Strona główna Styl życia Punkt widzenia Marceli Klimkowski (1937-2020) – postać godna pamięci

Marceli Klimkowski (1937-2020) – postać godna pamięci

0

Dnia 15 grudnia 2020 roku upływa pierwsza rocznica od czasu, kiedy odszedł od nas prof. Marceli Klimkowski, znany i wielce zasłużony neuropsycholog o bardzo ciekawej i owocnej drodze życiowej. Urodził się 16 stycznia 1937 roku w Haynage (we Francji).  Rodzice Marcelego byli Polakami szukającymi na ziemi francuskiej lepszego bytu. W roku 1946 rodzina Klimkowskich powróciła do kraju ojczystego. Marceli od najmłodszych lat wykazywał zainteresowania humanistycznie, dużo czytał i starał się zgłębiać prawa rządzące ludzkimi losami, dlatego też, wbrew radom najbliższych, na profil swego kształcenia, na poziomie szkoły średniej, wybrał Liceum Pedagogiczne w Katowicach, które ukończył (z wyróżnieniem) w roku 1955. 

Po maturze został zakwalifikowany na studia zagraniczne w Moskiewskim Uniwersytecie Łomonosowa. Studia te stały się dla Marcela prawdziwą szkołą życia, dającą niebywałą siłę odbicia w Jego przyszłej karierze, którą dalej, konsekwentnie – drogą swej pracowitości –  realizował. Ambicją Marcela stało się nie tylko podjęcie studiów psychologicznych, lecz także nawiązanie bliskiej współpracy z jednym ze swych wykładowców, największym ówczesnym rosyjskim psychologiem, czyli Aleksandrem Romanowiczem Łurią (1902 – 1977). A. P. Łuria był od najwcześniejszej młodości człowiekiem wybitnym, jako syn profesora medycyny na Uniwersytecie w Kazaniu, w wieku lat 16 zdał maturę i wstąpił na uniwersytet, który ukończył trzy lata później. W czasie studiów pasjonował się psychoanalizą, czytając (w oryginale) kolejne prace Zygmunta Freuda, z którym na wiązał korespondencję Zajął się także intensywnym propagowaniem idei psychoanalizy, zakładając Klub Psychoanalityków. Kiedy, po przeniesieniu się do Moskwy, zakomunikował Z. Freudowi o tym, że w tym, stołecznym mieście także założył podobny Klub, ojciec psychoanalizy przesłał mu list gratulacyjny, w którym zatytułował 21- letniego Aleksandra; „prezydentem rosyjskich psychoanalityków”! 

Długo można by mówić o późniejszych osiągnięciach naukowych A.P. Lurii, który stworzył wiele oryginalnych teorii z zakresu neuropsychologii oraz psychologii rozwoju mowy i funkcji poznawczych. Obok wielkiej pomysłowości w badaniach naukowych oraz komentarzach ich rezultatów, posiadał A.P. Łuria ważną umiejętność gromadzenia wokół siebie wybitnych współpracowników, takich, jak L.S. Wygodzi, A.N. Leontiew, czy B.W. Zeigarnik, autorkę opisywanego w podręcznikach psychologii „efektu Zieigarnik”. Nic tedy dziwnego, że młody, inteligentny i ujmujący w sposobie bycia, student, jakim był M. Klimkowski, zaskarbił sobie zainteresowanie, a z czasem i przyjaźń ze strony Mistrza i to przyjaźń, która z biegiem lat, przerodziła się w zażyłość. 

Szkołą życia były także dla M. Klimkowskiego informacje o niepokojach, a nawet lękach, jakie przeżywał A.P. Łuria w czasie stalinowskich „czystek” dotyczących „niepewnych ideologicznie” przedstawicieli „elementów   Żydowskich” (do których należał), w tych ponurych czasach A. Łuria obawiał się wręcz o życie! Na szczęście, wraz z odejściem z tego świata Stalina, ów koszmarny okres przeminął, a w każdym razie złagodniał.

M. Klimkowski napisał pod kierunkiem prof.A.P.Lurii zarówno pracę magisterską, jak i doktorską. Po przyjeździe zaś do Polski i podjęciu pracy na UMCS, zatroszczył się o to, aby Uniwersytet ten  nadał Jego Mistrzowi zaszczytny tytuł doktora honoris causa, co nastąpiło w 1974 roku. Kiedy M. Klimkowski wystarał się o założenie w UMCS Instytutu Psychologii, a w nim kierowanego przez siebie Zakładu Neuropsychologii, A.P. Łuria żywo interesował się, zarówno ciekawymi projektami badawczymi podejmowanymi przez pracowników tego Zakładu, a także śledził drogi rozwoju osobistego zatrudnionych w nim pracowników, z których prawie każdy wizytował jego laboratorium w Moskwie. 

O silnej – rodzinnej ręcz – więzi stworzonego i kierowanego przez M. Klimkowskiego Zakładu Neuropsychologii UMCS z A.P. Łurią świadczyć może najlepiej oświadczenie autorki wielu książek i prac z dziedziny neuropsychologii, prof. Anny Herzyk (wychowanki i następczyni prof. M. Klimkowskiego na stanowisku kierownika tego Zakładu) wygłoszone z okazji Jubileuszu 50-lecia istnienia Instytutu Psychologii, które to oświadczenie brzmiało: „Wszyscy w naszym Zakładzie czujemy się dziećmi prof.  Klimkowskiego i wnukami prof. Łurii”! 

Pobyt w Moskwie zaowocował dla M. Klimkowskiego nie tylko dobrym startem na przyszłą drogę rozwoju naukowego, w mieście tym znalazł także towarzyszkę życia, Lenę!  Była to miłość od pierwszego wejrzenia, tuż po przybyciu na kampus uniwersytecki, musiał Marcel przejść niezbędne badania medyczne, w ramach których krew pobierała mu piękna, młodziutka, nowo zatrudniona w poradni, absolwentka średniej szkoły medycznej, która zaczęła rozmawiać z nim po polsku, mówiąc, iż w dokumentach identyfikacyjnych wpisaną ma narodowość polską. 

Jak się okazało, ta bardzo atrakcyjna dziewczyna była rodowitą Rosjanką, która jako małe dziecko w zawierusze wojennej straciła rodziców i została adoptowana przez polskie, bezdzietne małżeństwo, stąd jej znajomość języka i kultury polskiej. Ów pierwszy kontakt szybko przerodził się we wzajemną fascynację, która – naturalnym biegiem rzeczy – doprowadziła zakochanych do urzędu stanu cywilnego. Lena i Marcel spędzili razem wiele lat, wychowali wspaniała córkę, Marlenę, która poszła w ślady swego, znakomitego ojca wybierając zawód psychologa, doczekali się także dwójki udanych wnuków. 

Po przyjeździe do Polski, na początku lat sześćdziesiątych, z małym dzieckiem, życie ich – jak i wszystkich nas – najdelikatniej mówiąc, „nie rozpieszczało”, gnieździli się w małych klitkach bez należytego zaplecza higieniczno – sanitarnego, a często nawet źle ogrzewanych, dzielnie jednak pokonywali piętrzące się trudy życia. Z czasem dzięki, dzięki pracowitości, systematyczności, no i awansom (Lena ukończyła studia wyższe z zakresu filologii rosyjskiej i stała się lektorką tego języka na lubelskich uczelnia, Marcel zakończył przewód habilitacyjny i uzyskał tym samym stanowisko docenta) status materialny rodziny Klimkowskich zdecydowanie się poprawił. Niewątpliwy wpływ na to miało także ogólne polepszenie się jakości życia, które nastąpiło w Polsce „ery Gierkowskiej” (oczywiście – jak wszyscy wiemy – do czasu!). 

Wtedy to Lena i Marcel Klimkowscy kupili ładne, przestronne mieszkanie, we wzorcowym, osadzonym wśród zieleni, osiedlu LSM, niebawem nabyli także pięknie usytuowaną posiadłość w Maszkach (nieopodal Nałęczowa) wraz z drewnianym domem, który – dzięki talentom artystycznym Leny – przemienili w istne cacko. Dom w Maszkach stał się nie tylko ulubionym miejscem pobytu i rekreacji dla całej, w miarę upływu czasu, powiększającej się, rodziny Klimkowskich, lecz także celem wizyt licznych, nierzadko bardzo znamienitych, gości z A.P. Łurią i jego żoną, Łaną Iwanowną na czele.  

Niestety, w miarę upływu lat pojawiły się choroby, których ofiarą pierwsza padła Lena, opuszczając ten świat, w wieku 68 lat, 22 kwietnia 2006 roku. Był to wielki cios dla Marcela, który bardzo pogorszył i tak słabe Jego zdrowie. Marcel przy pomocy córki, Marleny, zorganizowali piękny, świecki pogrzeb z  orkiestrą, licznymi przemówieniami pożegnalnymi i tłumami żegnających powszechnie lubianą nauczycielkę akademicką, a zarazem żonę znanego i szanowanego profesora. Warto podkreślić, że w pogrzebie tym uczestniczyli prawie wszyscy mieszkańcy Maszek, co ewidentnie świadczy o sympatii, jaką żywi społeczność lokalna wobec mieszkającej wśród nich rodziny Klimkowskich. Trzeba także dodać, że był to (odnotowywany w gazetach) pierwszy w Lublinie pogrzeb urnowy, w nowo wtedy wybudowanym kolumbarium, przy ul Lipowej. Aby dodatkowo uczcić pamięć swej Towarzyszki Życia, Marcel wydał także skrupulatnie przezeń przygotowaną, książkę, mówiącą o drodze życia i o dokonaniach Leny, w której to publikacji zamieścił także pięknie opracowane kopie Jej poczynań artystycznych w postaci, tkanych w wolnych chwilach, makatek i arrasów. 

Kiedy Marceli opuszczał ten świat trwała już pandemia koronowirusa, która wykluczyła godne pożegnanie tak zasłużonego i bardzo cenionego Człowieka, dlatego też córka podjęła rozsądną decyzję, że przy złożeniu urny z prochami Ojca będzie asystowała tylko ze swą córką i synem, czyli Jego wnukami. 

Na zakończenie tego wspomnienia pragnę także dodać kilka refleksji osobistych o Marcelim Klimkowskim, z którym los zetknął mnie w nader burzliwych czasach, naszych przemian ustrojowych i społecznych rozgrywających się na początku lat osiemdziesiątych. Wtedy to, po wydaleniu mnie z partii, jako gorącego i aktywnego działacza nowego ruchu społecznego, a szczególnie po wprowadzeniu stanu wojennego, uznałem za konieczne pożegnanie się z uprzednim miejscem pracy, czyli ówczesnym WSPS (obecną Akademią Pedagogiki Specjalnej). 

Spośród kilku miejsc ewentualnej, przyszłej pracy najbardziej atrakcyjną wydawała mi się propozycja nowo wtedy wybranej dziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS, prof. Zofii Sękowskiej, która zapraszała mnie do nowego Instytutu Psycopedagogiki Specjalnej, jaki zamierzała powołać i – pomimo tego, że prof. Z. Sękowska została w czasie stanu wojennego odwołana ze swego stanowiska – postanowiłem udać się do Lublina w sprawie ewentualnego zatrudnienia. 

Ku memu miłemu zaskoczeniu, oczekiwał tam na mnie ówczesny docent Marceli Klimkowski, wybitny neuropsycholog i założyciel studiów psychologicznych na UMCS, a zarazem pierwszy, długoletni dyrektor Instytutu Psychologii, który informując mnie o zaniechaniu, przynajmniej w aktualnej sytuacji, pomysłu erygowania nowego instytutu, zaprosił mnie do pracy w założonym przez siebie Instytucie Psychologii.  

Zaproszenie to było dla mnie z wielu względów ciekawe i to, nie tylko dlatego, że mogłem nawiązać aktywną współpracę z koleżankami i kolegami, których wcześniej zdołałem poznać, lecz – co mnie wtedy szczególnie zdziwiło – że propozycję współpracy uzyskałem od przedstawiciela, ówcześnie zwanej „twardej linii”, czyli – najogólniej ujmując, niechętnych zmianom wprowadzanym gwałtownie przez „Solidarność”. Uświadomiło mi to, że „twarda linia”, nie musi być – na szczęście – realizowana wyłącznie przez „twardogłowych”. 

W Lublinie pracowałem dwadzieścia lat bez mała i wydaje mi się że był to najlepszy i najbardziej owocny etap mego życia, który w dużej mierze zawdzięczam bohaterowi tego wspomnienia i to nie tylko dlatego, że zaproponował mi pracę pozwalającą na wejście w ciekawe środowisko, lecz przede wszystkim dlatego, w miarę jak Go poznawałem, coraz bardziej mnie zadziwiał i zaciekawiał. 

Nie znałem wcześniej człowieka, tak mocno przekonanego o możliwości wprowadzenia w życie idei „sprawiedliwości społecznej”, która, jak pamiętamy, stanowiła sloganem „władzy (niby) ludowej”, która „sprawiedliwość” tę miała wprowadzić wżycie. W tym niezłomnym przekonaniu, nie zauważałem jednak u M. Klimkowskiego żadnej zapiekłości, nikomu swego sposobu myślenia nie narzucał! 

Wtedy podobnie, jak dzisiaj istniała, silna polaryzacja, zaangażowani w życie społeczne ludzie podzieleni byli na zwolenników uosabianej przez „Solidarność” idei gruntownego przemodelowania sposobu rządzenia i organizacji społecznej oraz takich, coraz mniej licznych (na szczęście), którzy uważali, że istniejący, wadliwy system da się zreformować według immanentnie tkwiących w nim reguł. 

W Instytucie, do którego zaprosił mnie M. Klimkowski, powierzono mi kierownictwo Zakładu (o ile dobrze pamiętam) Psychologii Społecznej i Wychowawczej, złożonego w całości z „nawiedzonych” działaczy „Solidarności”, z mymi nowymi koleżankami i kolegami szybko nawiązałem porozumienie i – mam nadzieję – zrozumienie, które zaowocowało przyjaźniami, trwającymi do tej pory. Niestety M.  Klimkowski nie cieszył się, ze względu na swe przekonania, należną sympatią, nigdy nie dochodziło, co prawda, do otwartych scysji, ale wcale nie tak rzadko zdarzało się (a szczególnie jak fala przemian społecznych przechylała się we właściwą stronę), że wysłuchiwał od moich kolegów cierpkie uwagi odnośne swych przekonań. 

Jak już wspominałem, Marceli nigdy nie odpowiadał agresywnie na owe, nie przyjemne dlań uwagi. Nie odpłacał się też pięknym, za nadobne, a wręcz przeciwnie, jeśli tylko mógł, pomagał nawet swym adwersarzom. Dobrze zapamiętałem taki oto, bardzo charakterystyczny przypadek: Kiedy córka jednego z pracujących w „moim” Zakładzie kolegów szukała zatrudnienia, wszyscy staraliśmy się jej pomóc. Ze swej strony zaangażowałem w tę pomoc kilka znanych mi osób mających możliwości udzielenia takiej przysługi i, zanim otrzymałem od kogokolwiek informacje, nie kto inny tylko Marcel powiadomił mnie o znalezieniu poszukującej pracy dziewczynie ciekawej i nieźle płatnej pracy. Prosił mnie tylko o to, aby jej ojciec nie dowiedział się, że była to Jego zasługa! Podobnych przykładów było wiele. 

Powoli burzliwa atmosfera przemian stopniowo się wyciszała, nastawała nowa rzeczywistość, która nie wszystkich, niestety, zachwycała i wtedy Marceli zaczął ewidentnie wracać do łask, papierkiem lakmusowym wzrostu Jego popularności było walne zwycięstwo w wyborach na stanowisko dziekana Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS. Jako szef tego Wydziału, ku zadowoleniu całej społeczności akademickiej, doskonale się sprawdził i niemal wszyscy wyrażali zawód z tego powodu, że – ze względu na zły stan zdrowia – nie zgodził się kandydować na drugą kadencję! 

Zaczynając ten wątek o moich kontaktach w bohaterem obecnego wspomnienia mówiłem, że wiele Mu zawdzięczam, teraz, na zakończenie powiedzieć muszę że w Jego Osobie znalazłem ucieleśnienie autentycznego Zachodniego Przedstawiciela Lewicy”. Z całą mocą podkreślam określenie „zachodniego”. Będąc wnikliwym obserwatorem sowieckiej rzeczywistości, jak mało kto, mógł się przekonać o konsekwencjach zbyt namolnego, a niekiedy nawet bezwzględnego wtłaczania ludziom, słusznych nawet, przekonań i postaw, którego efektem staje się totalna podejrzliwość, często prowadząca na Łubiankę, a w dalszej konsekwencji (i to w najlepszym przypadku) do syberyjskich łagrów. Myślę, ze to stanowiło źródło wielkiej ostrożności Marcela w przekazywaniu innym prawd, w które wierzył głęboko. Pomimo uczestnictwa w brutalnej rzeczywistości, nie stracił jednak, tak potrzebnej człowiekowi wewnętrznej delikatności, w czym – bez wątpia – pomogła Mu niespożyta siła wewnętrzna wynikająca z przekonania że każdego człowieka należy zrozumieć możliwie dokładnie, a potrzebującym pomocy, starać się jej udzielić. 

Nakreślony powyżej obraz sylwetki psychicznej Marcela uznałem za typowy dla – jak to już mówiłem – przedstawiciela zachodniej lewicy, ponieważ w czasie moich peregrynacji po krajach Zachodu było mi dane spotkać kilku „socjalizujących komunistów”, którzy poglądy i postawy, takie jakie przejawiał Marceli, uznawali za jedyną drogę, nie tylko rozwoju, ale i przetrwania człowieka w zmieniającym się świecie. 

Kiedy żegnamy człowieka wybitnego pojawia się naturalna refleksja, że stratę ponoszą nie tylko osoby, dla których był najbliższym, ale i cały świat staje się uboższym, uczucie takie rodzi się także przy pożegnaniu prof. M. Klimkowskiego, szczególnie jeśli spojrzy się na sprawę z perspektywy drogi życiowej, którą niedawno zakończył.  

Oto, po długich zmaganiach, w czasie których M. Klimkowski (przez niektórych) uważany był za „komucha”, odzyskaliśmy upragniona wolność, która zamiast radości budzi niekiedy grozę, ponieważ najsłabsze grupy społeczne, w normalnych, cywilizowanych warunkach  zasługujące na troskę i opiekę są krzywdzone: kobietom, w świetle drakońskich praw, rodem ze społecznych horrorów, nakazuje się rodzić każde, poczęte dziecko, nawet takie, które jest śmiertelnie chore; podczas, gdy w czasach ponurej „komuny” mogły świadomie wybierać macierzyństwo, na które wtedy o wiele częściej, bo dobrowolnie, się decydowały(!), atak na mniejszości seksualne stał się hasłem wyborczym ludzi sięgających po władzę, i – co gorsza – władzę tę uzyskujących! 

Z tej perspektywy, żegnany przed rokiem M. Klimkowski, który z tak wielkim zaangażowaniem, jako psycholog, pomagał wielu ludziom o odmiennej orientacji płciowej uporać się z wrogością otoczenia, podobnie jak i wielu swym zagubionym pacjentom skutecznie pomagał w odzyskaniu radości i sensu życia, stanowi Świetlany Wzór Nowoczesnego, Dobrego Człowieka – i takim trzeba Go zapamiętać!

Autor tekstu: Prof. dr hab. Kazimierz Pospiszyl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj