Ale zanim zajmę się sednem rzeczy, chciałbym wspomnieć o cudownym błysku ludzkiego geniuszu, czemu chyba nikt nie zaprzeczy, mianowicie chodzi mi o wynalazek tak wspaniały, jak okno. Dzisiaj, oprócz tradycyjnych form naświetli wszelkiej maści, wielkości i technologii wykonania, mamy do dyspozycji zaczarowane okno telewizora pozwalające oglądać świat bliski i daleki, nie ruszając się z fotela lub kanapy. Otóż każdego dnia, z racji moich zainteresowań, odwracam się plecami do dziejącego się za szybami mojego mieszkania reality show, i poświęcam mniej więcej dwie godziny na programy publicystyczne. Po takiej dawce mieszaniny prawdy i tylko prawdy, z nachalną mieszaniną fikcji, ani filmy akcji, ani horrory, nie są już w stanie bardziej mnie poruszyć. W zasadzie jestem człowiekiem odpornym, ale zdarza się, jak to miało miejsce kilka dni temu, że owa publicystyka sprowadza na mnie tak ciężkie stany ducha natury egzystencjalnej, że jako człowiek, byt konkretny, a także pod względem ważności naczelny, ( tak twierdzą panowie Kierkegaard i Jaspers, a nie mam powodu im nie ufać) ledwo to wytrzymuję. Poza tym, pomijając poglądy obu filozofów, przenoszę swoje doświadczenia na innych, w celach porównawczo poznawczych, co wzbudza we mnie jeszcze większy niepokój i rozdrażnienie.
I właśnie kilka dni temu nadmiar publicystyki okazał się dla mnie wyzwaniem ponad siły. Otóż tego dnia stawiałem czoła tak absurdalnym poglądom gadających głów należących do panów: Czarnka, Sasina, Ziobry, Suskiego, Macierewicza i jeszcze kilku innych, że w pewnym momencie rozległo się we mnie zawołanie: nie zgrzytaj zębami i nie kombinuj, masz kochać bliźniego, nie bądź troglodytą! Ale zaraz w odpowiedzi na te słowa usłyszałem jeszcze wyraźniejsze, tym razem nabrzmiałe sprzeciwem: Niedoczekanie!
Wiem, że to nie po chrześcijańsku, ale jak miałbym kochać kogoś, kto nie ma dla mnie ani szacunku, ani zrozumienia dla mojej odmienności w poglądach, i nie interesuje go, co miałbym do powiedzenia na temat aktualnych wydarzeń.
Poczułem się naprawdę niekomfortowo, ale natychmiast przyszła mi w sukurs egzystencjalna refleksja chrześcijańskiej natury. Bliźni to wielkie wyzwanie, kochać go w jego naturalnej postaci, to Himalaje humanizmu, musisz je zdobyć! Zdaję sobie sprawę, że aby wspiąć się na szczyty najwyższej wartości, należałoby zacząć od siebie, zaakceptować swoje życie takim, jakie ono jest, bez pretensji i zgorzknienia, przyjąć siebie niedoskonałym, pełnym fałszywych, zgubnych namiętności i ułomności ducha, czyli zaakceptować z pokorą swoją grzeszność, oczywiście wyłącznie po to, żeby świadomie z nią walczyć. Akurat akceptacja wszelkich draństw nazywanych ułomnościami jest bardzo prosta. O wiele gorzej, wręcz dramatycznie, jest z wyrzeczeniem się ulegania egoizmowi i najniższym instynktom. Mimo to powinno się podejmować trud odmiany, w końcu tak nauczał uczniów swoich Jezus, choć było to tak dawno, że właściwie jakby nie miało miejsca nigdzie, poza kartami Biblii. Natomiast Jego mądrości pozostają wyłącznie filozoficznym westchnieniem, nieprzemijającą wiarą, że może jednak ludzkość, złożona przecież wyłącznie z bliźnich, pojmie w końcu, że wszyscy zasługują na wzajemną miłość i szacunek, czego tak stanowczo i hałaśliwie domagamy się każdego dnia dla siebie samych. No, ale nam to się przecież należy, i basta!
Pewien dobrze mi znany bliźni zwierzył się niedawno, że przestał bywać w kościele, bo nie może znieść widoku przystępujących do komunii świętej jawnych gejów, nie ostygłych jeszcze dobrze komuchów, i oczywiście przechrzczonych Żydów, drzazgi pod wrażliwym paznokciem katolickiej społeczności. I on ma takim indywiduom przekazywać znak pokoju? Niedoczekanie!
Jednak najwięcej problemów takim i podobnie sformatowanym obywatelom sprawia odmienność, nawet nie rasowa czy światopoglądowa, tylko seksualna. No, chyba że Muzułmanin albo, nie daj Boże Żyd, co już samo w swej pierwotnej istocie jest trudne do zaakceptowania, okażą się na dodatek homoseksualistami. Nie sposób wyobrazić sobie czegoś bardziej plugawego. I tu się zaczyna prawdziwa wspinaczka na szczyty humanizmu. Przecież wszystkie rodzaje odmienności tego typu ujęte w zbiorczą nazwę LGBT+, stanowią przyrodzone cechy ludzkiego gatunku od jej początków i, co ciekawe, dotyczą także świata zwierząt. Homoseksualne zachowania spotykane są nawet wśród przemiłych pingwinów! Nie odkryję chyba Ameryki, jeśli powiem, że społeczności zwierzęce nie ulegają wiadomym „dewiacjom” nurzając się w rozpustnych stronach Internetu, i nie tworzą szkodliwych ideologii, tylko korzystają z możliwości wyboru z ich przebogato wyposażonych natur stworzonych przez Boga. Bo przez kogo by innego?
To przykre, że większa część naszego katolickiego społeczeństwa nie toleruje żadnych odstępstw od kanonu szczęścia dwupłciowego. Myślę, że wina za taki stan świadomości tkwi głęboko w staropolskim kołtuństwie i braku tolerancji dla wszelkich odmienności. Z jedną tylko różnicą, mianowicie dawna polszczyzna miała przynajmniej bardziej poetyckie określenia na tę męską hetero nienormatywność. A tak na marginesie, dziwi fakt o wiele mniejszego zainteresowania podobną nienormatywnością u kobiet, ale to już temat na inny tekst. Wracajmy więc do określeń męskiej niepoprawności. Nazywano ich: niewieściuchami, samcołożnikami i mężołożnikami, psotliwymi plugawcami, paziolubcami, tureckimi niewstydnikami, (dlaczego tureckimi? Pewnie dlatego, że Muzułmanie) oraz na wiele innych, równie zabawnych sposobów. Oczywiście w dawnej Polsce oprócz hańby i wstydu, homoseksualistom groziły poważne prześladowania, a ich skłonności mogły być biczem na politycznych, bądź ideologicznych przeciwników.
Długosz sugerował paziolubstwo Władysława Warneńczyka, a jego śmierć w bitwie pod Warną miałaby stanowić karę za tę jego grzeszną nieobyczajność. Podobnie mówiono i pisano o Władysławie IV Wazie. Są też zwolennicy uznania Bolesława II Śmiałego za pierwszego homoseksualistę (samcołożnika) na tronie polskim, którzy oparli swoje przekonania na opisanych w kronikach Gala Anonima i Wincentego Kadłubka, haniebnych i plugawych wyczynach króla Bolesława. Sporo możemy dowiedzieć się dzięki pamiętnikom i kronikom Marcina Matusewicza także o innym, szlachetnie urodzonym psotliwym plugawcu, Januszu Aleksandrze Sanguszce. Nasz miecznik wielki litewski (Sanguszko) utrzymywał liczne kontakty z mężczyznami. Szeroko znany był jego romans z osobistym sekretarzem Kazimierzem Chylińskim, za co on, nie Sanguszko, został skazany na 12 lat więzienia. Innemu kochankowi, Karolowi Szydłowskiemu podarował miasto Koźmin i 17 wsi. Mimo srogiego karania homoseksualistów (znane są wyroki śmierci za mężołożnictwo, jak w procesie sieradzkim, w 1633 roku) miecznik litewski Sanguszko został odznaczony Orderem Orła Białego, oczywiście za inne, niż wyżej wymienione „zasługi”, w sierpniu 1736 roku. Stara zasada: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie, jest wiecznie żywa, i ma się dobrze także dzisiaj.
Na kartach podręczników historii uwiecznionych jest wielu podobnie szlachetnych mężów, ale bez śladów wzmiankowania o ich seksualnych preferencjach. Historia naszych dziejów nie jest wyjątkowa pod tym względem, bowiem homoseksualizm, mniej lub bardziej oficjalnie, obecny był na wielu dworach europejskich.
Wielkimi niewieściuchami byli: książę Konstanty (wnuk Mikołaja II ), książę Feliks Jusupow (zabójca Rasputina), król Anglii Edward II (ścięty za całokształt w 1312 roku), a o homoseksualizm oskarżano także Marię Antoninę, Henryka Walezego i Ludwika XIII, a cesarz Niemiec, Wilhelm II, kochał hrabiego Filipa von Eulenburga, natomiast car Bułgarii, Ferdynand I, nie ukrywał uwielbienia dla młodych, dziarskich blondynów służących w jego armii. Nie gardził także przystojnymi szoferami, z którymi woził się do lasu w (nie)wiadomym celu.
Wymienione przykłady stanowią zaledwie okruszynkę z wielowiekowego, nienormatywnego bochna, wypiekanego od niepamiętnych czasów.
Nie ma kraju ani grupy społecznej, czy zawodowej, gdzie nie można by spotkać homoseksualnie utkanych osobowości. W obszarze kultury także. Wystarczy wspomnieć Oscara Wilde’a, bez którego świat byłby uboższy, i jego proces z zarzutem homoseksualizmu. Takich wielkich nazwisk istnieją setki! A my jesteśmy spadkobiercami jednego z największych w historii kultury. Otóż trafiłem na opinię Moritza Webera, szwajcarskiego dziennikarza analizującego listy Chopina do jego szkolnego przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego, zawierające wiele namiętnych słów, nijak nie pasujących do męskiej, nawet wyjątkowo serdecznej przyjaźni. Miłosne listy pisywał Chopin także do Jana Matuszyńskiego, lekarza, również kolegi z lat szkolnych, pisarza Antoniego Wodzińskiego i pianisty Juliana Fontana. No cóż, serce nie sługa, i nikomu nic do tego. Ale rodzimi strażnicy moralności unikają takich tematów jak ognia – Maria Konopnicka – lesbijka, Gombrowicz – biseksualista, Lechoń i Iwaszkiewicz, wiadomo. A są jeszcze aktorzy, malarze, naukowcy, ale także szewcy, stolarze, nauczyciele i politycy, także z prawej strony. Ale o tym, sza!
Został nam jeszcze Kościół. Frederic Martel, francuski prawnik, politolog, filozof, socjolog, dziennikarz i nauczyciel akademicki, napisał tak o Kościele: „To jest gejowska organizacja i kiedy mieszkałem w Watykanie praktycznie każdy ksiądz, którego spotkałem chciał uprawiać seks ze mną, albo z innymi księżmi, których poznałem”
I tu należałoby postawić kropkę, ale nie oskarżającą, obnażającą najbardziej winnego, bo nie o to chodzi, to nie pedofilia, chodzi o kropkę kończącą temat wykreowany o dziwo przez sam Kościół, jako jądro wszelkiego zepsucia. No przecież śmiechu warte, a może bardziej jeszcze łez. Czy nie prostsze i uczciwsze byłoby w końcu jednolite stanowisko: Bóg jest twórcą wszechrzeczy z ich właściwościami i wszelkimi odmianami, z homoseksualizmem, jako nieodłączną częścią ludzkiej natury? I jeszcze coś równie ważnego: jeżeli istnieje prawdziwa miłość, Boża, czy ludzka, to powinna być tylko jedna – BEZWARUNKOWA!
Zły jest uczynek nie człowiek, i nie mam na myśli „grzechu” współżycia seksualnego pomiędzy kochankami tej samej płci, tylko krzywdy wyrządzane potrafiącym kochać równie płomiennie, jak bliźni heteronormatywni, ale pozbawieni niezbędnego Imprimatur.
Panowie z prawicy o ortodoksyjnym stosunku do seksualnej inności – wy nie jesteście złymi ludźmi, tylko wasze czyny, słowa i myśli wołają o pomstę do nieba i zamieszkującego tam Boga, singla, niewykluczone że płci obojga. Oczywiście mam na myśli wyłącznie dwupłciowy boży umysł i zrodzoną w nim wizję, która legła u podstaw naszego świata, ze wszelkimi jej różnicami i odmianami zawartymi w słowie Jego, które ciałem się stało.
I już na zakończenie, nawiązując do tytułu mojego tekstu, zamiast: miłuj bliźniego jak siebie samego, proponuję: i odpuść grzechy bliźniemu, jak sobie samemu.
Autor: Szymon Koprowski









