Pamięci Rodziców
Marii Hoffman,
Wandy Rydlewskiej – Sadowskiej,
Witolda Rużyłły
Słowo wstępne
To archiwum jest wyrazem pragnienia bliskości autorytetu. Ponieważ jestem realistką, nie uganiam się za mirażami. Nie szukałam, a znalazłam. Początkową euforię zajęło bardziej adekwatne poczucie: szarego, niezdarnego kaczątka w obliczu majestatycznych łabędzi. I wcale nie było mi z tym źle.
Czułam, że niezwykłość postaci w tej przestrzeni, nie wynikała jedynie z dogłębnego zrozumienia problemów chorego serca czy docierania, mimo żelaznej kurtyny, do najnowszych trendów światowej kardiologii. Owszem, to był fundament wizjonerskich projektów, które miały odmienić losy chorych, lecz bez siódmego zmysłu nie byłoby podejmowania trudnych, wydawało się niemożliwych do spełnienia wyzwań. Obiektywne przeszkody nie były powodem do wycofania się, przeciwnie potęgowały przypływ sił do skuteczniejszej, lepiej przemyślanej taktyki. Utworzyli zgrany, porozumiewający się czasem bez słów, zespół. Dzięki nim Instytucja którą tworzyli jest tym, czym jest.
Pochodzili z różnych światów. Do celu docierali różnymi drogami. Jedni, mogło się wydawać, stąpali po płatkach róż, szlak innych wiódł przez epicentrum trzęsienia ziemi. Próby wycięcia tych zdarzeń z pamięci daremne. Uwierały na całej osi czasu. Dobrze jest, jeżeli nie musimy przeżyć tego, co potrafimy.
Byłam oszołomiona precyzją i prędkością stawianych diagnoz. Zawał?
Wizualizacja w koronarografii: czy i która tętnica zapchana. Balon. Przez cewnik. Stenty i ich kolejne generacje to już następna epoka. W tym czasie standardowe leczenie zawału w Polsce polegało na unieruchomieniu pacjenta przez co najmniej jeden miesiąc, aż dziw, że bez przeciwkrzepliwego zabezpieczenia, niektórzy pacjenci przeżywali. A tu? Widowiskowe uratowania mięśnia sercowego przed martwicą, niewydolnością i innymi dramatycznymi powikłaniami. Jeden, możliwy do pokonania problem – czas od bólu do rozpoczęcia zabiegu. Im krótszy, tym większe szanse.
Infekcyjne zapalenie wsierdzia rozpoznawało się jedynie na postawie szmeru nad sercem i wysokiej, nie reagującej na leki bakteriobójcze, gorączki. Zaburzenia świadomości mogły być wyrazem tworzących się ropni w mózgu. Straszna była w takich przypadkach bezradność.
A tu, w futurystycznym bastionie, ultradźwiękowa identyfikacja wady, tropienie miotanych przez prąd krwi nitek, oblepionych konglomeratami bakterii, wypatrywanie powikłań: przedziurawienia ulubionego miejsca infekcji – płatków zastawki aortalnej, okrągłych ognisk ropni czy uszkodzeń wtórnych, na przykład komunikacji aorty z lewym przedsionkiem, wskutek rozerwania ścian, dodatkowej komplikacji mechaniki misternego systemu hydraulicznego układu krążenia. Jednocześnie kilka posiewów krwi, zgodny z nimi, dożylnie wprowadzany pakiet antybiotyków i w tej osłonie na stół operacyjny. Konsekwencja? Życie za implantowana sztuczną zastawkę i dyscyplina w stosowaniu leku uniemożliwiającego wykrzepianie krwi na obcym materiale.
Wrodzone wady, w których wszystkie jamy i duże naczynia nie są tam, gdzie powinny być? Tu wszystko można naprawić, tu się oferuje choremu nową jakość życia, nowe spojrzenie na cud, którym jest życie.
Jeżeli reanimacja z wykorzystaniem wszystkich, fantastycznych metod jest nieskuteczna, chociaż rytm serca bez zastrzeżeń, a ciśnienie mimo odpowiednich wlewów spada, szukamy przyczyn z pomocą echokardiografii. Widzimy (z przerażeniem), że mięsień kołysze się, nie kurczy, rozpoczyna wieczny sen. Albo niby wszystko jest w porządku, kontakt z chorym mizerny ale jest, parametry życiowe kontrolowane, lecz z minuty na minutę pojawia się lawina cech niewydolności wielonarządowej. Próbując zastąpić funkcję kłębków nerkowych podłączamy hemofiltrację – system sączących membran, usuwających toksyny z krwi. Kiedy wskaźniki nadal spadają, wiemy, że to koniec, koniec naszej roli. Stoczenie niesamowitej walki o ludzkie życie, przez całą dyżurną noc z wykorzystaniem fantastycznych narzędzi, w niczym nie upraszcza dylematu, z którym musimy się mierzyć. Należy powiadomić rodzinę, uspokoić oddech, zapanować nad drżeniem głosu w czasie wykręcania numeru telefonu, przetrzymać chwilę ciszy – sygnału, że osoba po tamtej stronie już wie i pozbierać kilka słów w rzeczową informację. Po tym wszystkim nieprzytomni ze zmęczenia, wracamy do domu, próbujemy zasnąć w kolejną noc, ale nie możemy. Wygrywamy wiele takich bitew, w tym pełnym patosu znaczeniu. Przegrywamy z przeznaczeniem.
Ta sfera jest objęta milczeniem w książce, podobnie jak niektóre osobiste wątki głównych bohaterów.
Te luki, mam nadzieję, nie wpłyną na dostrzeżenie wyjątkowości przedstawionych postaci w tym niezwykłym miejscu, problemów głęboko ludzkich, z którymi zmaga się każdy człowiek.
GAJA
Księga genów
U wylotu Doliny Białego, gdzie zabudowa kurortu płynnie wtapia się w podnóże Regli i Giewontu wznoszą się strzeliste dachy hotelu Belweder. Tuż obok, przy wąskiej asfaltowej uliczce zwanej Za Cieszynianką, ciągnie się jednopiętrowy szeregowiec nowej generacji. Bryły i proporcje segmentów, choć tak niepodobne do góralskich chat z drewnianych bali z małymi oknami, dachami krytymi gontem, sprawiają wrażenie harmonii.
Jeden z tych domów należy do Marii Hoffman. Idealny porządek, czystość i niezliczone pamiątki z dawnych dni tworzą niezwykły nastrój. Kto przekroczy ten próg jest onieśmielony. Milczy. Mówią przedmioty.
Zdjęcie matki Jadwigi z lat trzydziestych ubiegłego wieku zajmuje starannie dobrane miejsce. Naturalne światło z okien rozjaśnia jej wysokie czoło, nad którym falują zaczesane do tyłu włosy. Spojrzenie melancholijne, ładnie wykrojone usta wyrażają stanowczość. Imponujący rozmiar warkocza do pasa widać na jej zdjęciu w stroju góralskim: w wykrochmalonej bluzce z koronkowym kołnierzem i bufiastymi rękawami, haftowanym serdaku i marszczonej, długiej niemal do kostek, spódnicy. Na innej podobiźnie głowę okrywa akademicka czapka z daszkiem. W czasie górskich wędrówek obowiązywała koszulowa bluza i szerokie pumpy.
Podobizna Piotra Dzięgielewskiego towarzyszy Marii Hoffman, kiedy zasypia późną nocą i budzi się przed południem. Przeżyła u jego boku większość swego życia. Odszedł, ale w jakiś szczególny sposób nadal z nią jest. Nawet z fotografii emanuje ciepło i urok dojrzałego mężczyzny, który wie, co w życiu jest ważne, przewiduje bieg zdarzeń, podejmuje właściwą decyzję.
Do tej galerii należy podobizna seniora rodu dziadka Tomasza Wieczorka, który pod sumiastym wąsem ukrywa pełen dobroci uśmiech. Niekwestionowany autorytet, gotów nieść pomoc w trudnych chwilach, bardziej nastawiony na ofiarowanie niż otrzymywanie. Osoby bliskie były na pierwszym miejscu. Inne sprawy układały się same, we właściwej kolejności i proporcji.
Portret wujka, namalowany przez Witkacego, pozbawiony diabolicznego spojrzenia. Zamiast gniewnie uniesionych brwi, na środku czoła widnieje jasna rozeta. W płatach czołowych mózgu powoli rozwijał się guz, z którym po latach uporali się neurochirurdzy. Być może, w czasie pozowania, artysta dowiedział się o bólach głowy nękających modela, ale czy można wykluczyć jakiś paranormalny, diagnostyczny czynnik?
W kredensie zajmującym jedną ze ścian salonu, znajdują się starannie ustawione pamiątki od pacjentów. Każdy zdobiony talerz, kryształowy wazon, kielich, filiżanka z cienkiej porcelany, posążek Buddy czy figurki zwierząt, przypominają jakąś historię choroby, jakąś walkę z przeznaczeniem lub jakieś rozwiązanie, które nierzadko wykraczało poza standardy.
W pięknie zaprojektowanej kuchni krząta się fertyczna góralka Ania.
Między sypialnią, gabinetem i salonem, w dowolnych porach dnia, przechadza się kot Kumek. Początkowo uchodził za kotkę i na pamiątkę jednego z ulubionych stworzeń matki, otrzymał imię Kuma. Kiedy płeć została odkryta, zmieniono końcówkę imienia. W nocy otwarte okno gwarantuje mu wolność, rankiem syty wrażeń, potulnie wraca na kolana swojej pani, która nie opuszcza domu. Oczy nie pozwalają.
Częstymi gośćmi są zaprzyjaźnieni miejscowi lekarze, profesorowie Instytutu, a także była gosposia z Warszawy, która przyjeżdża na porządki generalne. Do rytuału należą korowody z zapłatą, której nie chce przyjąć.
Liczne grono przyjaciół, uczniów i różnych innych dłużników przybywa z pomocą lub, chociaż z kwiatami, które były i nadal są miłością Marii Hoffman. Do niezbyt licznych rozrywek należą brydż, książka i niektóre programy telewizji. Lecz czasem, kiedy jej serce spięte pozawałową blizną kołacze, musi i z tego zrezygnować. Cierpliwie zniosła wszczepienie rozrusznika, godzi się z tyranią zaordynowanych leków.
Niedługo po przeprowadzce do zimowej stolicy, zawitał z kolędą miejscowy ksiądz. Na wstępie oświadczyła swoim spokojnym, lecz stanowczym tonem:
- Tylko proszę nie robić żadnych trudności, żadnych cyrków – mając na
myśli upływ czasu i ostatnią podróż. Chce, żeby ta formalność odbyła się zgodnie z tradycją rodzinną.
- Do kościoła nie chodziłam, znam tylko trzech dobrych księży, reszta mi
się nie podoba – wyznała zaczepnie.
- No to załatwmy to teraz – odparł niezrażony kapłan, uznając wyznanie
grzechów głównych.
- Z czego mam się spowiadać? – zapytała. Całe życie poświęciłam chorym,
nikogo nie zabiłam, nikomu nic złego nie zrobiłam, czasem tylko troszeczkę poplotkowałam i to… wszystko.
Była gotowa do procedury wejścia w świat równoległy, bez względu na to czy istnieje on w umyśle człowieka, czy w kwantach czarnych dziur wszechświata.
Urodziła się 13 kwietnia 1925 roku, w domu dziadka Tomasza Wieczorka, w Zakopanym. To szczęście, kiedy przychodzi na świat zdrowe dziecko, zwłaszcza kiedy cała rodzina oczekuje go z radością. Nastrój udzielił się wiernemu psu Smokowi. Było to pokaźnych rozmiarów psisko o ufnym spojrzeniu, wyrażającym bezgraniczną wierność. Wobec obcych, z bezbłędnym wyczuciem sytuacji okazywał najwyższą czujność. Kiedy urodziła się Marysia wywijał ogonem zwycięskie piruety, rozpychał się, asystował i wypełnił czynności należne nowo narodzonemu szczenięciu. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dokładnie wylizał ciało noworodka. Ten szczególny wyraz aprobaty znalazł odbicie we wzajemnych relacjach Marii ze zwierzętami. Zawsze je lubiła.
Kluczyk
Ojciec Marii Jan Zawrzel był kapitanem artylerii. Wybrał zawód wpisujący się w tradycję rodzinną. Dziadek ze strony ojca był czeskim generałem w armii austro-węgierskiej. Ożenił się z Galicjanką – Katarzyną. Dwaj synowie ukończyli Wyższą Szkołę Oficerską we Wiedniu, córkę Stasię rozpieszczano w domu.
Pozycja kapitana zapewniała dostatek. Matkę Marysi pochłonęło macierzyństwo, a dyplom warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej spoczął na dnie szuflady.
Marysia była uroczą dziewczynką. W kącikach ust krył się mały chochlik, lecz powaga spojrzenia świadczyła o pełnej nad nim kontroli. Jasne, krótko obcięte włoski mama czasem zakręcała lokówką, grzaną w rozżarzonych węglach. Była to czynność wymagająca doświadczenia w uzyskaniu odpowiedniej temperatury. Przed uchwyceniem pasemka włosów odbywała się próba na papierze, musiał się zwijać w rulon, lecz nie przypalać. Mama szyła też piękne fartuszki, sukienki, ojciec kupował lalki z prawdziwymi włosami i ogromne misie, które były głównymi towarzyszami jej zabaw.
Kiedy miała kilka lat rodzice przenieśli się w okolice Przemyśla.
Jej pierwsze wspomnienia z dzieciństwa to koszary i wyczekiwanie na powroty ojca. Rzucała bez żalu trójkołowy rowerek i wyglądała przez kraty parkanu. Rozpoznawała imponującą postać na koniu. Porywał ją i sadzał przed sobą na niebotycznej wysokości. Rozpierała ją radość i duma. Były to niezapomniane chwile, codzienne. Kochała go ponad wszystko, w zamian ojciec posiadł kluczyk do jej serca.
Pozostała jedynaczką, ale łatwo nawiązywała kontakt z ludźmi, znajdywała przyjaciół, wszędzie było jej pełno. Kiedyś matka zgubiła portfel. Portfel znaleziono, nikt nie miał pojęcia, do kogo należy. Skojarzenie nazwiska z małą, ruchliwą dziewczynką natychmiast wyjaśniło sytuację.
Maria doskonale pamięta ordynansa ojca – Antka. Bardzo go lubiła. Opowiadał różne ciekawostki, nie tylko dotyczące reguł życia w koszarach. Marysia poszerzyła też swój słownik. Zakres obejmował „wyrazy”, stanowiące integralną część żołnierskiego rzemiosła. Po dziadku generale została drogocenna szabla z rękojeścią wysadzaną drogimi kamieniami, dar cesarza Franciszka Józefa. Habsburg utracił poślubioną z miłości żonę, jedynego syna i tron. Szabla podarowana generałowi Zawrzelowi też przepadła.
Kiedy zaczęły się problemy ze słuchem, ojciec Marii w stopniu majora zakończył karierę wojskową. Przeniósł się do Warszawy, otrzymał pracę w banku. Znał kilka języków. Matka z sześcioletnią Marysią wróciła do rodzinnego domu w Zakopanym i zajęła się prowadzeniem pensjonatu dziadka. Zaprojektowany w góralskim stylu przez znanego architekta inżyniera Brzegę, z drewnianych bali ”obtykanych” słomą. Rzemieślników zajmujących się uszczelnianiem szpar nazywano obtykami. Szymanowski miał Atmę, Kasprowicz Harendę, Wieczorek Szopenówkę. Posiadłość, do której należał rozległy ogród i takiż kawałek lasu była usytuowana tuż nad stacją kolejową, przy ulicy Jagiellońskiej.
Dziadek ubóstwiał Marysię, napawała go dumą, spełniała marzenia o życiu w lepszym świecie. Nikt nie projektował dla niej scenariusza na życie. Sama wybrała i wybrała mądrze.
W Szopenówce zawsze było gwarno i rojno. Dziadek posiadał liczne rodzeństwo, dziewięciu braci i jedną siostrę. Całe lata pracował u hrabiostwa Dłuskich w Kościelisku. Był cukiernikiem. Swoje powołanie pełnił bez narzędzia, jakim jest niezbędna, wydawałoby się w tym fachu, waga. Zapytany o przepis jakiegoś smakołyku mawiał niezmiennie: mąki? cukru? masła? „Tyle ile zabierze”. Wynikła stąd, w późniejszym okresie życia Marii, typowa dla młodych mężatek omyłka. Przed debiutem przezornie wypytała mistrza jak się robi tort makowy. Dziadek jak zwykle wyliczył: mąki i cukru „tyle ile zabierze”. Tort makowy (o dziwo) udał się wspaniale. Gorzej wypadł następny etap – tort orzechowy. Dla dziadka stanowiło oczywistość, że tort makowy się robi tak samo jak orzechowy, z tą tylko różnicą, że mak zastępuje się włoskimi orzechami. Dla Marii, jeśli coś się robi tak samo, to znaczy, że dokładnie tak samo. Utarte w makutrze orzechy utworzyły zamiast sypkiej orzechowej mączki, mazisty kit. Kiedy po fiasku przedstawiła dziadkowi swoje pretensje, odpowiedział figlarnie: ”czy mogłem wiedzieć, że moja wnuczka jest taka głupia i orzechy uciera w makutrze?”
Dewizę „tyle ile zabierze” stosował w życiu. Wyczuwał i umiejętnie omijał zagrożenia. Kierowały nim naturalna pogoda ducha, życzliwość dla innych, uczynność. Wszystkiemu co czynił przyświecała myśl o rodzinie. Troszczył się by zapewnić byt, a dzieciom start. Wszystkie, za wyjątkiem Tadeusza, skończyły studia. Tadeusz był dzieckiem szczególnej troski. Serce bolało patrzeć jak stoi na uboczu rozbrykanej dzieciarni. Wrodzone zwichnięcie stawu biodrowego ograniczało w widoczny sposób jego fizyczne możliwości. Operacja trochę pomogła ale i tak całe życie utykał. Kalectwo rozwinęło w nim wrażliwość. Szkoła rzeźbiarza Antoniego Kenara stała się dla niego wymarzonym miejscem.
Marysia rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Kożuszek, który jeszcze nie dawno sięgał do połowy łydek, nie przykrywał nawet kolan. Urosły też jasne włoski. Mama zaplatała je w dwa warkoczyki i wiązała taftowymi kokardami. Nawet skórzane paski wiązań drewnianych nart wujka, nie były w czasie przymiarek rażąco luźne mimo, że sprężyny kandaharów nie obejmowały pięt, a kijki sięgały uszu, co w czasie pozowania do zdjęć nie przeszkadzało.
Był jednak pewien problem. Wspaniałe górskie powietrze w tym wczesnym okresie, wcale dziecka nie hartowało. Silniejszy wiatr, dłuższy odpoczynek na ściętym pniu, zakopiański deszcz, bez względu na porę roku, gwałtowny spadek lub niespodziewana zwyżka temperatury powietrza, natychmiast skutkowały katarem, kaszlem, bólem gardła, gorączką. Mama stosowała dość konsekwentne metody wychowawcze, poza jedynym wyjątkiem, kiedy dziecko było chore. Wtedy w jej oczach, jak w tafli Morskiego Oka, odbijał się niepokój o życie dziecka, miłość ślepa, bezwarunkowa. Mama pozwalała absolutnie na wszystko, spełniała wszystkie zachcianki. Prośby Marysi nie były zbyt wyrafinowane. Najwięcej radości sprawiało jej szycie dla lalek. Mama bez najmniejszego sprzeciwu, nieraz przez cały dzień, ze skrawków materiału wyczarowywała kreacje haute couture.
Małą pacjentkę, jak i wszystkich pozostałych domowników, leczył doktor Czaplicki. Wizyta w ordynacji kosztowała pięć złotych, domowa dziesięć (pensja nauczyciela wynosiła sto siedemdziesiąt złotych, początkującego inżyniera osiemset).
Marysia długo bawiła się lalkami, ale stopniowo zmieniała reguły. Lalki zaczęły pełnić role pacjentów. Mierzyła im temperaturę, owijała szyjki ciepłymi szalikami, kładła do łóżeczek. Miś zwykle doznawał poważnych kontuzji, zwichnięć, a nawet złamań łapki. Bandażowanie nigdy się nie nudziło.
I tak upływał ten szczęśliwy okres w jej życiu. Ojca brakowało, ale przyjeżdżał na święta i urlopy.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło po ukończeniu szkoły podstawowej. Mama postanowiła oddać córkę do gimnazjum sióstr Urszulanek w Krakowie. Wywołało to czarną rozpacz. Przez całą podróż pociągiem Marysia płakała. Nic nie mogło. Mama z kamienną twarzą siedziała wyprostowana jak struna i czytała książkę. Nie jest wykluczone, że do góry nogami.
Jeszcze Polska nie zginęła
Kiedy wybuchła wojna zaczął się bardzo trudny okres. Ojciec Marii przyjechał na w Wigilię w 1939 roku. Były to ostatnie, wspólne święta. Major Zawrzel przedostał się na Słowację, stamtąd do Francji i Anglii. Tam pozostał na zawsze.
Szopenówka stała się miejscem azylu całej, przesiedlonej rodziny, a także wojskowej orkiestry. Każdy muzyk ze swoim instrumentem został zakwaterowany w innym pokoju. Niemcy zajęli dla swoich rekonwalescentów wszystkie sanatoria, było ich dwukrotnie więcej niż Polaków. Zakopane należało do strefy specjalnego nadzoru jako teren pogranicza – Grenzgebiet. Zarekwirowano nie tylko broń, ale i narty. Choć trudno sobie wyobrazić życie w górach, w zimie bez nart, dziadek Tomasz i wuj Tadeusz odżałowali deski. Ponieważ jednak byli zamiłowanymi myśliwymi postanowili broni nie oddawać. Ukryli ją między balami i szalunkiem razem z innym skarbem – szablą od cesarza. Przetrwała w ukryciu całą wojnę, ale kiedy wiele lat później rozbierano dom, już jej tam nie było. Skarb ten sprzeniewierzył ktoś z wtajemniczonych. Podejrzenie padło na stryjecznego brata matki, dla którego ćwiartka oznaczała nic, bez odniesienia do pustki przed stworzeniem świata.
Niemcy zamieszkali poniżej Szopenówki, siedzibę gestapo umieszczono powyżej, w rezydencji Palace. Przemierzali tę trasę rano, w południe i wieczór. Z psami. Na ten widok miejscowe psy chóralnie ujadały. Zamykano je w godzinach przemarszu w budach. Dziadek Tomasz, jak zwykle o oznaczonej godzinie zamknął swojego Ostrysia, lecz pupilek matki, seter irlandzki jakimś sposobem wyrwał się z domu, ostentacyjnie protestował w imieniu własnym, pozamykanej zwierzętarni i całej góralskiej społeczności. Gładka sierść na pysku lśniła, zwisające uszy pokryte długim włosem dygotały w takt szczekania, a tułów prężył się do skoku. Niemiec wyjął rewolwer i wycelował. W tym momencie wybiegła matka, złapała swojego ulubieńca, karciła niby gniewnie i wyprosiła uniewinnienie.
W Szopenówce było szczególnie gwarno, kiedy pojawiał się Jurek Zawrzel, syn brata ojca Marii. Ten wisus miał tysiąc pomysłów na godzinę, jeden z nich o mało nie kosztował życia całej rodziny. Nikt nie wiedział, w jaki sposób Jurek odkrył miejsce ukrycia fuzji. Wyszło to na jaw, kiedy z bojowymi okrzykami wymachując strzelbą latał po podwórku. Skończyło się na klapsach. Zresztą, co tu dużo mówić, dziadek Tomasz też nie stosował reguł konspiracji. Należał do osób towarzyskich. Częste pogaduszki przy płocie, należały do obowiązkowych zajęć. Ze względu na dość powszechne w tym wieku pogorszenie słuchu, obrady na szczeblu sąsiedzkim toczyły się głośno. Było by to nieistotne, gdyby nie przedmiot dyskusji: co podawał Londyn. Wiadomości z Londynu zawierały aktualne informacje o wojennej rzeczywistości, a w nich zdarzały się krople miodu dla strapionych serc. Londyn – synonim nadziei. Do chwili przetargu w Jałcie. Dziadek był doskonale zorientowany i ochoczo dzielił się zasobami swojej wiedzy. Wojna odbierała człowiekowi majętność i życie, ale nie mogła odebrać nadziei. Codziennie pełnił swoje powinności, choć codzienne wędrówki do świerkowego lasu, odbywały się bez strzelby. Niezmienną forpocztę stanowił ukochany pies Ostryś, za nim dziadek z seterem u nogi, dalej bury kot, a na końcu dumnie kroczył kogut. W takiej samej kolejności wracali. Ponieważ rytuał powtarzał się codziennie, o tej samej porze, był zauważony przez skrupulatnych Niemców. Kto wie, może zdjęcie w rozwiniętym szyku: pies Ostryś, góral Tomasz Wieczorek, irlandzki seter, kot i kogut spoczywa gdzieś w prywatnych albumach byłych żołnierzy Wehrmachtu.
Hodowla kur i królików topniała w oczach i do Szopenówki zajrzał głód. Matka Marii nie kryła swego niezadowolenia: „chłopy w domu, a tu kogut sobie chodzi po podwórzu i do lasu na spacery”. Nikt jednak nie ważył się pomyśleć o rosole. Psychika kobiety, zwłaszcza w stanie zagrożenia, bywa nie do przecenienia. Porwała ptaka, siekierę i zniknęła na podwórku. Po chwili wróciła i oznajmiła z tryumfem: „No już po wszystkim… Niech się tylko otrzepie z krwi” i w domyśle „to zaraz do garnka”. Ale za moment kogut tryumfował na dachu drewutni. Skoro w tak cudowny sposób nie trafił na stół zgłodniałej rodziny, pozostawiono go w spokoju, żył długo i szczęśliwie. Zdechł ze starości.
W 1941 roku Marysia skończyła 16 lat. Obcięła warkocze, włosy jednak zaczesywała gładko do tyłu, przedziałek na środku głowy podkreślał jej regularne rysy. Na specjalne okazje kręciła włosy na papilotach. Fotograf, który miałby do wyboru Lorettę Young z Hollywood czy Marysię Zawrzel z Zakopanego, chyba wybrał by naturalny wdzięk góralki. A ona tymczasem czuła się zawstydzona oznakami swojej kobiecości, szczególnie w mocno zabudowanym, jednoczęściowym kostiumie kąpielowym w skośne paski. Najlepiej czuła się tak ubrana na łące, otoczonej nagimi turniami Tatr.
14 czerwca otrzymała Arbeitszeit, nakaz pracy w Niemczech. W akcję wkroczyła matka, która za niemałą sumę zamieniła wywóz do Niemiec, na pracę w niemieckim zarządzie Zakopanego, w komórce wypłat dla polskich pracowników. Kierownikiem tej jednostki był niezdolny do walki niemiecki inwalida. Do zespołu należały dwie Niemki: starsza nienawidziła wojny, straciła dwóch synów na froncie wschodnim, młodsza z instynktem stadnym, nie dyskutowała. Rzeczywista praca odbywała się dwa dni w miesiącu, w dniach wypłat. Maria wykorzystywała ten czas na naukę. Kiedy rozpoczynała pracę znała trzy słowa po niemiecku, po roku mogła służyć jako tłumaczka. W pokoju było radio. Maria ze starszą Niemką słuchały Londynu, na zmianę po niemiecku i po polsku i na zmianę czuwały przy oknie.
Szkoły były rozwiązane, młodzież podobnie jak Marysia uczyła się na tajnych kompletach. Nauczyciel matematyki pan Lasota darzył Zawrzelównę szczególną sympatią, uważał, że jest uzdolniona w ścisłych kierunkach, powinna te umiejętności rozwijać i w nich upatrywać swoją przyszłość . Aby ją zachęcić, zdradził tematy zadań maturalnych. Maria bez namysłu oświeciła całą grupą. Wszyscy świetnie zdali. Wspaniałą polonistką była pani Dąbrowska. Uczyła zwięzłego wypowiadania myśli. Zawirowania dziejów – to nie czas na nawet najbardziej zaskakujące porównania czy zręczne epitety. Liczy się tok myślenia i najkrótszy, a zarazem najbardziej treściwy komunikat, informacja. Pięcio stronicowe wypracowanie Marii pochwaliła, ale proponowała skróty, okrojone do trzech stron, też oceniła pozytywnie, lecz nalegała na dalsze uściślenie. Za jedną stronę (!) wreszcie był oczekiwany stopień „bardzo dobry”. Maturę panna Marysia zdawała w 1945 roku przed komisją zebraną pod narciarską skocznią, w zapachu parujących w brzasku dnia smreków. W roku owym 8 maja podpisano rozejm. Rozpoczął się nowy etap dziejów.
Zakręty drogi przeznaczenia
Uzbrojona w list polecający do rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego Lehra Spławińskiego udała się do Krakowa. Listu nie doręczyła, egzamin na medycynę zdała, ale nie została przyjęta. Zaproponowano jej chemię. Zgodziła się nadal marząc o medycynie.
Na rozpoczęcie roku akademickiego jechała pod koniec września, z poczuciem osoby dorosłej. Kraków nie był jej obcy, znała go z czasów gimnazjalnych. Na wspomnienie wylanych łez uśmiechnęła się. Studiowanie chemii traktowała jak stan przejściowy, specjalnie się nie przejmowała, kolokwia zaliczała na bieżąco.
Szła sobie kiedyś, we wczesnowiosenny dzień z jakimś przystojniakiem, kiedy nagle, na trasie AB zobaczyła doktora Czaplickiego. Doktor ucieszył się, widząc to niegdyś chorowite dziecko w pełnym rozkwicie urody, lecz nie omieszkał zadać troskliwe pytanie:
– Marysiu, a ty ciepłe majtki masz?-
Myślała, że umrze ze wstydu. Długo nie mogła tego wybaczyć doktorowi.
W czasie studiów w Krakowie, pierwszy (i ostatni) raz zobaczyła swą babkę Katarzynę Zawrzel. Ta wytworna dama zadała sobie trud przyjazdu z dalekiej Pragi. Ofiarowała wówczas swojej wnuczce pierścionek i wisiorek. Wisiorek został złożony w ofierze na potrzeby niełatwego dnia codziennego, lecz pierścionek na zawsze pozostał na palcu Marii. Elipsa brylantów otaczających trzy większe prezentuje się dobrze zarówno z eleganckim kostiumem i pantofelkami firmy Baley jak i błękitnym szlafrokiem, którego odchylone poły ukazują rąbek nocnej, batystowej koszuli.
Dobra po dziadku Zawrzelu i babce Katarzynie odziedziczyła ich córka, ciocia Stasia. Maria już jako lekarka została wysłana do Pragi na konferencję kardiologiczną. Postanowiła w towarzystwie koleżanki odwiedzić ciocię Stasię. Zdumionym oczom skromnych lekarek, których rodzice należeli do pokolenia dwóch wojen, podczas których wszelkie zapasy przeznaczano na chleb, ukazała się nietknięta kataklizmami siedziba, pełna antycznych mebli, obrazów i innych przedmiotów zbytku. Ciocia właśnie gościła u siebie przyjaciółkę.
Ucieszyła się:
– Mam dla ciebie Marysiu piękne kolczyki z brylantami – i do swojej przyjaciółki:
- Popatrz, ale ona nie ma przekłutych uszu…
- No to nie mogę ci tego dać.
- Wobec tego dam ci bransoletkę… Ale ci się nie zmieści… Wypadałoby
dodać, że nadgarstek Marii Hoffman posiada drobne gabaryty.
- No to dam ci ten dywan… Ale jak ty go zabierzesz?
Ciocia potomstwa nie miała. Kiedy Maria rozpoczynała zawodową karierę w
Warszawie ciocia przybyła z rewizytą. Zastanawiała się czy nie przenieść się tutaj na stałe. Opieka lekarska bratanicy była argumentem za. Do rozmowy wtrąciła się gosposia, która uważała się za oddanego domownika z prawem zadawania osobistych pytań:
- No to wszystko dostanie pani doktor?
- Nie – padała krótka odpowiedź. Wszystko zapisałam na kościół.
Maria Hoffman była już profesorem, kiedy ciocia zmarła. Zawiadomił o tym jakiś pan. Znów pojechała do Pragi, tym razem w towarzystwie profesora Rudnickiego, który studia skończył w Pradze i dobrze znał język.
Marii Hoffman zależało na fotografiach. Sąsiadka zeznała, że u schyłku życia ciocię opętał jakiś pan, zabrał wszystko i zniknął. Ciocia Stasia, babka Katarzyna i dziadek Zawrzelowie spoczywają w Hradec Kralowe w grobowcu z czarnego marmuru. I raczej nie ma nikogo, kto by choć raz w roku zapalił tam świeczkę. A kościołowi nie pomogły ani zasoby cioci Stasi, ani Klimt reprodukowany na filiżankach, w kościele sprzedawanych.
W czasie studiów w Krakowie, Maria po raz pierwszy, otrzymała upragnioną wiadomość od ojca. List przywiózł pewien człowiek „zza żelaznej kurtyny”. Poczta nie była urzędem godnym zaufania. Do listu dołączone były oszałamiające prezenty: pióro – złoty parker i piękna torebka. Ojciec pisał, że nie wraca, wnosi o rozwód, a ponieważ jest jedyną jego córką, proponuje przyjazd do Anglii, gwarantuje finansowe wsparcie na studiach. Jest tylko jeden warunek: musi zerwać kontakt z matką. Czytając list, litery powoli zamazywały się. Płakała. Nie wierzyła własnym oczom. Rozumiała jego milczenie w czasie okupacji. Ocalenie życia wymagało ofiary. Ale teraz? Zgubił klucz do jej serca? Łzy płynęły po jej policzkach, kiedy pisała: „Zwracam wszystko, z Mamą kontaktu nie zerwę, z Tobą natychmiast”.
Całe to bolesne zajście skrzętnie zataiła przed matką. Powstał paradoksalny konflikt: niewzruszona Maria ignorowała nieustanne prośby matki by zechciała napisać parę słów, „bo jednak jest to twój ojciec”.
Przyjechał dwukrotnie, pierwszy raz w 1960 roku. Powiadomił Marię listownie. Wtedy ten jeden raz odpisała, że w Polsce jest zwyczaj zgodnie z którym rodzina mieszka u rodziny, a nie w hotelu. Przyjął propozycję. Ukazał się w skromnym, znoszonym ubraniu z przetartymi mankietami i jedną walizeczką w ręku. Wyznał (może ze wstydem), że żądał zerwania kontaktów Marii z matką wskutek sugestii żony Angielki, sugerowała że Polska to taki kraj, gdzie wszyscy naciągają na prezenty i jak raz się na to nabierze, to koniec. Matka Jadwiga, wujowie i dziadek Tomasz unieśli się honorem tak dalece, że ojciec wyjeżdżał w nowym, szytym na miarę garniturze, a dwie walizy ledwo mógł udźwignąć.
Po roku doświadczeń na krakowskim Wydziale Chemii, Maria udała się do Wrocławia, zdała na upragnioną medycynę i niewykluczone, że dzięki protekcji znajomych, została przyjęta. Studenci jeszcze nosili mundury, niektórzy wywodzili się z różnych formacji, głównie z Armii Andersa, w mniejszym stopniu z Armii Ludowej. Tylko akowcy pozostawali w ukryciu, bo w przeciwnym razie kazamaty.
Maria po roku studiów chemii, z ochotą uczyła całą grupę organicznej i nieorganicznej. Jej życie we Wrocławiu nie było łatwe. Nic jej się nie należało, ani akademik, ani paczki z UNRy, ani tym bardziej stypendium. Winę ponosił ojciec, który nie wracając z zachodu, zadeklarował się jako wróg państwa ludowego. A gdyby wrócił, gwarancji, że nie będzie sądzony i skazany też nie było. Matka w miarę swoich możliwości przysyłała niewielką kwotę. Wzruszające, dyskretne dowody pamięci przesyłał wuj Tadeusz, na przykład paczkę z piernikiem. Kiedy ciasto niemal całkiem zniknęło, zdumionym oczom ukazywała się niespodzianka: koperta z istotną dla studenckiego życia, zwłaszcza z dala od rodziny, zawartością. Przesyłki miały charakter konspiracyjny, wuj Tadeusz nigdy się do nich nie przyznawał.
Autorka tekstu: Ewa Łastowiecka






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)





