„Wysoki szczupły i brodaty polski jeździec opięty mundurem z ostatniej wojny
przemierza całą Europę, aby ukwiecić makami sławne miejsca,
gdzie walczyła 1 Polska Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka”.
La cavalier du souven, Ouest France.
Falaise-Vire 19/20 sierpień 1989 NR 13624
Włodzimierz Wowa Brodecki, „aktor i menadżer, (…) najsłynniejszy współczesny krakowski ułan” (Jacek Skrzypek, Pollaco militare kombatanto originalo – Włodzimierz Wowa Brodecki. [w:] „Koń Polski” 3/2020, s. 55), honorowy dowódca Krakowskiego Szwadronu Ułanów im. Józefa Piłsudskiego, prezes Krakowskiego Klubu Jazdy Konnej, Prezes Krakowskiego Środowiska 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, Prezes Małopolskiego Stowarzyszenia Miłośników Tradycji „Mazurka Dąbrowskiego” w Krakowie, v-ce Prezes Krakowskiego Koła Związku Hodowców Koni, Sekretarz Generalny Federacji Polskich Związków Obrońców Ojczyzny, członek Małopolskiej Rady Olimpijskiej w Krakowie, od 1970 roku odbył „na końskim grzbiecie” w Polsce i Europie, relacjonowanych przez prasę polską, europejską i światową, ponad 40 patriotycznych, historycznych rajdów konnych – ułańskich, kawaleryjskich – szlakami bojowymi polskich żołnierzy walczących na frontach i w walkach partyzanckich podczas II wojny światowej.
Były to m. in.:
*Rajdy Konne Szlakiem I Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii (czterokrotnie: 1970,1975,1980, 2015);
*Rajdy Konne na Monte Cassino Szlakiem Walk II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa (trzykrotnie: 1984, 1994, 2004);
*Samotny Rajd Konny Szlakiem 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka;
*Rajdy Konne Szlakami Kopców Historycznych: Kraków – Pierzchów (co roku: 2000-2023);
*Rajd Konny Szlakiem Walk Partyzanckich na Roztoczu: Wołkowiany – Roztocze;
*Rajdy Konne z Warmii i Mazur na Westerplatte.
Wowka:
„W trakcie wszystkich moich rajdów związanych z walkami II wojny światowej niekiedy brano mnie za ich uczestnika. Ale świetnie się pan trzyma! – mówili”. (Bogdan Gancarz, Ułan Wową zwany. [w:] „Gość Niedzielny”, nr 45 rok XCVIII 14 listopada 2021, s. VII).
W Polsce wołano za nim Hubal, gdy swoje rajdy konne odbywał w mundurze mjr. Henryka Dobrzańskiego Hubala z filmu „Hubal” (mundur ten Wowka otrzymał od Ryszarda Filipskiego, grającego w filmie rolę mjr. Dobrzańskiego Hubala).
Włodzimierz Wowa Brodecki:
„Swoim pierwszym rajdem (Szlakiem I Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii w 1970 roku – przyp. zwo) chciałem oddać hołd ojcu (ułanowi Wołyńskiej Brygady Kawalerii, partyzantowi 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, żołnierzowi I Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii – przyp. zwo) i polskim ułanom (…).Część trasy do Mrzeżyna, gdzie Samodzielna Brygady Kawalerii dokonała symbolicznych zaślubin z morzem, przebyłem wraz z przyjacielem ojca, Michałem Antochowem, który na mój widok popłakał się ze wzruszenia”. („Zielony Sztandar” 1970 r.).
***********
W 2009 roku w Krakowie ukazała się (dziś już niedostępna, nawet w antykwariatach) książka Ryszarda Dzieszyńskiego pt. Wowa Brodecki Jeździec Pamięci (Ryszard Dzieszyński, Wowa Brodecki Jeździec Pamięci. Wydawcy: Wydawnictwo i Drukarnia Towarzystwa Słowaków w Polsce. Salonik. Kraków 2009, stron 320), pasjonująca opowieść o Włodzimierzu Wowie Brodeckim, Ostatnim Ułanie Rzeczpospolitej, Jeźdźcu Pamięci i jego kawaleryjskiej, ułańskiej pasji oraz miłości do koni i ludzi.
Prof. dr hab. Kazimierz Bielenin, Honorowy Prezes Oddziału Małopolskiego Stowarzyszenia Miłośników Tradycji Mazurka Dąbrowskiego w Krakowie, we Wstępie do tej książki tak pisał o jej bohaterze, Włodzimierzu Wowie Brodeckim, „legendarnej już postaci z wielkiej epopei ułanów Rzeczpospolitej i wspaniałej tradycji historycznej polskiej kawalerii”:
„Włodzimierz Wowa Brodecki, syn ułana z Wołyńskiej Brygady Kawalerii i partyzanta z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, urodzony w 1942 roku na Wołyniu, wzrastał w atmosferze patriotycznej domu rodzinnego, skąd wyniósł wartości wykraczające nad ogólne dążenia dnia codziennego. Było to umiłowanie kraju Ojców, jego tradycji, służby i wierności Ziemi Ojczystej, entuzjazm do wojska polskiego, tradycji kawalerii, bezinteresownej pomocy drugiemu człowiekowi.
W pracy zawodowej w krakowskim Teatrze Ludowym zaangażował się w wielkie zadanie upowszechniania wiedzy i kultury polskiej i historycznej. Wciela się w postać patrioty polskiego żołnierza kawalerii, zarazem pierwszego partyzanta Rzeczpospolitej, mjr. Henryka Dobrzańskiego Hubala, aby w tej symbolice odwiedzać pola bitew ostatniej wojny i oddać cześć Żołnierzowi Polskiemu, który tam poległ dla Ziemi Ojczystej.
Tak zrodziła się idea Samotnych Rajdów Konnych, szlakiem walk wojennych na Ziemi Polskiej i Obcej, na których ważyły się losy ludów, gdzie w myśl hasła „Za naszą i waszą wolność” nie szczędził trudu i krwi przelanej Żołnierz Polski.
W ten sposób począwszy od 1970 roku zaistniała pojawiająca się w krajobrazie nie tylko polskim lecz i europejskim postać samotnego ułana polskiego, dążącego na koniu z ziemi polskiej, również do ziemi włoskiej, francuskiej, holenderskiej, belgijskiej i niemieckiej.
Ówczesnym władzom PRL, ten samotny jeździec, polski kawalerzysta dał poznać, że również droga jest mu krew żołnierska przelana dla sprawy polskiej, zarówno przez żołnierza pod dowództwem idącym od Wschodu czy Sił Sprzymierzonych od Włoch, Normandii czy Holandii. Włodzimierz Brodecki realizuje tę ideę konsekwentnie przez 40 lat”. (Kazimierz Bielenin, Wstęp. [w:] Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 5).
***********
Włodzimierz Brodecki – Wowka, Wowa, bo tak od najmłodszych lat nazwali go koledzy jego dziecinnych i młodzieńczych zabaw i wypraw konnych po chełmskich wsiach, osadach i lasach – urodził się 20 kwietnia 1942 roku w Uściługu Wołyńskim na Kresach Wschodnich, w wojskowej osadzie Piłsudski.
Rodzicami jego byli Stanisław Brodecki i Róża z domu Buczyło.
Matka Włodzimierza Brodeckiego w okresie międzywojennym była we Włodzimierzu Wołyńskim i Równem znaną, popularną aktorką amatorskiego teatru prowadzonego przez Koło Pań Rodzin Wojskowych.
Ojciec Włodzimierza Brodeckiego podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku w randze plutonowego Wołyńskiej Brygady Kawalerii w Równem, walczył w 2 Dywizjonie Artylerii Konnej m. in. w bitwie pod Mokrą. W drugiej połowie września 1939 roku, wypełniając rozkaz generała Władysława Andersa, podczas przeprawy do Francji dostał się do niewoli niemieckiej, skąd w połowie 1941 roku uciekł, włączając się na Wołyniu do – zorganizowanej 16 lipca 1940 roku – konspiracyjnej działalności niepodległościowej przeciwko sowieckim, a od czerwca 1941 roku, po napaści Niemiec na ZSRR, hitlerowskim okupantom.
Stanisław Brodecki pracował w tartaku, w konspiracji działał pod pseudonimem „Ponury”. Był jednym z organizatorów placówki Armii Krajowej w Uściługu Wołyńskim: przed drewnianym, składanym, niewielkim krzyżem odbierał m. in. przysięgę od wstępujących do oddziału żołnierzy AK.
W działalność niepodległościową zaangażowana była także matka Wowki, która gromadziła broń w przydomowej szopie, przewożąc ze swoją młodszą siostrą Halą karabiny (ukryte pod słomą na furmance) do placówki samoobrony w Bielinie Kurczunku oraz do oddziału partyzanckiego AK.
„Prawdopodobnie ktoś doniósł, że w gospodarstwie Brodeckich znajduje się arsenał, bo ojciec Woki został aresztowany przez Gestapo i najpierw znalazł się w areszcie w Uściługu, a potem został przewieziony do więzienia we Włodzimierzu. Ale rodzina za pomocą pewnego aptekarza i lekarza weterynarii wykupiła go. Po wyjściu z więzienia ojciec Wowki nie wrócił do domu. Poszedł jako „spalony” do partyzantki.
Tymczasem fala pogromów zbliżała się do Włodzimierza Wołyńskiego. W nocy z 23 na 24 maja 1943 roku nacjonaliści ukraińscy spalili wszystkie polskie dwory i folwarki w powiecie. W lipcowe noce 1943 roku znowu zajaśniały łuny w 28 palonych polskich miejscowościach”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 21, 22).
Ostrzeżeni przez Lubę Ukrainkę, koleżankę mamy Wowki z czasów szkolnych, przed zaplanowanym na nich mordem ze strony ukraińskich banderowców, w styczniu 1944 roku Stanisław i Róża Brodeccy z trójką dzieci: Ryszardem, Wowką i Jadwigą, przewiezieni przez zamarznięty Bug furmanką przez ojca Luby, przedostali się do Zosina i Łużkowa koło Horodła do Janiny Juszczuk, siostry matki Wowki, u której przebywali do końca wojny. Ojciec Wowki „od razu” wstąpił do tutejszego oddziału partyzanckiego AK.
Po wkroczeniu do Chełma wojsk Pierwszego Frontu Białoruskiego i Pierwszej Armii Ludowego Wojska Polskiego ojciec Wowki, pod koniec lipca 1944 roku, po utracie kontaktu z dowództwem 27 Wołyńskiej Dywizji AK, zatajając swoją przynależność do AK, zgłosił się do wojska polskiego. Został przydzielony do Ewakuacyjnego Szpitala nr 63 w Chełmie, a następnie do I Samodzielnej Brygady Kawalerii, z którą przeszedł cały szlak bojowy z Chełma do Berlina (w lutym 1945 roku za zasługi w Walkach o Warszawę I Samodzielna Brygada Kawalerii otrzymała miano I Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii).
Wowka:
„Dowództwo sowieckie miało przydzielić Pierwszej Samodzielnej Brygadzie Kawalerii Pierwszej Armii Wojska Polskiego kanadyjskie mustangi. Gdy nadszedł transport, wszyscy kawalerzyści wylegli na stację, aby zobaczyć rumaki. Doznali zawodu na widok niewielkich koników, tzw. mongołów. Wsiadający na nie kawalerzysta sięgał nogami do ziemi. W dodatku taki koń umiał boleśnie gryźć jeźdźca.
Po wojnie kilka takich koni zostało w szpitalu wojskowym w Chełmie, gdzie służył mój ojciec. Jeden z nich był właśnie moim pierwszym koniem. Wiedziałem, że na początku naszej znajomości zastanawiał się, czy mnie nie ugryźć albo kopnąć. Ale musiałem mu się spodobać, bo zaakceptował mnie. Potem miałem wiele wspaniałych koni, ale jego chyba zapamiętałem najbardziej”. (Jeździec pamięci. Z Włodzimierzem Brodeckim, aktorem i wspaniałym jeźdźcem, rozmawia Ryszard Dzieszyński. [w:] „Dziennik Polski”).
W maju 1945 roku sierżant Stanisław Brodecki jako kwatermistrz został skierowany do Szpitala Garnizonowego w Chełmie, a po jego likwidacji, otrzymując awans na starszego sierżanta, do II Centralnej Składnicy Sanitarnej w Chełmie.
Tu matka Wowki otrzymała pracę jako laborantka i kierowniczka sekcji laborantów. Prowadziła też kursy dla analfabetów. Pięknie kaligrafowała, czego nauczyła się jeszcze w gimnazjum we Włodzimierzu Wołyńskim.
Ojciec Wowki jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego otrzymał – po powrocie z frontu – gospodarstwo rolne po osadnikach niemieckich w Kamieniu koło Chełma, które, mieszkając w Chełmie, przekazał Marii (siostrze żony) i jej mężowi Janowi Nowackiemu.
W gospodarstwie w Kamieniu oraz w swoim chełmskim mieszkaniu ojciec Wowki ukrywał kolegę Antoniego Bednarczyka, partyzanta z 27 Wołyńskiej Dywizji AK, ściganego i poszukiwanego przez UB, NKWD, MO i KBW, w chwilach największego zagrożenia ukrywanego w stajni wojskowej przez żołnierzy „w ogóle nie znoszących milicji i ubeków”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 36), darzących Ojca Wowki ogromnym zaufaniem, autorytetem i posłuszeństwem.
Do ukrywania i ochrony przyjaciela ojca wtajemniczony był także 4-letni wówczas Wowka. Gdy ścigający Antoniego Bednarczyka, przeszukujący gospodarstwo cioci Marysi w Kamieniu enkawudziści i ubecy, odchodzili – Wowka sprawdzał, czy „wszyscy odeszli” i pozwalał Antoniemu wychodzić z ukrycia.
W okresie żniw przyjeżdżała do Kamienia „grupa żołnierzy, służących w szpitalu. W ramach urlopu dokonywali sprzętu zbóż w try-miga, zarzynali wieprzaka, czyli robili świniobicie, potem odbywała się zabawa dożynkowa i zadowoleni wracali do Chełma”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 34).
W powiecie chełmskim i w Chełmie, w pierwszych powojennych latach, dochodziło do częstych walk oddziałów zbrojnego, patriotycznego podziemia (Armia Krajowa, Wolność i Niezawisłość) z jednostkami KBW oraz z organami WUBP, MO i NKWD.
Represjom i przesłuchaniom ze strony władzy ludowej poddawany był także ojciec Wowki.
„Na rogatkach miasta aż roiło się od partyzantów, ale ojciec Wowki zawsze był przez nich przepuszczany. Nie wykluczone, że współpracował z nimi. Trudno się dziwić byłemu akowcowi. (…). Przez rodziców mieszkających w USA (Helenę i Franciszka Brodeckich – przyp. zwo) ojciec Wowki miał ciągłe kłopoty w służbie. Oficer Informacji Wojskowej raz po raz kazał mu pisać szczegółowy życiorys, a gdy ten ociągał się, przystawiał mu pistolet do głowy”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 36).Zainteresowanych Czytelników „chełmskimi” wydarzeniami z tego okresu odsyłam m. in. do książki Janusza Roszko pt. Bez korony (1965).
***********
Podając niepełny życiorys rodziców Wowki – odwołując się do wypowiedzi prof. dr. hab. Kazimierza Bielenina – chciałbym podkreślić:
„atmosferę patriotyczną domu rodzinnego Wowki, skąd wyniósł on wartości wykraczające nad ogólne dążenia dnia codziennego”;
„umiłowanie kraju Ojców, jego tradycji, służby i wierności Ziemi Ojczystej, entuzjazm do wojska polskiego, tradycji kawalerii”;
„zaangażowanie się Wowki w wielkie zadanie upowszechniania wiedzy i kultury polskiej i historycznej” w Polsce i Europie”;
„odbywanie Samotnych Rajdów Konnych, szlakiem walk wojennych na Ziemi Polskiej i Obcej, na których ważyły się losy ludów, gdzie w myśl hasła „Za naszą i waszą wolność” nie szczędził trudu i krwi przelanej Żołnierz Polski”;
„wcielanie się w postać patrioty polskiego, żołnierza kawalerii, zarazem pierwszego partyzanta Rzeczpospolitej, mjr. Henryka Dobrzańskiego Hubala, aby w tej symbolice odwiedzać pola bitew ostatniej wojny i oddać cześć Żołnierzowi Polskiemu, który tam poległ dla Ziemi Ojczystej”.
***********
Po rodzicach Wowka odziedziczył dwie pasje swego niezwykłego życia:
* po ojcu – ułańską pasję i miłość do ułanów i koni, która wpisała go na stałe do historii i tradycji polskiej kawalerii;
*po matce – artystyczną pasję teatralną, która uwieczniła go jako aktora w polskim teatrze (w Chełmie, Kielcach, Nowej Hucie, Krakowie) i w filmografii 22 rolami, m. in. w filmach: „Tramp”, „Gdzieś pewnego dnia”, „Wszyscy i nikt”, „Kanclerz”, „Żelazną ręką”, „Sława i chwała”, „Lista Schindlera”, „Król Kazimierz Wielki”, „Ogniem i mieczem”, „Sen srebrny Salomei”, „Liść szczęścia”, „Jastrzębia mądrość”, „Simon Konianski”, serialach telewizyjnych: „Crimen”, „Miasto skarbów”.
************
Z końmi Wowka obcował już od najmłodszych lat.
„Gdy Wowka miał pięć lat ojciec posadził go po raz pierwszy na konia. Wowka był zachwycony. Poczuł się jakby zrośnięty z koniem i nic się nie bał. (…). Wowka szybko uczył się jazdy na koniu. Okazało się, że ma do tego smykałkę”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 34-35).
Wowka:
„Konie i miłość do kawalerii odziedziczyłem po ojcu, który walczył w Wołyńskiej Brygadzie Kawalerii. (…). Konie były zawsze obok mnie. Ojciec jeździł na nich codziennie, a ja mu zazdrościłem.
Pierwszy koń, na którego wsiadłem, to Gniady. Wspaniały koń rasy mongolskiej, wojenny. Nieduży z charakterem. Gryzł, kopał wszystkich dookoła, ale w stosunku do mnie był łagodny. Wszyscy modlili się, żeby Gniady nic mi nie zrobił. A ja wchodziłem mu po snopkach na grzbiet. Ojciec dał mi szkołę jazdy kawaleryjskiej i oduczył jeżdżenia po kowbojsku, co znaczy, że musiałem traktować konia z godnością i tak też się na nim prezentować”. (Renata Radłowska, wywiad pt. Si Polacco militaro, no kombatanto. Rozmowa z Włodzimierzem „Wową” Brodeckim).
Na pierwsze rajdy konne Wowka wyruszył w wieku jedenastu lat.
Wowka:
„Na konia wsiadłem po raz pierwszy, kiedy miałem pięć lat. Ja tego nie pamiętam, ale tak mówi rodzinna legenda. Pamiętam za to pierwsze rajdy konne, które odbywałem jako jedenastolatek. Po prostu jechałem na koniku do sąsiedniej miejscowości i tam zostawałem na noc”. (Renata Radłowska, III samotny rajd konny. Wowa i Tornado jadą na Monte Cassino. [w:] „Gazeta Wyborcza”, środa 4 sierpnia 2004, nr 181.4695).
W 1956 roku, po ukończeniu szkoły podstawowej w Chełmie, Wowka uczył się w Technikum Chmielarskim w Krasnymstawie. Tu zasłynął jako aktor w wystawianej przez młodzież szkolną adaptacji „Ogniem i mieczem”, w której grał rolę Michała Wołodyjowskiego i pojedynkował się ze szkolnym kolegą, przyjacielem Romanem Misiuną – Bohunem:
„Ćwiczyli przez miesiąc. W czasie premiery natarli na siebie ostro i bili się zażarcie. Widownia omal oszalała, zawzięcie ich dopingując. Po walce kustosz miejscowego muzeum oglądnął wypożyczone im wcześniej szable. – Teraz wyglądają, jakby rzeczywiście brały udział w walce – stwierdził z pewnym smutkiem”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 44).
20 października 1957 roku, w wieku 45 lat, zmarł ojciec Wowki. Wowka powrócił do Chełma, gdzie w pobliskim Okszowie kontynuował naukę w Technikum Handlowym.
W amatorskim Teatrze Ziemi Chełmskiej, działającym w Powiatowym Domu Kultury w Chełmie, przy wypełnionej po brzegi sali teatralnej – w 1960 roku Wowka zadebiutował rolą wnuczka w sztuce K. I. Gałczyńskiego pt. „Babcia i wnuczek”.
„Swą rolę Wowka „zagrał brawurowo”, a „publiczność była pod wrażeniem. (…) Po spektaklu reżyser Robert Rogowski chwycił go w ramiona: – Zaprezentowałeś pełny profesjonalizm – krzyknął”. (Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 47).
We wrześniu 1963 roku z okazji corocznych „Dni Chełma” Wowka, słynny już wówczas chełmski aktor i najmłodszy polski ułan, otwierał w Chełmie żakinadę, parotysięczny, barwny korowód przebierańców, inaugurujący wówczas w Chełmie i powiecie chełmskim obchody 1000-lecia Państwa Polskiego.
W 1972 roku w „Ziemi Chełmskiej” tak pisałem o tym historycznym dla Chełma wydarzeniu:
„Na czele pochodu wzorem krakowskiego Lajkonika szedł biały niedźwiedź, który – jak za legendarnych lat – zbratał się z chełmską młodzieżą i zstąpił z herbu na ziemię. Obok na ślicznym, również białym wierzchowcu, jechał wysmukły ułan, pierwszy kawaler Chełma, w cywilu popularny Wowka”. (…). Po żakinadzie poprzebierane dziewczęta, urocze jak chełmskie muzy, obcałowały publicznie urodziwego ułana i mruczącego z zadowolenia misia”. (Zbigniew Waldemar Okoń, Wspomnienia i refleksje. Moje 25 lat. [w:] „Ziemia Chełmska”. Wydawca: Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Chełmskiej. Chełm 1972, s. 2 okładka).
Któż wtedy w Chełmie nie chciał się z Wowką spotykać i kolegować! Wowa Brodecki był wszędzie! Brylował jako tancerz oraz pierwszy dowcipniś i „kawalarz” na ówczesnych „prywatkach”. Dziewczęta wodziły za nim rozmarzonym wzrokiem, gdy wielkimi, jak mile, krokami pędził nie wiadomo do kogo i gdzie ulicami Chełma.
Wowka:
„W 1965 r. kręciliśmy (z grupą filmowców – przyp. zwo) film w lasach sobiborskich o przyrodzie, taki serial dla młodzieży „Tramp”. Kiedyś na zakończenie dnia zdjęciowego zrobiliśmy sobie ognisko. I każdy opowiadał o swoich marzeniach. Jeden, że chce przepłynąć Polskę na tratwie, inny wymyślił, że objedzie Polskę na motorze, a ja – że na koniu. To zrobiło na wszystkich wrażenie”. (Renata Radłowska, Si Polacco militaro, no kombatanto. Rozmowa z Włodzimierzem „Wową” Brodeckim).
W 1970 roku wyruszył Wowka w ułańskim mundurze w swój pierwszy – po Polsce – samotny rajd konny szlakiem bojowym, który w 1944-1945 roku ojciec jego, wówczas żołnierz I Samodzielnej Warszawskiej Brygady Kawalerii przeszedł z Chełma przez Wał Pomorski, Berlin po Saundan nad Łabą.
Włodzimierz Wowa Brodecki:
„Ja nie chciałem tylko jeździć na koniu od miasta do miasta, od miasteczka do miasteczka i w każdym robić wrażenie na dziewczynach.Chciałem, żeby ta wyprawa była czymś zupełnie innym. Ustaliłem sobie szlak – odwiedzę te miejsca, w których walczyli polscy kawalerzyści, w których wciąż żyje kawaleryjska legenda.
Wyjąłem z szafy medale i odznaczenia ojca, które dostawał za udział w bitwach i spisałem z nich nazwy miejscowości. Potem je naniosłem na mapę i tak powstała trasa, szlak bojowy – Lublin, Chełm Lubelski, Warszawa, Bydgoszcz, Berlin. Wyruszyłem na klaczy Dzidzia, którą dostałem od piętnastoletniej dziewczyny. (…).
Wjazd do Warszawy. Najpierw milicja nie chciała mnie wpuścić do miasta, ale zaraz pojawili się dziennikarze i milicja nie miała wyjścia. W gazetach o nas pisali, w kronice filmowej pokazali.
Najmocniej przeżyłem spotkanie ze starymi żołnierzami, uczestnikami walk, którzy zapraszali mnie do swoich domów. Jeden z nich, Michał Antonow, wsiadł na swego konia i przez trzy dni, które spędziliśmy w drodze, opowiadał mi o wydarzeniach sprzed lat. Razem odtworzyliśmy zaślubiny z morzem.
Zrozumiałem wtedy, że dobrze zrobiłem, wybierając się na tę wyprawę.
Potem już nie miałem wyjścia – wyruszałem tym szlakiem co pięć lat. I zawsze te miejsca, które odwiedzałem, przygotowywały się na spotkanie ze mną i moim koniem. Było wielkie poruszenie na wsiach: do kogo wstąpię, kogo odwiedzę, u kogo zanocuję, u kogo zjem rosół właśnie zdjęty z pieca. Patrzyłem, jak u nich wszystko się zmienia. Odchodzili najstarsi, dorastały dzieci… Piękne”. (Renata Radłowska, Si Polacco militaro, no kombatanto. Rozmowa z Włodzimierzem „Wową” Brodeckim).
W 1984 roku, w czterdziestą rocznicę bitwy pod Monte Cassino, Włodzimierz Wowa Brodecki, wyruszył na koniu Kamea, córce Dzidzi (tak nazywał ją Wowka), w swój pierwszy zagraniczny, samotny rajd do Włoch. Do Monte Cassino jechał konno lub szedł pieszo Szlakiem Walk II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa.
Wyjazd z Polski nie odbył się bez trudności, przeszkód i kłopotów tworzonych przez bezpiekę i PRL-owskich urzędników.
Wowka:
„Poszedłem wściekły do wydziału paszportowego, który był po prostu ekspozyturą esbecji i mówię: „Tu wszyscy piszą, że ja już wyjechałem, a wy nie dajecie mi paszportu? Do Wolnej Europy to podam!” (…). Pomogły interwencje w Ministerstwie Sportu i Turystyki”. (Bogdan Gancarz, Ułan Wową zwany. „Gość Niedzielny”, nr 45 rok XCVIII 14 listopada 2021, s. VI).
Dopiero po czterech miesiącach uczestnicy tego „szalonego” rajdu otrzymali niezbędne dokumenty, w tym m. in. paszporty i wizy, poświadczenia, zaświadczenia i opinie, np. o koniu Kamea czy uczestnikach rajdu – i 14 lipca 1984 roku mogli wyruszyć do Włoch.
Mimo powyższych przeszkód Wowka, „uparty, niepokonany, odważny, szalony” (Renata Radłowska, III Samotny Rajd Konny. Wowa i Tornado jadą na Monte Cassino, „Gazeta Wyborcza”. Kraków, środa 4 sierpnia 2004, nr 181.4695), odbył starty honorowe: w Chełmie – 8 maja (w przeddzień Dnia Zwycięstwa); w Kielcach – 11 maja (dzień włączenie się Polaków do bitwy o Monte Cassino); w Krakowie – 18 maja (czterdziesta rocznica zdobycia przez Polaków klasztoru na Monte Cassino).
Wowce towarzyszyła, jadąca „maluchem z przyczepą”, dwuosobowa ekipa przyjaciół: Anna Bizukojć, studentka germanistyki, tłumaczka i kronikarka rajdu oraz Adam Brykajło, kierowca–kwatermistrz i fotoreporter. Kameę nieodpłatnie wypożyczył Stanisław Tchórz, prywatny hodowca koni, członek Klubu Jeździeckiego im. mjr. Hubala w Kielcach, bo Ministerstwo Rolnictwa odmówiło konia na tę wyprawę.
Jacek Krąg:
„Po przekroczeniu polskiej granicy prawie wszystkie kłopoty gdzieś wyparowały. To wygląda nieprawdopodobnie, ale „Wowka” po raz ostatni płacił za owies dla konia w stadninie w Ochabach.
Za granicą dostawali każdą ilość, ile tylko chcieli za darmo. Nikt nie pytał ich o pieniądze. Nie wszystko szło oczywiście „jak po maśle”. Najzabawniejsze, choć czasami mrożące krew w żyłach przygody przytrafiały się na przejściach granicznych. Właściwie na każdej granicy były jakieś „histerie”. (…).
Członkowie wyprawy mieli jednak bardzo dużo szczęścia. Wielogodzinne rozmowy z celnikami przekonywały tych ostatnich o konieczności przepuszczenia ekipy.
Uroda i wdzięk osobisty, a także „babskie” sposoby Anny Bizukojć rozmiękczały najtwardsze, nieprzejednane serca celników. Czasami Kamea była koniem wyścigowym, a czasami tylko przewożonym „mięsem”, w jednym przypadku decydowała sympatia dla Polaków, w innym nieznajomość angielskiego i niemieckiego u celników (w tych językach pisane były świadectwa lekarskie konia). [Jacek Krąg, Krew w nim i fantazja ułańska. [w:] „Tygodnik Głos Nowej Huty”, nr 1(1445), 1985-05-04].
„Gazeta Krakowska”:
„Podróż (na Monte Cassino – przyp. zwo) trwała 2 miesiące w jedną stronę, tyle samo zajął mu (Wowce – przyp. zwo) powrót (ponad 3,5 tys. km w obie strony – przyp. zwo). Na wyprawę nie wydał ani dolara, bo podejmowany był entuzjastyczne przez kluby konne i właścicieli koni we wszystkich państwach przez które przejeżdżał.
Największy zaszczyt spotkał go jednak na Monte Cassino.
Odbywała się tam wielka defilada (I Światowy Mityng Pokoju – przyp. zwo). Wowa Brodecki, honorowy gość I Światowego Mityngu Pokoju – konno, w mundurze ułańskim polskiego żołnierza, otwierał uroczystości (paradę autentycznych wozów bojowych walczących o klasztor na Monte Cassino – przyp. zwo). Salutowali mu prezydenci, ministrowie, ambasadorzy, generałowie i rzesza uczestników wydarzeń sprzed 40 lat.
W uroczystości uczestniczył też ambasador Polski Ludowej, ale prawdziwym ambasadorem Polski, o którą walczył gen. Anders i jego żołnierze, był Włodzimierz Wowa Brodecki.
Kiedy 11 listopada 1984 Wowa wrócił do Polski i zameldował się przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Krakowie, tylko garstka weteranów i przedstawicieli środowisk niepodległościowych przywitała go owacyjnie. Wtedy nie było to jeszcze Święto Niepodległości”. [(mas). Krakowski kawalerzysta porwał się na niezwykłą wyprawę. Konno na Monte Cassino. [w:] „Gazeta Krakowska” sobota -niedziela 7-8 sierpnia 2004 r.].
Włodzimierz Wowa Brodecki:
„Na wzgórzu Monte Cassino podbiegł do mnie rozentuzjazmowany człowiek, który wykrzyczał z ogromną radością słowa, których nie trzeba tłumaczyć: Pollaco militare kombatanto orginalo. Przedstawił się jako włoski żurnalista i jak się później okazało, nie zapomniał o mnie, co zaowocowało całkiem sporą ilością artykułów o moich konnych o moich konnych eskapadach we włoskiej prasie”. (Jacek Skrzypek, Pollaco militare kombatanto orginalo – Włodzimierz Wowa Brodecki. [w:] „Koń Polski”, nr 3/2020, s. 55,56).
************
Wszystko zmieniło się po 1989 roku, w wolnej i niepodległej Rzeczpospolitej Polskiej.
10 sierpnia 2004 roku na kolejny, trzeci rajd konny na Monte Cassino, nad którym patronat honorowy objęła Irena Anders, wdowa po generale Władysławie Andersie, Włodzimierz Wowa Brodecki, honorowy dowódca Krakowskiego Szwadronu Kawalerii im. Józefa Piłsudskiego, członek Stowarzyszenia Miłośników Tradycji „Mazurka Dąbrowskiego”, aktor Teatru Ludowego w Krakowie, wyruszył spod pomnika gen. Władysława Andersa w Nowej Hucie, a następnie – w samo południe – z krakowskiego Rynku Głównego, gdzie żegnały go władze Krakowa oraz tłumnie przybyli mieszkańcy miasta i turyści.
Do Włoch pojechał samochodem z przyczepą dla konia. Od 13 sierpnia wierzchem na koniu przemierzył szlak bitewny Polaków: był na cmentarzu żołnierzy polskich w Loretto, odwiedził Anconę, Pecary, Monte Cassino; zwiedził Rzym, Bolonię, Reggio, Padwę: przez Wiedeń wrócił do Krakowa, gdzie przy Grobie Nieznanego Żołnierza został uroczyście powitany przez tłumnie przybyłych krakowian.
Włodzimierz Wowa Brodecki o wyprawie na Monte Cassino w 2004 roku:
„To była zupełnie inna wyprawa niż ta z 1984 r. i sprzed dziesięciu lat. Teraz zabrałem ze sobą rodzinę – żonę i syna. Kochana żona prowadziła samochód, a kochany syn robił zdjęcia i opiekował się koniem. Po drugie – tegoroczna wyprawa miała inny wymiar ideologiczny. W 1984 r. wyjeżdżałem z socjalistycznej Polski (…). Teraz wyruszyłem z Polski wolnej i tej, która powróciła do Europy. Zmienił się konik – z Kamei przesiadłem się na Tornado, jej syna. Postanowiłem skrócić wyprawę, więc konik jechał w przyczepce. Z dwóch powodów – nie stać mnie było na czteromiesięczny urlop, poza ty nie wiem, czy taką drogę bym wytrzymał. Jestem już trochę starszym panem. Na konika przesiadłem się w Anconie, pokonaliśmy w sumie trzysta kilometrów. Prawie że wyprawa rekreacyjna. (Renata Radłowska, Si Polacco militaro, no kombatanto. Rozmowa z Włodzimierzem „Wową” Brodeckim).
************
Równie fascynujące, jak ułańskie, są przygody Wowki z filmem i teatrem.
Dziś Włodzimierz Wowa Brodecki „w swojej filmografii może pochwalić się 22 rolami. Natomiast kreacji teatralnych nie da się już zliczyć”. (Jacek Skrzypek, Pollaco militare kombatanto orginalo – Włodzimierz Wowa Brodecki. [w:] „Koń Polski”, nr 3/2020, s. 56).
Wowka zaprzyjaźnił się z wieloma aktorami, z którymi grał w filmach, m. in. z Maciejem Kozłowskim, Antkiem Kałużnym, Piotrem i Aleksandrem Wysockimi, Henrykiem Giżyckim, Danielem Olbrychskim, Tadeuszem Malakiem, Januszem Krawczykiem, Markiem Proboszem i wieloma innymi.
Z Danielem Olbrychskim połączyła go miłość do koni:
„Podczas jednego z pierwszych dni zdjęciowych na planie „Ogniem i mieczem” podchodzi do mnie asystent reżysera i opowiada, że dnia poprzedniego podczas wieczornego spotkania Danielowi chyba odbiło – opowiada o spotkaniu z Tobą z roku 1975, gdzie to na jednej z dróg dojazdowych do Berlina spotyka polskiego kawalerzystę i to byłeś Ty.Faktycznie takie są fakty, napisał mi wtedy: „a może gdzieś kiedyś razem na koniu?”. Wielki aktor i koniarz Daniel Olbrychski zapewne miał na myśli wspólną konną wyprawę. Wtedy podążał do Berlina swoim 125p. Po latach słowa te okazały się prorocze, z tą tylko różnicą, że spotykamy się w okolicznościach mocno konnych, ale nie jest to wspólny rajd konny lecz filmowy plan”. (Jacek Skrzypek, Pollaco militare kombatanto orginalo – Włodzimierz Wowa Brodecki. [w:] „Koń Polski”, nr 3/2020, s. 56).
A tak swoją znajomość z Bohdanem Stupką, najwybitniejszym aktorem Ukrainy ostatnich lat, grającym postać Chmielnickiego w „Ogniem i mieczem”, wspomina jego filmowy pisarz z tegoż filmu Włodzimierz Wowa Brodecki:
„Z Bohdanem Stupką byliśmy praktycznie nierozłączni, również poza planem zdjęciowym (…). Razem mieszkaliśmy, razem jedliśmy śniadania. To człowiek o wielkiej kulturze. Ujął mnie swoją znajomością historii Ukrainy i …Polski. Ja jego – o czym powiedział mi podczas premiery krakowskiej – swoim stosunkiem do rzeczywistości. Bohdan stwierdził, że mam duszę watażki, ale w dobrym znaczeniu tego słowa”. (Krystyna Szeremeta, Chełmianin na planie „Ogniem i mieczem” Pisarz Chmielnickiego. [w:] „Dziennik Wschodni”,24 03 1999).
************
Włodzimierza Wowę Brodeckiego, chełmianina „rodowymi korzeniami sięgającego Polesia Wołyńskiego”, ściągnął do Teatru im. St. Żeromskiego w Kielcach we wrześniu 1976 roku Henryk Giżycki, który w tymże teatrze zaproponował mu pracę aktora i kierownika działu promocji i obsługi widzów. Od stycznia 1980 roku Wowka „przeszedł” do Teatru Ludowego w Krakowie, którego dyrektorem został Henryk Giżycki, reżyser m. in. Betlejem Polskiego, granego w okresie stanu wojennego ponad 600 razy.
Wowka włączył się w działalność Solidarności.
„Teatr Ludowy był wtedy skrzynką Solidarności. W garderobie nr 30 składowaliśmy bibułę, po którą przyjeżdżali studenci z Wrocławia. Papier na podziemne broszury sprowadzaliśmy właśnie z tego miasta. Do czasu druku przechowywany był w domu dziewczyny, która pracowała w ambasadzie amerykańskiej. Po druku materiały trafiały do naszej garderoby.
Tradycją stało się, iż w każdą rocznicę wydarzeń grudniowych oraz we wszystkie święta narodowe o godzinie 14 gromadziliśmy się pod bramą kombinatu w Nowej Hucie. Potem szło się na mszę do Arki. Nie zawsze było bezpiecznie”. (Agnieszka Muszalska. Krakowiaczek ci ja. Włodzimierz Wowa Brodecki”. Krakowianin ujeżdżony. Koniuszy grodu nad Wisłą. [w:] „Echo Krakowa. Piątek 18 maja 2001, wydanie 12345 Rok LIII nr 115(16168), s. VI).
Dziś Wowka „jest jedynym w Krakowie, który ma prawo wjechać konno na Rynek, o każdej porze dnia i nocy. Gdy na jedną z imprez patriotycznych wybrał się piechotą – krakowianki szeptały: O Boże, to pan nie na koniu”! (Agnieszka Muszalska, op. cit., s. I).
Jacek Skrzypek:
„Żadna uroczystość historyczna, patriotyczna, a nawet sportowa nie może odbyć się bez udziału pułkownika (Włodzimierza Wowy Brodeckiego – przyp. zwo). Tak mocno wrósł w krakowski krajobraz, iż taka nieobecność zostaje od razu zauważona i pojawiają się pytania: najczęściej o to, gdzie w takim razie przebywa, co obecnie robi lub o zdrowie – niewiele ma prywatności i czasu dla siebie tudzież rodzinnego biznesu, w którym czynnie uczestniczy.
„Obecnie jestem właścicielem dwóch koni: Tornado, pod którym przemierzyłem szlak na Monte Cassino. Jest to obecnie 27-letni koń po Kamei, pod którą z kolei szlak na Monte Cassino przebywałem dwukrotnie. Drugi koń to Aravella po Camie”. (Jacek Skrzypek, Pollaco militare kombatanto orginalo – Włodzimierz Wowa Brodecki. [w:] „Koń Polski”, nr 3/2020, s. 57).
Uzupełnijmy tę wypowiedź.
W rodzinnym konnym biznesie pomagają Wowce m. in. ukochana żona Grażyna, która prowadzi pensjonat Nad Rudawą, syn Włodzimierz, lekarz weterynarii, specjalista ortopedii konnej oraz żona syna, Zuzanna Kasperczyk-Brodecka, architekt, pracownik naukowy Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu – pisze pracę doktorską.
Rodzina Wowki przed pensjonatem Nad Rudawą.
************
Wowka nie zapomniał o Chełmie, do którego – „gdy tylko może i czas mu pozwala” często przyjeżdża. 1 listopada każdego roku w mundurze majora Hubala, ze sławną jeszcze z młodości brodą, z ułańską szablą w ręku, wyprostowany jak struna, w kawaleryjskiej postawie, spotyka się z chełmianami przy grobie swoich rodziców, na którym znajduje się napis, że śp. Stanisław Brodecki i Róża Brodecka z domu Buczyło są Żołnierzami 27 Wołyńskiej Dywizji AK.
Dla mojego, powojennego pokolenia chełmian – Wowka jest jak wciąż powracająca legenda naszej, dorastającej wtedy, nie istniejącej już młodości, jak on – szalonej, rozwichrzonej, niepokornej i impulsywnej.Jeszcze dzisiaj, gdy Wowka przyjeżdża do Chełma, wieść o jego pobycie lotem błyskawicy rozchodzi się po mieście.
W Posłowiu do książki Ryszarda Dzieszyńskiego, Wowa Brodecki Jeździec Pamięci pisałem o Wowce:
„Wowka to Wowka! Otwarty, kontaktowy, wesoły i dowcipny. Niezwykle inteligentny, otwarty na ludzi, potrafiący sprawy trudne, czy konfliktowe, zmieniać w nietrudne i niekonfliktowe.
Ma też dar wręcz niesamowity: z przygodnie zebranego spotkania kilku ludzi potrafi „zrobić” świetnie bawiące się towarzystwo. Jego fantazje i kreowane okoliczności tych spotkań tworzą klimat, w którym wszyscy bawią i czują się znakomicie. Należy do ludzi, którzy – jak on – mimo energii życia, ułańskiej szarży po świecie, potrafią słuchać innych, są życzliwi i skromni.
Z okresu naszej wspólnej pracy zawodowej w Powiatowym Domu Kultury w Chełmie (1968-1969) pamiętam jego bezgraniczne zaangażowanie w pracę kulturalno-oświatową w Chełmie i na wsi, gdzie wśród ludzi, twórców ludowych, kobiet z wiejskich zespołów artystycznych i działaczy społeczno-kulturalnych, Wowka zdobył ogromny autorytet, zaufanie i posłuch.
Jak wielką charyzmą i autorytetem cieszył się wśród tych ludzi niech świadczy – na przykład – fakt:
W Wołkowianach (wioska położona około dwudziestu kilometrów od Chełma) miejscowe koło Związku Młodzieży Wiejskiej w tamtejszym wiejskim domu kultury, w Klubie „Ruch” i remizie strażackiej w noc świętojańską z soboty na niedzielę organizowało wiejską zabawę taneczną. Organizatorzy, głównie miejscowa młodzież, poprosili Wowkę o „zrobienie jakiejś części artystycznej”, gdyż tylko wtedy mogli uzyskać zgodę na odbycie się tej zabawy. I Wowka się zgodził, mimo że przełożeni odradzali mu, a wręcz zabronili, udziału w tej zabawie. A wiejskie zabawy w tamtym czasie miały złą sławę: najczęściej kończyły się gromadnym pijaństwem, awanturami, powszechną bijatyką.
Wowka poprosił mnie o pomoc.
Podczas zabawy wódkę po kryjomu sprzedawano w remizie strażackiej ze strażackiego samochodu, fanty oraz zakąskę – niezwykle smaczną – przygotowaną przez miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich w bufecie w domu kultury, gdzie też odbywały się tańce i zabawy.
Około północy paru młodzieńców zaczęło „rozróbę”.
Wtedy „wkroczył w to” Wowka, w sposób specjalny chyba tylko dla niego. Poprosił grzecznie o spokój, porządek i „bez mordobicia”.
I żadnego „mordobicia” nie było. Tylko co pewien czas on sam, lub ktoś przez niego wyznaczony, przyprowadzał do mnie do stolika jakiegoś pijanego delikwenta – i kazał mu „grzecznie” rozmawiać z „panem magistrem”. I tak – dołączył jeszcze do nas komendant miejscowych strażaków ochotników – rozmawialiśmy do rana lub do momentu, gdy mój rozmówca usypiał z głową na stoliku, odwożony później do domu lub wynoszony do remizy strażackiej, gdzie przygotowano mu wcale wygodne spanie na plandekach samochodowych.
Wowka zaś obtańcowywał dziewczyny, o które mogłoby dojść do bójki i z którymi uczył kulturalnego tańca – i zachowania – wyraźnie zawstydzonych zalotników.
Do Chełma wróciliśmy piechotą późnym przedpołudniem następnego dnia.
************
Spotkań z Wowką nie można zapomnieć.
Rozmowy z nim mają coś z niezwykłości, chyba dlatego, że wszystko o czym mówi, co robi, czym żyje, są głęboko realistyczne, dosłowne, umieszczone w realnym świecie, a jednocześnie pełne fantazji, energii, euforii, entuzjazmu, wydaje się – zmieniającej rzeczywistość w świat opowiadany i przeżywany przez niego. Styk jego świata z realizmem, który go otacza, który wyzwala jego wyobraźnię, pogłębia skalę jego osobowości, nadaje jej jakąś wersję artystycznego piękna i charyzmatycznej odrębności. Z tego jego stosunku do rzeczywistości, do wszystkiego, czym jest ta rzeczywistość, powstaje klimat serdeczności i przyjemności obcowania z nim.
Wowka jest człowiekiem pełną gębą – w najbardziej rzeczywistym znaczeniu tego słowa. Całe jego postępowanie, charakter, styl zachowania, wszystko, co tworzy jego niepowtarzalną osobowość, składa się na jego przyjaźnie, poczucie humoru i okoliczności, które powodują, że ludziom pozostającym w kręgu jego znajomych udziela się jego entuzjazm, energia, lekkość i dystans.
W naturze Wowki pozostało jednak coś z poety i aktora. A przecież w 1969 r. w „Ziemi Chełmskiej” Wowka debiutował jako poeta – wierszem interesującym i pięknym. I choć później nie podejmował nigdy prób publikowania swoich utworów, świat poezji i teatru pozostał w nim, kreując powagę problemów i kształtując w nim artystyczną wizję ludzi i rzeczywistości.
Dlatego Wowka wciąż pozostaje sobą, jest instytucją samą w sobie, jego postępowanie stało się jego indywidualną, odrębną i oryginalną własnością. (patrz: Zbigniew Waldemar Okoń, Posłowie. Wowka. [w:] Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 305, 306, 307).
Słowa te pisałem 15 lat temu. Dziś powtarzam je i przytaczam z najgłębszym przekonaniem, że wszystko, co napisałem o Wowce, Wowka – w swoim niezwykłym życiu – pogłębił, upiększył i zwielokrotnił swoją osobowością i działalnością.
***********
Za swoją działalność Włodzimierz Wowa Brodecki został uhonorowany wieloma polskimi i zagranicznych odznaczeniami. Są to m. in.:
Odznaka Honorowa Pierwszej Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii (1971), Złota Odznaka Polskiego Związku Hodowców Koni (1985), Medal za Zasługi dla Kultury w Wojsku Polskim (2002), Srebrny Krzyż Zasługi (2005), Medal Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej (2005), Medal Zasługi Związek Legionistów Polskich – Salus Republicae Suprema Lex (2007), Odznaka Honoris Gratia (2007), Odznaka Zasłużony dla Kultury Polskiej (2007), Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski (2008), Złoty Medal za Zasługi dla Obronności Kraju (2010), Złoty Medal za Zasługi dla Pożarnictwa (2010), Medal Zasługi Federacji Polskich Związków Obrońców Ojczyzny (2010), Krzyż Kresy II RP Obrońcom Polskiej Ludności 1944-1945 (2010), Krzyż Wierni Polsce (2011), Medal Honoru PRO PATRIA (2013), Złoty Znak Związku OSP Komandoria (2013), Odznaka Zasłużony dla Kultury Polskiej (2015), Krzyż Obrońców Wołynia (2015), Medal Armii Krajowej za Zasługi dla ŚZŻ AK (2018), Order Zakonu Wojskowego Świętego Sebastiana Zakonu Strzały Komandoria-Król Portugalii (2020).
***********
Mgr inż. Grzegorz Gill, autor wielu publikacji i monografii „Kopce w Krajobrazie Kulturowym Polski”, o Włodzimierzu Wowce Brodeckim, chełmianinie „rodowymi korzeniami sięgającym Polesia Wołyńskiego, a krakowianinie z umiłowania, pasjonacie i kontynuatorze, ocalającym od zapomnienia tradycje i walory ułańskie”:
„W latach 1970-2004 Włodzimierz Brodecki stał się bohaterem wielu samotnych rajdów konnych „Szlakiem Chwały Oręża Polskiego”, nie tylko w Polsce, ale przede wszystkim w Niemczech, Holandii, Belgii, Francji i trzykrotnie Włoch. Na polach bitewnych polskich żołnierzy i nekropoliach wojennych czcił pamięć naszych rodaków, wzbudzając ogromny podziw i entuzjazm społeczności oraz miejscowych władz. (…).Włodzimierz Brodecki na dorodnym kasztanie, w mundurze oficera kawalerii z szablą (oczywiście pamiętającą czasy świetności) pojawia się w szczególnych miejscach Krakowa z okazji świąt narodowych. Wówczas krakowianie oglądają pełne patosu uroczyste pochody z Zamku Wawelskiego Drogą Królewska do Grobu Nieznanego Żołnierza. Na czele pochodu podąża, niczym posąg oficer-ułan na pięknym koniu, grupy kawalerzystów, kompania honorowa Wojska Polskiego i rzesze manifestantów.
Następuje najbardziej podniosła chwila po złożeniu kwiatów biało-czerwonych i oficerski salut honorowy z obnażonymi szablami… Moment ten tworzy ogromną ekspresję, a z pomnika Grunwaldzkiego spogląda majestatycznie postać króla Władysława Jagiełły.
Pan Włodzimierz Brodecki, to organizator i realizator wielu patriotycznych przedsięwzięć, w których niewątpliwie na plan pierwszy wysuwają się samotne Rajdy Konne Szlakami Walk Żołnierzy Polskich na Wschodzie i Zachodzie Europy.
Suma patriotycznych dokonań, jak na jednego człowieka – przeogromna. Trzeba naprawdę kochać swój kraj i historię ojczystą, żeby w rajdach konnych na bezdrożach europejskich i krajowych szukać nekropolii wojennych z naszymi bohaterami i oddawać im cześć oraz szacunek. Temat zaiste na osobną opowieść”. (Grzegorz Gill, Ułan w pejzażu Krakowa. [w:] Ryszard Dzieszyński, op. cit., s. 309, 310).
**********
Włodzimierz Wowa Brodecki w polskiej historii pozostanie Ostatnim Ułanem Rzeczpospolitej, Jeźdźcem Pamięci, o którym gen. Ksawery Floryanowicz. ostatni dowódca I Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii powiedział, że „Brodecki zrobił dla ułanów więcej niż sami kombatanci”. (Witold Duński, Konno po sławę. Leksykon Jeździectwa Polskiego, tom I, str.144).
Zamykam rozważania o życiu Włodzimierza Wowy Brodeckiego, Ostatniego Ułana Rzeczpospolitej, Jeźdźca Pamięci, dwoma cytatami z jego licznych wywiadów, które przeprowadzili z nim m. in. Leszek Baran i Renata Radłowska.
Leszkowi Baranowi na pytanie:
– „Co takiego jest w ułanach, że na ich widok łza się w oku kręci?” –
Wowka odpowiedział:
„Piękne mundury, lance, proporce, szable, ostrogi, rącze rumaki – ułani to bardzo malownicza formacja. Trudno nie czuć wzruszenia na ich widok…(…).
Polska kawaleria była przez wieki symbolem naszej niepodległości, wielkości naszego państwa, a każdy naród ceni sobie to, co pozytywnie kojarzy się z jego przeszłością.
Przedwojenni ułani zaś to bodaj ostatnia konna formacja kultywująca rodzime tradycje kawaleryjskie. Żyją jeszcze ostatni członkowie tej formacji, spotykamy ich kiedy nasz szwadron (Krakowski Szwadron Ułanów im. Marszałka Józefa Piłsudskiego – przyp. zwo) uczestniczy w uroczystościach państwowych w wielu miejscach kraju.
Tradycja ułańska jest zatem w naszym narodzie żywa…(…). Mój ojciec służył w Wołyńskiej Brygadzie Kawalerii. I choć umarł, gdy miałem zaledwie 15 lat, zdążył zaszczepić u mnie ułańskiego bakcyla. A potem chłonąłem opowieści o nim, jego kompanach, o tej formacji, jakimi dzielili się ze mną najbliżsi.
A poza tym Kraków, w którym mieszkam, sprzyja kultywowaniu tej tradycji. To stąd, z krakowskich Oleandrów, wyruszyła Kadrówka, także konne szwadrony Józefa Piłsudskiego w 1914 roku, rozpoczynając walkę o wolną ojczyznę”. (Leszek Baran, Rozmowa z Włodzimierzem Wową Brodeckim, liderem Krakowskiego Szwadronu Ułanów im. Józefa Piłsudskiego. [w:] „Super Nowości” nr 116(1663, poniedziałek 16 czerwca 2003 r.).
Na pytanie Renaty Radłowskiej:
– „Więc po co ta ostatnia (w 2004 roku na Monte Cassino – przyp. zwo) wyprawa? Co zostało w środku?” –
Wowka wyznał:
„Zostało, ale to nie jest przekładalne na słowa. Konie trzymają mnie przy życiu. Podczas takiej wyprawy ładuję akumulatory na dobrych kilka lat. A przyjaźń między koniem a człowiekiem. No cóż, nic tak człowieka nie uszlachetnia”. (…).
Są ludzie, którzy żyją jakąś ideą. Ja mam w sobie wielką tęsknotę. Tęsknię za horyzontem. Czekam, żeby coś się pojawiło za zakrętem.
Tak, tak, wiem, że w ten sposób droga nigdy się nie kończy. Mnie to odpowiada i trzyma w kupie. (…).
Te podróże miały ważny cel. Chciałem dotrzeć do wszystkich miejsc, w których walczyli kiedyś polscy żołnierze. Pokłonić się tym miejscom, oddać hołd prochom naszych ojców. (…). Zawsze otaczały mnie symbole polskiego oręża, koń, mundur majora Hubala”. (Renata Radłowska, Si Polacco militaro, no kombatanto. Rozmowa z Włodzimierzem „Wową” Brodeckim).
Konstatacje patriotyczne i historyczne, współczesne i przyszłościowe, etosu życia Włodzimierza Wowy Brodeckiego są oczywiste i niepodważalne.
Sięgają do naszej historii narodowej, zwielokrotniają jej wartości w najpiękniejszych i najszlachetniejszych, ale i najtrudniejszych momentach dziejowych naszego narodu, zapisanych na drogach, grobach i pomnikach Polaków walczących „Za naszą i waszą wolność”: wartości niezbywalne i ponadczasowe, wpisane w pamięć i dziedzictwo narodowe naszej Ojczyzny, w tradycję polskiej kawalerii, które w swoich słynnych, konnych rajdach po Polsce i Europie, rozsławił i upowszechnił na całym świecie Włodzimierz Wowa Brodecki.
Czy może być głębsze i piękniejsze przesłanie niezwykłego życia Włodzimierza Wowy Brodeckiego.
(Tekst autoryzowany. Zdjęcie: archiwum Włodzimierza Wowy Brodeckiego).






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)







