Okupację niemiecką w Polsce wyobrażamy sobie jako pasmo niekończących się potyczek podziemia i partyzantów z Niemcami. Ale przecież nie tylko na tym polegała egzystencja pod władzą hitlerowskiego reżimu.
Z dniem pierwszego września 1939 roku nie odwołano nagle życia codziennego. Polacy nadal obchodzili święta i uroczystości rodzinne, gotowali obiady, palili w piecu, a także… żenili się.
Młodzi ludzie w okupowanym kraju nie przestali się zakochiwać. Kiedy uznawali, że znaleźli swoją drugą połówkę, pozostawało tylko jedno – trzeba było powiadomić rodziców i szykować wesele. Co ciekawe śluby brano sporo wcześniej i bardziej spontanicznie niż przed wojną.
Janina, wieś, przycupnęła pod pagórkami otaczającymi niewielką dolinę łąk, przerżniętą wąziutką taśmą strumieni… Jedne chałupy przystanęły wzdłuż krętej drogi, inne wywędrowały głębokim wąwozem w pobliże pól, a jeszcze inne zabłądziły pod las, który pokrywał jedno ze wzgórz. Właśnie pod lasem, w gardzieli zarośniętego leszczyną wąwozu, opierając się na pochyłości, stała chałupinka gajowego Macieja Góry. Mizerna!
We wsi tętniło życie konspiracyjne. Miały tam swe komórki wszystkie ugrupowania polityczne oraz wojskowe – na jej terenie działała Armia Krajowa, Bataliony Chłopskie i Narodowe Siły Zbrojne, działała również komórka PPR.
Z początku, kiedy Niemcy tu przyszli, to im się spode łba przyglądano i na razie nic nie mówiono, choć Polski brakowało. Ale kiedy Niemiec zaczął kontyngenty nakładać, wywózki robić, wsie całe wysiedlać, obozy budować, ludzi pod byle pretekstem mordować chłop z Janiny po głowie się podrapał i pomyślał: o nie, tak dalej z nami nie pójdzie, trzeba się brać za szwaba i nie czekać, co nam Bozia z niebiosów spuści. No i poszli chłopi masowo do konspiracji. I to poszli, gdzie popadło. Dla większości to obojętne było, czy do ZWZ, AK, BCh czy, NSZ: byle dali karabin, byle można było prać Niemca. Tak, świadomość , jak to się mówi, przychodzi do człowieka, a nie człowiek do niej. Prasę konspiracyjną, broszury ludzie tu czytali, broni po kampanii wrześniowej tez dużo odkopali. Teraz trzeba było tą siłą mądrze gospodarować, żeby wrogowi jak najwięcej zaszkodzić, a samemu nie stracić więcej, niż się musi. I baczyć, żeby ludzi do siebie nie zrażać.
Lipiec 1943 roku, początek żniw. Na dworze było jeszcze szaro, a słońce dopiero ukazywało się nad horyzontem. Na trawie widać było jeszcze krople rosy, a w górze słychać śpiew skowronka. Gospodarze z Janiny, gromadnie z kosami na ramieniu szli miedzami między zagonami dojrzałego żyta rozpocząć żniwa. Nad polami unosił się odgłos klepania i ostrzenia kos. Melodyjne „uiiizzz, uiiiizzz” jak strojenie instrumentów przed rozpoczęciem koncertu. Chabry, maki, kąkole i inne kwitnące kwiaty w łanach żyta i pszenicy wydzielały intensywny, miodowy zapach, odwiedzane licznie przez pszczoły i inne owady. Panowała tu harmonia, słychać było śpiew ptaków i szum falującego zboża poruszanego lekkim powiewem wiatru.
Kosiarze trzymali mocno w spracowanych dłoniach kosiska opatrzone kabłąkiem. Łan za łanem padał pod cięciami kos. Gospodarze, tak żęli żyto, aby układało się jak najrówniej, nie rozwlekając niepotrzebnie kłosów po ściernisku i nie zostawiając zębów nierównego ścierniska.
Pokosy podbierały kobiety, wiążąc w snopki przy pomocy zrobionych ze słomy powróseł, po czym mocno zawiązywały snopek, by się nie rozpadł. Snopki przenosiły trzymając je za powrósło i ustawiały w mendle. Praca kosiarzy i kobiet, wymagała wiele trudu i wytrwałości. Koszule dymiły z wysiłku, a smugi potu zalewały im twarze, wdzierały się do oczu i spadały deszczem na ziemie. Żniwa były zdarzeniem budzącym natchnienie, czymś pięknym, wyjątkowym. Mieszkańcy wsi traktowali zbiór plonów jak święto. Pomimo ciężkich dni okupacji, po skończonej pracy utrudzeni, ale szczęśliwi wracali zadowoleni, bo żniwa zapowiadały się obfite.
Było już pod wieczór, gdy Zygmunt Łącki, szedł przez wieś. Nie zatrzymując się nigdzie po drodze, skierował się wprost do zagrody Stefana Gracy, z którym się przyjaźnił. Zastał go w podwórzu przy naprawie bryczki.
– Cześć, Stefku – powitał gospodarza. – Na ślub się rychtujesz?
– Zgadłeś – odparł zagadnięty. Tosiek Treć, córkę Marysię, za Staśka Grzegorczyka za mąż wydaje, młodzi zaprosili na wesele, więc trzeba tam się jakoś pokazać.
Stanisław Grzegorczyk miał 25 lat, był rolnikiem. W 1939 r. odbył zasadniczą służbę wojskową. Od 1941 roku był żołnierzem BCH. Uroczystość zaślubin miała miejsce o godzinie 16. Wesele odbywało się w domu pana młodego.
– A ty będziesz na weselu – dodał i odłożył na bok narzędzia.
– Nie – odpowiedział Zygmunt. Mam w tym dniu, inne ważne zajęcie do wykonania.
Usiedli na drągowinie i zapalili papierosy. Stefek spojrzał w niebo.
– Ale spiekota – mruknął. – Dobra pogoda na żniwa. Dzisiaj skosiłem zagon żyta na przesiece – zwierzał się przyjacielowi. – Ziemia jak popiół, kurzyło się za mną, jakby na wapnie to żyto wyrosło. Muszę się spieszyć, korzystać z pogody.
– Nie martw się na zapas – wtrącił Mundek. – Do zimy jeszcze daleko.
Zapadła cisza. Stefek przyjrzał się uważnie koledze, który siedział milczący i, jak mu się wydawało, przygnębiony.
– Masz kłopoty? – spytał, patrząc Mundkowi prosto w oczy.
– Kto ich dziś nie ma – odpowiedział wymijająco Łącki. – U ciebie też nie zawsze wszystko gra.
– No pewnie, ale nie przejmuję się tym, tak jak ty – odparował gospodarz. – To coś poważnego? – nalegał. Mów, co cię trapi, przecież widzę, że jesteś jakiś nieswój.
– Przed tobą nie da się nic ukryć, czytasz z twarzy jak z nut. Mundek uśmiechnął się i klepnął przyjaciela w ramię. – Tak, dochodzą do mnie niepokojące wieści, że we wsi mamy szpicla gestapo.
– Co ty powiadasz? – Stefan nie mógł uwierzyć własnym uszom. – W naszej wsi?
– Tak. I to najgorsze, że nikt nie wie, kto nim jest? – To nie musi być nikt od nas – podkreślił z naciskiem Stefek. – Nie dałoby się tego ukryć. A jeżeli znalazł się taki typ, to należy go namierzyć.
Wszyscy niemal podejrzewali, że ktoś donosi Niemcom, co dzieje się we wsi, kto z kim się kłóci, kto zabił świnię albo cielę, bo zaraz podjeżdżali żandarmi i zabierali mięso, a nawet zdarzyło się, że przyjechali w dwa dni po zabiciu i zabrali wszystkie wyroby: kiełbasy, kiszki, salcesony, szynki. Prawie zawsze zabierali gospodarza i dobrze jak wracał po paru godzinach obity, posiniaczony, a zdarzyło się też, że nie wrócił ani tego dnia, ani następnego, a po miesiącu przyszła kartka, że przebywa na robotach przymusowych. Wszyscy więc podejrzewali, gadali o tym, szukali, kto by to był, ale na tym się kończyło. Natomiast co do podejrzeń, kto może donosić, ksiądz nie chciał się wypowiadać, zgodził się jednak, że na pewno jest taki i że o weselu poinformował Niemców, że uczestniczą w tym „jędrusie”, ale kto to może być, nie ma zielonego pojęcia. Chłopom wystarczyło, że proboszcz utwierdził ich w przekonaniu, że jest szpicel, który donosi, a kto to jest, to już sobie sami poradzą, bo mają swoje sposoby.
Wieczorem zebrali się u sołtysa, aby uradzić, jak rozwiązać tajemnicę. Gospodarz wyciągnął flaszkę samogonu, produkcji miejscowej, postawił też kubki, grube porcelitowe, w których zwykle pili mleko i coś na przekąskę. Wypili, aby ruszyć z miejsca.
– Zgadzam się z tobą i dlatego chciałem cię prosić…
– Wiem, zainteresuję się tą sprawą. Nadarza się akurat okazja. Na weselu będzie sporo ludzi z AK, a także z Batalionów Chłopskich. Postaram się im tę wiadomość przekazać.
– Dziękuję ci. Byłem pewny, że zainteresujesz się tą sprawą. Mundek przerwał rozmowę, zgasił dokładnie tlące się resztki papierosa.
– A wracając do naszej sprawy, odezwał się Stefek. – Dziś jest czwartek, prawda? Wesele będzie w niedzielę, a więc we wtorek będę u ciebie, pogadamy.
Najczęściej dzień ślubu ustalano na niedzielę, a nie jak dzisiaj na sobotę. Wynikało to ze względów praktycznych – sobota była dniem pracującym.
– Dobrze. – Zygmunt wstał i uścisnął przyjacielowi rękę. – Zatem do zobaczenia we wtorek. Baw się dobrze na weselu – rzucił na odchodnym .
– Minął trzy kolejne zagrody i skręcił na dróżkę prowadzącą do samotnego domku pod lasem. Mieszkał tam gajowy, zwany przez wszystkich Maćkiem. Swój to był chłop, a obrotny jak nikt inny we wsi i na harmonii grał pięknie. On zawsze pierwszy wiedział, co i gdzie się wydarzyło, kto z czego żyje, czym handluje, co i gdzie można kupić lub sprzedać, słowem – Maciek wiedział wszystko.
Na tej swojej „posadzie” wiodło mu się nieźle. Dorabiał trochę muzykowaniem, ale niewiele. Grę na harmonii traktował jako przyjemność. Garnęła się do niego młodzież, zwłaszcza chłopcy, z którymi, jako że sam był kawalerem i nie stronił od zabaw, umiał znaleźć wspólny język. Zygmunt zamierzał wykorzystać tę okoliczność.
W mieszkaniu zastał tylko matkę.
– Maciej z ludźmi od świtu na dużym zrębie – poinformowała przybyłego.
– A pan do Maćka z interesem?
– Tak, chciałem z nim porozmawiać.
– Syn mówił, że dopiero pod wieczór ściągnie.
– Proszę, niech pan usiądzie – zapraszała – Mam świeżutkie mleko, poczęstuję.
Mundek podziękował, wymawiając się brakiem czasu. Pożegnał uprzejmie gospodynię i najbliższą przesieką skierował się na duży zrąb. Znał tu każdą drużkę, każdą przesiekę. Odnajdywał bez trudu właściwy kierunek i miejsce, do którego zmierzał. Spośród wielu łudząco do siebie podobnych duktów leśnych i dróg trafiał pewnie na tę, którą powinien wybrać. Zanim doszedł do takiej wprawy, od dziecka przemierzył te lasy wzdłuż i wszerz, nocą i dniem. Kilkanaście lat zbierania grzybów, chrustu i dziecięcych zabaw w lesie zrobiło swoje.
– Darz bór – pozdrowił pracujących ludzi. – Widzę, że robota posuwa się do przodu.
Po drugiej stronie zrębu pokazał się gajowy.
Słyszał rozmowy i śmiech, więc wyszedł ze szkółki zobaczyć, z kim ludzie rozmawiają. Zobaczył Zygmunta Łąckiego i ruszył wolno w jego kierunku. Mundek wyszedł mu naprzeciw. Ludzie pochylili się nad robotą.
– Witam gospodarza tutejszych lasów. Kawał roboty odwaliłeś – pochwalił Łącki. Gajowy uśmiechnął się i zapytał: Co cię tu sprowadziło?
– Mam do ciebie ważną sprawę, Maćku. Chodź, siądziemy na uboczu, to ci wyłuszczę, w czym rzecz.
Odeszli na skraj zrębu. Mundek bez żadnego wstępu przeszedł do sedna sprawy:
– Mamy we wsi szpicla gestapo, trzeba go wyniuchać. Nikt inny nie zna wszystkich i wszystkie powiązania we wsi, jak ty – podkreślił Mundek. Zatem chciałbym, żebyś przez kilka najbliższych dni, przy pomocy twoich chłopaków dokonał rozpoznania. Wiem, że lubisz takie zadania.
– Zgoda – Maciej był wyraźnie zadowolony, już domyślam się o kogo może chodzić.
– A jak go zlokalizuję, to co potem?
– Meldunek pójdzie do Pawliny i ten podejmie decyzję, co dalej – odpowiedział Mundek.
Omówili jeszcze kilka szczegółów dotyczących współdziałania i realizacji planu, po czym Mundek udał się do domu.
Było już popołudniu. Słońce stało nad lasem otoczone delikatną mgiełką. Wróżyło to zmianę pogody. Mundek wracał nie spiesząc się i rozmyślał nad dalszymi poczynaniami.
W przyciśniętej niemieckim buciorem Polsce przygotowanie tradycyjnej poślubnej biesiady, ze stołami uginającymi się od wszelkiego jadła, było bardzo skomplikowane. Wykwintne dania i fantazyjne torty w kraju objętym systemem reglamentacji żywności mogły pozostać co najwyżej w sferze marzeń.
Matka panny młodej z trudem zebrała odpowiednią ilość jedzenia. W zwyczaju było, że gospodyni wydająca córkę za mąż, przygotowywała weselne przyjęcie.
Zorganizowanie alkoholu według obyczaju leżało po stronie rodziców pana młodego. W warunkach okupacyjnych nie można było liczyć na czystą monopolową wódkę. W ich miejsce na stołach królował swojski bimber.
Para młoda w tamtym czasie nie miała specjalnego wyboru w kwestii ubrania. Najczęściej zdawali się na szafy swoje i bliskich. Marysia Treciówna przygotowywała się do ślubu u sąsiadów – dziewczyny układały jej włosy, ubierały w suknie ślubną swojej matki. Staszek chciał, żeby jego narzeczona wyglądała uroczo – zachwycająco. Sam występował wznoszonym już garniturze.
Gdy przybyli zaproszeni goście, stoły były już przygotowane. Ludzi było dużo. Dlatego wesele odbywało się w domu pana młodego. Był to duży budynek, w którym mieściła się również siedziba poczty. Mieszkał w nim jej naczelnik – o nazwisku Bródka oraz jego siostrzeniec.
Jak było w zwyczaju dzieciom przed ślubem rodzice udzielili Bożego błogosławieństwa, przy czym matka panny młodej wygłosiła wierszowaną orację. Kawalkada pojazdów ruszyła do kościoła parafialnego. Na czele weselnego orszaku jechali do kościoła młodzi bryczką. Bryczka była ozdobiona w kompozycje kwiatowe, girlandy i wieńce w kształcie serca, odpowiednio przymocowane, aby nie uległy uszkodzeniu w czasie jazdy. Do uprzęży koni przymocowane były ozdobne skórzane pasy przystrojone pomponami i powiewającymi w czasie jazdy frędzlami. Woźnica ubrany był w skórzaną kamizelkę, nałożoną na białą lnianą koszulę, na głowie kapelusz przewinięty kolorową wstążką z małą białą kokardą. A za nimi goście na udekorowanych kokardami wozach, które ciągnęły po dwa sprzężone konie, gdyż uważano, że nieładnie jechać do ślubu w jednego konia. W jeździe wozami, śpiewach, wyścigach w czasie drogi do kościoła tkwił cały czar wesela.
W kościele pod wezwaniem świętego Wojciecha paliły się żyrandole i wszystkie świece. Z głównego ołtarza – młodej parze błogosławił przybity do krzyża Jezus Chrystus, a z bocznych ołtarzy Pieta i Jezus z otwartym sercem. Na chórze skrzypek grał Veni Creator Spiritus, odprawiała się suma. Młodzi szli do ołtarza po rozłożonym od drzwi kościoła „chodniku”.
W powrotnej drodze z kościoła do domu weselnego barwny korowód wracał w odwrotnym porządku, wozy z gośćmi weselnymi na przedzie, a na ostatku bryczka z nowożeńcami. Rodzice podejmowali przyjeżdżających kolejno gości, wódką i przekąskami.
Tańce i przyśpiewki także w czasie okupacji były nieodzownym elementem zabawy. Na weselu Marii i Stanisława do tańca przygrywała orkiestra skompletowana przez Wincentego i Stanisława Marka oraz Wincentego Marcińca ze Zbrodzic. Muzykanci zespołu słynęli w okolicy, gdyż przygrywali na różnych uroczystościach wiejskich w okolicy. A na weselu grali tęgo – mówiła panna młoda – bo jeszcze w poniedziałek i wtorek ich sąsiadka, wielka tanecznica, skarżyła się, że nie może robić w polu, „bo jej wciąż nogi drygają”.
Radosną uroczystość, jaką jest ślub, a po nim wesele, o świcie pod koniec uroczystości, brutalnie przerwało wejście żandarmerii niemieckiej z Buska – Zdroju, która dokonała aresztowań uczestników wesela. Weszło ich kilku, wszyscy w mundurach. Krzyczeli. A tu stoły zastawione, opary wódki, kieliszki jeszcze napełnione, ciepła herbata w kubkach, talerze z mięsem, jak to na weselu, tort, coś nadgryzione, dym z papierosów, pełno marynarek wisiało, – w domu było ciepło.
To był rozbój hitlerowskiej żandarmerii, a stojący przy drzwiach żandarm uderzał kolbą każdą osobę wychodzącą z domu. Jak ktoś się przewrócił wskutek siły uderzenia, inny żandarm chwytał go za kark i przewracał twarzą w błoto. Do leżących na ziemi, żandarmi przywlekli ciężko pobitego kierownika poczty Bródkę. Ze stodoły wyciągnięto gajowego – Macieja Górę. Do zatrzymanych doprowadzono pana młodego – Staszka Grzegorczyka, którego znaleziono w domu jego żony, u Antoniego Trecia. Wszystkich zapędzono pod kościół parafialny, gdzie trzymano ich pod strażą. Brat panny młodej – Stanisław Treć zdołał się ukryć w sianie w stodole. Ogółem żandarmeria aresztowała 14 osób: pana młodego – Stanisława Grzegorczyka, jego brata – Zenona, jego stryja – Józefa, brata stryjecznego – Zygmunta, kierownika poczty – Jana Bródkę, muzykantów ze Zbrodzic: Wincentego Marka, Stanisława Marka, Wincentego Marcińca, gajowego – Macieja Górę, Józefa Muszyńskiego, Stanisława Jankowskiego, Stanisława Tyrańskiego, Jana Kaweckiego oraz Antoniego Trecia.
Antoni Treć tak wspominał moment aresztowania: „(…) Nad ranem 19 lipca 1943 roku poszedłem do domu weselnego, muzyki już nie było słychać. Zobaczyłem stojącego przed domem Grzegorczyków jakiegoś mężczyznę. Potem usłyszałem jakieś słowa wypowiedziane po niemiecku. Pomyślałem, że to któryś z weselników chce mnie przestraszyć i udaje Niemca. Odpowiedziałem więc: „pocałuj mnie w dupę. Za chwilę ten mężczyzna podszedł do mnie mówiąc coś po niemiecku i wówczas zobaczyłem, że jest w niemieckim mundurze w hełmie i z karabinem”.
Zatrzymanych gości weselnych przewieziono do Buska-Zdroju. Gajowego Górę zwolniono po drodze wskutek interwencji nadleśnictwa. 19 lipca 1943 roku osadzono ich w areszcie powiatowym, gdzie przetrzymywano ich kilka dni.
Muzykantów: Wincentego i Stanisława Marka oraz Wincentego Marcińca zwolniono na drugi dzień po przywiezieniu do aresztu. W środ, 21 lipca 1943 roku aresztowanych poprowadzono pod konwojem żandarmów z psami w górę ulicy Mickiewicza na podwórze willi dr Byrkowskiego. Tłumacz odczytywał kolejno ich nazwiska, a następnie dopytywał o przebieg zdarzeń z wesela. Zwolniono wówczas brata panny młodej – Antoniego Trecia oraz brata pana młodego – Zenona Grzegorczyka. Szybko stało się jasne, że nie było to żadne przypadkowe wejście. Niemcy doskonale wiedzieli, kogo zatrzymują, a akcja była skrupulatnie zaplanowana. Na gestapo w Busku „odsiali” weselników niemających nic wspólnego z podziemiem od żołnierzy AK i BCh. Ci pierwsi zostali wypuszczeni do domów. Drugich czekały brutalne tortury i śmierć.
Pozostałych aresztowanych rozstrzelano 23 lipca 1943 roku na cmentarzu katolickim w Busku-Zdroju. Śmierć poniósł wówczas także Stefan Rejniewicz, przechodzący w pobliżu cmentarza. Świadkiem egzekucji gości weselnych była pani Szczygłowa, która obserwowała jej przebieg ze strychu swego domu. Według jej relacji: „(…) hitlerowcy przewieźli na cmentarz 17 osób, podobno uczestników wesela we wsi Janina i rozstrzelali ich na cmentarzu, nad dołem wykopanym przez ofiary. (…) Najkrótsza droga z Buska do Kameduł prowadzi koło cmentarza. Drogą tą przechodził Stefan Rejniewicz czytając gazetę. Żandarm stojący w bramie cmentarza zatrzymał go, kazał podnieść ręce do góry i wprowadził na cmentarz. Na cmentarzu hitlerowcy postawili Rejniewicza nad dołem, w którym leżały zwłoki już rozstrzelanych ofiar i zastrzelili go”.
W ewidencji aresztu powiatowego nie podano przyczyn rozstrzelania gości weselnych. Wszyscy rozstrzelani byli rolnikami. Podkreślić należy, że na terenie powiatu buskiego ta warstwa społeczna poniosła największe straty.
Jesienią 1944 roku Janina znalazła się w strefie przyfrontowej. Żandarmi urządzili wielką łapankę, wskutek której zabrano wszystkich mężczyzn zdolnych do pracy. Około sześćdziesiąt osób zabrano do Bosowic, gdzie mieścił się obóz pracy przymusowej. Pozostałych wywieziono na roboty przymusowe do III Rzeszy.
Bezzwłocznie po aresztowaniu gości weselnych, pod koniec lipca 1943 roku, poddano ścisłej obserwacji wytypowane osoby, podejrzewane o współpracę z okupantem. W rozpoznaniu uczestniczyli młodzi dziewczęta i chłopcy, którzy z entuzjazmem wykonywali powierzone im zadania i wywiązali się z niego znakomicie.
W krótkim czasie zebrano potrzebne informacje, z których wynikało, że konfidentem gestapo jest Stanisław Wojtacha, mieszkaniec Janiny. Był on synem tamtejszego gospodarza, który zarówno w okresie przedwojennym, jak i w czasie okupacji pracował w straży fabrycznej w Starachowicach. Informacje o tym, że Wojtacha współpracuje z okupantem potwierdził współpracujący z podziemiem Wacław Proksa, funkcjonariusz polskiej policji kryminalnej w Busku-Zdroju.
Swoje częste przyjazdy ze Starachowic do rodziców Wojtacha maskował handlem tytoniem. Chodził po wsi, rozmawiał z ludźmi, wyciągał podstępnie od nich różne informacje, obserwował życie mieszkańców, ich zachowanie, kontakty. Szpicel w ten sposób ustalił osoby działające w ruchu oporu, jak również i to, że będą one na weselu. Przez swą kochankę, Zofię Latową, informacje te przekazywał do Gestapo w Radomiu, załatwiając przy tym osobiste porachunki.
W wyniku zbrodniczych poczynań Stanisław Wojtacha zasłużył sobie na wyrok śmierci wydany przez podziemny Sąd Specjalny. Nie ulegało wątpliwości, że wykonanie tego wyroku będzie sprawą bardzo trudną. Zadanie powierzono komórce likwidacyjnej. Wykonawcy wyroku znali jego twarz z fotografii dostarczonej przez kontrwywiad. Od harcerzy uzyskali dokładny opis jego sylwetki. Analiza zebranego materiału pozwoliła na dokonanie wyboru odpowiedniego miejsca akcji. Egzekutorzy uznali, że najłatwiej będzie można wykonać zadanie w domu, w którym mieszkali jego rodzice. Sporządzano schemat budynku i mieszkania, w których miała się odbyć likwidacja. Nie można było bowiem podjąć najmniejszego ryzyka. Wykonanie miało być pewne, a bezpieczeństwo egzekutorów stuprocentowe.
Wyrok wykonano 9 sierpnia 1943 roku. Do domu skazanego na śmierć zapukali członkowie komórki likwidacyjnej. Kilku stało na czatach, dwóch weszło do mieszkania. Mieszkańców zamknięto w osobnym pomieszczeniu, a delikwentowi odczytano wyrok. Następnie padły strzały. Sama egzekucja trwała kilka-kilkanaście minut. Przy zabitym znaleziono broń i zezwolenie na nią wydane przez gestapo w Radomiu.
Następnego dnia do ojca Wojtachy przyjechali partyzanci z komórki kontrwywiadu AK, którzy podali się za funkcjonariuszy Kriminalpolizei. Przeprowadzili rozmowę z ojcem oraz z narzeczoną szpicla, która przyjechała na jego pogrzeb. Obydwoje podali nazwiska osób, o których wiedzieli, lub przypuszczali, że są członkami organizacji konspiracyjnych AK I BCH. Już tej samej doby w nocy, rzekomi funkcjonariusze Kriminalpolizei wykonali wyrok śmierci na ojcu i narzeczonej szpicla.
Na kogo wymiar sprawiedliwości Polskiego Państwa Podziemnego wydawał wyroki? Przede wszystkim na donosicieli i szpicli, a więc renegatów, którzy szkodzili innym Polakom i polskiej konspiracji. Jednak także na pospolitych kryminalistów. Z wyjątkową surowością ścigano największe szumowiny okupowanej Polski – szmalcowników. Czyli ludzi, którzy szantażowali, okradali, wydawali niemieckiej policji, a w ekstremalnych przypadkach nawet mordowali ukrywających się Żydów. Ludzie skazywani na śmierć i zabijani przez AK reprezentowali wszystkie grupy społeczne oraz zawody. Byli wśród nich oficerowie i politycy, byli dziennikarze i artyści, byli robotnicy i chłopi. A nawet kilku duchownych.
Skutki takich przeżyć były dla psychiki młodych ludzi poważne. Część wpadała w depresję, męczyły ich wyrzuty sumienia, nie mogli się pozbierać. Albo wręcz przeciwnie – żołnierze po kilku wykonanych wyrokach tracili zahamowania i zamieniali się w profesjonalnych zabójców.
Część gości weselnych uniknęła aresztowania. Drużba Grzegorczyka – Jan Socha wraz z grupą innych mężczyzn w porę opuścił wesele i ukrył się w pobliskim lesie. Aresztowania uniknął Józef Segda, który udał się do wsi Błoniec i powrócił, gdy żandarmi opuścili Janinę. Również Zygmunt Łącki uniknął zatrzymania, opuszczając wcześniej wesele. Po przybyciu do domu otrzymał ostrzeżenie od sąsiadki o obławie.
Przypuszczał, że będą go szukać w domu. Przez okno, obserwował drogę. Nagle zobaczył żandarma, który stoi przy bramie wjazdowej na podwórko. To znów, ni stąd ni zowąd, usłyszał jakieś szuranie przy płocie naprzeciw stodoły. To drugi Niemiec poszedł pilnować domu z tyłu, a równocześnie zainteresował się dojrzałymi czereśniami. Zygmunt zdaje sobie sprawę, że z tego kotła może wyjść teraz albo nigdy. Przechodzi do drugiej izby, przykuca koło okna. W domu pełzają smugi latarek i słyszy podniesiony wrzask żandarmów.
Naraz Niemiec sprzed bramy odwraca się i idzie wzdłuż drogi, widać że się oddala. W tym momencie Zygmunt jednym skokiem przez okno dopada płytkiego rowu po przeciwnej stronie drogi i pada w nim na ziemię. Gdy jednak unosi głowę widzi, że Niemiec zza stodoły zbliża się do niego, a równocześnie i drugi żandarm idzie w jego kierunku. Jeszcze minuta i obaj staną nad nim.
Nie ma chwili do stracenia. Chwyta za łozę jakiegoś krzaka i jest już na skarpie. Niestety, hałas, jaki wywołał, dochodzi do żandarmów. Zygmunt pochyla się i ile sił pędzi ścieżką w kierunku pszenicznego pola. W ciszy nocnej słyszy głośno własny bieg. Po chwili rozlegają się wrzaski.
-Halt! Halt! – drą się nieludzkim głosem Niemcy.
I na ten wrzask czy też z powodu potknięcia się, czy zaplątania w słomę zboża, Zygmunt wywraca się w bruzdę w momencie, gdy nad jego głową wibruje już smuga ognia, a ciszę przerywa huk karabinowego wystrzału.
„Chyba mnie dostrzegli i do mnie strzelają” – przebiega mu myśl i ogarnia go strach. W pośpiechu czołga się w bruździe. Ale gdzieś od drogi słyszy podniecone krzyki Niemców i na ścieżce tupot butów i znów:
– Halt! Halt!
Ostatnia szansa. Podrywa się i w sekundzie dopada łan pszenicy na stoku. Turla się w zbożu w dół, gdy w odległości kilku kroków, nowa smuga ognia z potężnym hukiem przecina łan pszenicy i zrywa dorodne kłosy.
Po paru minutach dopada wąwozu i w jakimś załamaniu gruntu ryje nosem w ziemię. Podnosi się na kolana i nasłuchuje. Znów to zagłuszające kołatanie serca. Ach, gdyby ono przestało tak walić. Jednak nic podejrzanego nie słychać. Jest zmęczony, ale szczęśliwy z ocalenia. Podniecony mówi głośno, gdzie mogą go teraz Niemcy pocałować. Ale nurtuje go, co się dzieje w domu.
A rozpoczynający się dzień pełen porannego słońca sprzyjał jego bezszelestnej niczym nie zmąconej radości. Poczuł się cudownie oczyszczony z lęku i zadziwiająco spokojny. Leżał w dojrzałej nieskoszonej pszenicy, pełnej błękitnych chabrów i czerwonych maków, na których skrzyły się jeszcze krople rosy. Odkrył, że otacza go nadprzyrodzona cisza. Zapalił papierosa i podumał – „tak powinny wyglądać w wolnej Polsce wszystkie moje poranki”. O, boskie rano, gdzie złoty słońca wschód, gdzie ptaków polnych śpiew …
Rozdział XIX
Zasadzka i spalenie akt w lesie Bogucickim
Aleksander Issa podporucznik Wojska Polskiego, uczestnik kampanii wrześniowej, fikcyjnie zatrudniony jako praktykant leśny, w leśnictwie Włochy, wybrał się do oddalonego o 3 kilometry Pińczowa. Olek był dowódcą komórki wywiadowczej AK i zbierał informacje o tym, co ludzie mówią o sytuacji na froncie wschodnim, który w szybkim tempie zbliżał się do Kielecczyzny; o nowych pacyfikacjach i aresztowaniach, o działalności partyzantów w rejonie Stopnicy i Staszowa i co ludzie wiedzą o działalności organizacji akowskiej.
Była ostatnia sobota sierpnia 1943 roku. Olek, idąc główną ulicą od Rynku do stacji kolei wąskotorowej, spotkał Stasia Kwietnia – kolegę, obydwaj chodzili przed wojną do miejscowego gimnazjum, tylko Staszek o klasę niżej. Staszek do AK nie należał. Pracował w Biurze Kolczykowania bydła i trzody chlewnej w Pińczowie, którego kierownikiem był pan Werner, doskonale znający język niemiecki, wysiedlony z rodziną z Wielkopolski do Generalnego Gubernatorstwa. Na szczęście nie był on volksdeutschem.
Była godzina pierwsza po południu – słońce od świtu królowało na bezchmurnym niebie i paliło do bólu. O tej porze miasto było tak nagrzane, że żar rozlewał się ulicami, wciskał do mieszkań. Z jednej strony kiwały się drzewa, z drugiej płaski skwer prażył się w promieniach sierpniowego słońca. Szli wolno alejką, rozkoszując się ciszą, która unosiła się nad tym skrawkiem pokrytej zielonością ziemi.
W środku skweru, u stóp paru wysokich lip i kasztanów bawiła się gromadka dzieci.
Przystanęli, Olek zauważył, że Stachu był jakiś zaniepokojony, podekscytowany.
– Co się z tobą dzieje, jesteś jakiś niespokojny, rozdygotany.
– Wstąpmy do pani Stępniowej na befsztyk, to o wszystkim pogadamy. Pani Stępniowa prowadziła małą cichą knajpkę, w której można było coś zjeść i spokojnie porozmawiać.
Szli jakiś czas milcząc, ulica była niemal pusta, gdzieniegdzie mignęła sylwetka ludzka. W górze szeleściły gałęzie drzew, liście kołysały się długo w spokojnym powietrzu i wolniutko balansując opadały na ziemię. Przed kościołem siedział dziad proszalny w czarnej wytartej do połysku kapocie, z rozwianą brodą, ramionami wymachiwał w powietrzu, niedołężny i gniewny jak stare ptaszysko zrywające się za późno do lotu. W dłoni trzymał puszkę po konserwach, potrząsał nią i wołał chrapliwie słowo – daj… daj… da…, które cichło odległym, kalekim echem. W drugą rękę próbował wetknąć laskę wystruganą z korzenia leśnego, lecz wypadała z niej bezwładnie. I pozostawał tylko głos, który mówił, że o każdym czasie można zacząć i w każdym miejscu można skończyć, głos, który cichł, a chrapliwie wypowiadane słowa niosło ich odległe i kalekie echo.
W knajpce zajęli stolik w przytulnym pokoiku na zapleczu. – Znasz tylko jeden rodzaj walki: ten w mundurach, tak? Zwrócił się Stach do Olka. Zazdroszczę tego, że jesteś swoim potrzebny, że działasz, że bierzesz udział w walce. A ja…
– Ja wiem, rozumiem przecie, można walczyć piórem, sztuką, ideą. Ale dopóki wy w mundurach dławicie okupanta, niczego nie można dokonać.
Siedzieli chwilę w milczeniu.
– A poezja?
– Poezja, tak. To jest dostępne. Pożeram ją tomami. Umiem wiele na pamięć. Nie wkuwam, samo wchodzi do głowy, tyle razy to czytam. Ale… Co innego ty! Ty możesz poezję uważać za swoją działalność – ja jestem tylko nędznym odbiorcą. A ja chcę być człowiekiem potrzebnym innym ludziom, chcę też działać.
– Przyjdzie czas…
Mam dwadzieścia trzy lata, więc niby jestem jeszcze młody… Tylko że wcale tej młodości nie czuję. Widocznie niektóre dni liczą się za całe lata. Choćby tamten wrzesień… Służba na polu walki, bezsenne noce pełne zjaw, łoskot rozrywających się pocisków i głuchy huk bomb lotniczych. Wyprawy po rannych, ciągłe zdobywanie się na ponadludzki wysiłek. Ciągłe alarmy. Nie, nie było czasu na myślenie o czymkolwiek. Potem będziemy sobie płakać, mdleć, załamywać ręce. Ale teraz jest wojna. I my jesteśmy żołnierzami. Więc musimy być dzielni, bo to dla…
„Bo to dla…” Olek nie wypowiedział tego wielkiego słowa, ale ono zawisło na jego wargach. Po chwili dokończył; wiemy, że ONA, powierzona nam, przewyższa nasze zasługi. Nie śmiemy wymówić jej imienia…
Przez jakiś czas patrzyli na siebie milcząc.
– No, mów co się stało, czy może wpadłeś w jakieś tarapaty?
– Otóż Biuro Kolczykowania otrzymało z niemieckiego starostwa w Busku – Zdroju polecenie, aby niezwłocznie przewieź ewidencyjne księgi kolczykowania do Buska, ponieważ Niemcy obawiali się, że grasujący na tym terenie partyzanci ośmieleni posuwającym się wschodnim frontem mogą łatwo dokonać ich zniszczenia, a w Pińczowie nie mają policyjnego zabezpieczenia.
– A czy macie już zorganizowany transport akt? Jeżeli tak, to radziłbym dla „zmylania przeciwnika” zorganizować wyjazd w dzień targowy, na przykład w najbliższy wtorek w godzinach między dziewiątą a dziesiątą, bo wtedy jest największy ruch na szosie. Furmanki chłopskie jadą do Pińczowa na targ, lub wracają z targu i wtedy nie będziecie na siebie zwracać uwagi.
– Przewóz akt planujemy dokonać bryczką wypożyczoną od pana Tatomira z Koperni, a dla kamuflażu zabieramy jako głównego pasażera Ojca Budziewskiego, przeora pińczowskiego klasztoru Reformatorów. Twoja rada, żeby akcję przeprowadzić w dzień targowy jest trafiona. Myślę, że ten pomysł zaakceptuje kierownik Biura pan Werner.
Rozstając się ze Stachem, podporucznik Aleksander Issa, miał już gotowy plan przejęcia i zniszczenia tych cennych dla okupanta dokumentów. Był bowiem przekonany, że jego propozycję Werner i Stachu uznają za właściwą.
Grupę likwidacyjną tworzyli: ppor. Aleksander Issa, dowódca, plut. pchr. T. Koźmin „Kraska”, kpr. W. Nowacki „Werbel”, i strzelec W. Górnisiewicz „Elektryk”.
Na zbiórce w leśniczówce „Włochy”, stawili się wszyscy partyzanci. Każdy miał ze sobą jeden litr nafty lub benzyny. W krótką broń i granaty wyposażył wszystkich na miejscu zbiórki, dowódca akcji ppor. Issa.
Nastąpił wymarsz. Grupę prowadził Olek. Wesołe słońce wznosiło się coraz wyżej ku niebu, zalewając rumieńcem skośnych promieni łagodne, czyste tło nieba. Zapaliło wierzchołki drzew. Zasnuło złotem błękitną dal. Otoczyło bogatym, szkarłatnym pasem, rzuconym niedbale na nadnidziańską ziemię daleko w lewo i w prawo. Strzeliło purpurą wysoko w górę. Wiatr westchnął. Zaszeptało leśne runo.
Dzień kroczył po Ponidziu. Szedł, szeroko rozrzucając łachmany poranka, pokrywając wszystko miękkim, nasyconym słonecznym płaszczem dnia.
Cisza…
Cicho posuwali się naprzód. Szli skrajem lasu z początku ścieżką, a potem na przełaj. Oczy mrużyły się przed słońcem. Zaczynało coraz mocniej przypiekać. Dochodziła dziesiąta godzina. Porucznik Issa szedł teraz wolniej. W pewnym momencie stanął. Obrócił się do partyzantów.
Za – a – raz – wyszeptał zduszonym głosem.
Jeszcze ciszej i wolniej poszedł naprzód i stanął za gęstym krzakiem leszczyny… Jednocześnie lustrował roztaczającą się przed nim dal. Czesał ją spojrzeniem tak, jak się czesze zwierzę pod włos.
– Tam, wyrzucił rękę przed siebie – szosa Pińczów – Busko – Zdrój. Tam będziemy oczekiwać na bryczkę z dokumentami.
Nikt z partyzantów nie znał ekipy jadącej bryczką, wobec tego niebezpieczna rola obserwatora szosy przypadła dowódcy. Usiadł na skraju lasu świadom, że w każdej chwili może przejeżdżać gestapo, żandarmeria lub karna ekspedycja, której oddział stacjonował w Chrobrzu, a jego dowództwo stacjonowało w Busku – Zdroju. Obawiał się, że zostanie rozpoznany, przez przejeżdżających, bo przecież pracował jako praktykant leśny, był absolwentem pińczowskiego gimnazjum i miał kontakty z wieloma ludźmi.
Jakieś dziesięć metrów za nim siedział strzelec W. Górnisiewicz „Elektryk”, ukryty w krzakach leszczyny.
Upłynęło jakieś pięćdziesiąt minut wyczekiwania, Olek spogląda na zegarek.
– Za piętnaście dziesiąta. Za wcześnie na nich – powtarzał do siebie porucznik. – Mogą być dopiero za pół godziny.
Wtem otwarte zielone auto wyjechało zza zakrętu, z widoczną wysoką anteną sterczącą nad okrągłymi hełmami żołnierzy Wehrmachtu. Kilkadziesiąt metrów dalej wypełzł opel Blitz, taki sam zielony i kanciasty, jak ten, co prowadził konwój. Pośrodku samochodu zamocowany na trójnogu sterczał pająkowaty karabin maszynowy MG, nazywany przez niemieckich żołnierzy „Piłą Hitlera” – Hitlersäge.
– Ciekawe skąd wracają – zastanawiał się Olek.
Samochody przetoczyły się, minęły mostek, dodały gazu, brudna smuga spalin rozsnuła się nad łąką i konwój zniknął z pola widzenia.
Porucznik znów podniósł lornetkę, zlustrował linię drogi, obrócił się na prawo w stronę Pińczowa i nagle ramię mu drgnęło, znieruchomiało.
Słychać wyraźnie, jak po drodze co jakiś czas przejeżdżają furmanki. Wracają z jarmarku w Pińczowie do domów. W pewnym momencie z lasu wynurzyła się bryczka, zaiskrzył się blask odbiciem promieni słonecznych od srebrnych kółek, nazywanymi „lustrami”, którymi zdobiona była uprząż koni. Na bryczce widać było kilku ludzi w cywilnych ubraniach i siedzącego zakonnika.
– Czterech – szepnął Olek i bierze lornetkę.
Widać ich w szkłach wyraźnie, odległość jest teraz nie większa niż sto pięćdziesiąt metrów; można zauważyć, jak chwieją się kołysani na wybojach. Bryczka zaprzężona w urodziwe konie fryzyjskie, które charakteryzują się jednolitym, karym umaszczeniem oraz pięknymi długimi grzywami. O głowie bez okularów z wisiorami, rozetami i pomponikami włóczkowymi.
Dowódca ściągnął do siebie partyzantów, wskazał nadjeżdżającą bryczkę i wycofał się w głąb lasu. Strzelec Górnisiewicz „Elektryk”, podrywa się pierwszy. Kapral Nowacki „Werbel”, też przedziera się przez krzaki, czuje w sobie lekkość. Wyskoczyli na szosę. Plutonowy podchorąży Koźmin „Kraska” zatrzymał jadących, chłopcy bryczkę wprowadzili do środka lasu pomiędzy wysokie sosny z podszyciem gęstymi zaroślami. Pasażerowie dostali polecenie opuszczenia bryczki i położenia się twarzą do ziemi. Do ich pilnowania został jeden partyzant. Pozostali wjechali bryczką na polanę. Rozgrzebali rękoma suchy mech, rozpalili ognisko i zrzucili na ziemię grube foliały. Palenie dokumentów przy użyciu benzyny i nafty trwało ponad godzinę. Po zakończeniu akcji bryczkę odprowadzono i przekazano pasażerom. Na odjezdnym otrzymali zakaz zgłoszenia napotkanemu patrolowi żandarmerii lub policji przypadku zarekwirowania dokumentów. Mogli tego dokonać dopiero w Busku – Zdroju.
Po około dwóch godzinach na miejsce akcji przyjechała żandarmeria i granatowa policja. Przeszukali miejsce zdarzenia, odkryli popiół po spalonych aktach. Ponieważ zamach na dokumentacje Biura był dokonany ponad trzy i cztery kilometry od najbliższych wsi, władze niemieckie nie podjęły represji wobec miejscowej ludności.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)





