Ktoś, kto piastował urząd tutejszego proboszcza od 1713 do 1745 roku, musi przebywać obowiązkowo w niebie po śmierci. A przynajmniej jego dusza, wedle reguł chrześcijaństwa. Wierzę w to. Tu, na łez padole tkwią jedynie jego prochy pod bajecznie kolorową posadzką. Zresztą napisane jest w epitafium na ścianie katedry św. Patryka w Dublinie, iż złożono tu ciało Jonathana Swifta („hic depositum est corpus…”). Jego pisarska dusza krąży ciągle nad zdziwionymi głowami turystów (katedra ma 69 m wysokości!), nad obszerną solidną bramą, nad gotyckimi nawami z porządnego kamienia. Pochylam się, spoglądając na oznaczone miejsce jego ziemskiego spoczynku. Kamienny wypolerowany kwadrat w nawie katedry. Chodzę, siadam, oddycham (spiro dum spero) w największym kościele w Irlandii, należącym do Church of Ireland.
Atmosferę smutku ratuje wspomniana barwnie wesoła kamienna posadzka, misternie ułożona w geometryczne desenie. Romby i kwadraty, prostokąty i trójkąty. Oraz tłum turystów z całego świata, depcący posadzkę. Odczytuję dodatkową informację z zakurzonego epitafium z jesieni 1745, że „można rzec, iż dzikie oburzenie [saeva indignatio] zniszczyło jego serce”. Przewielebny Jonathan Swift zmarł 19. X. 1745 roku przegrawszy walkę z wieloma chorobami ciała oraz ducha. Sam zaprojektował sobie w testamencie łacińskie pożegnalne zdania. Wykuto je. Uszanowano je. Czytam je – na ścianie świątyni po niemal 300 latach.
- ● ●
Przedtem napisał wiele dzieł tryskających humorem, ironią, sarkazmem. Czytano i podziwiano – do dziś. Uwielbiam ironię – świadczy o inteligencji. W kolejnym łacińskim zdaniu swego nadobnego epitafium wzywa współczesnego turystę: „Przechodniu, zanim odejdziesz, postaraj się, jeśli potrafisz, naśladować tego dzielnego ratownika wolności!”. Oczywiście jako turysta, czuję się przechodniem, wezwanym do czynu. Jednocześnie dostrzegam w sobie o wiele mniejszy ładunek ratowania wolności. Każdy życiorys ma inne ramy, kontekst i możliwości… to tak na marginesie na własne usprawiedliwienie. Nie każdy niesie w plecaku życia rewolucję i jej ducha.
Zbliża się okrągły jubileusz. W roku 1726, a zatem niemal 300 lat wstecz, opublikował teolog Jonathan Swift „Podróże Guliwera”, czyli „Gulliver’s Travels”. Słynna historia o tym jak niejaki Gulliver, marynarz, kapitan, po katastrofie swego statku dopłynął do nieznanej wyspy, zamieszkanej przez lud Liliputów. Ledwie uszedł z życiem, dostawszy się w ich ręce. Oburzył się na okrutny los. Dlaczego już nie jest wolny? Związali go mieszkańcy Liliputlandii porządnie sznurkami jak paczkę. Oni byli śmiesznie mali a on w stosunku do nich – to olbrzym. Zaakceptował reguły gry, obowiązujące u jego „pogromców”. Rozwiązano sznurki. Był bystrym obserwatorem. Punkt wyjścia dla wnikliwych oczu autora Swifta do ukazania kontrastów w społeczeństwie, będącym jego udziałem.
Autor pokazuje nam życie w tym dziwacznym kraju. Jest to polityczny pretekst, lustro jego rzeczywistości, symboliczny obraz Anglii (wtedy Irlandia była jej integralną częścią) rządzonej przez monarchię. Wtedy, w XVIII w. nie wolno było się na nią oburzać. Rządy królewskie dotrwały nad Tamizą plus minus do naszych czasów, pokonawszy wiele wzlotów, przeszkód, wypadków samochodowych, meandrów, malowniczych koronacji oraz ciosów historii w skali światowej.
- ● ●
Tekst o Guliwerze należy odczytywać jako szyderczą parodię stosunków na dworze londyńskim. Lektura jest dziś sporą przyjemnością, przynoszącą wiele przemyśleń, porównań, refleksji oraz wielkiego uznania dla utalentowanego teologa. Intelektualna przygoda z zagadkami. Są aktualne do dziś. Dzikie oburzenie też nie umarło. Dlaczego? Polityka nie umarła!
Jonathan Swift był z wykształcenia znawcą Biblii, prawiąc kazania. A temperament jego sterowany nieposkromionym „dzikim oburzeniem” kazał wejść jemu olbrzymiemu talentowi brawurowo na Parnas literatury. Geniusz bez granic.
Protagonista tekstu w oryginale po angielsku w kilku wersjach, kapitan Guliwer opisuje nam cesarza Liliputów. Cesarz – i jego lud – sięgał mu trochę wyżej niż do kostek. Cesarz ukazuje nam się oczami obcego Gulliwera „with an Austrian lip and arched nose”. Zatem cesarz ma słynną wystającą dolną wargę Habsburgów oraz orli nos. W ten sposób autor odwraca uwagę czytelnika od dworu brytyjskiego. Zagrywka taktyczna. Kamuflaż. Wiedeń jest świetną przykrywką, aby opisać spokojnie i negatywnie, bez przykrych konsekwencji dla siebie, fantazyjną strukturę „innej” monarchii. Lokalnej władzy nie należy się narażać.
Guliwer musi się nauczyć języka Liliputów. Kiedy przemawia do nich po niemiecku, niderlandzku, łacinie, francusku, hiszpańsku oraz w lingua franca – nie rozumieją go. Poliglota na łasce losu. Na nic tyle języków! Oburzenie. Ale szybko uczy się tego dziwnego języka – jest pojętnym uczniem. Pochodzi wszak z Anglii…
Zabawny jest opis awansu do tek ministerialnych u cesarza Liliputów. Nie ma egzaminu merytorycznego. Nie liczy się intelekt. Jest natomiast karkołomna próba cyrkowa zdobycia apanaży i awansu. Mianowicie rozpina się cienką linę między drzewami czy domami na wysokości 1 m. Jest to życiowo niebezpieczna wysokość dla kandydatów. Upadek grozi co najmniej kalectwem. Ale kandydat, który pokona dystans, skacząc zgrabnie jak najwyżej na linie, otrzymuje wymarzoną wysoką posadę. („and whoever jumps the highest without falling, succeeds in the office”).
Szydercza ironia unosi się nad tymi kryteriami. Czuję łagodno-kwaśny uśmiech Swifta z zaświatów na całej długości (91 m) katedry dublińskiej, gdzie siedzę w drewnianej ławce. Wyczuwał ponadczasowo kryteria awansu i kariery…
- ● ●
Nie było wówczas kryzysu klimatycznego. W imperium Liliputów wszystko w tym aspekcie jest jeszcze „po bożemu”: „pleasant as the spring, comfortable as the summer, fruitful as autumn, dreadful as winter”. Wiosna jest miła, lato przyjazne temperaturami, jesień obfituje w plony a zimy są okropne.
Swift (NB – jego nazwisko to w tłumaczeniu „szybki, chyży” lub „jaskółka-jerzyk”) obserwuje oczami i mózgiem swego wymyślonego Guliwera ciągłe kłótnie i konflikty partyjne wewnątrz kraju Liliputów, akurat kiedy odwieczny wróg (Wielka Brytania versus Francja?) czyha niecnie zaraz za morzem u bram państwa! Brak obiektywnej oceny sytuacji! Kłócą się zamiast zewrzeć szeregi przeciw nieprzyjacielowi! Nie ma hierarchii niebezpieczeństwa. Co za głupie postępowanie. A zatem Liliputowie nie są tacy mądrzy, jak na początku swego przymusowego pobytu u nich myślał główny bohater. Robią spore błędy. Nie znają skali makro i mikro problemów państwowych. Nie wyczuwają prawdziwej przepaści. Czytelnik w XXI wieku oczywiście ekstrapoluje ten opis sytuacji na inne kraje w Europie…
Swary partyjne są zażarte u Liliputów. Bez pardonu. Gulliwer pyta tubylców o to jak te problemy się u nich zaczęły. Wyjaśniają mu: dziadek obecnego cesarza przy śniadaniu chciał jak zwykle obciąć nożem jajko na miękko w kieliszku. Konkretnie przy szerszym biegunie jajka. Lecz skaleczył się i wydał od razu edykt: „Od dzisiaj wolno obcinać jajka nożem tylko na bardziej ostrej końcówce. Karani będą surowo obywatele, którzy nie zastosują się do tego świeżego (jak jajka) prawa!” Świetna i bezlitosna karykatura polityki. Swift oburza się (saeva indignatio) na głupotę funkcjonującą w codziennej polityce. Jest tworzona przez głupich polityków.
Połowa obywateli zaakceptowała to prawo lojalnie, druga oburzona stworzyła opozycję. Tak powstały dwie główne partie, zwalczające się o inne sprawy w międzyczasie, pragnąc utrzymać się oczywiście przy władzy, blisko dworu. A dobro ojczyzny? Co to jest?
- ● ●
Guliwer powoli robi karierę w swej nowej krainie, do której rzucił go los z powodu gigantycznej burzy morskiej. Statek się rozbił, jak wspomniałem. Guliwer został rozbitkiem, ale jakoś sobie radzi u obcych. Nawet robi się sławny i ważny. Wybucha wojna między Liliputami a wrogimi sąsiadami (nazywają się Blefuscu). Ci też są wymiarami analogicznie zbudowani jak obywatele Liliput-landu. Gulliwer ratuje w mig wojsko i flotę Liliputów – dla niego to żaden wysiłek militarny. Awansuje w świadomości publicznej. Kłaniają mu się po pas. Jest poważany. Gdyby wtedy istniała telewizja, nie schodziłby z ekranu w dyskusjach politycznych. Byłby bohaterem wygranej wojny.
Wybucha nocny pożar w pałacowym skrzydle cesarzowej i dam dworu. Gulliwer niekonwencjonalnie gasi pożar swym moczem – przyjął pionową pozycję kolosa z Rodos… Prosta sprawa anatomicznie dla niego. Strumień jego uryny spada na dachy pałacu. Pożar ugaszony. Nie wszyscy to interpretują jako ratunek. Czy to obraza, wstyd, hańba, brak szacunku dla władzy? Dobrze, że zgasił ogień – ale te prostackie metody? Konflikt formy z treścią… Oburzenie na dworze rośnie. Akcje olbrzyma Guliwera maleją.
Dotąd jego władza i poważanie rosły. Zaczyna to być niebezpieczne dla jego funkcjonowania na tej obcej jednak wyspie. Gulliwer wie, iż w Liliput-Kraju działa moralno-polityczne prawo: „Kto nie wierzy w opatrzność [providence] boską, temu nie wolno piastować urzędów państwowych”. Jeszcze czuje się bezpieczny. Wierzy w pryncypia etyczne Liliputów. Ale… czy przy sterach politycznych wszyscy są etycznie bez skazy?
Rośnie wszakże w siłę frakcja niechętnych mu a nawet wrogich ludzi. Życzliwi donoszą mu o szykującym się procesie przeciw niemu. Wyrok jest już znany. Roma locuta. Proces będzie farsą. Ponieważ tyle dobrego zrobił dla Liliputów – nie zgładzą go. Ujdzie z życiem. Nie będzie „the death penalty”. Uniknie stryczka. Ale wyłupią mu oczy! To jest pewne! – ostrzega życzliwy. Będzie brutalnie oślepiony. Horror! Oko za oko? Są jeszcze „łaskawi” władcy! Cesarz nie uśmierci Guliwera. Zapomniał jednak już o dobrych uczynkach przybysza.
Gulliwer zabiera swoje manatki i chyłkiem ucieka z powrotem do domu. Z Anglii do Francji? Happy-end! A jak jest w życiu politycznym a nie w instruktażowej satyrycznej bajce z Irlandii?
Wstaję. Wychodzę z ławki. Opuszczam bogatą w sens kultury, literatury i polityki katedrę w Dublinie. Stąpam po posadzce. Jest urocza wzorami. Dokumentuje zgon J. Swifta. Kto ułożył 1980 m² barwnych płytek w katedrze stolicy Irlandii? Ile pokoleń pochyli się jeszcze nad grobem dowcipnego mądrością Jonathana Swifta? Jak uczczić godnie jego 300-letnie cudowne literacko oburzenie?
Wiesław PIECHOCKI, Dublin, Irlandia






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)







