Od zmierzchu do świtu: Pociąg numer 4865

1

Jest to powieść, opowiadająca o losach oddziałów partyzanckich Armii Krajowej. Oparta jest na prawdziwych wydarzeniach; spotkać w nich można nazwiska i pseudonimy osób rzeczywiście działających w tamtym okresie na Kielecczyźnie.

Pragnąłem chociaż we fragmencie dać faktograficzną relację walk partyzanckich podczas okupacji. 

Nie pisałem historii… O d  z m i e r z c h u  d o  ś w i  t u   jest powieścią, o prawdziwych wydarzeniach. Opowiedziałem w niej o zdarzeniach na które patrzyłem oczami moich bohaterów. Żyłem ich życiem i reagowałem drgnieniem ich serc. Wielu z nich, a w tym Komendanta Obwodu ZWZ – AK Busko „Borsuk”, majora Wacława Ćmakowskiego, znałem (mieszkał u nas w domu) i do dnia dzisiejszego pamiętam. Skrupulatny czytelnik odnajdzie w tej książce wiele nazwisk, pseudonimów, miejscowości i zdarzeń prawdziwych…. Napisałem powieść zafascynowany patosem i polityczną złożonością okupacyjnych dni, a na tym tle – naszych niełatwych polskich spraw…

Pisałem ją pod wrażeniem wielowymiarowości, barwności, wewnętrznego bogactwa i niereklamowanego bohaterstwa tych Polaków, którzy z pełną świadomością już w czasie okupacji walczyli nie tylko o Wolną i Niepodległą, ale i o nową Polskę…

Chciałem przede wszystkim z utrwalonych w pamięci wydarzeń i twarzy ludzi, na podstawie ich pisemnych relacji, wydobyć jakąś najprostszą  prawdę tamtego czasu – niepowtarzalną atmosferę tych miesięcy marszów, biwaków i walk, najdziwniej poplątane losy ludzi, związanych z sobą wielką partyzancką solidarnością, o której się nie mówiło, ale o której nie można zapomnieć. Cieszyłbym się, gdyby ten zamiar choć w części udało mi się zrealizować.

Jestem dumny, że moja rodzinna Ziemia Kielecka wydała takich ludzi. Jestem zarazem zażenowany, że tak mało się o nich wie, mówi i pisze. Napisałem więc tę powieść w skromnym hołdzie dla tych, którzy zginęli, abyśmy my mogli żyć…

Jan Chruśliński, członek ZLP

Od zmierzchu do świtu: Pociąg numer 4865

Powietrze tego dnia było parne i nawet najlżejszy powiew wiatru nie mącił ciszy wieczornej. Słońce schowało się już za ścianę lasu, na niebo wypłynęła jasna tarcza księżyca i zapaliły się migotliwe roje gwiazd. Z megafonu dworcowego dochodził skrzeczący głos spikerki:

   – Achtung! Achtung! Der Schnellzug aus Warschau nach Krakau…

   – O właśnie! Warszawski już rusza – oznajmił dyspozytor – pośpieszcie się…!

Dwaj manewrowi obchodzili tymczasem lokomotywy i najbliższe wagony, przeznaczone do wymiany.

Ho, ho, zobacz! – obwieścił jeden z nich – jedzie aż z Essen i wiezie…? Czekaj, co on tam wiezie?

   – Obserwuj dobrze perony – czy nie nadchodzą żandarmi, rzekł drugi manewrowy.

   – Dobrze, ale pośpiesz się – bo kręcą się wszędzie te psie krwie – powiedział – widząc, że kolega stara się odczytać listy przewozowe. Jak nas tu zobaczą – może być niedobrze.

   – Jak te zabezpieczenia otworzyć? – głowił się. Te cholerne okienka są zakratowane! – solidne mają te ich „geheime inskryptionen”, nie ma co…!

   – Wyłam – co się będziesz pieprzył. Szkoda czasu.

   – Ale czym? Nie mam nic pod ręką.

   – Niech to piorun ognisty! No, mam! Wyciągnąłem wreszcie ten list przewozowy – obwieścił z triumfem manewrowy.

   – Schowaj, później przeczytamy.

Żandarmi znowu popędzali załogi parowozów i manewrowych

   – Los! Los! Verchfluchte!

   – Gotowe kierowniku – krzyknął manewrowy do dyżurnego ruchu stojącego na peronie w otoczeniu żandarmów. Można jechać. Dyżurny podniósł lizak.

   – Gotów! Odjazd!

Rozległo się ciężkie sapanie parowozów . Manewrowi poszturchiwali się i żartowali.

   – Pojechali… Ale czy dojadą…?

   – Pokaż ten list przewozowy – rzekł manewrowy do swego kolegi.

   – Zaraz… odpowiedział szukając kartki w kieszeniach – gdzież to u diabła  się podziało? O mam!

   – Popatrz, tutaj jest czerwony skośny pas i nadruk: „strenk geheim”, to znaczy „ściśle tajne” – wyjaśnił.

   – Dobra czytaj dalej.

   – Stacja początkowa – Essen. Końcowa – Kijew. I dalej: „Waffen und Munition, czyli „broń I amunicja”. A tu, ktoś dopisał czerwonym ołówkiem: „Nebelwerfer”. Co to znaczy?

„Janek” to na pewno rozszyfruje – odpowiedział kolega.

   – „Nebelwerfer” moi chłopcy, to „miotacze mgły”. Tak Niemcy nazwali swoje najnowsze szrapnele. Ale dla naszej partyzantki nieprzydatne , bo do ich użycia potrzebne są haubice. Dlatego dajmy sobie z tym spokój – wyjawił swój punkt widzenia „Janek”.

   – Tak, czy owak – odezwał się łącznik dowódcy Obwodu AK – ten pociąg może okazać się łakomym kąskiem dla naszych niedozbrojonych oddziałów.

 

Mężczyzna przyjechał na rowerze, oparł go o płot tuż przy furtce wejściowej, wszedł do pierwszej chaty, zaczynających się tutaj zabudowań.

   – Panie Józiu! Zbiórka wszystkich naszych oddziałów za dwie godziny, koło stacji kolejowej w Suchedniowie – wyartykułował zziajanym głosem. W pełnym rynsztunku z bronią, przy budce dróżnika od strony Zagnańska. Niech pan zawiadomi wszystkich naszych ludzi.

Komendant placówki AK w Suchedniowie spojrzał na zegarek.

   – To znaczy na dziewiątą wieczorem?

   – Tak. Spiesz się pan! – odrzekł łącznik Obwodu Skarżysko.

Dowódca akcji „Pociąg nr 4865” porucznik AK Józef Robak wyznaczony do tego zadania, spoglądając pod słońce, zagadnął swego zastępcę:

   – Czy wysłałeś ludzi po podwody?

   – Oczywiście!.

   – Ilu?

   – Dwunastu.

   – A do Ostojowa i Zalezianki?

   – Daj spokój Józek. Wysłałem jeszcze do Mostek i Kleszczyny – zdziwił się pytaniu zastępca.

   – Nie dziw się – odrzekł Robak. Jedzie tego około czterdzieści wagonów. Potrzebne będzie jakieś sześćdziesiąt furmanek.

   – Ludzie też zawiadomieni – meldował zastępca. Łącznicy z wezwaniami rozbiegli się we wszystkie kierunki.

   – Dopilnuj, żeby się ustawili szpalerem w lesie na czterystu metrach. Zająć stację i drogę do Suchedniowa.

   – Rozkaz!

   – Aha, jeszcze w kierunku Kielc wyślij patrol zwiadu.

W razie czego niech sygnalizują, gdyby stamtąd coś się zbliżało.

 

W kabinie pierwszego parowozu w czasie jazdy pociągu pomocnik maszynisty co chwilę drapał się za uchem i przecierał intensywnie brudną szmatą szybę swojego okienka.

   – Panie majster, dlaczego nas tak co chwilę zatrzymują – pytał z niepokojem swego pryncypała. Ciągle tylko „stój” i „stój”, mówił z wyrzutem.

   – Gdy masz sygnał „stój”, to stój! A jeżeli zielone i droga wolna – to jedź! I nie mędrkuj Jędrek. Nie twoja to rzecz! – odparł gderliwie maszynista.

Nieprzekonany pomocnik dalej wygłaszał swoje obawy.

   – Oj, panie majster, panie majster! Cosik mi się widzi, że my dzisiaj będziemy obaj wiać z naszego parowozu gdzieś w kartofle albo w żyto.

   – Nie kracz Jędrek! – odparł zrzędliwie maszynista. – Już ci raz mówiłem! Lepiej, dawaj baczenie na tory, przez swoje okienko i patrz przed siebie.

   – Daję panie majster baczenie, daję i patrzę. – O znowu czerwone!

 

W wagonie konwoju „Waffen SS” (Oddział SS), siedzący na snopkach słomy uzbrojeni Niemcy, kołysali się w rytm pędzącego pociągu. Jeden z nich poprawiał co chwilę stertę słomy nad swoją głową i utyskiwał niezadowolony.

   – Co to za pociąg? – „verchfluchter Donnerwetter!” – Jedzie się jak furmanką po wyboistej drodze. Bez przerwy walę głową o ścianę tego przeklętego chlewika! Już nabiłem sobie chyba kilka guzów…

   – To zakop się w słomę Kurt – doradzał złośliwie jego kolega. – Będzie cię amortyzowała. Mam cię uczyć frontowego życia? – dodał z kpiną. – To nie „Schlafwagen”  z twoją Giselą. To jest podły bydlęcy wagon. Po coś się pchał do Waffen SS?. Wybuch śmiechu pozostałych konwojentów kwitował celność tych uwag i kpin.

 

Dyżurny ruchu w czerwonej czapce odczekał aż minie go ostatni wagon i szybko popędził do swojej dyżurki.

   – Suchedniów? Tu Skarżysko!. Odprawiłem przed chwilą towarowy nr 4865. Przekazuję polecenie odgórne, żebyś go zatrzymał.

Stacja kolejowa Zagnańsk. W pomieszczeniu zawiadowcy stacji zegar ścienny wskazywał punktualnie godzinę 22,30.

   – W Suchedniowie jeszcze go nie ma – rzekł dyżurny ruchu do dwóch obecnych w pokoju partyzantów.

  – Ale kiedy przejedzie dadzą panu znać? – zapytał jeden z partyzantów.

  – Nie wiem… Jeśli tam u nich siedzi nadzorczy – Niemiec     – będą trudności.- Informował dyżurny.

 

Tymczasem na stanowisku minerskim w lesie dowódca akcji mówił do  minera trzymającego dłoń na rączce detonatora:

– Spróbuj się ustawić bardziej pod kątem prostym, żebyś nie przeoczył parowozów i nie wysadził pierwszych wagonów, bo cały skład poleci w powietrze – pamiętaj!

– Nie przeoczę, nie martwcie się – odrzekł miner. – „Prawicie mi jak wół krowie na rowie”!

 

Wysoka ściana drzew po obu stronach torów kolejowych coraz bardziej ciemniała, przybierając w górze fantastyczne kształty. W gęstwinie drzew błyskały światła reflektorów lokomotywy, jak oczy sów, które co chwila ginęły w mrocznej ścianie lasu, to znów się zjawiały i znów nikły…

W pewnej chwili ciszę nocną prześwidrował ryk syreny parowozu, jakby rozpaczliwy krzyk porywanego zwierzęcia czy ptaka. To pociąg nr 4865 zbliżał się do stacji kolejowej. Wjechał na otwartą przestrzeń między uprawnymi polami. Wiał ciepły letni wiatr. Spoza chmur wyjrzał  rąbek księżyca i oświetlił niewyraźną smugę  torów kolejowych, odcinających się  od ciemnego tła lasu.

 U dyżurnego ruchu na biurku zaterkotał telefon.

 – Tu Suchedniów! – wysyłam ci, opóźniony towarowy 4865…

 – Tak jest! Zrozumiałem… „Boże miej nas w swojej opiece” – mówił do siebie dyżurny. A potem do dwóch obecnych w pokoju partyzantów.

  – J e d z i e! – panowie – Jest już  n i e d a l e k o! Za pięć minuty tu będzie.

  – Jezus – Maria! Co to będzie się tutaj działo…?

  – Spokojnie, bez paniki – odrzekł jeden z partyzantów.

Pociąg nadjeżdżał jak burza. Dudnił i łoskotał swoją masą czterdziestu wagonów wypełnionych śmiercionośnym  ładunkiem. Tuż przed stacją uruchomił ponownie donośne ryczenie syren parowozów. Partyzanci wybiegli z budynku stacyjnego i przy pomocy latarek podawali sygnały, partyzanckiemu zgrupowaniu znajdującemu się w lesie.

Szczęknęła odbezpieczana broń. Leżący w poszyciu leśnym partyzanci poprawiali oparcie kolb erkaemów w swoich ramionach. Pociąg wpadł na rozjazdy szyn przed stacją. Ostra arytmia stukotów niosła się echem daleko od tego miejsca.

Na stanowisku minerskim w lesie zapanował moment najwyższej koncentracji, a potem błysk i huk eksplozji. Łoskot zderzających się wagonów niósł się spotęgowanym echem w obrębie kilkuset metrów. Odgłosy serii broni maszynowej jazgotały wzdłuż i wszerz wagonów. Pociąg wypadł z szyn i został unieruchomiony. Teraz dał się słyszeć zgrzyt odsuwanych ciężkich drzwi wagonów.

   – Same armatnie pociski, panie poruczniku! – krzyknął jeden z partyzantów.

   – Tutaj – tak samo! – dorzucił drugi.

   – U mnie też – oznajmił kolejny.

   – Niech to nagła krew zaleje! Miała być, broń i amunicja. Do dupy z taką zafajdaną robotą!

Przybiegł kolejny z partyzantów.

   – Panie poruczniku melduję, że w całym składzie są same szrapnele.

   – Wszystkie wagony sprawdzone?

   – Jeszcze dwa zostały – odrzekł partyzant.

   – Otwierać! Otwierać wszystkie! Spieszyć się! Nie ma chwili do stracenia do jasnej cholery!

I znowu rozległ się stukot otwieranych wagonów. Tym razem zdwojony, intensywniejszy. Partyzanci z rozgoryczeniem meldowali swojemu dowódcy:

   – Panie poruczniku, wszystkie wagony otwarte! Są tylko same szrapnele. I ostatni wagon z Niemcami.

   – Otworzyć i wszystkich rozbroić – Ale tak, żeby żadnego nawet nie drasnąć, zrozumiano!?

 

Niemcy wyskakiwali z wagonów z rękami wysoko podniesionymi. Dowódca zwrócił się do swoich partyzantów:

   – Obszukać ich! Oddać im broń bez amunicji.

Do rozbrojonych Niemców zwrócił się ze słowami. Macie zeznać, że nastąpiła katastrofa pociągu. Wykoleiła się lokomotywa i dwa pierwsze wagony. Zrozumieliście?

 – „Jawohl!” – odkrzyknęli chórem Niemcy.

 – No! Bo czym się pochwalicie ? – pytał dowódca akcji. Oddaliście pociąg bez walki. SS was za to nie pochwali, odda pod sąd polowy!

   – Jawohl! Jawohl!

   – Za złożenie takich zeznań możecie mieć darowane życie – oznajmił Niemcom.

   – „Danke schön! – Herr Offizier!” – wyrwał się z okrzykiem jeden z nich.

  

Obok syczących wykolejonych parowozów i wykoślawionych wyrzuconych z szyn wagonów, w atmosferze  pełnej koncentracji bojowej stu dwudziestu partyzantów zgromadzonych w lesie wokół pociągu, trwała gorączkowa narada sztabu partyzanckiego –

   – Jakie w tej sytuacji podejmujemy decyzje? – zapytał dowódcę podenerwowany zastępca.

   – Przede wszystkim – odesłać szybko wszystkie furmanki do domów. Po drugie, trzeba to wszystko podpalić – nie widzę innego wyjścia – odrzekł dowódca akcji. Bo przecież, nie można pozwolić, żeby tyle pocisków poszło  na front, dla Niemców?

   – A czy pomyślałeś o okolicznych ludziach i co z nimi będzie? Jeśli spalą wsie i wymordują ludność – weźmiesz to na swoje sumienie?

Dowódca zamachu na pociąg zastanowił się chwilę i rzekł:

   – Pomyślałem. – Niemcy  z konwoju, podczas przesłuchania, przekażą wersję o katastrofie pociągu.

   – Dla gestapo to nikłe dowody – wyraził swoje powątpiewanie zastępca.

    – Mogą być nikłe, a mogą być wystarczające – odpowiedział dowódca i wydał rozkaz: – Dawać mi tu zaraz maszynistów! I posłać po dyżurnego ruchu. Biegiem!

Po chwili zjawili się śmiertelnie przerażeni maszyniści. Jeden z nich gestykulując mówił z przejęciem, malującym się w przerażonych oczach.

   Panowie…!  Na Boga…! Co wyście narobili…?! Matko Boska, ledwie my uszli z życiem!

Dowódca akcji spojrzał nań zimnym wzrokiem.

   – Milcz! I słuchaj! Wy – też! Zwrócił się do stojących obok partyzantów. No więc… „parowóz nagle dostał drgań i wyskoczył z szyn” i wykoleił się – rozumiecie?

   – Ale jakże to tak… nagle… wyskoczył? – wyraził wątpliwość maszynista.

   – Milcz – powiedziałem! Nie dyskutuj, tylko słuchaj co się do ciebie mówi! – grzmiał dowódca. Pękła i urwała się oś parowozu, ponieważ była przegrzana i przeciążona – jasne…? Pociąg był przeładowany, nawet dla dwóch parowozów, zrozumiano!?

Maszynista nerwowo miętosił czapkę w rękach i wybąknął.

   – Tak jest, panie…, panie…

Dowódca w zwięzłych słowach instruował maszynistów:

   – W czasie przesłuchania mówić, że wagony się spiętrzyły i pociski samoczynnie  zaczęły eksplodować. Zeznawać tak, jak ustalono i nic nie zmieniać, bo może się to dla was źle skończyć. Zrozumiano, jeżeli tak, to odmaszerować!

Po czym zwrócił się do dyżurnego ruchu:

    – A pan – zezna, że jeden z parowozów, gdy pociąg mijał stację mocno stukał czymś o podkłady i szyny. Ale nie mógł pan już pociągu zatrzymać.

Po czym  składając dłonie w trąbkę wydał komendę dla oddziału partyzanckiego:

   – Podkładać słomę pod wagony i podpalać.

Po jakimś czasie potężne wybuchy rozdarły nocną ciszę. Pociski gwizdały przeciągle i wybuchy słychać było chyba i w Kielcach i Skarżysku.

Szef delegatury gestapo przemierzał nerwowo swój gabinet tam i z powrotem. Wreszcie chwycił słuchawkę i nerwowo wybierał numer telefonu.

   – Przepraszam, że pana budzę, „Herr Obersturmführer” . – Melduję, że w okolicach Skarżyska Kamiennej już od godziny trwa coś, jakby kanonada artyleryjska. Inwazja, desant bolszewicki…?

   – Gdzie? – pytał zaspany szef Okręgu SS.

   – Pod Skarżyskiem – „Herr Obersturmführer”.

   – Pana teren i pan nie wie, co tam się dzieje?

   – Rozkazuję rozpoznać, co się tam dzieje i natychmiast meldować!

Po chwili znowu zadźwięczał telefon w sypialni szefa do walki z sabotażem i dywersją Okręgu SS. – Herr Obersturmführer, melduję, że pod Skarżyskiem prawdopodobnie bandyci wysadzili pociąg z amunicją.

   – Co to znaczy prawdopodobnie? Bandyci, czy nie? I jeszcze jedno: jaka to jest amunicja?

    – Pilna przesyłka dla naszej ciężkiej artylerii. Amunicja rakietowa Nebel – Waffe, Herr Obersturmführer.

   – A niech to wszyscy diabli…! I na co pan jeszcze czeka!? Brać samochody, ludzi i jazda tam…!

   – „Jawohl Obersturmführer”  Ale… tak sobie pomyślałem, że pociągu i tak już nic nie uratuje, bo nikt do niego teraz się nie zbliży.. Może lepiej przeczesać okoliczne lasy i gdzieś ich tam wyłapać?

   – Niech pan robi, co chce! Rano chcę mieć szczegółowy raport!

Zrobiło się już widno. Szrapnele z wysadzonego pociągu na dobre zamilkły. Ranek zapowiadał się słoneczny i pogodny. W kolumnie gestapowskich samochodów i motocykli zdążających na miejsce katastrofy, rozmowę prowadziło dwóch wyższych oficerów gestapo.

    – Zarządziłem – otoczenie całej wsi. Nawet szpilka się nie wymknie – rzekł szef delegatury gestapo.

   – Bardzo dobrze! – pochwalił przedstawiciel Okręgu SS. Czy trwają już przesłuchania?

   – Naturalnie – zapewnił szef delegatury. – Przesłuchaliśmy dotychczas naszych żołnierzy konwojujących pociąg, maszynistów, a także dyżurnego ruchu miejscowej stacji.

     – Co wynika z tych przesłuchań? – spytał zwierzchnik z Okręgu SS.

   – Wynika z nich, że było to samoistne wykolejenie pociągu, Mein Obersturmführer.

   – Czyli katastrofa? Doskonale! To zaoszczędzi nam masę pracy. Prawdę mówiąc nie mam ochoty na palenie wsi wraz z jej mieszkańcami, jak też uganianie się za sprawcami po okolicznych lasach. Kiedyś tak, ale dzisiaj? Poczekajmy jednak na orzeczenie komisji. Czy ona jest już na miejscu tej, no… katastrofy?

   – Tak. Rozpoczęła już pracę.

Delegat Okręgu SS poprawił monokl w oku i rzekł:

   – Gdy jej wyniki okażą się zbieżne z naszymi ustaleniami, to wszystko będzie w porządku. Berlin otrzyma stosowny raport i odpowiedzialność za ten incydent spadnie na parowozownie, która źle przygotowała parowozy do tak uciążliwej podróży. – Nie będę wówczas żałował, że w tak trudnym czasie tłukłem się tutaj z Kielc.

Na plac pod kościołem esesmani wśród wrzasków i poszturchiwań zganiali wszystkich ludzi ze wsi. Gdy już wszyscy otoczeni kordonem uzbrojonych po zęby esesmanów znaleźli się na placu, dowódca karnej ekspedycji przywołał tłumacza – sekretarza gminy, wręczył mu jakiś papier, żeby odczytał mieszkańcom. Ten, tłumacząc tekst na język polski, czytał z dużym wysiłkiem i niepokojem:

   – „Jeżeli do godziny 12-tej dnia dzisiejszego nie zgłoszą się dobrowolnie sprawcy napadu na pociąg, to cała zgromadzona tutaj ludność zostanie rozstrzelana, a zabudowania wsi zostaną puszczone z dymem”.!

Dzieci w tłumie zaczęły płakać, kobiety załamywały ręce i wzywały o pomoc Matkę Boską. Sekretarz gminy w dramatycznych słowach zwrócił się do zebranych: Ludzie…! Jeśli wiecie, kto to taki – to na miłość boską mówcie! Bo zostaniemy wszyscy martwi na tym placu. I nawet nie będzie miał nas kto pochować. Staniemy się pastwą wron i kruków. Póki jeszcze nie za późno, ludzie! Zaklinam was!

Ktoś odważniejszy z tłumu nie bacząc na konsekwencje odkrzyknął z oburzeniem.

   – Zamilcz pan wreszcie, panie sekretarzu! Skąd my możemy wiedzieć k t o? Chyba rozum pan postradał. Jesteśmy niewinni! Możemy wszyscy przysiąc, w tym kościele. Powiedz pan to Komendantowi.

   – Oj człowieku, człowieku! To tylko rozsierdzi pana komendanta i już zaczną się rozstrzeliwania! – odrzekł sekretarz gminy.

Komendant zaintrygowany jego dialogiem z mieszkańcami wsi zwrócił się z pytaniem do sekretarza:

   – Was sprechen Sie?

   – Mówią – odparł sekretarz gminy – że to trochę potrwa. Właśnie zastanawiają się, szukają w pamięci, czy ktoś w ostatnich dniach nie przechwalał się wiadomością o planowaniu zamachu na pociąg.

   – Niech się zastanawiają! – rzekł dowódca esesmanów  stojąc w rozkroku  i poprawiając esesmańską czapkę. – Ja mam czas, ja poczekam! A potem wyciągnę  z tłumu paru typów i pod ścianę! To ich odpowiednio zmiękczy. Sam zabawię się w detektywa. Czasem coś takiego człowiekowi ułatwia życie.

W tym momencie dał się słyszeć narastający warkot samochodu osobowego. Po chwili wysiadł z jego wnętrza jakiś wysokiej rangi esesman i zbliżył się do stojących gestapowców.

   – No wyjaśniło się wszystko Untersturmführer  – powiedział. – Właśnie przywiozłem panu raport komisji. Niech pan poleci przeczytać tym tu, a potem rozgonić całą tę bandę! Ma pan tłumacza?

Dowódca niedoszłej pacyfikacji odebrał z szacunkiem dokument z ręki zwierzchnika i przywołał tłumacza.

   – Masz! Przeczytaj im to…! – rzekł z wściekłością.

Sekretarz gminy wyprostował papier trzęsącymi się dłońmi i zaczął czytać drżącym głosem.

   – „Jak stwierdziła  Wysoka Komisja SS, Werhmachtu  i Służby Bezpieczeństwa Rzeszy pociąg towarowy nr 4865 przejeżdżający przez stację kolejową Skarżysko Kamienna i Suchedniów uległ katastrofie za tą stacją. Komisja stwierdziła na podstawie oględzin i badań, że winę za katastrofę ponosi parowozownia, która dopuściła do ruchu niesprawną technicznie lokomotywę…”

Wrzaski esesmanów przerwały w połowie odczytywanie komunikatu.

   – Raus! Raus! !) Rozejść się! Macie szczęście, wy…! „Polnische schweinehunde” …!

Z głębi lasu koło Kamiennej Góry dochodziły odgłosy rozmów partyzanckich wypoczywających po akcji na pociąg nr 4865. Jedni czyścili broń, drudzy rozmawiali cicho, przycupnąwszy z karabinem między kolanami. Spokój – nie było rozglądania się, wypatrywania wroga – na tym biwaku czuło się rozluźnienie. Tak właśnie: na biwaku, na postoju – obóz wydawał się słowem solidniejszym. Smagły, że aż czarny partyzant łatał przy pomocy szydła i i woskowanego szpagatu turystyczny trzewik.

Kuchnia polowa  wydawała obiad stosownie do frontowych warunków: grochówka z kawałkiem świniny, jako wkładki i ziemniaki. Kucharz głośno reklamował swoje „frykadele”.

   – Komu jeszcze, komu? Bo zwijam majdan i zjeżdżam do domu!

    – Dolej trochę grochówy – prosił jeden z partyzantów. Bo skrobiesz po tej blasze, aż w uszach trzeszczy!

Kucharz spojrzał spod oka i odrzekł z humorem. – Dziękuj Bogu, że ci nie „dołożyli” tam, przy pociągu.

   – Nie mieli prawa! Ale ty masz, więc dołóż…

    – A gdzie naleję ci grochówki, w czapkę?

 Do kuchni polowej podszedł dowódca akcji i spytał:

   – Jak tam mistrzu? Wystarczy dla wszystkich?

   – Z powodzeniem, panie poruczniku.

   – To nalej, jak prosi. I wydaj mu zapasową menażkę, na grochówkę. Zasłużyli chłopcy przynajmniej na solidny obiad, psia ich w tę i nazad!

– Unieszkodliwili masę śmiercionośnego żelastwa, które już nigdy nie dotrze na front – dodał kucharz ze swadą.

– A unieszkodliwili! Unieszkodliwi!

Poprzedni artykułŚwiat bez majtek – a co pod nimi?
Następny artykułPremier League: Manchester City – w tym sezonie znów bardzo silny
Jan Chruśliński, ur. 11.03.1937 r. w Busku-Zdroju, mieszka w Warszawie. Członek Związku Literatów Polskich. Laureat trzech nagród literackich. Człowiek o ciekawym życiorysie. Kolarz w kadrze Polski LZS. Startował w wielu prestiżowych wyścigach w kraju i zagranicą. Jako już dorosły, ale młody chłopiec śpiewał i tańczył na scenie w Uzdrowiskowym Artystycznym Zespole Pieśni i Tańca w Busku–Zdroju. Po ukończeniu w 1956 roku Technikum Drogowego w Szczecinie, otrzymał nakaz pracy do Powiatowej Rady Narodowej w Łobzie. Absolwent Oficerskiej Szkoły Inżynieryjnej im gen. Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu. Ukończył studia historyczne w Warszawie, zwieńczone pracą magisterską na temat: Emigracja sezonowa z województwa kieleckiego do Niemiec w latach 1926-1931. Pułkownik Wojska Polskiego. Służbę wojskową pełnił na różnych stanowiskach w 12 pułku drogowo-eksploatacyjnym w Modlinie Twierdzy, później w Głównym Kwatermistrzostwie WP i Centrum Szkolenia Obrony Cywilnej w Warszawie. 31 maja 1996 roku, po czterdziestu latach służby, przeszedł w stan spoczynku. W tym samym roku rozpoczyął pracę w ARiMR w Warszawie. W 2009 roku, po 54 latach służby i pracy, mając 72 lata, odszedł ostatecznie na emeryturę. Jest działaczem Warszawskiego Klubu Przyjaciół Ziemi Kieleckiej w Warszawie. Publikuje w piśmie Świętokrzyskie – Środowisko – Dziedzictwo kulturowe – Edukacja regionalna, Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim oraz w Buskim Kwartalniku Edukacyjnym. Autor książek; Rozstania i powroty (2009), Tak było... wspomnienia oficera wojsk drogowych (2010) – Książka otrzymała nagrodę Szefa Transportu i Ruchu Wojsk MON (2016), Życie wpisane w historię (2012), Starość zaczęła się wczoraj...(2013) – Książka uhonorowana nagrodą główną w dziedzinie literatury na I Polskim Festiwalu Sztuki „ORZEŁ 2016”, Miłość i wojna, nagrodzona nagrodą literacką im. Stefana Żeromskiego (2014) i Z Chrobrza na wojenną tułaczkę (2016).

1 KOMENTARZ

  1. Autor z dwóch powodów jest fenomenem, po pierwsze talent, imponujące tempo wylęgania kolejnych pomysłów i wytrwałość ozdobiły jesień życia. Cośkolwiek wiemy o tym rzadkim zjawisku dzięki rezonansowi magnetycznemu. Zawiłe sprzężenia zwrotne skutkują odblokowaniem ośrodka drzemiących zdolności.
    Drugim fenomenem jest tworzenie literatury pięknej w środowisku gdzie uczy się sztuk walki. Tam nie ma miejsca na wrażliwość, uczuciowość, interpretacje, jest regulamin i nie podlegający dyskusji rozkaz, od tego zależy szansa na przeżycie katastrofy, którą jest wojna.
    Czy tę wyjątkowość Autora, pułkownika Wojska Polskiego, nadającego literacki kształt przeżyciom własnym, suchym cyfrom zgromadzonych notatek, czy dokumentacji dostarczanej przez przyjaciół i znajomych, da się jakoś wytłumaczyć? Czy to wpływ studiów historycznych?
    Czy to one ułatwiły tak umiejętne odsłaniania kurtyny czasu? W „Od zmierzchu do świtu” poznajemy nie tylko fakty partyzanckich losów w czasie II Wojny Światowej. Opisy zbrojnych, z najwyższym stopniem ryzyka wypadów, obcowanie ze śmiercią, ukrywanie się w lasach przez wszystkie pory roku, we dnie i kompletnych ciemnościach nocy, kluczenie kilometrami po bezdrożach w skrajnych zmęczeniu, w głodzie, zimnie i kiedy znikąd żadnego ratunku stawianie wszystkiego na jedną kartę – pukanie do obcych drzwi. Z punktu widzenia osób sytych, w ciepłych domach, zaopatrzonych w bieżącą, gorącą wodę to przejmująca rzeczywistość. Na ludzkość czyhają niezliczone pułapki i bez wojen, więc po co one. Nie pozostaje nic innego jak nadzieja, że fakty w pięknej literackiej oprawie zapadną w naszych umysłach i pomogą stanąć po właściwej stronie.
    Epizodycznie przedstawione są role Rodziców, lecz wystarczająco by dostrzec jak się zasługuje na autorytet, miłość i szacunek. Domek na uboczu był miejscem spotkań kluczowych postaci Ruchu Oporu. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa ustalano plany kto, gdzie, kiedy, jak. Koniec wojny to nie koniec zadanych ran. Wyniszczanie pozostałych przy życiu Obrońców jest szczególnie dojmujące. Piękna i ważna książka. Ewa Łastowiecka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj