Wykorzystałem dla swojego tekstu tytuł powieści Jamesa Jonesa, ponieważ odwrócenie losów głównych postaci utworu, szeregowca Prewitta, i jego prześladowcy, dowódcy kompanii, stanowi zaczyn mojej dzisiejszej refleksji poświęconej „szeregowcowi”, Jarosławowi Kaczyńskiemu. Piszę szeregowiec, bowiem on sam na różnego rodzaju zaczepki dziennikarzy, mówi: „Jestem zwykłym posłem”. Skoro poseł, prezes partii, a w rzeczywistości niekoronowany „król” Polski tak mówi, to niech tak pozostanie. Wszak każdy szeregowiec nosi w plecaku buławę marszałkowską, i akurat naszemu bohaterowi udało się tę przysłowiową buławę znaleźć, a przynajmniej tak twierdzi. Tak, czy owak, zwykły poseł skupia w swoich niedużych, ale twardych jak stal rączkach, władzę absolutną. Rodzi się pytanie: za jaką cenę? Kraj pod jego rządami tonie w prywacie nazywanej górnolotnie polityką wewnętrzną i zewnętrzną. Niestety sam głównodowodzący nie raczy zauważyć, jak zmienia się w karykaturalną postać pozbawioną samokrytycyzmu, a jego dokonania są tak mizerne, że media, nie tylko krajowe, bardziej pamiętają mu dwa różne, niedoczyszczone buty na jego imperatorskich stopach, niż sukcesy.
Drogi czytelniku, proszę nie traktować tego co piszę, jako niewybredne złośliwości wyssane z palca, który notabene często służy prawej stronie jako źródło wiedzy o świecie, tymczasem ja przekazuję i przypominam tylko to, co zostało napisane, odnotowane i sfilmowane przez wiele poważnych agencji informacyjnych.
Dramat prezesa polega na tym, że otoczył się, i dalej w pełni świadomie otacza się ludźmi pozbawionymi często godności, a najczęściej wiedzy i powagi wymaganej od polityków. W końcu to oni pilotują potężny samolot z całym społeczeństwem na pokładzie. Po raz drugi w najnowszej historii naszego kraju coraz głośniej słychać ostrzeżenie: terrain ehead!, a potem: pull up! Pull up! Oczywiście jest to wyłącznie literacki zabieg odnoszący się do krytycznej sytuacji społecznej i gospodarczej.
Przepraszam za przypomnienie tych dramatycznych słów, ale uczyniłem tak dla zobrazowania roli pana prezesa w zarzadzaniu krajem. To on trzyma stery naszego „samolotu”. To on pozwala i zgadza się na karygodne wyczyny Antoniego Macierewicza, nieuleczalnego manipulatora i nieugiętego tropiciela wszystkich, którzy śmią go krytykować. Tymczasem niezależna prokuratura stwierdziła jednoznacznie i ostatecznie, brak choćby nikłych śladów zamachu, a on, mimo to, brnie dalej: „Wybuch! Dwa wybuchy!”
I nic się nie dzieje, ponieważ prezes pozwala na to, widać ma w tym swój osobisty interes. Tylko nie wiem jaki! Nawet pamięć ukochanego brata ma w głębokim „poważaniu”. Wydaje mu się, że pochówek na Wawelu pośród mocno zadziwionych królów wszystko już załatwił. Owszem, pod warunkiem, że można tak nazwać śmiech przez łzy, nic więcej.
Natomiast w sprawie najnowszej afery z rosyjskim szpiegiem prezes nawet nie stara się nic załatwić, ani nie próbuje, tylko arogancko milczy. Agent Tomasz L. z wyboru pana Macierewicza działał w ścisłym składzie komisji likwidacyjnej WSI. Miał dostęp do najtajniejszych danych dotyczących polskich służb działających na całym świecie. Oczywiście ludzie Macierewicza, czyli de facto prezesa, marginalizują problem, próbując zwalić odpowiedzialność na prezydenta Trzaskowskiego, z racji wieloletniej pracy Tomasza L. w ratuszu. Nie wspominają tylko, że pan agent został tam zatrudniony przez świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego. Jednak nie sądzę, żeby to była jego wina, tylko odpowiednich służb, które są od tego, aby prześwietlać wszystkich mających dostęp do danych wrażliwych. W tym wypadku wygląda na to, że z niejasnych powodów, agencji bezpieczeństwa nie zależało na nadmiernej skrupulatności. Dobrze chociaż, że wiadomo komu wtedy podlegały służby informacyjne.
Od czasu ujawnienia szpiega mijają trzy dni, a rząd, czyli prezes milczy. W telewizji trener Michniewicz, Lewandowski, zmiany trenerów w Portugalii, powrót pandemii i podobne śmiesznostki, ale śladu konferencji prasowej na temat Tomasza L. Widocznie taka jest wola szeregowca, który znalazł buławę w swoim tornistrze, bo kogo by innego? I tak jest w każdej dziedzinie. Najnowszy hit! Mówi się, że o wysłaniu Jacka Kurskiego do banku światowego zadecydował Adam Glapiński, najwybitniejszy finansista na obu półkulach. Dobrze by było, gdyba tak było, ale nie jest, a polecenie pozbycia się z kraju drugiego geniusza bankowości wydał panujący nam prezes. W tym wypadku to dobra dla nas wiadomość, nieco gorsza dla światowych finansów.
Wszystko, każda pozornie błaha decyzja ma swój początek na Nowogrodzkiej. Nikt, ani prezydent, ani premier, ani żaden inny poddany, nie może wydać z siebie nawet pół prywatnego zdania, nie wspominając o jakichkolwiek inicjatywach.
Biedne to królestwo, gdzie król do wielkiej polityki wybiera piekarzy, śpiewaków, cieśli, perukarzy i podobnie nieprzydatnych, ale za to wiernych poddanych. Oczywiście zdarzają się czasami bardziej wykształceni, jednak sadowieni są na stanowiskach tak odległych od ich specjalności, jak górnictwo węglowe od archeologii. Chociaż… Teoretycznie, i tu, i tu trzeba kopać. I śmieszno i straszno, dlatego na koniec odrobinę humoru najwyższej próby.
Uwielbiam, na pewno nie tylko ja, sztukę Moliera „Mieszczanin szlachcicem”, a najbardziej scenę, w której pan Jourdain, ów mieszczanin (grał go niezapomniany Bogumił Kobiela), dowiaduje się od nauczyciela filozofii (Kazimierza Rudzkiego), że całe swoje czterdziestoletnie życie mówił prozą, a on o tym nie wiedział!
Zabawne i tragiczne, ale nadal prawdziwe. Ilu odkryć mogli by dokonać „szlachcice” z kręgu najwierniejszych prezesowi, gdyby oczywiście mieli odwagę dowiedzieć się, co ich kompromituje i co czyni ofiarami własnej, głębokiej niekompetencji. Pobożne życzenia… Żądni władzy pragną, podobnie jak pan Jourdain, zasłużyć na tytuł „wielkiego mamamuszi”, w sztuce symbol wystrychnięcia na dudka, ale traktowany przez wyróżnionego jako splendor i społeczny awans. Idealnie pasuje do dzisiejszych czasów. Niestety nie przychodzi im do oczadziałych głów, że być może ich wnuki będą kiedyś odżegnywać się od swoich dziadków Jourdainów.
Mógłbym długo jeszcze kpić i znęcać się nad dziesiątkami kandydatów do tytułu „mamamuszi”, ale rzecz nie w liście żałosnych winowajców, tylko w procesie, który dzień po dniu niszczy więzy społeczne, bez względu na wiek, płeć, orientacje seksualne, wykształcenie czy wyznanie.
Dlatego przy okazji nadciągającego nieuchronnie nowego, 2023 roku, składam panu prezesowi życzenia szerokiego otwarcia i przetarcia oczu. Życzę także, żeby dotarło w końcu do pana, że Polska leży na o wiele większym terytorium niż enklawa wszystkowiedzących z ulicy Nowogrodzkiej, a społeczeństwo, na które powołuje się pan przy okazji wszelkich niepopularnych działań, to nie tylko kilka milionów żelaznego elektoratu, ale znakomita większość pozostałych pasażerów samolotu PLL LOT „OJCZYZNA”, który pan pilotuje, i czas zrozumieć, że w razie, nie daj Boże, katastrofy zginą wszyscy. Bez wyjątku.
Terren Ahead! Pull up! Pull up!









