Masz dosyć doskwierającej codzienności? Zaszyj się w mateczniku wyobraźni.  Część I

0

Drodzy czytelnicy, ponieważ przez minione półrocze dręczyłem siebie i WAS tematami z obszaru polityki i historii, zebrałem się na odwagę i postanowiłem zaprosić Państwa do spaceru alejkami mojego literackiego parku, wymykającymi się twardej rzeczywistości, wolnymi od dyktatury faktów i propagandowej ekwilibrystyki. Proponuję Państwu wypady w świat nieskrępowanej wyobraźni i niezależności. Będę zachęcał także, żebyśmy z należną mu tkliwością pielęgnowali ukryte, czasami zbyt głęboko, nasze „wewnętrzne dziecko”(bynajmniej nie chodzi o syndrom Piotrusia Pana).

Pierwszy „spacer” proponuję fragmentem powieści „Balkon na krańcu świata”, historii o „poobijanym”, trochę na własne życzenie, mężczyźnie w średnim wieku, który zaszył się ze swoimi bolączkami i pretensjami do świata i ludzi w starej, rodzinnej willi na obrzeżach wielkiego miasta, gdzie w samotności, próbuje uporać się z samym sobą. Serdecznie zapraszam…

 *   *   *

Cieknący dach to wydarzenie nader rzadkie i przy odrobinie szczęścia za jego życia pewnie już się nie powtórzy. Podniesiony na duchu, jednak nie do końca przekonany o słuszności pochopnie podejmowanych decyzji, uzbrojony w latarkę powlókł się mimo wszystko na strych.

Smugą światła wydobywał z ciemności fragmenty tajemniczych konstrukcji, złożonych z mnóstwa splecionych ze sobą  w dziwaczne formy kształtów. Zapomniane przedmioty przykrywała gruba warstwa kurzu.  Krzysztof oświetlał latarką najczarniejsze zakamarki. Urzeczony nierealnym pięknem ożywiał na ułamek sekundy pojawiające się w świetlnym kadrze, zastygłe w dramatycznych pozach, dawno umarłe sprzęty. Czuł przyjemny dreszczyk, odkrywał właśnie zagubiony świat, podobny do starożytnych grobowców wypełnionych przedmiotami niezbędnymi w podróży aż za horyzont wieczności. Na chwilę stał się znowu małym chłopcem. Zapatrzony, otworzył buzię. Latarka to czarodziejska różdżka. Kierował jej świetliste spojrzenie w coraz to inne miejsca, naciskając żółty, plastikowy guzik: pstryk!, jasno – kulawe krzesło okryte starą, zakurzoną jesionką, narty z obłamanym czubkiem, rama od roweru… Pstryk, ciemno… Pstryk, jasno… Pstryk, ciemno…

Krzysztof obmacywał światłem latarki, kawałek po kawałku, zagracone kąty. Wypatrywał mokrej plamy. W końcu znalazł ją: wypełzła oślizgłym, czarniawym jęzorem spod sterty gratów piętrzących się za przewodem kominowym. Chcąc nie chcąc, zabrał się do odsłonięcia zawilgoconego miejsca. Czego tam nie było! – nocna lampka bez klosza, pęknięte lustro w ciężkiej ramie, kocioł do gotowania bielizny, cuchnący stęchlizną koń na biegunach i jeszcze tuzin podobnie sponiewieranych przedmiotów. Porozsuwał je na boki, aż na samym dole ukazał  się jego oczom drewniany kuferek. Pod warstwą pokrywającego wieko kurzu zauważył ledwie rozpoznawalne litery.

Pozostało już tylko załatanie niedużej dziury. Naprawa okazała się prostsza, niż się spodziewał. Leżącym pomiędzy rupieciami kawałkiem grubej folii zabezpieczył pękniętą dachówkę, a dla pewności w miejscu, gdzie kapała woda, postawił aluminiowy kociołek. Ot i wszystko! Teraz może padać choćby i tydzień!

Zadowolony z obrotu spraw, dźwignął drewniane znalezisko i bacząc, żeby nie pobrudzić spodni, zszedł na dół.

Kuferek spoczął na podłodze, obok biurka. Woda i proszek zrobiły swoje, spod warstwy zastarzałego kurzu  wyłoniło się wymalowane czarną, olejną farbą imię „Krzyś”.  Zaskrzypiały zardzewiałe zawiasy i do wnętrza, po półwieczu, wpadł promień światła. Zapachniało stęchlizną.

Na wierzchu leżał brązowy, pocerowany miś. Bez namysłu cisnął go gdzieś za siebie. Zmarszczył brwi i zajrzał głębiej. Kuferek wypełniony był papierzyskami. Na podłodze rosła sterta szpargałów: wyblakłe rysunki i malowanki wykonane ręką dziecka, zapisane zeszyty, proca i scyzoryk z obłamanym mniejszym ostrzem, szczątki kredek  i jeszcze trochę podobnych skarbów. Krzysztof przechylił kuferek tak, żeby światło lampy rozjaśniło jego wnętrze, ale oprócz pożółkłych skrawków papieru nie dostrzegł nic więcej.

Poczuł się rozczarowany jak małe dziecko, któremu wyobraźnia obiecała zbyt wiele. „Czego  właściwie się spodziewałem? Co miałbym jeszcze tam znaleźć? – zapytywał sam siebie. „Takie śmieci zalegają w każdym mieszkaniu: zamiast trafić do pieca albo do śmietnika, butwieją na dnie szaf, w szufladach biurek i komód zajmują miejsce naprawdę przydatnym sprzętom. Zawracanie głowy! I co, miałbym teraz wyć z tęsknoty tylko dlatego, że mamusia zdała sobie któregoś dnia sprawę, że przegapiła moje dzieciństwo?  A gówno! Z codziennie zapisywanych  zeszytów, laurek dla rodziców, rysunków, listów do Mikołaja, mlecznych zębów, dziecięcych marzeń i łez,  ukochanych zabawek idących w kat każdego dnia można by usypać górę sięgającą obłoków. Ja też ciągle coś wyrzucam lub gubię. Ubywa mnie kawałek po kawałku, i żaden, nawet najsolidniejszy kuferek temu nie zaradzi”.

– Wystarczy! – powiedział głośno i podszedł do biurka. Nalał ulubionej whisky do szklanki i podniósł ją do ust. Łyczek za łyczkiem odchylał głowę, póki nie spojrzał prosto w sufit, kiedy ostatnia kropla spłynęła  do gardła. Wtedy odetchnął i chwilę grzebał w szufladzie, aż znalazł gruby, czarny flamaster. Wyszedł zza biurka i usiadł przed kuferkiem po turecku.

– Nie ma nad czym się rozczulać! – stwierdził zdecydowanie i dodał w myślach: „Tyle z tego pożytku, co z pocałunku dziewczyny, której twarzy dziś już nie pamiętam”. Przesuwał palcami po kulfoniastych literach, wyczuwał opuszkami nierówności drewna  i gładkość zaschniętej, olejnej farby.   Westchnął, zaczął zbierać z podłogi rozsypane szpargały i upychał je w kuferku. Zatrzasnął wieko, a pod imieniem „Krzyś” dopisał czarnym flamastrem: „Zwrot do nadawcy”.

– Spadaj braciszku… – wspinał się powoli schodami prowadzącymi na strych. Zaskrzypiały deski, słychać było szuranie i głuchy stuk przewracanych przedmiotów, a potem wszystko ucichło. Przez chwilę nie dochodził z góry żaden dźwięk. Pierwszy przerwał ciszę kornik. Od niepamiętnych czasów, z krótkimi pauzami na oddech, wiercił w krokwiach tunel niemający końca. Po chwili skrzypnęły drewniane drzwi, to Krzysztof wracał na dół. Tuk… tuk… tuk… całodzienne zmęczenie ciążyło stopom jak ołowiane buty. „Co za szczęście, że mam to już za sobą” – pomyślał o cieknącym dachu i poczłapał zadowolony do swojego pokoju. „Jak niedużo czasami potrzeba, żeby być szczęśliwym” – uśmiechnął się i pokiwał zadowolony głową.

Rozparł się w starym „klubowcu”, swoim ulubionym fotelu. Wyprostował obolałe nogi. Przeciągnął się i zazgrzytał zębami. Na koniec zwiotczał, zmiękł i z westchnieniem ulgi sięgnął po stojącą na stoliku whisky. Krzysztof zdawał sobie sprawę, że czyni to zbyt często, ale co ma począć z równie często dopadającym go uczuciem pustki? Być może rozczula się nad sobą lub szuka wymówki… No cóż, ale tylko w ten sposób udaje mu się odnajdywać spokój. Bez zbędnych ceregieli pił prosto z butelki. Z głośnym sykiem oderwał szyjkę od ust. Ufff… – pozbył się z płuc nadmiaru powietrza. „Oby teraz trwało wiecznie!” – zaakcentował tę myśl. Poddawał się ogarniającemu go ciepłu. Zaczynał pogrążać  się w miękkiej ciszy. Odpędzał od siebie niezrozumiałe obrazy, głosy, czyjeś wykrzywione twarze, napływające podstępnie z falą usypiającego spokoju. Dał się w końcu podejść sennej fabule i byłby zasnął na dobre, ale rozbudził go ostry ból nadgarstka. Pod wpływem sennych emocji uderzył ręką w blat stolika. Nie całkiem jeszcze przytomny rozcierał bolące miejsce. Usiadł, wyprostował plecy. Wydało mu się, że tuż obok fotela coś zaskrzypiało, czy raczej zapiszczało. Rozejrzał się po pokoju, ale oprócz niego nikogo tam nie było – panowała cisza. Mimo to czuł, że coś jest nie tak. Krzysztof zasępił się. Sięgnął po butelkę i to co w niej zostało. Wysłużony fotel, mimo upływu lat, nic nie stracił ze swojej gościnności. Za każdym razem, gdy Krzysztof siadał, witał go czułą miękkością i otaczał wysokim, sięgającym głowy,  pikowanym oparciem. Trudno mu było powstrzymać namolną senność. Prawdę mówiąc walczył bez przekonania, bo z jakiego powodu miałby się opierać?  Pusta butelka wypadła mu z dłoni i potoczyła się po dywanie.

– Krzysiu, to ty? – coś zapiszczało, a może raczej zaskrzypiało, zupełnie jak stara podłoga, której zdarza się, zanim kur zapieje, i skrzypieć, i trzeszczeć, jakby ktoś szedł korytarzem albo spacerował w pokoju obok. W nocy wszystko jest możliwe, szczególnie w tak starym domu jak ten.

W zasypiającym Krzysztofie  zajęczała resztka zapadającej w sen świadomości: „Jezusie Maryjo, co tam znowu?!”. W odpowiedzi usłyszał dochodzące z nieokreślonego miejsca chlipanie.

– No, powiedz, proszę, to ty? – brzmiące na tyle głośno i wyraźnie, że Krzysztof oprzytomniał w jednej chwili i wytężył słuch… W całym domu panowała cisza. Telewizor wyjątkowo milczał, choć normalnie gęba nie zamyka mu się przez cały dzień. Tym bardziej dziwnie, wręcz niepokojąco, zabrzmiało pytanie: „Krzysiu, to ty?” Nie bardzo wiedział co było jawą, a co snem, pamiętał tylko, że gdzieś tu powinna być whisky. „Musze natychmiast zejść do spiżarni” – dostrzegł opróżnioną butelkę, leżała bez ruchu na dywanie.

– Krzysiu, tutaj! – COŚ znowu pisnęło.

– Gdzie, do cholery? – wymamrotał naprawdę wystraszony. Nie pojmował, co takiego kryje się za piskliwym, nieprzyjemnym głosikiem.

– To ja, Puchatek.

Przez chwilę panowała cisza. Krzysztof mrugał nerwowo. Zaschło mu w ustach. Na twarzy malowało swoje graffiti zdumienie i przerażenie razem wzięte. Poruszał bezgłośnie wargami, aż w końcu ni to zacharczał, ni to zaskrzypiał:

– Puchatek? Jaki Puchatek? – czuł, jak mu głowę rozdyma pustka.

– No… Puchatek, miś… Nie pamiętasz? Przyjechałem do ciebie z Anglii w takim dużym, niebieskim pudełku…

– W niebieskim pudełku, powiadasz? – Krzysztof usiłował zetrzeć z twarzy wilgotną od potu chusteczką nieszczęsne graffiti. Przeczesywał włosy drżącymi, rozcapierzonymi palcami. Zaczął nerwowo chichotać, po czym spytał płaczliwym, łamiącym się głosem: – Puchatek z Anglii, powiadasz, w niebieskim pudełku? – rozglądał się, jakby szukał ratunku. – Puchatek?! No nie, to jakiś horror… Oszalałem, delirium! Co ja takiego zrobiłem?! Jezu…

– Krzysiu, przestań! Tu jestem, pod tapczanem, zajrzyj tam! – zawołał zniecierpliwiony sopranik.

– Gdzie? – Krzysztof rozglądał się  zdenerwowany nie na zżarty. Czuł, Ze traci rozum. Wszystko, na cokolwiek by spojrzał, mogło odezwać się do niego lub skinąć po przyjacielsku, mając w nosie jego rwące się poczucie rzeczywistości.

Przez chwilę nie działo się nic. Na moment powróciło nawet wrażenie normalności. „A może to było tylko jakieś takie… chwilowe…” – pomyślał z nadzieją. Wprawdzie nie bardzo umiał nazwać to, co miałoby być chwilowe, ale poczuł się trochę lepiej i byłby przymknął powieki, gdyby kątem oka nie dostrzegł delikatnego ruchu między tapczanem a drzwiami na balkon. CHRYSTE!!! Na podłodze siedział i wyraźnie UŚMIECHAŁ SIĘ pluszowy MIŚ! Znowu wpadł w panikę. „Cholera, to nie żaden sen!” – zdał sobie sprawę. „Ani przywidzenie! Przecież nie jestem wariatem, ćpunem ani nikim takim! Owszem, wypiłem sporo whisky, nie powiem, ale to zdecydowanie za mało, żeby zbzikować… więc, CO TO JEST?!

– Krzysiu, przestań! Bądź mężczyzną! Do psychiatry chyba ci jeszcze nie spieszno, co? Zajmij się lepiej swoim gościem. Nie wierzysz, że ja to ja? Przecież nikt inny, tylko ty mnie dzisiaj uwolniłeś, więc skąd ta nagła gorączka? Powróciłem  i mam nadzieję, że będziesz wiedział, co z tym fantem zrobić. Odrobinę wyobraźni!

– No tak… – usiłował zebrać myśli rozłażące się jak mrówki. – Trudno dorosłemu facetowi… Rozumiesz, co chcę powiedzieć? – czuł, że jeśli dalej będzie tłumaczył swojej własnej halucynacji jak komu normalnemu, w czym rzecz, to tylko krok dzieli go od poważnych dysput z kapciami na temat godnego spędzania wolnego czasu, a za chwilę fiut zgotuje mu karczemną awanturę o nudne popołudnia i coraz słabsze sikanie! – Ja naprawdę zwariowałem… – jęknął żałośnie.

– Masz ci los – Puchatek wstał z podłogi i wyraźnie utykając, postąpił kilka kroków. – Leżałem na grzbiecie kopę lat, jak nieboszczyk w trumnie – pocierał łapką nos. Zastanawiał się, czy to, co mówi, jest wystarczająco dramatyczne, żeby zrobić wrażenie. – Nie miałem nic innego do roboty, więc tylko myślałem i myślałem…

– Dobrze, już dobrze! – przerwał zniecierpliwiony Krzysztof. – Daj spokój! Sam muszę się  z tym uporać… – był pewien, że za chwilę coś mu pęknie w głowie. Nic takiego jednak się nie stało. – Okay, misiu, spróbuję potraktować nasze spotkanie całkiem poważnie, bo w przeciwnym razie zostałby mi tylko sznur albo… albo… – zastanawiał się, co jeszcze bywa równie prostego i skutecznego jak sznur. Na szczęście nic nie przychodziło mu do głowy, więc umilkł.

– Doskonale rozumiem twój lęk, ale nie przejmuj się, każdy ma swoją tajemnicę – Puchatek pokuśtykał jeszcze dwa kroki do przodu. – Krzysiu! Myślę, że trafiła nam się wielka okazja, pod warunkiem że potrafimy jeszcze marzyć tak jak dzieci, a ty przestaniesz histeryzować. Pamiętasz nasz dziecięcy świat? Nie starczało dnia, żeby przeżyć wszystko, co rodziło się w naszych głowach. A twoja mama… Słyszę  jeszcze jej rozmarzony głos: „Ach, dziecko, oddałabym wszystko, gdybym tylko mogła stać się twoją młodszą siostrzyczką”. Dorośli potrafią tylko wzdychać, i na tym koniec! A my nie musimy niczego dawać! Rozumiesz?  Ja wiem, że stało się coś, czego nie możesz pojąć, to prawda… Ale czy nie bywasz na co dzień świadkiem albo czy sam nie potykasz się o rzeczy niepojęte, niezrozumiałe, co nie znaczy wcale, że nie istnieją…? Mam rację? – miś zamilkł, patrzył ze smutkiem na swojego postarzałego przyjaciela.

Krzysztof ukrył twarz w dłoniach. Starał się odpędzić natrętne wspomnienie: przed laty, kiedy w domu opieki przewlekle i nieuleczalnie chorych czekał na rozmowę  z lekarzem, przechadzał się wzdłuż korytarza, zaglądając do jasnych, dwuosobowych pokoików. W jednym z nich spostrzegł leżącego staruszka, przypominającego rozbandażowaną mumię. Tulił do zasuszonej piersi pluszowego misia. Krzysztof nie potrafił uwolnić się od przygnębiającego wspomnienia, a im dłużej nie mógł się uwolnić, tym wyraźniej staruszek przybierał jego postać.

– O czym myślisz? – Puchatek odezwał się w samą porę.

Krzysztof podniósł głowę. Na szczęście mumia z jego twarzą rozpłynęła się. Pozostał jednak miś, i to całkiem realny. Stał  oparty o nogę stolika i pocierał w skupieniu nos. Nic nie wskazywało, że podąży zaraz w ślady wywleczonego z pamięci starowinki.

– O czym myślisz? – powtórzył mis.

– Zastanawiam się, czy to jawa, czy sen?

– Cały czas masz wątpliwości?

– Jeszcze by tego brakowało, żebym ich nie miał – zachrypiał. – Co ty sobie wyobrażasz… – Krzysztof przerwał, zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby zbagatelizować całą tę tragikomiczną sytuację i walnąć się spać. A rano pewnie wszystko będzie po staremu…

– No, co sobie wyobrażam? Powiedz mądralo! – niecierpliwił się miś.

Krzysztof jednak milczał. Zajęty sobą, nie zwracał uwagi na Puchatka. Coraz silniejszy głos intuicji usiłował przekonać go, że w zasadzie wszystko jest w porządku. Oczywiście, jeśli przyjmiemy, że standardy normalności, tak jak poziomu cholesterolu we krwi, zostały nieco poluzowane ze względu na wymykające się coraz bardziej wszelkim regułom warunki życia. „Mimo wszystko to nie jest takie proste” – pomyślał zatroskany. – „Trzeba ślepej wiary we własną normalność, żeby najzwyklejszą szajbę, natręctwo, zespół abstynencyjny, nagłe odwiedziny Puchatka czy jakąkolwiek inną przypadłość o równie intrygującym brzmieniu przypisywać osobowości nadwrażliwej, mieszczącej się jednak w granicach  standardów, naciągniętych do kresu wytrzymałości. Bez sensu, jasna cholera! Bez sensu”.

– Krzysiu, powiesz mi w końcu, co ja takiego sobie wyobrażam? – Puchatek szarpał go za nogawkę spodni.

– Sam chciałbym wiedzieć. Przez chwilę miałem wrażenie, że jesteś bezczelnym, metafizycznym bękartem, żartem, zmyśleniem zafundowanym mi przez moje sfatygowane synapsy. Być może tak jest – nie wiem. A może to jakaś diabelska sztuczka. Tylko dlaczego ja, do cholery, muszę być doświadczalną duszyczką?! Czy nie zasłużyłem sobie już na brak zainteresowania opatrzności? Najchętniej zasnąłbym, i to natychmiast, gdybym miał pewność, że ranek przywróci stary porządek rzeczy. Nie wiem, czy rozumiesz, co chcę powiedzieć.

– Rozumiem, choć to dla mnie przykre… Mimo to, zanim nastanie nowy dzień, rozstańmy się jak dobrzy znajomi – miś pokuśtykał w stronę drzwi i zniknął za nimi.

Tykanie zegara przywróciło na chwilę poczucie rzeczywistości… Czyżby? Cichutko skrzypnęła podłoga i do pokoju wrócił Puchatek z wielką flachą whisky… A może to tylko nocne majaki?

– Napij się, to ci pomoże zasnąć.

Krzysztof zaśmiał się pierwszy raz od dłuższego czasu.

– Chodź do mnie – wyciągnął rękę, ale nie mógł pozbyć się  świdrującej mózg wątpliwości, czy nie pozwala na zbyt wiele poważnie chorej wyobraźni. Zdobył się jednak na to, że z całą powagą wziął od Puchatka butelkę i pomógł mu wgramolić się na kolana. Kiedy siedzieli już razem, Krzysztof napełnił szklankę.

– Twoje zdrowie – mrugnął do misia. – Niech się dzieje, co chce! – wypił wszystko do dna, głęboko westchnął, wstał i nie oglądając się za siebie, podszedł do tapczanu. Zgasił światło. – Mam nadzieję, że rano wszystko będzie jasne. Dobranoc!

Tej nocy Krzysztof długo nie mógł zasnąć. Nadsłuchiwał i wstrzymywał oddech jak dziecko, które uwolniło z wyobraźni zastępy rozmaitych stworów, wyzierających teraz zza mebli, spod łóżka i z każdego mrocznego zakątka.

„Co mnie podkusiło – nie mógł podarować sobie szczeniackiej ciekawości. – Po kiego czorta zajrzałem do tego cholernego kuferka? Przyjdzie mi teraz słono zapłacić za wtykanie nosa, gdzie nie trzeba. A było już tak dobrze: żadnych większych rozterek, żadnych wzruszeń ani żarliwych modlitw i pragnień – tak mi się wydawało… do dzisiaj. A niech to!”

Poprzedni artykułPlatońskie gwarancje praw
Następny artykułGondolierzy po australijsku
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj