teraz sen. Po krótkotrwałym śnie, niezbędnym do wypoczynku, zadowoleni z pozyskania nowoczesnej broni, a zwłaszcza amunicji, która była im bardzo potrzebna, poświęcili czas na gruntowne ćwiczenia, porucznik „Brzoza” wydał rozkaz: po północy alarmem oddział „odskoczy” od miejsca postoju na kilkudniowy wypoczynek w okolice, gdzie można łatwiej zaopatrzyć się w żywność.
Kapral NN „Rudecki”, pełniący służbę podoficera dyżurnego oddziału, zgodnie z rozkazem dowódcy ogłosił alarm i po sformowaniu kolumny, marszem ubezpieczonym oddział wyruszył do Grzybowa.
Tam mieli spożyć śniadanie, dokonać renowacji szałasów opuszczonych przed miesiącem i odpocząć przez kilka dni, po nieprzespanych nocach. Była to duża wolna przestrzeń otoczona z trzech stron lasami. Od południa rozległy prześwit, dogodny do obserwacji przedpola. Znali już ten teren dość dobrze z pobytu na ćwiczeniach pod koniec poprzedniego miesiąca.
W bezksiężycową noc, we mgle i oparach blisko płynącej rzeki, przez podmokłe łąki, oddział opuszczał las powoli i czujnie. Wkrótce minęli niewielki zagajnik, rosnący na wzniesieniu z prawej strony wyboistej drogi. Teren pofałdowany, w niektórych miejscach złote dojrzewające łany zbóż. Była ciepła pogodna noc lipcowa, od południowej strony wiał lekki zefirek niosąc zapachy lipcowej roślinności. Żołnierze byli w lepszej kondycji niż poprzedniej nocy po forsownym marszu i nieprzespanej nocy. Co chwilę spoglądali na gwieździste niebo. Rozkoszując się ciepłą wonną lipcową nocą rozmyślali o kilkumiesięcznym już pobycie w leśnej grupie.
Minęła północ. Wieś Korytnica, leżąca nieopodal, spoczywała w głębokim śnie, lecz od strony Kotuszowa dochodziły odgłosy szczekania pojedynczych psów, które wkrótce zamieniło się w zbiorowe i coraz bliższe ujadanie sfory. Ujadanie zapowiadało, że albo Niemcy okrążają wieś w dobrze znanych im zamiarach, albo idąc przez wieś – zbliża się jakiś oddział partyzantów.
W takiej sytuacji porucznik „Brzoza”, idący w szpicy czołowej, zatrzymał oddział, zajął pozycję obronne. Wysłał trzyosobowy patrol w stronę cmentarza, którego kontury zaczęły zarysowywać się, w odległości około 150 metrów oraz gońca z meldunkiem do dowódcy oddziału Leona Stoli „Dęba”. I czekał na rozwój wydarzeń. Mgła była tak gęsta, że kościół parafialny i zabudowania wsi zaledwie majaczyły. Wobec powyższego Józef Romański „Orsza”, obserwator oddziału, wysunął się w pobliże czujki i śledził, co dzieje się na hałaśliwym przedpolu. Na podstawie meldunku „Orszy”, „Dąb” wydał rozkaz zajęcia pozycji bojowych, określając wszystkim środkom ogniowym kierunek ognia.
Po pewnym czasie szczekanie psów zbliżyło się jeszcze bardziej, a na wysokości cmentarza ukazało się ubezpieczenie jakiegoś maszerującego oddziału.
– Stój, kto idzie? – krzyknął Józef Florian „Orlicz”, pełniący funkcję szperacza.
Zbliżający się ludzie padli na ziemię, ale na zadane pytanie, nikt nie odpowiedział.
– Kto idzie? Odezwij się, bo będę strzelał – krzyknął jeszcze donośniej Henryk Wójcicki „Grom”, drugi szperacz.
Ale zatrzymani wciąż milczeli. Gdzieś w oddali padł strzał, a po chwili:
– My Polacy – padł donośny głos, ze strony przeciwnej.
– My także – odpowiedział wysunięty do przodu Józef Romański „Orsza”.
Wówczas Józef Mrożkiewicz „Brzoza”, podszedł do ubezpieczenia i bardzo donośnie odkrzyknął.
– Ponieważ jest mgła, proszę dowódcę oddziału na rozmowę.
– Dobrze, ale obaj bez broni w ręku.
– Zgoda, obaj będą szli z rękami odchylonymi w bok.
– Dobrze!
– Witam pana! Kim pan jest?
– Jestem „Piotr” dowódca oddziału Batalionów Chłopskich. Idziemy w Góry Świętokrzyskie.
Istotnie był to oddział Piotra Pawliny „Piotr”, dowódcy grupy partyzanckiej BCH, przejętej przez niego po śmierci Aleksandra Liszaja „Tomczyka”.
– A my AK. Oddział „Dęba”, Leona Stoli – odpowiedział porucznik „Brzoza”.
– Musiałem was zatrzymać, bo mgła, a pana żołnierze nie odpowiedzieli na wezwanie – „kto idzie”? Myślę, że się rozumiemy. Proszę, możecie przejść spokojnie. Gwarantuję słowem honoru polskiego oficera.
– To my zostaniemy, a wy przechodźcie.
– Raczej wy, bo porucznik „Dąb” z oddziałem leży na stanowiskach. Szkoda czasu.
W tym momencie nadjechała karoca, zaprzężona w dwa zaprzęgowe konie, z której wysiadł starszy szczupły mężczyzna ze schmeisserem w rękach i idąc chwiejnym krokiem, podniesionym głosem zapytał:
– A któż to was zatrzymał?
A gdy dowiedział się, że jest oddział AK, grożąc pistoletem, krzyczał:
– Wystrzelać! Wystrzelać tych sukinsynów akowców!
– Spokojnie szefie – przerwał mu Pawlina i dodał: – Myśmy się już dogadali.
– Z kim wy gadacie? Wystrzelać – s……nów akowców! Co wy macie z nimi do gadania.
Speszony, ale spokojny Pawlina, wziął Maślankę za rękę i chciał wprowadzić do karocy, ale ten stale wykrzykiwał te same słowa.
– My do Polaków nie strzelamy – odezwał się zdenerwowany „Brzoza” z oddziału AK.
– Ale jeśli spróbujecie…, to bardzo proszę. Niech pan spojrzy tam ( już nastąpił świt). Tam porucznik „Dąb”, leży na pozycjach całą kompanią. Czy widzi pan tam trzy karabiny maszynowe na stanowiskach? No proszę, niech pan strzela!
Wreszcie Pawlina uspokoił dobrze podchmielonego Józefa Maślankę „Dziadka” i pomógł mu wsiąść do bogato strojnej karocy. Oddział Pawliny świetnie uzbrojony w broń skradzioną akowcom ze zrzutu przez „Tomczyka” w Ociesękach, spokojnie przeszedł obok oddziału AK.
Po przykrym incydencie z pijanym Maślanką oddział „Dęba” bezpiecznie dotarł na miejsce stacjonowania. Zastali go mocno zdewastowany, ale oddział zaprawiony już do nocowania pod gołym niebem, doprowadził szybko swoje leża do stanu użytkowania. Strome, wysokie, poprzecinane wąwozami i jarami, porosłe gęstym, o bogatym poszyciu, mieszanym lasem wzniesienie było dobrą partyzancką bazą.
Po tym wydarzeniu stosunki między działaczami AK i BCH uległy poważnemu napięciu, ale czas stopniowo to złagodził. Walka ze wspólnym wrogiem wymagała konsolidacji wszystkich ugrupowań zbrojnych. W przyszłości w kilku przypadkach dochodziło do obopólnych porozumień, w wyniku których uzbrojenie i sprzęt wojskowy były protokólarnie przekazywane oddziałom BCH. Obwód AK Busko zobowiązany był formalnie rozliczyć się z otrzymanej broni zrzutowej i sprzętu przed Komendą Okręgu „Jodła”.









