Nad podbitym krajem rozpostarły się nagle ciemne chmury niewoli. Choć niebo w dalszym ciągu od tygodni jaśniało czystym błękitem, po którym niezmiennie przesuwało się złociste słońce, nad tą ziemią zapanował ponury mrok. Ludzie nie byli przygotowani na klęskę, chodzili więc przygnębieni z opuszczonymi głowami. Początkowo psioczyli na własnych dowódców i ubolewali, że zabrakło Wielkiego Marszałka, potem jednak zamilkli, nie wspominając nawet sojuszników, których nigdzie nie było widać. A kiedy w niedługim czasie po bohaterskiej obronie padła i stolica, grobowa cisza zapanowała wszędzie.
Cisza, która spadła na ludzi była przerażająca. Sąsiedzi spotykali się na ulicach i patrzyli sobie w oczy bez słowa, niespokojni i niepewni, co ich może czekać. Ta cisza po bitwie nie przyniosła napiętym nerwom ukojenia, ale jeszcze bardziej wzmogła napięcie. Jesień o suchych, dławiących upałach wtargnęła kładąc dodatkowy ciężar parnej suszy na zmęczone serca.
Na drogach teraz pojawiła się fala wynędzniałych uciekinierów. Ten exodus trwać będzie przez wiele tygodni. Szli obdarci, bez tobołków, piechotą, chorzy z okaleczonymi nogami. Resztkami sił wracali ze wschodu do swych domów. Gdy siadali, by odsapnąć i pożywić się, drapali się mocno zawszeni i opowiadali o zapierających dech bestialstwach dokonywanych przez kresowe mniejszości narodowe na żołnierzach i polskiej ludności cywilnej. Za nimi coraz częściej pokazywali się wracający z niewoli jeńcy wojenni. Ci znowu mówili, że zwolniono ich, bowiem wojna jest już skończona. Te hiobowe wieści służyły okupantom, którzy z bronią gotową do strzału paradowali małpując swego wodza. Widząc zachowanie się zwycięzców, ludzie byli przerażeni i coraz większy strach ich ogarniał. Nie wiedząc czego teraz mogą się spodziewać, część z nich stawała się mrukliwa i milcząca, rosła nieufność nawet do swoich, inni znowu organizowali się, by stawiać opór najeźdźcy. A przecież minęło zaledwie trzydzieści dni od rozpoczęcia wojny. Trzydzieści dni!
Mijała pierwsza dekada października, od paru dni noce były przejmująco chłodne i jasne od pełni. Rankiem w ogrodzie, brodziliśmy w rzadkich mgłach, a świat cały ociekał zimną rosą. Ogromne pajęczyny oplątywały gałęzie drzew, uginające się od srebrnych kropel. W lesie pachniało grzybami, sośniną, jesienną zgnilizną. Chociaż liście nie pożółkły jeszcze, a we dnie upał wysuszał ziemię na popiół, w powietrzu taiła się już zrezygnowana cisza jesieni – dziwne i smutne tło okupacji wypełniającej każdą wojenną godzinę. A wokół przybyło tyle świeżych grobów, że wiele z nich bezimiennych poniewierało się po polach i zagajnikach, wiele dzieci nie miało nigdy ujrzeć swoich ojców, a wiele matek nie doczeka się swych synów.
Podczas jesiennych robót w polu co trochę natrafiano na jakieś pozostałości, nie tylko sprzętu wojennego. W czasie walk nie wszystkich poległych zdołano pogrzebać na cmentarzach. Na polach, na których toczyła się bitwa pod Broniną, rolnicy wsi: Łagiewniki, Owczary, Widuchowa…, coraz częściej pod płytką warstwą ziemi natrafiali na rozkładające się zwłoki. Także tam, gdzie sądzono, że zakopane są trupy koni, okazywało się, że były to wspólne mogiły obrońców. Najbardziej jednak wstrząsnęło ludźmi znalezienie w Widuchowej zwłok jednego z młodych gospodarzy, który powołany był na wojnę jako rezerwista. Został on wcielony do kompanii, która tam walczyła i podczas walk w sąsiedniej Broninie dosięgnęła go wroga kula w lewe udo. Zapewne ranny chciał dostać się do swego domu, bo znaleziono go leżącego między rzędami kartofli na własnym polu. Nie miał nawet zbyt dużej rany, ale zapewne wykrwawił się, nim mógł otrzymać jakąś pomoc.
W mieście rozplakatowano odezwę, która wszystkich zatrudnionych obywateli wzywała do natychmiastowego podjęcia pracy. Odezwę wydały niemieckie władze administracyjne, po powołaniu starostwa w październiku 1939 roku. Ostrzegała, że bierny opór i sabotaż będą uważane za czynność wrogą, skierowaną przeciwko państwu niemieckiemu, i zwalczane wszelkimi środkami.
Busko-Zdrój, w październiku było miastem pełnym niepokojów i niepewności. Wiele domów było bez szyb, często brakowało światła. W słońcu przedziwnie pogodnej jesieni niezliczone tłumy uchodźców przewalały się jezdnią i chodnikami. Pojawili się pierwsi przygodni handlarze trzymający w rękach różnorodne towary. Ludność pochodzenia żydowskiego od początku musiała nosić na rękawach gwiazdy Dawida. Na wsi wyznaczono kontyngenty zboża i wszelkich innych produktów. Kontyngenty te były jednak tak wielkie, że przekraczały wszelkie możliwości produkcyjne i ludzie byli masowo osadzani w aresztach. Ich rodziny zaś, by żyć, mełly po kryjomu zboże w żarnach, co było również karane śmiercią lub więzieniem. Od czasu do czasu ulicami maszerował wrogi oddział w szarozielonych mundurach. Coraz częściej przejeżdżały zielone, policyjne auta niemieckie. Rozpoczynało swą działalność gestapo. Zaczynały się pierwsze rewizje, pierwsze aresztowania. Ojciec Basi i Tadka Kozłowskich, naszych rówieśników z sąsiedztwa, był jedną z tych najpierwszych ofiar Gestapo. Siedzieli właśnie wszyscy w domu, był już późny wieczór, minęła godzina policyjna. Tadek ćwiczył grę na skrzypcach. Matka sprzątała ze stołu. Gdy rozległo się natarczywe stukanie do drzwi, nikogo to specjalne nie zaniepokoiło. W owe pierwsze okupacyjne tygodnie ludność Buska nie znała jeszcze lęku, powodowanego stukaniem do drzwi po godzinie policyjnej.
– Kto tam? –
– Polizei! – Weszło ich trzech, z jakimś cywilnym volksdeutschem na czele. Od pierwszej chwili było oczywiste, że przyszli po ojca Basi i Tadka, lekarza wojskowego. Kapitan wojska polskiego Czesław Kozłowski w czasie krótkiego przesłuchania był blady, lecz spokojny – nie znano wówczas ani śledztwa gestapowskiego, ani sposobów likwidacji więźniów. Żona kapitana Kozłowskiego i dzieci stali w rogu pokoju oszołomieni nieoczekiwanym wydarzeniem, zaskoczeni tym, co się dzieje. Ojciec Basi i Tadka został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego do Oświęcimia.
Wychudła i posiwiała Hanna, żona kapitana, po jego aresztowaniu, siedziała jak sparaliżowana z płonącymi oczyma. Gdy przyszło jej rozmawiać z kimkolwiek, zawsze zaczynała pytaniem, czy są jakieś wieści z Oświęcimia, a kiedy widziała tylko bezradne rozłożenie rąk, popadała w jeszcze większe przygnębienie. Po nocach zrywała się na każdy szmer i biegła do drzwi, a nie zastawszy nikogo stała przy nich często długo, aż czasem trzeba było ją z powrotem odprowadzać do łóżka. A tymczasem dnie przechodziły w tygodnie, poczta słabo działała i żadne wieści od męża nie przychodziły.
W tym czasie nasz tato, nawiązał kontakty z tworzącą się konspiracyjną Służbą Zwycięstwu Polski (SZP). Dom nasz, ze względu na dogodne położenie, został wytypowany na siedzibę dowódcy obwodu tej organizacji. Rodzice zdawali sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo grozi rodzinie w razie wpadki. Jednak zwyciężyło przekonanie, że gdy ojczyźnie zagraża wróg, obowiązkiem obywatelskim jest jej obrona. Rozpoczęła się działalność konspiracyjna. Już w październiku 1939 roku w naszym domu zamieszkał pierwszy komendant Służby Zwycięstwu Polski na Obwód Busko-Zdrój, występujący pod nazwiskiem Mleczko „Sęp”. W styczniu roku 1940 jego miejsce zajął komendant Obwodu Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) major dyplomowany „Srogi” – Wacław Ćmakowski. Z jego przybyciem praca w organizacji Obwodu nabrała rozmachu i charakteru czysto wojskowego. W końcu 1940 roku struktura terytorialna i organizacyjna oraz obsada Komendy Obwodu były w pełni gotowe do sprawnego działania. Łączniczką osobistą Komendanta była Zofia Kozłowska pseudonim „Kłos”. Srogi przebywał w naszym domu z przerwami do sierpnia 1944 roku, pod nazwiskiem Jan Suwała. Kwatery zmieniał ze względu na bezpieczeństwo. Mieszkał również między innymi w Łagiewnikach, w domu państwa Kubickich. Porucznik Kazimierz Kubicki – junior, pseud. „Lew”, był adiutantem Srogiego. W 1985 roku odnalazłem córkę „Srogiego”, panią Barbarę Opowicz, która pracowała w Polskiej Akademii Nauk – opowiedziała mi powojenne losy swojego ojca, który w niewyjaśnionych okolicznościach w 1962 r. zginął tragicznie na torach kolejowych pod Jędrzejowem. W wielu publikacjach podaje się nieprawdziwe informację o adresach, pod którymi kwaterował „Srogi” Wacław Ćmakowski. „Srogi” mieszkał w naszym domu od stycznia 1940 r. do sierpnia 1944 r. Mieszkanie jego znajdowało się na piętrze, a okno wychodziło na obecną ul. Wojska Polskiego. Fakt ten potwierdzają również znalezione w naszym domu w 1972 r. dokumenty, które przekazane zostały do Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie. W 2001 r. podczas remontu domu, moja siostra Anna Gładyś, znalazła ukryte na strychu, kolejne dokumenty: konspiracyjną gazetkę, „W Jedności Siła” nr 79/22, z 23 maja 1944 r. oraz trzy meldunki pisane na maszynie i jedną notatkę odręczną napisaną ołówkiem kopiowym. Odnalezienie gazetki, stanowi dużą wartość historyczną. Jest to jedyny egzemplarz tego pisma zachowany do dzisiejszych czasów.
Gdy Srogi kwaterował u nas, wychodził czasem do państwa Wandy i Józefa Kozłowskich, u których znajdował się punkt kontaktowy AK. Bywał również u Bąkowskich, naszych sąsiadów. Pan Michał Bąkowski, porucznik Borsuk, wykładał w szkole podchorążych Armii Krajowej.
W naszym dom, traktowaliśmy „Srogiego” jak członka rodziny, siadał z nami przy stole do posiłków. Kiedy warunki na to pozwalały, „Srogi”, ojciec i mój najstarszy brat Jędruś słuchali audycji radiowych z Londynu. Po audycji radio trzeba było starannie ukryć w drwalce. W naszym domu „Srogi” organizował tajne spotkania i odprawy z podległymi mu oficerami i łącznikami komendy Okręgu „Jodła”. Tu zapadały najważniejsze decyzje. Stąd płynęły odpowiednie rozkazy i polecenia. Tu spływały meldunki o wykonaniu postawionych zadań. Prowadzono u nas również szkolenia dowódców pododdziałów i kolportaż tajnych gazetek. Ojciec był członkiem AK, posiadał pseudonim „Herb”. Był członkiem Komendy Obwodu Busko „Borsuk”, aż do rozwiązania AK w styczniu 1945 roku, współpracował z Ludwikiem Kułagą pseudonim „Kamień”, należał do grupy Tadeusza Durnasia pseudonim „Drelka”. Nasz dom dał schronienie przed Niemcami dwóm księżom jezuitom. Przez pewien czas ukrywała się u nas Cesia – Żydówka, której udało się uciec z pogromu dokonanego przez hitlerowców w Pińczowie.
W takim nastroju i przygnębieniu mijały pierwsze tygodnie i miesiące okupacji. Zbliżały się pierwsze okupacyjne święta Bożego Narodzenia. Dnie były mroźne i jasne. Stwardniała ziemia, ubieliły się dachy, a na drzewach szron się wdzięczył do bladego słońca. Wieczory adwentowe były długie jak wieczność. Na dworze z ołowianych chmur sypała śnieżna zadymka i poczęła kołatać do okien, jakby mówiła: „Nie czujecie mnie, to choć posłuchajcie”. Zima 1939-1940 roku była jedną z najstraszliwszych polskich zim. Brakowało opału. Ludzie wkładali kożuchy, tupali nogami, markotnie spoglądając na złowieszcze sine chmury, widoczne na krańcach widnokręgu. Każdy chował nos w szalik, chuchał w dłonie i poszukiwał ciepłego schronienia. Po ulicach miasta krążyły patrole niemieckiej żandarmerii. W ośnieżonym lesie, daleko roznosił się łoskot siekiery, płosząc dzięcioły i wiewiórki. To brat Jędruś wycinał młodego świerka i nucił sobie bez ustanku. Błyszczały mu oczy, uśmiechały się usta, bawił się tą mozolną robotą i pośpieszał gorączkowo, by go kto nie spostrzegł. O zmroku wracał z choinką do domu. Śnieg sypał wielkimi płatami, gdy wchodził na podwórze.
W domu, od rozpalonego pieca biło przytulne ciepło. W choinkowych świecidełkach odbijały się płochliwe płomyczki świeczek. Cały dzień wigilijny mama chodziła zamyślona i smutna, popłakując co trochę, ale szykowała wieczerzę z tradycyjnych dwunastu dań. Gdy jednak wieczorem wszedł ojciec do domu z wiązką siana, rozpłakała się jeszcze bardziej, wyszła do drugiego pokoju i ukrywszy twarz w dłoniach uklękła i zaczęła się modlić. Stamtąd ledwie ojcu udało się ją sprowadzić na wieczerze wigilijną.
Po świętach dnie ciągnęły się długo przeplatane mrozem i szarugą. Teraz codziennie w gospodarstwie naszych sąsiadów odbywała się młócka zboża. Pod groźbą śmierci okupant domagał się zboża z każdego hektara, a tu nie miał kto młócić. Kierat u Zdanowskich był popsuty od uderzenia pocisku jeszcze w pierwszych dniach wojny, pozostały cepy, ale nie miał tego kto robić. Dorośli synowie nie byli obecni w domu, pozostały tylko trzy córki i nieletni syn, Rysiek. Codziennie więc Stefan Zdanowski z synem Ryśkiem szli do stodoły, a z nimi nasz brat Jędrek i starali się wymłócić chociaż kilkadziesiąt snopków. Rysiek i Jędrek byli chętni do pomocy, ale do tej pracy brakowało im jeszcze sił i doświadczenia. Kilka tygodni po Nowym Roku chwycił nagle silny mróz; padający śnieg, zawieja i zadymka, zasypały drogi, ulice i obejścia domów. Zmuszało to do ciągłego odśnieżania zasypanych dojść do budynków gospodarczych i do ulicy. Uniemożliwiało również Jędrkowi rąbanie drewna na opał. Pewnego dnia Jędrek i Jadwinia, przerwali odśnieżanie, przyszli do domu, by się ogrzać. W kuchni po przytrzymaniu chwilę rąk przy palenisku Jędrek zobaczył przez okno, idącego do naszego domu mężczyznę. Jego zarost i ubranie wskazywały na kogoś obcego. W tej chwili podeszła do Jędrka mama i oparłszy się o jego ramię patrzyła także na zbliżającą się osobę. W pewnym momencie mama bez słowa odwróciła się i wybiegła do idącego powoli wujka. Leon Skrzyszewski był nadleśniczym w Worochcie, dzisiaj w granicach Ukrainy. Żonę wujka Władysławę we wrześniu 1939 roku zamordowali Ukraińcy. A jego aresztowało NKWD. We Lwowie podczas załadunku do bydlęcych wagonów kolejowych, przygotowanych do transportu więźniów do łagrów Syberii, udało mu się uciec. Różnymi środkami komunikacji i na piechotę, przez Rumunię, Węgry i Czechosłowację dotarł do Polski i był w drodze do rodzinnych Kielc. Wrócił obdarty, zarośnięty i wynędzniały, ale zdrowy i cały. Był przez wszystkich domowników witany serdecznie, bowiem dochodziły wieści o jego wywózce.
W mieście bieda stawała się powszechna. Wydawanie żywności na kartki prowadzone było przez wytypowane większe sklepy spożywcze, w których mieszkańcy zameldowani na stałe musieli wpisywać się na listy klientów, podając jednocześnie ilość członków rodziny. W Busku przydziały realizowane były przez Konsum „Społem” oraz sklepy należące do: Heleny Kędry, Jana Żurka, Anieli Massajady, Tadeusza Siwczyńskiego i Marii Włodarskiej. Miesięczne normy żywnościowe były głodowe, a konieczność dokupienia reszty żywności na ograniczonym wolnym rynku postawiła ludność miejską przed katastrofą wyniszczenia. Od dawna nie było takich artykułów jak sól, cukier, mydło czy nafta, nie mówiąc już o herbacie. Początkowo jakoś obywało się bez nich. Przyzwyczajono się do jedzenia bez soli czy cukru. Herbatę zastępował karmel wytwarzany przez mamę z odrobiny przypalonego cukru i wody; do słodzenia cukier zastępowała sacharyna. W domach, w których nie było elektryczności, przy braku nafty robiono kaganki tłuszczowe, potem z łusek amunicyjnych wytwarzano karbidówki. Coraz częściej ludzie z miasta wyjeżdżali na wieś w poszukiwaniu żywności. Gdy jednak w drodze natknęli się na patrol żandarmerii niemieckiej, stawało się to przyczyną nieszczęścia, a nawet tragedii. Niemal każdej nocy, zwykle przed świtem, odbywały się łapanki ludzi na wywóz do Rzeszy, gdzie musieli pracować w upodleniu dla niemieckich panów. Nasza sąsiadka, pani Maria Zdanowska, miała zawsze pewne informacje o łapankach i w takim dniu około godziny czwartej nad ranem, pukała do okna naszego domu i wołała – „panie Chruśliński, łapanka!” Na ten sygnał ciocia Zenia, Jędrek i Jadwinia natychmiast przenosili się do bunkra wykopanego i zamaskowanego w ogrodzie. Nasza kuzynka Krysia Smogór padła ofiarą takiej łapanki i została skierowana na przymusowe roboty do Niemiec. Na szczęście udało się rodzinie wykupić ją od Niemców, już z transportu kolejowego. W miarę wydłużania się dni i zbliżania się wiosny rosła nadzieja. Ludzie powtarzali sobie: „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej” i po cichu, z dumą rozprawiali o wyczynach żołnierzy Hubala, którzy nie złożyli broni. Nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, że wkrótce Anglia i Francja rozprawią się z brunatnym najeźdźcą i skończy się wojna. Wróg nie dał jednak odetchnąć, ani się nawet dziwić, ruszył z wiosenną ofensywą 1940 roku, i wkrótce zajął Paryż, szedł dalej ,gdzie iść mógł i wkrótce większość kontynentu znalazła się pod jego butem. W tym czasie wiara w militarną potęgę Polski prysła. Do wielu ludzi dotarła smutna prawda, że nasz kraj nie może liczyć na pomoc sojuszników. Polska na długie lata pogrążyła się w oparach szarości okupacyjnej nocy.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)






Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem oba odcinki powieści Jana Chruślińskiego „Od zmierzchu do świtu”, i muszę przyznać, że od lat nie przepadam za prozą okupacyjną, wojenną i rozliczeniową, to jednak opowieść pana Jana uwiodła mnie prawdziwością, prawdą o tamtych czasach, ale bez przesadnego ciężaru pomnikowych wspomnień. Nazwałbym tę opowieść relacją filmowca rejestrującego świat chłodnym okiem kamery. Opisywane postacie są jakie są, rodzina, znajomi, niemiecka policja, przesłuchania i łapanki, tak jak na wojnie, ale z innej, bliższej perspektywy, bez ważenia i rozsądzania dziejowych sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Uważam, ze jest to bardzo udana powieść, warta czytania i polecania innym. Szymon Koprowski.