Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. X

0

Po dramatycznych wydarzeniach z udziałem ekipy Wolanda nastały dni spokoju i kojącej ciszy. Słońce wschodzące nad campingowym dworkiem Artura Niewiadomego od kilku dni zachowywało się wyjątkowo przyjaźnie. Promienie padające na okolicę niosły ze sobą serdeczność matczynej dłoni, jednym muśnięciem przywracającej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Artur korzystał z błogosławieństwa cudownie rozleniwiającej natury. Czuł się jak liść unoszący się na powierzchni gładkiej wody. Jest dobrze i oby stan taki trwał bez końca. Tymczasem w bliższej i dalszej okolicy dokonywały się zadziwiające zmiany. Szkoła księdza Farnego nie zmieniła szyldu, pozostał w nazwie przymiotnik: katolicka, mimo to całkowicie zmienił się sposób zarządzania i kontroli. Nowym dyrektorem został także ksiądz, ale z tytułem doktorskim z filozofii i psychologii, z prawdziwie chrześcijańskim podejściem do metod wychowania na zasadzie współżycia w duchu tolerancji. Ksiądz doktor długo kompletował kadrę nauczycieli, dzięki czemu placówka w błyskawicznym tempie pięła się w rankingu najlepszych szkół w regionie. Dobre zmiany objęły także lokatorów domu rodzinnego Krzysia. Jego mama coraz częściej pojawiała się poza swoim pokojem i nawet stała się rozmowna, wypytywała syna o szkołę, czy jest zadowolony i jakie ma plany. Innym razem, co nie zdarzyło się nigdy do tej pory, wybrali się we trójkę, to znaczy: Krzyś, mama i jego tata, do dziadka Artura! Jednym słowem życie rodziny Niewiadomych, w porównaniu z minionymi latami, stało się wręcz sielankowe. Jednak nie dotyczyło to wszystkich, bowiem dziadek Artur zaczął popadać w dziwny stan, którego nie potrafił sprecyzować, co w niczym nie umniejszało jego dokuczliwości. Owa nienazwana dolegliwość była piekącą tęsknotą za… No właśnie, tu zaczyna się obezwładniający problem Artura Niewiadomego: tęsknota bez konkretnych kształtów, mimo to burząca spokój, spędzająca sen z powiek, odbierająca chęć i potrzebę zabierania się za cokolwiek. Artur zdawał sobie sprawę tylko z jednego: dolegliwości pojawiły się wkrótce po odejściu Wolanda i jego ekipy. Od kilku dni czuje się jak pies, któremu odebrano wolność. Najchętniej usiadłby przed swoim domem i wył do księżyca. Dopadł go depresyjny robal i wgryzał się coraz głębiej w ciało i duszę. Artur nie mógł znaleźć sobie miejsca, ale nie chodziło o jakiś konkretny kąt ani teren z widokiem na coś tam, tylko o wielki niepokój nie pozwalający mu usiąść, jak jeszcze niedawno, na leżaku przed domem z książką w dłoni. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie Liwia. Ona była jedynym jasnym punktem w jego coraz bardziej ponurej codzienności. Tym bardziej że jej nieobecność to stan chwilowy. Zabrzmi to niedorzecznie i nieco makabrycznie, ale wszystko co najlepsze dopiero przed nimi, na dodatek nie krępowane żadnymi terminami i gwarantowane przez samego Wolanda.
Artur Niewiadomy nigdy nie był zadufanym w sobie bubkiem, mimo że często myślał o sobie: jestem człowiekiem wrażliwym, inteligencji też mi nie brakuje, chociaż akurat tego cymesu nigdy za wiele, a minione dwa tygodnie poświęcone wnukowi, szkole, wizytom w Stumilowym Lesie i wynikłe z tego konsekwencje, były najlepszym dowodem potwierdzającym celność jego przeświadczenia o własnej osobowości. Krótko mówiąc, jest człowiekiem subtelnym i niewątpliwie wrażliwym ponad przeciętną, co nie wyklucza deficytu innych cech.
Otóż rozmyślając tak z lekkim bólem głowy nad wydarzeniami minionych dni, sprowokował nagłą i skuteczną jak cios w podbródek konstatację, że wbrew pozorom i własnym przekonaniom jest niewydolnym intelektualnie i emocjonalnie, prymitywnym organizmem żyjącym głównie dzięki umiejętności trawienia.
Cios mocny i zasłużony, bo jak można doświadczyć diabła bez wiary w Boga? Przecież jeden bez drugiego nie istnieje!
Artur Niewiadomy, poruszony tym drażliwym odkryciem, poczuł się jak kontener na śmieci wypełniony po brzegi przeróżnymi odpadami, w tym także skrawkami wiedzy, teorii z różnych dziedzin, także spiskowych. Jego pozorna erudycja, cytaty i pojedyncze wersety zaczerpnięte z Biblii, którymi doprowadził do szału księdza Farnego, to nic innego, jak dobra pamięć, a tak naprawdę ledwie tyle, żeby błysnąć na rodzinnej imprezie. No przecież tak nie powinno być! Wszystko o czym myślał do tej pory, albo opowiadał, to jakieś zgrabne, anegdotyczne okruchy przynoszące chwilowy spokój niczego nie wyjaśniając. Jeżeli jest zdrowy na umyśle, a historia z Wolandem nie była urojeniem, to zmarnował szansę, jaka się już nigdy nie nadarzy. Głupiec!, nawet nie spróbował namówić go na kilka zdań o boskości świata, i na samą myśl, że władca ciemności, król piekieł, przybliża mu Boga, Artur roześmiał się głośno. To śmieszne czy niemożliwe? Nieważne. Nie wszystko musi być zgodne ze skostniałymi regułami wypracowanymi przez twórców najbardziej oderwanej od rzeczywistości instytucji współczesnego świata.
Artur miał wielką ochotę pójść jeszcze raz z egzemplarzem „Mistrza i Małgorzaty” do Stumilowego Lasu, przywołać Wolanda po raz wtóry, jednak wewnętrzny głos rozsądku stanowczo mu to odradzał. Nie może przecież, ot tak, z powodu chandry przywoływać księcia ciemności, bo nie jest on psychiatrą dyżurującym pod alarmowym numerem telefonu dla pogubionych. Nie ma co ryzykować. Raz się udało i chwała za to. Sympatia kogoś takiego może w każdej chwili zmienić się w niechęć, albo nie daj Boże w rozdrażnienie, co w obu przypadkach byłoby straszne. Wiadomo, że ekipa Wolanda ma takich jak on, ksiądz Farny i cała reszta, na pęczki liczone w milionach.
Można mu tylko współczuć…
W końcu Artur dał sobie słowo, że już nigdy nie przeczyta na głos choćby jednego zdania z „Mistrza i Małgorzaty”, okazując w ten sposób szacunek i wdzięczność gościom przybyłym do niego z krainy czarnych snów. W takim razie będzie musiał poszukać jakiegoś innego tekstu. Tylko jakiego?
Mimo kiepskiego samopoczucia całe popołudnie i wieczór przerzucał z miejsca na miejsce dziesiątki tomów. Zdejmował z półek, wertował, odkładał tam, skąd je wziął i zabierał się za inne książki, te zamknięte w szafie, ukryte w tapczanie i kilku sporych pudłach poupychanych w ciemnych kątach, żeby nie przeszkadzały w codziennej krzątaninie. Po kilku godzinach bibliofilskiej harówki usiadł z kwaśną miną na kanapie. Porażka na całej czytelniczej linii, ponieważ nie potrafił zdecydować, z której książki mógłby przywołać do Stumilowego Lasu kogoś w przybliżeniu tak doniosłego jak messer Woland.
– Cholera, przecież to niemożliwe! – zniesmaczony uderzył otwartą dłonią w udo z taką siłą, że aż syknął z bólu. Roztarł uderzone miejsce, coś tam jeszcze nieeleganckiego mrucząc pod nosem, po czym wstał i poszedł do kuchni, a raczej niewielkiego aneksu przeznaczonego do przygotowywania prostych posiłków. Z brzuchatej lodówki wyjął zmrożoną butelkę wódki i sok jabłkowy. Zmieszał oba płyny w szklance, w proporcji trzy do jednego, gdzie trzy stanowił sok, i wrócił na kanapę. Umoczył usta w drinku pachnącym sadem i zamyślił się, a właściwie zawiesił w bezrefleksyjnej przestrzeni przypominającej mu o swoim istnieniu niezbyt głośnym szumem w uszach. Znieruchomiał ze szklanką przy ustach, zapatrzony bez żadnych intencji w granatowy, prostopadłościenny przedmiot leżący na podłodze miedzy regałem a szafką, na której stał telewizor. Powoli zapadał w pustkę, pozbawioną w tym momencie podstawowych właściwości, i byłby utonął w niej, tracąc kontakt z otulającą go rzeczywistością, gdyby dłoń, którą przestał odczuwać i kontrolować, nie wypuściła z odrętwiałych palców szklanki z jabłkowym drinkiem, a ta nie stuknęła o podłogę, ochlapując mu spodnie. Artur wciągnął głośno powietrze, popatrzył na leżące szkło i mokrą plamę pachnącą wczesnymi papierówkami, a potem przeniósł wzrok na granatowy prostopadłościan, na którym jeszcze przed chwilą znieruchomiało jego spojrzenie. To było Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, bogato ilustrowane i oprawione w ciemnoniebieskie płótno.
„A może to jest właśnie moja nowa szansa?” – pomyślał i w tym momencie przestał przejmować się rozlanym drinkiem.
– Tak! – ożywił się mimo bardzo kiepskiego samopo-czucia. – To jest to! – poczuł nawet coś w rodzaju euforii. – Wóz, przewóz! Jeżeli udało się ze Szwejkiem i Wolandem, dlaczego nie miałoby się to powtórzyć z… z… No właśnie, tylko z kim?
Artur popadł w zadumę, marszczył brwi i zastanawiał się kogo, by z tej księgi ksiąg wywołać i o co właściwie zapytać? To nie jest ani proste, ani oczywiste. Czytanie Biblii, zaglądanie do niej, rozmyślania nad jej treścią – to jedno, ale spotkać się twarzą w twarz z którymś z opisanych w niej bohaterów, to zupełnie inna bajka. Właściwie rzecz nie do wyobrażenia, co nie znaczy, że nie można spróbować.
Artur starł z podłogi wonną kałużę, poszedł do kuchenki i przygotował jeszcze raz to, co przed chwilą rozlał. Zanim usiadł na kanapie, przysunął bliżej stolik, postawił na nim szklankę z jabłkowym drinkiem, sięgnął po duże, ciężkie tomisko, po czym ułożył je na kolanach. Przymknął powieki i pochylił głowę tak mocno, że brodą dotknął piersi. Zastygł w tej pozycji, ale po chwili przesunął lewą dłoń na okładkę Biblii. Zacisnął zęby, starając się przeniknąć myślami do jej wnętrza, a im bardziej skupiał się na tej czynności, tym wyraźniej czuł delikatne drgania i szelest setek stron, spomiędzy których wydobywało się mnóstwo dźwięków: rozmowy pełne wzburzenia, płacz i śmiech, krzyki rozpaczy, wrzawa bitewna, dudnienia gromów i dźwięk trąb. Tumult nie do opisania. Artur otworzył oczy i zachłannie łapał powietrze otwartymi ustami. Skupiony na przenikaniu zawartości Biblii, zapomniał o oddychaniu i kilkanaście sekund trwał w bezdechu. Kiedy już ukoił płuca, wsunął palec wskazujący pomiędzy karty Biblii i otworzył ją na oścież, która to oścież, przypadła na strony 130 i 131 Księgi Liczb i fragment:
Naruszenie szabatu. Artur zaczął czytać:
„Gdy Izraelici przebywali na pustyni, spotkali człowieka zbierającego drwa w dzień szabatu. Wtedy przyprowadzili go ci, którzy go spotkali przy zbieraniu drew, do Mojżesza, Aarona i całego zgromadzenia. Zatrzymali go pod strażą, bo jeszcze nie zapadło postanowienie, co z nim należy uczynić. Pan zaś rzekł do Mojżesza: „Człowiek ten musi umrzeć – cała społeczność ma go poza obozem ukamienować”. Wyprowadziło go więc całe zgromadzenie poza obóz i ukamienowało według rozkazu, jaki wydał Pan Mojżeszowi.
– Za coś takiego kamienować? – Artur zatrzasnął Bi-blię, a potem zamknął oczy i powtórzył zabieg z wsunięciem palca pomiędzy karty księgi. Tym razem otworzył ją na stronie 694 i czytał o fałszywych prorokach, a potem o znaczeniu „brzemienia Pańskiego”. Wszystko co czytał, dotyczyło gniewu Pana za nadużycia proroków i wypowiadających pomimo wyraźnego zakazu wyrażenia: „brzemię Pańskie”, odwracając sens słów Boga żywego, Pana Zastępów, i jeśliby jeszcze kapłan, prorok czy ktokolwiek powiedział: „brzemię Pańskie”, zostanie ukarany wraz z domem swoim.
– O mój biedny Mojżeszu, dlaczego wasz świat jest pełen surowych nakazów i zakazów i nawet krwawych kar za łamanie ich? A najgorsze w tym wszystkim jest to, że twój Pan stosuje odpowiedzialność zbiorową! Nie widzisz tego?
Artur zatrzasnął okładki Biblii jak drzwi domu, z którego został wyproszony. Takie zrodziło się w jego głowie skojarzenie… Mimo to, a właściwie dzięki niemu pomyślał, że powinien zaraz, bez chwili zwłoki, wybrać się do Stumilowego Lasu z tą najtragiczniejszą w dziejach człowieka epopeją. Jak tylko o tym pomyślał, poczuł na policzkach gorące igiełki podniecenia. Nie ma co dłużej się zastanawiać, pójdzie do lasu czytać Biblię. Wóz przewóz, a nuż dostąpi rzeczy nieprawdopodobnej, czyli spotkania z kimś, kto miał kontakt z samym Bogiem. Najlepiej, żeby to był Mojżesz.
– Tak jest! Będę czytał o Mojżeszu! Niech się dzieje, co chce!
Artur zebrał się w błyskawicznym tempie. Założył kurtkę, tę co zwykle, z wieloma kieszeniami. Do jednej schował latarkę, a do drugiej zapalniczkę i na wszelki wypadek świeczkę. Do zabrania pozostał leżak, no i Biblia ważąca chyba półtora kilograma, ale to drobiazg, Artur był tak poruszony tym, co może się wkrótce wydarzyć, że nie przejmował się ani wagą grubaśnej księgi, ani nieporęcznym leżakiem, tylko stawiał coraz dłuższe kroki zapatrzony w zbliżającą się w szybkim tempie ciemnozieloną plamę. Kiedy dotarł do pierwszych choinek Stumilowego Lasu, zatrzymał się i spojrzał za siebie, w stronę domostwa. Pomyślał, że jeszcze może wrócić, zrezygnować z próby wywołania żyjącego na stronach Biblii bohatera, bo jeśli się uda, a to co usłyszy zburzy porządek, jaki obowiązywał do tej pory, to co wtedy? Gdyby był głęboko wierzący, a poznałby fakty rujnujące jego dotychczasową wiedzę, mógłby popaść w depresję i już się od niej nie uwolnić, ale jemu taki dramat raczej nie grozi. Mimo to ociągał się, wzdychał i patrzył spłoszony w głąb lasu. To nie był strach, tylko trema, w końcu spojrzenie prosto w oczy Mojżeszowi albo Abrahamowi, to nie to samo, co spotkanie z grubiańskim księdzem Farnym. Zaraz się przekona, jak to jest stanąć przed jedną z legendarnych postaci czasów biblijnych. Niech się stanie, co ma się stać!
Jeśli się stanie…
Artur pochylił głowę i wszedł miedzy choinki, rozglądając się za miejscem, gdzie zwykł czytać ulubione książki. Stumilowy Las milczał pełen skupienia. W żadnym innym miejscu nie spotkał tak uduchowionej ciszy, dającej jednocześnie niezrozumiałe w swej intensywności poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Taki był ten las.
Artur wiercił się chwilę na rozłożonym leżaku, a kiedy już umościł się należycie, zapalił knot świecy i ustawił ją na pniu pomiędzy ogarkami zatopionymi w zastygłej stearynie, następnie ułożył Biblie na kolanach i długo wpatrywał się w granatową okładkę ozdobioną reprodukcją witrażu „Bóg Ojciec”, projektu Stanisława Wyspiańskiego, aż w końcu szybkim ruchem ręki otworzył księgę. Natrafił na „Pierwszą Księgę Machabejską” – Przymierze Judy z Rzymianami.
– To nie to – mruknął, zamknął Biblię i za chwilę po-wtórzył manewr z otwarciem jej na chybił trafił.
Tym razem otworzył na pierwszej stronie „Księgi Wyjścia”. Przeczytał o narodzinach Mojżesza, o tym jak matka ukryła go w kołysce wykonanej z wikliny powleczonej żywicą i smołą, a potem umieściła pośród sitowia na brzegu rzeki. A gdy już przeczytał ten ustęp, spojrzał na pierwsze wersy opowieści: Mojżesz w ziemi Madian, i ten fragment zaczął czytać głośno i dobitnie.
W tym czasie Mojżesz dorósł, poszedł odwiedzić swych rodaków i zobaczył, jak ciężko pracują. Ujrzał też Egipcjanina bijącego pewnego Hebrajczyka, jego rodaka. Rozejrzał się więc na wszystkie strony, a widząc, że nie ma nikogo, zabił Egipcjanina i ukrył w piasku. Wyszedł znowu nazajutrz, a oto dwaj Hebrajczycy kłócili się ze sobą. I rzekł do winowajcy: „Czemu bijesz twego rodaka?”. A ten mu odpowiedział: „Któż cię ustanowił naszym przełożonym i rozjemcą? Czy chcesz mnie zabić, jak zabiłeś Egipcjanina?”. Przeląkł się Mojżesz i pomyślał: „Z całą pewnością sprawa się ujawniła”. Także faraon usłyszał o tej sprawie i usiłował stracić Mojżesza. Uciekł więc Mojżesz przed faraonem i udał się do kraju Madian, i zatrzymał się tam przy studni.
A kapłan Madianitów miał siedem córek. Przyszły one…
Artur nie dokończył zdania, niespodziewany podmuch wiatru zdmuchnął płomyk świecy.
– A skąd tu wiatr o tej porze – burknął pod nosem i sięgnął do kieszeni kurtki po zapalniczkę, i ponownie zapalił knot świecy. Już miał kontynuować przerwany tekst o Mojżeszu i córkach kapłana Madianitów, kiedy w zaroślach rosnących pomiędzy choinkami coś zaszeleściło, trzasnęły deptane gałązki i spośród zielonej gęstwiny wyłonił się zupełnie przeciętny mężczyzna. Miał na sobie brązową bluzę z kapturem, czarne, poprzecierane na kolanach dżinsy i skórzane, rozdeptane sandały. Posiwiałe, długie włosy zebrane w ogon opadały mu na plecy.
Kiedy ów mężczyzna wyszedł z zarośli, pierwszą myślą Artura było, że ma przed sobą zabłąkaną duszę, może grzybiarza, ale nie tego, którego usiłował zwabić, czytając Biblię. Tymczasem nieznajomy wsunął ręce do kieszeni bluzy i odezwał się w te słowa:
– I po coś mnie wezwał, ciekawski człowieku? Myślisz, że wyjaśnię ci wszystko, co cię nurtuje, a w twojej głowie natychmiast zapanuje spokój? – mówiący te słowa, mimo wyraźnie ironicznego tonu, uśmiechał się przyjaźnie.
– Może na początek przedstawię się – Artur wstał z leżaka i wyciągnął dłoń. – Jestem Artur Niewiadomy, mieszkam niedaleko stąd i… i to właściwie tyle – uśmiechnął się zażenowany.
– Spokojnie, nie musimy się przed sobą z niczego tłu-maczyć – mężczyzna także wyciągnął dłoń. – Nazywają mnie Mojżesz, czy to wystarczy?
– Powiedzmy, że tak… – w głosie Artura nie było za grosz pewności.
– Widzę, że nieźle się zamotałeś, ale skoro zapragną-łeś spotkania z biblijną postacią, to czyń teraz honory domu, w końcu jestem twoim gościem, prawda? – Mojżesz uśmiechnął się filuternie.
– Wszystko prawda, tylko twój strój nijak mi nie pasu-je do czasów, z których przybywasz.
– A co ty myślałeś, że przyjdę do ciebie w długiej sukni przepasanej sznurem, z rozczochraną brodą i dwiema kamiennymi tablicami po sto kilogramów każda? I może jeszcze będę gadał po hebrajsku albo aramejsku? Daruj sobie… A już tak całkiem poważnie, to sytuacja, w którą nas wpędziłeś, prawdę mówiąc nie powinna się wydarzyć no bo skąd pomysł, żeby wywołać mnie z dzieła, które w dużej części powinieneś traktować jak legendy o trójgłowych smokach i latających dywanach. Pomyśl nad tym w ten sposób i ciesz się, że twój niedojrzały umysł i geniusz tego miejsca potrafiły zmaterializować moją literacką postać, nadając jej w miarę współczesny wygląd. Masz w tym udział jako spadkobierca i nosiciel treści tej dumnej księgi, nawet jeśli nie dzieje się
to całkowicie świadomie. Ot i wszystko…
– Zaraz, zaraz, czyli jak mam to rozumieć?
– Mógłbym odpowiedzieć niezbyt dyplomatycznie: jak sobie chcesz, ale nie uczynię tego. Natomiast mam propozycję, oczywiście jako najzwyklejszy gość, ponieważ, jak sam powiedziałeś, mieszkasz niedaleko, byłbym ci wdzięczny za gościnę: chwilę odpoczynku w fotelu z pucharem chłodnej wody. Okropnie bolą mnie nogi.
– Ależ oczywiście! Tuman ze mnie! Ktoś taki w moich skromnych progach, kto by pomyślał! – Artur zamknął Biblię, złożył leżak i poprowadził gościa w stronę domu.
Po drodze milczeli, Mojżesz rozglądał się na boki, natomiast Artur usiłował zapanować nad nawałnicą myśli, jaka mu się jeszcze nigdy nie przydarzyła, a kiedy już znaleźli się na podwórku, Mojżesz zapytał:
– A cóż to za dziwna budowla?
– To moje skromne domostwo, przyczepy campingo-we, czyli domy na kołach podczepiane do samochodów, takich samojezdnych urządzeń, które… i ten… Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć – Artur zaplątał się, zdał sobie sprawę, że różni ich grubo ponad dwa tysiące lat postępu
– Chcesz powiedzieć, że to coś na podobieństwo we-hikułów Ezechiela?
– O, to, to! Oczywiście w wielkim przybliżeniu, ponieważ…
– Arturze, nie gorączkuj się – Mojżesz przerwał mu, spoglądając na niego z wyraźną sympatią. – Usiądź, proszę, a ja podam ci wody, ponieważ widzę, że nie wytrzymujesz zderzenia przeszłości z teraźniejszością.
– Trudno zaprzeczyć – Artur obserwował zdumiony, z jaką lekkością i znajomością miejsca poruszał się jego biblijny gość. – Przepraszam cię, dostojny Mojżeszu, ale skąd wiedziałeś, gdzie ukrywa się woda, i jak ją uwolnić z rur, których w twoich czasach…
– Nie bądź śmieszny, Arturze, czyż ja, człowiek spoty-kający się z Bogiem, miałbym nie domyśleć się, do czego służą te śmieszne pokrętła umieszczone po obu stronach urządzenia przypominającego pewien męski szczegół? – Mojżesz zaśmiał się rozbawiony i podał mu szklankę z wodą.
Artur łapczywie wypił jej zawartość, odstawił na stolik i pokonując drżenie głosu, zwrócił się do swojego gościa:
– Wbrew temu, co mnie spotyka od kilku dni i prak-tycznie przeczy zdrowemu rozsądkowi, spytam cię wprost: czy ty naprawdę spotykałeś się z Bogiem na górze Synaj, rozmawiałeś z Nim i dostałeś tablice z przykazaniami?
– Mój drogi gospodarzu, nie wiem czy uczynię spu-stoszenie w twojej duszy, czy nie, ale skoro pytasz, odpowiadam: nigdy Go nie widziałem ani nie słyszałem, ale prawdą jest, że spędziłem na górze trzy dni, ponieważ tyle potrzebowałem, żeby wykuć na przygotowanych wcześniej tablicach dziesięć przykazań. Cała ta mistyfikacja po to, żeby zapanować nad ludem. Tłuszcza musi się bać, wyczuwać potęgę władzy i nieuchronność jej wyroków. A ponieważ cugle ziemskiego pochodzenia nie wystarczały, żeby okiełznać rozbisurmaniony, pełen pretensji lud, wziąłem udział w spisku tworzenia mitu władzy boskiej. Otóż po naradzie i za zgodą Aarona, Adaba, Abihu i siedemdziesięciu ze starszyzny Izraela, odbyłem wyimaginowane spotkanie z Panem wszelkiej rzeczy, spisałem wszystko co niezbędne do rządzenia ludem w formie księgi znanej z Biblii jako „Księga Przymierza”. Następnie przyszedł czas na ołtarz, ofiarę całopalną i biesiadną z cielca, no a potem „wezwał” mnie Pan na górę Synaj po kamienne tablice. Ot i cała prawda. Bolesna, i to nawet bardzo bolesna, albowiem odkrywa pustkę. Ale powiem ci, że owa pustka albo jej brak, zależy wyłącznie od ciebie, od twojej duszy i jej potrzeb. A może nasze życie to nieustający sen? Nie mam pewności który z nas, którego śni – ja ciebie czy ty mnie. Historia z kamiennymi tablicami, którą opowiedziałem, być może jest także fragmentem snu, a we śnie wszystko jest możliwe. Jedyne co może rozwiać wszelkie wątpliwości to przebudzenie.
– Chwileczkę, czcigodny Mojżeszu, ale mamy set-ki świadectw: Ewangelii, Listów i Dziejów Apostolskich! Czyżby to były również mistyfikacje?!
– Naiwny Arturze, Biblia nazywana słowem Bożym zredagowana jest z fragmentów pogańskich wierzeń. Na przykład historia raju, Adama i Ewy, wyjęta jest ze źródeł babilońskich, a na biblijny przekaz o potopie składają się dziesiątki wcześniejszych opowieści o tym wydarzeniu. Z kolei Mojżesz, czyli ja, jest także postacią wzorowaną na innych Mojżeszach. Moje imię pochodzi od egipskich słów „Mo”, woda, i „uses”, uratowany, czyli uratowany z wody. Syria, Fenicja i Arabia także miały swoich Mizesów, czyli Mojżeszów. Mimo to wielu uważa, że jestem postacią autentyczną, więc skoro istniałem, dlaczego nie ma o mnie wzmianki w innych źródłach, poza żydowskimi?
– Przepraszam, że ci przerywam – Artur poczuł chłodne dreszcze. – Do tej pory byłem wielkim sceptykiem, jeśli chodzi o wiarę w Boga, jednak tradycja kultu utrwalana przez Kościół, ale głównie obcowanie z wiarą dzięki rodzinie i bliskim mi osobom, to wszystko zaowocowało w moim umyśle wyraźnie emocjonalnym stanem posiadania… Nie wiem, jak ci to wyjaśnić… Chodzi mi o coś bardzo podobnego do rodzinnych historii, mieszaniny prawdy, legend i anegdot, ale noszonych w sercu jako serdeczna tożsamość, aż nagle dowiaduję się, że byłem wzięty z domu dziecka… Pozbawiony emocjonalnej pępowiny, bez matki i ojca, bez legend… Myślę, że właśnie po tym, co powiedziałeś, poczułem w sobie nieprzyjemny chłód, mimo iż jestem niewierzący!
– No widzisz, to tak jak było ze mną, zostałem wy-łowiony z wody bezimienny, czyli właściwie jestem bękartem, a na dodatek zabójcą Egipcjanina. Nieprawdopodobne, że wiernym to nie przeszkadza! No i jeszcze coś, od czego właściwie powinienem zacząć, bo dotyczy pierwszych akapitów Biblii, historii powstania człowieka. Otóż imię Adam nie jest pochodzenia hebrajskiego, bowiem wspominają o nim już pisma chaldejskie, o wiele starsze od hebrajskich, a pewien naukowiec, Georg Smith, znalazł na babilońskich, glinianych tabliczkach opowieść o początku świata jota w jotę jak ta biblijna. Jedyna różnica to imię pierwszego człowieka, Adamu, nie Adam. Ale to jeszcze nic, bo w hinduskiej księdze proroctw starszej od Biblii o dwa tysiące lat, pierwszemu obywatelowi świata było na imię Adama, a pierwszej obywatelce i kobiecie: Heva. Nie wspomnę już o egipskim Horusie i hinduskim Krisznie, pomiędzy którymi a Jezusem odnajduję ponad setkę podobieństw. Rozumiesz? To znaczy, że wszystko było już wcześniej, a w związku z tym opowieści biblijne nie są ani oryginalne, ani dające się udowodnić, a dzisiejszy świat i zachodzące w nim zmiany, nie poparte rzetelnymi badaniami i dowodami, zaliczane są do science fiction. Prawdę mówiąc ja też. Czyż nie mam racji?
– Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć? Zresz-tą nigdy nie myślałem o chrześcijaństwie w analityczny sposób, bo to ostatnia rzecz, której by ode mnie oczekiwano… I co mam teraz zrobić z tym fantem?
– Przykro mi, ale ludzkość dzięki takiej postawie jak twoja została perfidnie zmanipulowana, żeby nie użyć dosadniejszego określenia: oszukana. Drogi przyjacielu, trzeba by opasłych tomów, żeby spisać w nich wszystkie szachrajstwa, jakich dopuszczano się na soborach, byle tylko ugruntować władzę nad światem. Nie będę cię dłużej męczył, ale muszę na koniec wspomnieć o Biblii przechowywanej w Turcji, liczącej sobie tysiąc pięćset lat, w której Chrystus przedstawiany jest jako prorokujący człowiek, jeden z wielu w tamtych czasach, a na krzyżu dokonał żywota Judasz Iskariota. Ciekawostką tej księgi jest to, że apostoł Paweł zwany w niej jest „Impostor”, kuglarz, szarlatan. Wiedz jednak, że i ta Biblia, jako źródło prawdy jest tyle warta co wszystkie ewangelie, albowiem są tekstami apokryficznymi, czyli spisanymi legendami. To mówię ja, Mojżesz, w którego prawdziwość sam nie wierzę… Czy chciałbyś mnie o coś jeszcze zapytać? – Mojżesz usiadł na kanapie i splótł dłonie na kolanach, przyglądając się siedzącemu obok Arturowi.
– Prawdę mówiąc, nie jestem w stanie ułożyć myśli w ja-kieś sensowne pytanie. Spadła na mnie lawina informacji tak nieprawdopodobnych, jak one same, w dodatku z ust Mojżesza, który nie wierzy w swoje przeszłe istnienie. Powiedzieć, że jestem na krawędzi załamania, to mało. Pierwszy raz w życiu czuję nie ból głowy, tylko fizyczną obecność mózgu rosnącego jak ciasto drożdżowe, które za moment rozerwie mi czaszkę na drobne kawałki. To jest uczucie nie do zniesienia! Zrób coś, Mojżeszu! Błagam! – Artur chwycił się oburącz za głowę, jakby chciał ją zdjąć z karku.
– Zaraz uwolnię nas obu od siebie, ale muszę to po-wiedzieć na pożegnanie: zmarnowaliście ponad tysiąc lat na tworzenie „wszechmocnego” Boga Ojca, prokuratora i kata w jednym, tylko po to, żeby ukrywać się za Jego wymyślonymi plecami, i wszystkie złe postępki, których dopuszczacie się na innych, kwitować – niezbadane są wyroki Jego. To wszystko, nic więcej nie powiem, a ciebie, mimo że przywołałeś mnie dla zaspokojenia ciekawości, uwolnię od pamięci tego dnia i kilku wcześniejszych, albowiem masz w sobie sporo dobra i wrażliwości, więc przywrócę cię twojemu światu sprzed spotkania ze mną. A teraz spij… śpij…
Mojżesz uniósł rękę i zanim Artur zdążył zareagować, zakrył mu oczy i dmuchnął w twarz, powtarzając: ut auferat homo… ut auferat…
***
Artur Niewiadomy ociągał się z otwarciem oczu, ostatecznym pożegnaniem snu, który tego ranka wyjątkowo długo bronił się przed opuszczeniem ciepłego ciała swego gospodarza. W końcu dał za wygraną i czmychnął z pościeli, pozostawiając Artura całkowicie przytomnego.
– O mateńko! – przeciągnął ramiona, aż zatrzeszczały kości. – Dawno nie spałem tak mocno. – Ziewnął i poszedł do kuchni, przygotować coś na ząb.
Próbował przypomnieć sobie, co mu się śniło tej nocy, niestety, nic z tego nie wyszło, choć zazwyczaj udawało mu się odtworzyć senne marzenia. Ale nie dzisiaj.
– No trudno, świat nie zawali się z tego powodu – ukroił dwie kromki chleba, obłożył je grubymi plastrami chudego twarogu, przyozdobił śliwkową konfiturą, a na koniec zaparzył herbatę yunan w dużym kubku. Z tak przygotowanym śniadaniem wrócił do pokoju i rozsiadł się na kanapie. Drugi raz przeciągnął ramiona i ziewnął.
– Aa… aaa… uaaa… – co to ja mam dzisiaj do zro-bienia? – Zapytał sam siebie, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Zjadł, co miał do zjedzenia, ubrał się, potem poszedł jeszcze raz do kuchni, nalał do szklanego dzbanka soku jabłkowego i wyszedł przed dom. Usiadł pod okrągłym parasolem i przeciągnął się po raz trzeci. Jak na początek marca dzień zapowiadał się wspaniale. Temperatura dochodziła do osiemnastu stopni i na pewno na tym nie poprzestanie. Tylko patrzeć, jak rozpocznie się nawałnica wiosennych kwiatów wszelkiej wielkości, kształtów i barw.
Artur nalał soku do szklanki i w tym momencie głośno zaterkotał dzwonek. Za furtką stał Krzyś i machał ręką.
– Wchodź, Krzysiu, dawno się nie widzieliśmy. Usiądź i opowiadaj, co tam u ciebie słychać.

Poprzedni artykułPowstańcy śląscy wywalczyli część Górnego Śląska dla Polski w 1921 r.
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział X: Nie damy się zniewolić
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj