W Zaduszki, jak w żaden inny dzień w roku, nie tylko powracamy pamięcią do zmarłych, ale właśnie w tym dniu – ci, co odeszli bezpowrotnie – przychodzą do nas obrazami minionego czasu, przemawiają surowym milczeniem grobu, prowadzą z nami niemy dialog pokoleń i historii. Może więc w tych smutnych płomieniach zniczy, w naszych myślach i wspomnieniach, w ukojonym żalu lub we wciąż dręczącym nas bólu, w cichej modlitwie – gdzieś w nas lub poza nami – łączy się i wzajemnie przenika świat żywych i świat umarłych. Od wieków bowiem lud polski powszechnie wierzył, że umarli, zwłaszcza w Zaduszki, powracają do swych domów, gdzie ze zmarłymi krewnymi weselą się i bawią, że w kościołach słuchają nabożeństw odprawianych przez nieżyjących księży, że towarzyszą swojej rodzinie podczas jej modłów w kościele i w codziennej gospodarskiej krzątaninie.
Właśnie w tym wyobrażeniu o zmarłych i ich życiu pozagrobowym, w duchowej, religijnej potrzebie obcowania z nimi, we wzajemnym, choć dla człowieka wciąż nieodkrytym przenikaniu świata żywych i świata umarłych, tkwi chyba niepowtarzalny i tajemniczy urok Święta Zmarłych – tego wielkiego symbolu naszych najszlachetniejszych uczuć i wiecznie żywej pamięci człowieka. Ludzie od niepamiętnych wieków wierzyli bowiem w nierozerwalny związek świata żywych i świata umarłych, obawiali się jego tajemniczej potęgi i niezrozumiałych sił, tłumaczyli go i wyjaśniali w najrozmaitszych wierzeniach i religiach świata. Dziś dla człowieka wierzącego w życie wieczne, w zmartwychwstanie i Sąd Boży śmierć, aczkolwiek bolesna i okrutna dla żywych, jest tylko przejściem do innego, lepszego świata Bożej sprawiedliwości, szczęśliwości i wiecznego spoczynku.
Takie rozumienie śmierci towarzyszyło naszym przodkom od powstania chrześcijaństwa. Śmierć pozostawała dla nich zawsze czymś nieznanym i niezrozumiałym, ale poprzez wprowadzenie człowieka do królestwa niebieskiego było jednocześnie czymś naturalnym i oczekiwanym, a nawet przygotowywanym. Świadczą o tym zwyczaje ludowe związane ze śmiercią, jak i same pogrzeby – zwłaszcza chłopskie – z ich malowniczą, ale jakże smutną scenerią wiejską.
Śmierć według wierzeń ludowych przybierała najczęściej postać kościotrupa z kosą albo starej kobiety z młotem lub ościeniem, okrytej szczelnie białym całunem. Wierzono również, że do domu kostuchę przyprowadzić może dziad (żebrak), dlatego zawsze należało go wesprzeć i nakarmić. Śmierć zabijała młotem lub ościeniem, tym ostatnim wyrywała z człowieka duszę. Wierzono także powszechnie, że wycie psa, parskanie konia, hukanie puszczyka, skrzeczenie sroki czy zapianie koguta były niechybnymi zwiastunami śmierci, gdyż tylko zwierzęta dzięki swoim zmysłom mogły zobaczyć lub wyczuć nadchodzącą śmierć. Skrzypienie drzwi chaty – wróżyło śmierć gospodarzowi, dzieży chlebowej – gospodyni. Trzeszczący i pękający pułap, nagły zapach wysuszonych ziół czy pęknięcie szkła wieściło śmierć domownikom, a brak miejsca na starym cmentarzu przepowiadał liczną śmierć parafianom tej miejscowości, w której „nowy” cmentarz postawiono.
Sny były także zapowiedzią śmierci. Jeżeli komuś przyśniło się płótno, kościół, nabożeństwo, skopane, przydomowe grzędy lub usłyszał we śnie wołanie zmarłego, był przekonany, że wkrótce umrze.
Jeżeli śmierć nie była następstwem nagłego wypadku, umierającego człowieka przygotowywano na spotkanie z wiecznością. Przede wszystkim wzywano do niego księdza, który spowiadał chorego i namaszczał go świętymi olejami. Człowiek wolny od grzechów nie powinien mieć żadnych kłopotów na Sądzie Ostatecznym, wierzono też, że dzięki temu człowiek umierający będzie miał lekką i szybką śmierć. Gdy zgon nie następował, co uważane było za przejaw grzesznego życia, starano się ułatwić mu umieranie. Przy akompaniamencie modlitewnych śpiewów wyciągano konającemu spod głowy poduszkę, kładziono go na podłodze z gromnicą w dłoni i okadzano ziołami. Często i sam umierający włączał się do tych śpiewnych „godzinek” (których było dwanaście) i choćby tylko ruszając ustami uczestniczył w tym śmiertelnym pożegnaniu. Chwalono przy tym jego życie i czyny, ale i mówiono mu, jaki będzie miał pogrzeb i trumnę (zbijano ją niemalże na jego oczach). Nie było w tym nic okrutnego, jakby to się nam dzisiaj mogło wydawać, gdyż śmierć przyjmowano jako naturalną kolej życia, tak jak np. chrzciny lub ślub, i im była ona „piękniejsza”, tym „korzystniejsza” stawała się dla zmarłego. Na przykład w okolicach Chełma i Sawina (pow. chełmski) „długie konanie uważano za szczęśliwsze niż prędkie”, bacząc jedynie, aby „w żałości” skonania umierającemu nie przerywać. Gdyż człowiek wówczas i dobę „w straszliwych męczarniach męczyć się może”.
Po śmierci rodzina zmarłego (któremu natychmiast zamykano oczy, żeby „nie upatrzył” kogoś z domowników) spraszała krewnych i przyjaciół do pomocy „przy pogrzebie”. Z księdzem ustalano „nabożeństwo, podzwonne i pogrzeb”. Odwiedzających nieboszczyka, po odmówieniu przez nich pacierzy, częstowano wódką. Zwyczaj ten już w XIX w. zaczął szybko zanikać „z powodu podrożenia wódki”. Przy niektórych zmarłych (np. w okolicach Cycowa, pow. chełmski) stawiano kutię, którą odwiedzający się częstowali.
Jeżeli nie zdążono z trumną, zbijano ją z kilku prostych desek, kładziono do niej święcone zioła: bylicę i piołun. Trumna nie mogła mieć sęków i gwoździ, gdyż sęki mogły stać się „drzwiami”, przez które nieboszczyk wyszedłby na świat, gwoździe zaś nie rozpadłyby się z nim w proch, z czego ”różne nieszczęścia miałyby wyniknąć”. Zmarłego ubierano w białą koszulę (śmiertelną), uważając, aby uszyta była bez supłów i węzełków, w których umiejscowić by się mogły grzechy, a nawet dusza nieboszczyka. Głowę jego kładziono „w trumnie na pęku ziół święconych w Wniebowzięcie Matki Boskiej”, do ręki dawano mu „kawałek płótna z 2 lub 3 groszami”, aby miał co ofiarować ubogim „przy wnijściu na tamten świat”. Bywało i tak, że umarłemu kowalowi wkładano do trumny np. podkowę, zagorzałemu fajczarzowi – fajkę, pijakowi – flaszkę wódki, dziecku – orzechy czy ziarnka dyni, wierząc, że są to rzeczy niezbędne w ich dalszym pozagrobowym życiu. W chacie zatrzymywano zegar, zasłaniano lustro (jeżeli było), otwierano szeroko okno, a nawet drzwiczki od pieca, wyrywano kawał strzechy, żeby dusza zmarłego bez przeszkód powędrowała za ciałem.
Po pokropku i modlitwie odmówionej przez księdza, otwierano na „oścież” wszystkie drzwi chałupy, trumnę przykrytą kawałkiem białego płótna wynoszono na wóz, trzykrotnie stukano nią o próg chałupy i sieni, żegnając się w ten sposób ze zmarłym i przestrzegając go, aby „nie wracał na świat straszyć”. W ślad za trumną wynoszono przed chatę słomę (czasami i pierzynę), na której leżał nieboszczyk i palono ją. Ktoś zawsze w tym czasie kładł na progu siekierę, w chałupie powywracał stoły i ławy, pośpiesznie sprzątał izbę. Towarzyszący zmarłemu ludzie sypali na wynoszoną trumnę garść zboża, w drodze zaś do kościoła i na cmentarz „nabrawszy ręką wody z najbliższej kałuży” lub piasku rzucali nimi trzy razy „na pochód żałobny”, „żeby się droga czyściła”.
Wozem zaprzężonym w konie lub woły powozić mógł człowiek stary, dziad lub żebrak, gdyż młodego „trup pociągnąłby za sobą”. Młodzież nie mogła też ubierać nieboszczyka i wynosić go z domu. W okolicach Włodawy zaraz „po przewiezieniu zmarłego”, obmywano woły wodą, myli się także uczestnicy pogrzebu.
Z obrazów Gierymskiego utrwaliły się w naszej świadomości przejmujące swą surowością i tragedią pogrzeby wiejskie. Wieko trumny oparte o ścianę chałupy, czarne chorągwie, przedcmentarny krzyż na rozstajnych drogach, owinięte czarnymi chustami kobiety wiejskie w żałobnym kondukcie… Właśnie. Chłopki owijały głowy chustami tak szczelnie dlatego, gdyż w ten sposób chroniły włosy, bo „gdyby wtenczas były odkryte, wypadłyby im do szczętu”. Chłop, gdy usłyszał podzwonne albo zobaczył żałobny orszak, porzucał pracę, gdyż ona „zmarniałaby i tak”, a wiozący nawóz rozsypywał go w miejscu, gdzie stanął i tego dnia do „żadnej roboty” się już nie brał. Wierzono też, że kto z nabożeństwem odprowadza zmarłego na wieczny spoczynek, „skarbi” sobie jego łaskę i że – gdy sam umrze – wszystkie odprowadzane przez niego dusze wyjdą „ze świecą w ręku” w czasie jego pogrzebu na spotkanie z nim.
Grób kopano zawsze głęboki, głębszy od wysokości nieboszczyka, gdyż wierzono, że zmarli mogą wychodzić na świat, żeby zrobić to, czego za życia nie dokończyli, a co gorsze nawet dla zemsty (głęboki grób miał im to udaremnić). Na opuszczoną do grobu trumnę – „przodem na wschód” – uczestnicy pogrzebu rzucali „trzykrotnie po garstce ziemi”. Dzieciom na trumnę ojca i matki „ziemi rzucać się nie godziło”. Groby strojono kwiatami i ozdobnymi krzewami. Na grobach dziewcząt, rzadziej na grobach młodzieńców, sadzono kalinę, zaś na grobach żonatych – zielony jałowiec. Szczególną moc lud wiejski (np. w okolicach Włodawy) przypisywał kalinie. Jej świeżo zerwany kwiat symbolizował namiętności ludzkie: gniew i miłość oraz skromność i czystość dziewiczą, przynosić też miał ukojenie cierpienia i spokojny, szczęśliwy sen.
Tego snu nigdy i niczym nie można było umarłym zakłócić. Ludzie, choćby im „najbardziej śpieszno było”, pod żadnym pozorem nie skracali drogi przez cmentarz (skracało to życie), przechodzili obok, cicho modląc się za dusze pogrzebanych. Jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku w okolicach Cycowa (pow. chełmski) najstarsi ludzie opowiadali „o niezwykłym wydarzeniu”. O „wydarzeniu” tym, gdy w latach 1959-1963 byłem uczniem chełmskiego liceum, opowiadała mi także moja babcia, Marianna Okoń. Otóż pewien pijak lekceważył sobie ludowe wierzenia o zmarłych. Pijany, zawsze w nocy, wracał z karczmy do domu przez cmentarz, drwił z nieboszczyków, wołając: „Wstawajcie umarli, będziecie żywych żarli”. I którejś nocy głos z grobu odpowiedział mu: „Dobrze, jutro o dwunastej”. Przerażony pijaczyna wytrzeźwiał od razu, o całym zajściu natychmiast powiadomił księdza. Nazajutrz o dwunastej odprawiono w kościele nabożeństwo, a o północy ksiądz z Przenajświętszą Komunią chodził od grobu do grobu, czyniąc znak krzyża świętego, ludzie zaś modlili się cicho, prosząc zmarłych o przebaczenie. A ów pijak do końca swego żywota nigdy już nawet kropli wódki do ust nie wziął.
Ważna rolę w kontakcie ze zmarłymi odgrywały sny. Wierzono, że gdy umarli śnią się „w białej i czystej odzieży”, to jest im „dobrze na tamtym świecie”, gdy zaś są „brudni i nędznie odziani”, to „cierpią za grzechy”. Tym gorliwiej i częściej modlono się za nich „w domu i kościele”.
Uczta żałobna, Boże obiad, poczesne czyli po prostu stypa pogrzebowa kończyła pogrzebowe powinności. Przygotowywano ją równie starannie jak pogrzeb. Nakrywano stoły białym płótnem, stawiano na nich flaszki wódki i dzbany piwa. Na drewnianych talerzach leżała surowa cebula, surowe ogórki i chleb razowy. Gdy umierał zamożny gospodarz, zabijano krowę lub wołu, wieprza, kilka owiec, kupowano „20 do 30 garncy okowity” z dodatkiem dziesięciu beczułek piwa”. Orator wiejski, czasem sam ksiądz, jeszcze raz zasługi umarłego „pod niebiosa wynosił”. Każdy z obecnych parę kropel wódki z pierwszego kieliszka na ziemię dla zmarłych wylewał, wychylał kieliszek, resztę wódki za siebie wylewając ze słowami: „A nam na zdrowie”.
Ale nie wszystkie pogrzeby wiejskie tak się kończyły. Zdarzały się – i to często – pogrzeby biedaków. Nawet ksiądz pleban nie kwapił się wówczas z pochówkiem. Dlatego synody: włocławski w 1568 r. oraz przemyski w 1624 r. i 1745 r. nakazywały księżom – nawet na koszt parafii – grzebać nędzarzy.
Pogrzeby pańskie, magnackie były wielkie i niewyobrażalne. Żałobne orszaki tonęły w złocie, kiry mieszały się z diamantami i szeleszczącymi jedwabiami. Ozdobne trumny, okute żelazem, wznosiły się na katafalkach – zamkach boleści – zbudowanych z marmurów, kamieni, broni i proporców. W czasie nabożeństwa do zalanego światłami kościoła, wśród chóralnych modłów i śpiewów, na czarnym koniu wjeżdżał czarny rycerz, łamał nad trumną kopię lub herb (jeżeli umierał ostatni potomek rodu) i z grobowym łoskotem zwalał się na kościelną posadzkę.
A w 1551 r., wiosną, przez ziemie szlacheckiej Rzeczypospolitej, z Krakowa do Wilna, przeszedł niezwykły kondukt żałobny. To król Zygmunt August przez trzy tygodnie, pieszo i konno, w czarnym stroju, odprowadzał swoją małżonkę i królowę Barbarę Radziwiłłównę, na miejsce jej wiecznego spoczynku, zgodnie zresztą z wolą ukochanej wypowiedzianą na łożu śmierci.
Był w dawnej Rzeczypospolitej, do dzisiaj zachowany, np. w okolicach Włodawy, zwyczaj, że na mogiłach zabitych żołnierzy, partyzantów czy powstańców „pochowanych w lesie lub przy drodze” przechodnie rzucali kije, połamane gałązki, polne kwiaty, garść słomy czy siana. Nagromadzony w ten sposób stos podpalano (najczęściej w Zaduszki), wierząc, że ogień oczyści „duszę zabitego”.
Takich mogił jest w Polsce dużo. Leżą w nich ci, którzy od stuleci po dzień dzisiejszy walczyli o wolność i niepodległość ojczyzny. Dla nich tą ojczyzną była zawsze Polska. Ale nie zawsze o ich mogiłach chciano pamiętać – i pamiętano. A przecież nie było ich winą, że właśnie ta Polska, ukochana i wymarzona, zrodzona z ich walki, krwi, pracy i poświęcenia, stawała się najczęściej nie taką, o jakiej marzyli i za którą oddali swe życie…
Uszanujmy więc ten piękny, staropolski zwyczaj i przechodząc koło samotnej lub opuszczonej mogiły, znanej lub nieznanej, połóżmy na nią choćby najskromniejszy kwiatek, zapalmy symboliczny znicz. Niech w ten zaduszkowy wieczór ożyje chybotliwym płomykiem przeszłych już lat i naszą o nich pamięcią.









