Strona główna Hobby Czytelnia Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. I

Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. I

0

Przy biurku ze stolarskiej płyty oklejonej imitacją brzozowego forniru siedział jasnowłosy chłopiec. Estetyka wykonanego z niej mebla była mocno dyskusyjna, ale w dzisiejszych czasach wszystko na co spojrzeć, czego tknąć lub wysłuchać, budzi wątpliwości i nieufność. Bezdyskusyjnie piękny, w przestrzeni pokoju, wydawał się jedynie słowiański, pszeniczny kolor włosów chłopca znakomicie współbrzmiący z kolorytem brzozowego forniru. Na blacie biurka leżało w nieładzie kilka podręczników szkolnych, pośród których stał nieduży globus, a tuż obok niego filiżanka z niedopitą zawartością. Co kilkanaście sekund złotowłosy chłopiec nabierał łyżeczką odrobinę herbaty, wylewał ją po kropelce na powierzchnię miniaturowej kuli ziemskiej i przyglądał się jak krople spływają po kulistej powierzchni i skapują na blat biurka
– Gostek od historii miał rację, że jak ludzie wierzy-li w płaską Ziemię, wszystko było prostsze – mruczał pod zgrabnym nosem i wycierał papierową chustką spływającą na blat herbatę. – Tata! – krzyknął, nie odrywając
oczu od globusa. – Tataaa!…
– Co się dzieje? – do pokoju wszedł mężczyzna o bu-dowie będącej uśrednieniem charakterystycznych cech fizycznych męskiego ciała dla grupy między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. – Musisz się tak wydzierać?! O co chodzi… – ojciec chłopca podszedł do biurka i zapatrzył się w globus.
– Tato, czy ciebie nic tu nie dziwi? – chłopiec pukał palcem w błękitne obszary zajmujące trzy czwarte zminiaturyzowanej i przedstawionej w formie globusa kuli ziemskiej.
– Przepraszam, ale co miałoby mnie dziwić?
– No, to… – popukał jeszcze raz w błękitny obszar.
– Oceany? – ojciec spojrzał zdziwiony na syna. – A co w nich dziwnego?
– No wiesz… Teoretycznie nic – chłopiec uniósł glo-bus ponad blat biurka.
– Ale zapytałem niedawno fizyka, totalnie zakręcone-go gościa, jak to jest, że nikt na półkuli południowej nie jarzy, że wisi głową w dół, a ten krejzol mi mówi, że tak już jest. Żenada… – westchnął Krzyś.
– No nie rozśmieszaj mnie, chłopie! – ojciec z nie-dowierzaniem kręcił głową. – A o sile ciążenia i takich tam śmiesznostkach nie słyszałeś? Czego was uczą w tej szkole?
– Gdybyś zechciał sprawdzić, tato, o jakich jeszcze śmiesznostkach nas uczą, to by ci się mózg zlasował. Żaden szkolny mądrala nie potrafi inaczej wytłumaczyć praw fizyki jak tylko stwierdzeniem: „Taki był zamysł Boga”. Czasami zastanawiam się, czy aby naprawdę ziemia jest kulą a siła ciążenia i przyspieszenie nie są wyłącznie złudzeniem. Jednym słowem padaka! Można oszaleć!
– Krzysiu, – nie możesz po prostu pogadać po lekcjach z fizykiem o nurtujących cię wątpliwościach? Nawet jeśli wydają się śmieszne, powinien być zadowolony, że jest ktoś, kto nie przysypia i nie czeka wyłącznie na dzwonek. Jesteś w szóstej klasie, więc macie chyba jakiegoś Einsteina do dyspozycji?
– W siódmej! Jestem już w siódmej klasie!– No, to jeszcze lepiej. Za moich czasów…
– Tato! – chłopiec zdenerwował się. – Ale dzisiaj są moje czasy, w dodatku całkiem do dupy! Szkoła jest straszna. Czuję się, jakbym chodził na kursy dla ministrantów!
– Nie mów tak nawet w domu, bo jeszcze kto usłyszy i będę miał przez ciebie kłopoty! Idź jutro do fizyka i spytaj go, o co tam chcesz, ale…
– Tato! – Krzyś prawie krzyknął. – Nie ma fizyka, bo się zwolnił. Matematyki uczy stary zgred, wiecznie skrzywiony boomer, a polaka i histy – jakieś typki z kółka różańcowego. Tylko religia i wychowanie w rodzinie są w poważaniu dyrekcji. A wiesz, co mi powiedział ksiądz Bernard, jak zapytałem o możliwe skutki postępującego ocieplenia? Powiedział, żebym nie zawracał sobie pięknej główki problemami Pana Boga, tylko skupił się na modlitwie, a potem pogładził mnie po głowie jakoś tak lepko…, tak… Nie umiem tego nazwać, ale za to wiem, że nie chcę chodzić do takiej szkoły! – rozzłoszczony zrzucił globus z biurka.
Ojciec stał nad nim i nie bardzo wiedział, co ma synowi powiedzieć.
– A nie przesadzasz trochę? – w końcu przerwał mil-czenie, ale tylko po to, żeby jak najszybciej zakończyć rozmowę. – Poza tym masz komputer, jemu zadawaj pytania. – Tato! Ty naprawdę jesteś odklejony od rzeczywistości. Nawet nie raczysz pamiętać, że założyłeś mi blokadę i wydzielasz czas na bywanie w necie, podobnie jak mama kasę na książki.
– Wydziela, ponieważ kupujesz nie te, które zalecają szkoła i wasz psycholog. Widzę, że naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, ile zagrożeń czyha na takie dzieciaki jak ty.
– Ale ja za chwilę będę miał czternaście lat, a to co już mam w głowie, z powodzeniem można porównać z umysłami dwudziestoletnich kolesi z twoich czasów, i sam wiem najlepiej, co jest dla mnie ważne w necie. Nie szukam porno ani nie ściągam żadnych innych zakazanych plików, jak to było w twoich czasach.
– No i po co się ciskasz? Nie jestem twoim wrogiem tylko ojcem, dlatego…
– No to wiedz, tato, że nie mam zamiaru zostać sek-soholikiem, gejem, transwestytą, terrorystą, politykiem ani księdzem, tylko mikrobiologiem! Dlatego kupuję i czytam wszystko, co może mi w tym pomóc. Tymczasem w szkole muszę obkuwać farmazony o chłopcu, który pokochał Eucharystię, a w wieku trzynastu lat został błogosławionym. Odlot, nie? Na dodatek nasz ksiądz psycholog, spryciula, próbuje nas do niego przekonać nie jego czynami, tylko tym, że był pasjonatem komputerów, które, żeby było śmieszniej, nie są na topie w naszej szkole. Takie czasy, tato, a ja mam, jeśli zauważyłeś, też trzynaście lat, podobnie jak ten małoletni święty! Ale to nie koniec, ostatnia lektura to błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński: „Opowiadania, krzyżówki, zagadki”. A fantastyka i science fiction to diabelskie śmieci. Mamy przerypane! Można zwariować…
– No, ale co poczniesz – szkoła to szkoła. Ja też…
– Tato, poczytaj te cudeńka, a potem dokończ: „Ja też…”. Oczywiście nie mam nic przeciw takiej wiedzy, jednak pod warunkiem, że nie jest wciskana pod groźbą nie zdania do następnej klasy. Ale z matmą i fizą tak nie świrują. Ciekawostka, nie?
– I co mam ci na to powiedzieć… – ojciec westchnął żałośnie.
– Nic nie musisz mówić. Ja ci powiem, że wściekałbym się także, gdyby podobnie kształcili mikrobiologów, programistów albo fizyków. Tak się składa, że znam dziesięć przykazań i jak na razie żadnego nie złamałem. Ale gdybym nawet nie znał, to i tak postępowałbym przyzwoicie, bo taki jestem. Czy ty nie widzisz, że już od dawna nie ma we mnie chłopaka? Chwilami nawet gadam już jak stary. W waszym świecie coraz mniej miejsca na dzieciństwo.
Zabieracie mi je…
– Co ty pleciesz?! Ja ci niczego nie zabieram! A wra-cając do moich czasów, to skąd ty możesz coś o nich wiedzieć, skoro nie było cię wtedy na świecie.
– No właśnie, nie było mnie, a wiem sporo o twoich czasach. Smutne jest to, że żyjąc teraz w naszych wspólnych, wiesz jeszcze mniej o moich, niż ja o twoich. A wcale nie jest tak superaśnie jak by się wydawało. Ciebie nie interesuje świrowanie polityków i Kościoła, tylko uciekasz w malarstwo. Zamykasz się w pracowni ze swoimi obrazami i masz wszystko w nosie. Mnie też…
– A nie zapomniałeś czasem o mamie? Tylko my dwaj tu mieszkamy?
– Tato, przecież wiesz, że z mamą nie wszystko jest w porządku. Sam mówiłeś, ze trzeba dać jej spokój.
– No tak, ale tylko dlatego, że wielokrotnie powtarza-łeś, żeby się tobą nie martwić, bo jesteś już dorosły i wiele
rozumiesz, więc wydawało mi się…
– Zgadza się, tylko że jest jeszcze szkoła. Przecież nie mogę chodzić na wywiadówki w waszym zastępstwie. Zresztą nie o to biega, szkoła mnie dusi, bo wyklucza dyskusję. Nie ma w niej miejsca na odmienność. Szkoda czasu, niczego się tam nie nauczę, a najpewniej zgłupieję. Buda stara się uczynić z nas posłusznych niedouków, dzbanów. Jeszcze trochę i ci krejzole zaczną głosić, że Ziemia jest płaska, a genetyczne osiągnięcia to zamach szatana na boski porządek świata! I starzy nie protestują. W każdej rodzinie dziaderstwo mówi to samo: „Jak zdasz maturę, będziesz mógł studiować za granicą, ale maturę musisz mieć, nawet z obowiązkową religią na świadectwie dojrzałości”. Zarąbiście, prawda?
– Nie gniewaj się synku, ale ja nie wywołam rewolu-cji i nie obalę układu politycznego, bo nie da się w pojedynkę. Musisz uzbroić się w cierpliwość, nic nie trwa wiecznie. A jeśli chodzi o kontakty ze szkołą, to wybierz się do dziadka i poproś, żeby wziął na siebie ten obowiązek. Myślę, że świetnie sobie z tym poradzi.
– Ale… – Krzyś nie dokończył, zrezygnował z dalsze-go ciągu i machnął ręką. – Niech ci będzie.
– To co z oceanami? Dasz radę?
– Nie ma sprawy, tato, dam sobie radę z wodą, z przy-ciąganiem i ze szkołą. Z tobą też…
Ojciec zadowolony z obrotu spraw zniknął w pracowni, a mama, jak zwykle nieobecna ciałem i duchem, zamknięta była w swoim pokoju w towarzystwie książek i nalewek własnej roboty, więc Krzyś został sam ze sobą.
Mógłby pójść w świat i nikt by się nie zorientował, że przy obiedzie brakuje jednej osoby.
Krzyś i jego rodzice mieszkali w niedużym, piętrowym domku zatopionym w bujnej roślinności pozostawionego na pastwę natury ogródka. Posesja, obwiedziona dookoła wysoką siatką, sprawiała wrażenie opuszczonej. Jedynie duża tabliczka z pierwszymi literami imion i nazwiskiem: J. i M. Niewiadomi, czyli Julian i Matylda, zawieszona na krzywej furtce sugerowała, że wymienieni Jot i Em żyją w owej gęstwinie za siatką. Na dowód tego przeraźliwie zaskrzypiała furtka, ale z zielonej gęstwiny wyłonił się Krzyś, prowadził sfatygowany, szaroniebieski rower. Postanowił odwiedzić dziadka, żeby odkleić się chociaż na chwilę od zakręconej codzienności rodzinnego domu. Wielokrotnie zastanawiał się, czy sytuacja jego kolegów i koleżanek jest podobnie trudna, jednak nie dowie się, jak jest naprawdę, ponieważ nie rozmawia z nimi na takie tematy. Zresztą żadne z dzieci nie było skore do zdradzania tajemnic życia rodzinnego, za wyjątkiem sukcesów, te zawsze są głośno komentowane. Nowy samochód, „beemwica”, lub jakiś mega SUV, ewentualnie super nowy zestaw kina domowego. Także zagraniczne wakacje miały wysokie notowania na szkolnej giełdzie sukcesów. Resztę kryło milczenie, mimo to Krzyś często dostrzegał ślady niełatwej, a nawet ponurej codzienności w zaczerwienionych długim płaczem oczach, albo wstydliwie zakrywanych sińcach. Jeśli latem któreś z dzieci przychodziło w długich spodniach, to było jasne, że pośladki i uda takiego delikwenta są sine jak spód kapelusza grzyba szatańskiego.
Od kiedy Krzyś rozpoczął naukę, szkoła stała się głównym elementem zatruwającym mu życie. Nie znajdował przyjemności ani w szkolnych znajomościach, ani w odkrywaniu nowych, nieznanych mu obszarów wiedzy. Edukację rozpoczął w nerwowych czasach reformy oświaty. Nie trzeba było długo czekać, jak popadł w niełaskę nauczycieli i księdza dyrektora Bernarda Farnego, sprawującego pieczę w rejonie obejmującym także ich dzielnicę nad procesem odnowy szkoły w duchu chrześcijańskich zasad współżycia społecznego. To przykre, ale bardzo szybko okazało się, że owe zasady nie brały pod uwagę szczerej dociekliwości Krzysia. Zadawał wiele pytań na lekcjach religii i kręcił niezadowolony głową nad odpowiedziami, ale jak tłumaczył rodzicom, trudno mu było pogodzić wiedzę katechetyczną z tym, co słyszał na pozostałych lekcjach: biologii, geografii i fizyki. Krzyś miał wielką ochotę przekonać się, co to takiego etyka, o której wiele się mówiło, jednak plan lekcji wykluczał taką możliwość. Albo religia, albo etyka, a nieuczęszczanie na lekcje religii skutkowało koniecznością przeniesienia się do innej szkoły. Poza tym do zajęć z etyki oddelegowany został jeden z katechetów, więc ów tajemniczy przedmiot stracił powab czegoś nowego. Na domiar złego rodzice Krzysia nie zgadzali się na żadne synowskie rewolucje, ma się dostosować do wymogów szkoły i koniec dyskusji. Cóż miał począć, dostosowywał się, na ile pozwalał mu jego chłonny i całkiem sprawny umysł. Aktywność Krzysia na lekcjach przedmiotów świeckich również nie przysparzała mu sympatii ani wyrozumiałości nauczycieli, mimo to ciągle pytał, usiłował znaleźć wspólne obszary dla coraz bardziej rozjeżdżających się światów. W końcu pedagog szkolny wezwał rodziców, jednak na spotkanie przyszedł tylko ojciec, za to z synem. W obecności księdza dyrektora i pedagoga odbyła się brzemienna w skutkach rozmowa. Kiedy już przedstawiciele grona pedagogicznego zmęczyli się udramatyzowanymi opisami krnąbrnej natury Krzysia, ojciec zwrócił się do niego krótkim:
– I co ty na to?
– To proste – Krzyś odchrząknął, ale nie był ani spe-szony, ani wystraszony. – Proszę tylko o jedno… – uczynił krótką pauzę. – Chciałbym wiedzieć, na których lekcjach słyszę prawdę, a wtedy będę z przyjemnością brał w nich udział. Tylko w nich. Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale nie będę udawał, że mnie to nie obchodzi. Przeciwnie, obchodzi bardzo! Albo jest noc, albo dzień. Albo północ, albo południe – Krzyś rozłożył ręce i znieruchomiał na chwile w tym geście. – Nie da się połączyć rozgwieżdżonej nocy z błękitem nieba i palącymi promieniami słońca. Podobnie nie da się pogodzić biblijnych opowieści o stworzeniu świata z teorią wielkiego wybuchu, czasu, ewolucji i podobnych dyrdymałów, jak określa je katecheta zastępujący często nieobecnego fizyka.


***
Artur Niewiadomy, dziadek Krzysia, człowiek wykształcony, ale znający cierpki smak pracy fizycznej, mieszkał tuż przy administracyjnej granicy miasta w domku o przedziwnej konstrukcji. Odziedziczył po żonie kawalątek ziemi, opisanej jako działka rekreacyjno-ogrodnicza, i leżący nieco dalej spory kawał lasu. Po śmierci żony, Liwii Niewiadomej z domu Rzeszotar, sprzedał czteropokojowe mieszkanie w centrum miasta i przeniósł się na to cudowne, zielone zadupie. Za sto kilkanaście tysięcy złotych kupił trzy używane holenderskie domy na kołach typu Sherwood, dokonał kilku zmian konstrukcyjnych, połączył je w kształt nawiasu kwadratowego i ustawił na betonowych bloczkach zastępujących fundament. Dodatkowo nakrył całość dachówką położoną na drewnianej konstrukcji, podłączył wodę i prąd, które już wcześniej stanowiły uzbrojenie działki, i tak za niecałe sto sześćdziesiąt tysięcy złotych stał się właścicielem przytulnego, samochodowego dworku o prawie stu metrowej powierzchni. W tamtym czasie miasto kryło się za setkami hektarów pofałdowanego terenu porośniętego w wielu miejscach starym lasem. W zaledwie dwóch, może trzech miejscach linii horyzontu wystawały ponad wszechobecną zieleń ostatnie piętra biurowców. Jednak wystarczyła lekka zmiana pogody, nieco gorsza widoczność, trochę mgły, pochmurne niebo, żeby jak okiem sięgnąć, nie widać było śladu cywilizacji. Niestety czas płynął nieubłaganie, nie konsultując z nikim warunków swego upływu, więc także w stosunku do dziadka i jego zielonej okolicy zachowywał się podobnie. Piętnaście lat zrobiło swoje. Coraz bliżej wyrastały nowe bloki i całe osiedla z przynależną im infrastrukturą. W nieodległej przeszłości przestrzeń między domem Krzysia i jego rodziców a samotnią dziadka porastały lasy mieszane poprzetykane łąkami, którymi wiła się mizerna, ale urokliwa rzeczka, a właściwie strumyk, o wysokich, poszarpanych brzegach. Ich domostwa oddalone były od siebie o dwa kilometry, a łączyła je piaszczysta droga kończąca się w zaroślach porastających pagórki Stumilowego Lasu, ukochanego miejsca Artura Niewiadomego, dziadka, przyjaciela i powiernika Krzysia. Nikt nie miał tak oddanego przyjaciela, jak przed laty nikt nie miał tak oddanej przyjaciółki, jaką była żona Artura. Krzyś znał babcię Liwię jedynie z opowiadań i zdjęć, a mimo to bardzo ją lubił. Wiedział, że była kobietą szanująca nie tylko swoją wolność, ale także wszystkich, z którymi przyszło jej żyć. Znajomi zazdrościli dziadkowi żony, a jednocześnie nie mogli ścierpieć ich związku opartego na zaufaniu i totalnej wolności, o jakich mogli tylko pomarzyć.
„Dlaczego pozwalasz, żeby znikał na tyle dni? Ty w ogóle wiesz, gdzie on się podziewa i co robi?”
Liwia odpowiadała z uśmiechem na podobne zaczepki: „Wam tylko jedno w tych waszych zniewolonych głowach. Świat nie kończy się na seksualnych przygodach. Poza tym, gdzie znalazłby partnerkę, z którą stworzyłby tak mistrzowski duet miłosny jak ze mną?”.
Po tych słowach śmiała się jeszcze głośniej i dopowiadała: „On nie szuka takich wrażeń poza domem, bo wie, że nigdzie nie znajdzie tak doskonale sformatowanej i oddanej mężczyźnie kobiety, jak ja. No sami powiedzcie, nie mam racji?”.
Znajomi pąsowieli ze złości, słysząc takie słowa i pogrążali się w coraz bardziej zapiekłej niechęci do tych dwojga wolnych, szczęśliwych ptaków. Kobiety nie potrafiły wybaczyć Liwii tak jawnej, według nich, rozwiązłości, a jej słowa brały za samochwalstwo i złośliwości pod ich adresem. Mężczyźni natomiast opuszczali głowy, ukrywając bezradność wobec własnych żon i zachłanność spojrzeń kierowanych w stronę erotycznego arcydzieła, jakim była Liwia, kobieta, przyjaciółka i w końcu żona Artura Niewiadomego.
Krzyś jechał piaszczystą drogą, fragmentem miejscowego pejzażu, trwającym w pierwotnej postaci od dziesięcioleci. Niestety, szczęśliwa gwiazda okolic Stumilowego Lasu powoli gasła. Coraz częściej pojawiali się geodeci zwiastujący nadciągającą betonową nawałnicę. Rozstawiali teodolity, niwelatory, a nawet laserowe tachimetry, elektroniczne cacka pomagające poskromić nieuporządkowane do tej pory rozległe łąki. Panowie inżynierowie, zajeżdżający terenowymi samochodami, stanowili ponurą forpocztę pochłaniającej wszystko na swej drodze aglomeracji. Miasto, rozpełzające się jak gigantyczna ameba, zatrzymało się na krótki postój niedaleko rodzinnego domu Krzysia przed dalszym podbojem, betonowaniem i asfaltowaniem okolicznych łąk. Los Stumilowego Lasu już dawno został przesądzony w pracowniach architektów i gabinetach ślepych na zielone piękno wizjonerów.
Krzyś zeskoczył z roweru przed wysoką, zbitą ze starych, pociemniałych desek furtką wpasowaną w niezwykłe ogrodzenie. Działkę okalały gęsto posadzone brzozy, a miedzy nimi rozciągnięte były sznury stanowiące szkielet i wsparcie dla splątanych, kolczastych krzewów tworzących gęsty żywopłot, zaporę nie do pokonania. Obok furtki tkwił blaszany szyld z przyciskiem dzwonka i namalowanym ręcznie, czerwoną farbą, napisem: „Jeśli przychodzisz z ważną sprawą – dzwoń, a jeśli chcesz mi coś sprzedać – odejdź”. Krzyś uśmiechnął się i nacisnął dwa razy guzik dzwonka.
– Śmiało, Krzychu, dawno się nie widzieliśmy! – dzia-dek Artur siedział na podwórku pod dużym, ogrodowym parasolem. Przed nim, na okrągłym stoliku, stał dzbanek z jego ulubionym jabłkowym sokiem, a obok leżało kilka książek. Jak na ostatni dzień lutego – widok niezwykły, może dlatego, że zima nie pojawiła się w okolicy Stumilowego Lasu, nie spadł ani jeden płatek śniegu. Pory roku wraz z całym światem i jego mieszkańcami traciły powoli zmysły. Na wielu krzewach nabrzmiałe pąki ledwo powstrzymywały napór młodych listków. Temperatura sięgała niemal osiemnastu stopni!
– Napijesz się? – dziadek podsunął dzbanek bli-żej Krzysia. – No, co tam, rodzice nie sprawiają ci kłopotu? – zaśmiał się, rozbawiony własnym pytaniem. – A co w szkole? – tym razem zapytał z poważną miną.
– Jak by ci powiedzieć… – Krzyś nabrał powietrza w płuca i zmarszczył czoło. – Całkiem do dupy. Przepraszam, ale żadne inne określenie nie pasuje lepiej do mojego problemu.
– Nie masz za co przepraszać. Dupa to prasłowiańskie słowo oznaczające norę, jamę, zagłębienie w ziemi i także w ciele człowieka. A w trzynastym wieku, jak twierdzi Aleksander Brückner, określenie „dupna mogiła” oznaczało pusty grób. Można by całą lekcję poświęcić temu słowu, ale domyślam się, że was nie uczą o takich perełkach językowych. Prawda?
– Prawda jest taka, że poznajemy wiele innych pięk-nych słów: miłosierdzie, błogosławieństwo, miłość bliźniego, pokora, umiar, ale nijak mających się do rzeczywistości. Masakra! Oczywiście mają swoją literacką wagę, jednak w zderzeniu z codziennością przegrywają ze zwykłą, a jednocześnie niezwykłą dupą. Jest jakie jest, nie kłamie, nie puszy się, nie udaje czegoś, czym nie jest.. Piękne słowo!
– Uwielbiam cię, Krzychu. Jesteś wrażliwym, myślącym chłopakiem. Moim zdaniem więcej byś nauczył się między prostymi ludźmi niż w tej, za przeproszeniem, szkole. To okropne, oni kształtują was dla własnych potrzeb, żebyście w przyszłości przyjmowali bez szemrania wszelkie kłamstwa i manipulacje jako jedyną prawdę o świecie. Rozbój w biały dzień. To się w głowie nie mieści!
– A im się mieści… Słuchaj, dziadku, mam wielką prośbę, chciałbym, żebyś zamiast ojca chodził do szkoły na wywiadówki. Zgodzisz się? Zresztą ojciec sam mi to podpowiedział.
– Jak zwykle wygodnicki, ale nie ma sprawy!
– Super! – Krzyś promieniał. – Powiem ci, dziad-ku, jaki numer ostatnio wymyślili szkolni geniusze, ale na początek kilka ciekawostek. Dyrektorem jest ksiądz Bernard Farny, po studiach pedagogicznych w jakiejś zaprzyjaźnionej uczelni, i oczywiście on sformatował taką ekipę nauczycieli, że głowa mała! Nikt nas nie kontroluje, bo nasz dyro to jakiś mega gigant! Czasami wpada ktoś z kuratorium, ale tylko na kawę. Taka jest nasza szkoła. Średniowiecze przy niej to czas kwitnącego oświecenia. Teraz mogę ci powiedzieć, co wymyślił facet od geografii. Zresztą inni myślą podobnie. Kilka dni temu, na początku lekcji, zapytał, czy rodzice zaszczepili nas przeciw Covidowi, a potem przestrzegł przed groźnymi konsekwencjami takiego uczynku. Wypytywał także, czy nasi rodzice są zaszczepieni i czy mamy rozeznanie jak to wygląda pośród znajomych. Na koniec bardzo zatroskanym głosem zapodał, że przyszło nam żyć w strasznych czasach opanowanych przez ciemne siły pragnące zniszczyć naszą cywilizację, używając do tego celu między innymi zmutowanej genetycznie szczepionki. Przestrzegał także przed wszelkimi nowinkami technologicznymi, a szczególnie przed internetem, nazywając go siedliskiem diabła. Zarąbiście! Oczywiście chodziło mu o to, żeby szukać odpowiedzi na nasze problemy nie w netcie, tylko w żarliwej modlitwie. Pod koniec lekcji rozłożył mapę obu półkul i długo, bez jednego słowa, stukał w zaznaczone błękitem oceany. – „I komu przeszkadzała płaska ziemia” – nauczyciel westchnął pod nosem i dokończył – „Wszystko było jasne i zrozumiałe” – Krzyś skończył opowieść i zajął się sokiem.
– A jak tam mama? – dziadek Artur zmienił nagle te-mat. – Masz z nią kontakt, czy raczej…
– Pozostałbym przy „raczej”, bo nic się nie zmieniło. Żyje za zamkniętymi drzwiami w towarzystwie nalewek i swoich książek, których chyba już nawet nie czyta. Ale poza tym wszystko jest spoko – Krzyś sięgnął po leżący na stoliku tomik. – „Kubuś Puchatek”… – przeczytał półgłosem i sięgnął po następne książki. – „Chłopcy z Placu Broni”… „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”! – dokończył mocno zdziwiony. – Dziadku, ty czytasz książki dla dzieci?! – na twarzy Krzysia zamarło absolutnie szczere zdziwienie. – Naprawdę to czytasz? Dlaczego? – wnuk spoglądał to na dziadka, to na książki.
– A co w tym dziwnego? Czytam, bo akurat dopa-dły mnie gorsze dni, więc uciekam w inny świat – dziadek przyglądał się z uwagą zadziwionej twarzy wnuka. – A ty w ogóle coś czytasz? Oczywiście nie chodzi mi o twoje mikrobiologiczne rozprawy, tylko… – uniósł brwi w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Czytam, ale tylko takie, o jakich wspomniałeś. Dzi-siaj liczy się świat elektroniki: Facebook, Twitter, Snapchat, Instagram, Tik Tok, strony randkowe i podobne konta internetowe. Tam możesz być aktywny na wszystkie sposoby, możesz pisać, czytać, śpiewać, rysować, filmować i co tam jeszcze wymyślisz. Papierowe książki są démodé. Jak by kolesie zobaczyli mnie z książkami pod pachą, nie wspomnę już, z jakimi – Krzyś wziął do ręki „Kubusia Puchatka” – to miałbym przerąbane! I bez tego nie jest mi łatwo. Szkoła niby katolicka, a króluje w niej bullying.
– Co takiego? – dziadek pochylił się w stronę Krzysia, bo nie zrozumiał, o czym mówi. – Możesz powtórzyć?
– Bullying! To przemoc i agresja wśród uczniów. Nic nowego, ale uczone określenie. Nowością jest cyberbullying, czyli prześladowanie w internecie. Nie daj Boże, podpaść elektronicznym gnojom. Zaszczują cię jak nic.. Będą cię wyszydzać, upokarzać, ośmieszać kompromitującymi filmikami, fake newsami i czym się tylko da. A powiem ci, dziadku, że te gnoje nie znają litości. Jak się im nie postawisz, albo ich nie olejesz, zajadą cię na śmierć. Tylko że mało kto ma w sobie tyle odporności, żeby ich olać. Zresztą było już w naszej szkole jedno udane samobójstwo i dwie próby, ale cicho sza!, w katolickiej szkole nie miało prawa nic takiego się zdarzyć! Wszystko zostało elegancko pozamiatane i po sprawie.. A wiesz, za co kolesie mogą cię zniszczyć? Zresztą kolesiówy są takie same, jeśli nie gorsze. Wystarczy, że masz niemodne potupaje, albo jak wolisz – spierdalajki, czyli buty albo glany.
Za to mogą cię zajechać na śmierć.
– Za moich czasów też nosiło się glany, a długowło-sych dręczyli gitowcy, czyli git ludzie, bandziory spod ciemnej gwiazdy, tylko że w tamtych czasach człowiek zamykał się w domu i miał spokój. W sumie to mały pikuś przy cyberbullyingu… Koniec świata! Tacy kolesie, jak ci twoi, to debile nie z tej ziemi, płaskiej czy okrągłej, nie ma znaczenia. Głupota klei się do ludzi sprawniej niż gówno do butów. I tu rodzi się pytanie: czy ktoś taki wierzy w Boga? Na pewno nie, tego jestem pewny. Ale to już problem tych, co uczą w waszej szkole. Przykre, nawet bardzo przykre – dziadek Artur przez chwilę marszczył czoło. – No dobrze, Krzysiu, czas, żebyś wracał do domu, ale zanim wyjdziesz, poddam cię próbie wrażliwości. Nie protestuj! – uprzedził otwierającego już usta wnuka. – Połóż się na leżaku. O tak… A teraz przymknij oczy i słuchaj. Pytania zostaw na później – dziadek odchrząknął dwa razy, a potem zaszeleściły odwracane strony książki…
– Przedstawiam wam Misia Puchatka, który właśnie w tej chwili schodzi po schodach. Tuk-tuk, tuk-tuk, zsuwa się Puchatek na grzbiecie, do góry nogami, w tyle za Krzysiem, który ciągnie go za przednią łapkę. Odkąd Puchatek siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to robić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuptać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić.
Dziadek czytał spokojnym głosem, od czasu do czasu akcentując to i owo, co podkreślało dramaturgię przygód Misia Puchatka. Czytał o wspinaczce po miód do gniazda pszczół w pniu rozłożystego dębu, o wizycie w norze Królika, z której nie mógł się wydostać z powodu brzuszka rozdętego wcale nie małym co nieco, o pułapce na słonie i nieprawdopodobnych skutkach tego czynu. Dziadek przeczytał jeszcze kilka zabawnych historyjek z Misiem w roli głównej, po czym zamilkł. Kilkanaście sekund, może nawet pełną minutę, Krzyś trwał bez ruchu, sprawiał wrażenie, jakby przysnął, ukołysany zabawnym tekstem, jednak po chwili otworzył oczy i z uwagą przyglądał się dziadkowi, który zadał proste pytanie:
– No i jak, podobało się?
– Owszem, nawet bardzo, tylko dlaczego nie słyszałem tego wcześniej?
– Długa historia, ale bądź pewny, że na takie rzeczy nigdy nie jest za późno. Dorośli powinni sięgać od czasu do czasu po takie perełki, żeby za wszelką cenę zachować wielki skarb, jaki mają w sobie, czyli resztki dziecka, samych siebie z lepszych czasów. Powiem ci, mój drogi Krzysiu, że czytając Kubusia Puchatka, Marka Piegusa czy historię Nemeczka, chłopca z Placu Broni, czytam o sobie, o utraconym raz na zawsze dzieciństwie. Ci, którym w czarodziejskich czasach rodzice nie stworzyli szansy bycia Markiem Piegusem, Karlssonem z dachu, a za chwilę szatanem z siódmej klasy i Tomkiem Sawyerem, nigdy nie będą w pełni szczęśliwymi ludźmi, nie będą umieli zadziwiać się światem, wzruszać ani okazywać empatii. Ja miałem szczęście, mój ojciec czytał mi każdego wieczora przed snem. Do dzisiaj przechowuję dwadzieścia wspaniałych opowieści, które wywarły na mnie wielki wpływ. Mogę śmiało powiedzieć, że ukształtowały moją wrażliwość. Twój ojciec też miał szczęście, bo i ja czytałem mu każdego wieczora przed snem. Trwało to kilka lat, póki sam nie zaczął sięgać po książki. Ale z czasem coś się w nim popsuło…
– No właśnie, nie przypominam sobie, żeby kiedykol-wiek czytał mi przed snem. Zresztą mama też. Wiesz coś na ten temat?
– Tak mi się wydaje… To znaczy wiem, ale pamiętaj, że wiedza człowieka stojącego z boku nie zawsze może być obiektywna.
– Proszę cię, tylko nie ściemniaj. Obiektywna nie obiek-tywna, jakąś wiedzę masz, więc powiedz mi, co wiesz.
– Okay… – dziadek westchnął, nie całkiem przekona-ny, czy powinien osądzać syna, przecież sam ma na sumieniu wiele rodzicielskich zaniedbań. – No dobrze – westchnął jeszcze raz. – Nie jest tajemnicą, że zarówno twój ojciec, jak i matka próbowali za wszelką cenę zaistnieć w świecie kultury. Problem polega na tym, że nie każdego artystę pogładził po głowie sam Pan Bóg, najwyższy rangą twórca. Twoja mama chciała zawojować baletowe sceny świata, ale miała pecha. Podczas występu, na którym obecni byli goście z Paryża, tak bardzo starała się błysnąć talentem, że skończyło się ciężkim uszkodzeniem torebki stawowej i karierę szlag trafił! Przepraszam za porównanie, ale w świecie koni wyczynowych złamanie pęciny oznacza rzeźnię, uśpienie albo w najlepszym razie dozgonne kuśtykanie. Baletnice nie kończą w rzeźni, ale ich los też jest nie do pozazdroszczenia. Niezaspokojone ambicje potrafią być równie zabójcze. A jeśli chodzi o twojego ojca, malarza, zwyczajnie zabrakło mu talentu, braki starał się nadrabiać pracowitością, co jakiś czas wystawiał swoje prace w podrzędnych galeriach, czyli coś mu się jednak udało… – dziadek znowu westchnął. – Każde z nich przeżyło dramat klęski, co ich nie usprawiedliwia, że na śmierć zapomnieli o tobie, ich jedynym, naprawdę udanym dziele. Powinni pracować nad tobą, żebyś nie popełnił podobnych błędów. Eh… – machnął ręką, widać było, że tłumaczenie życiowych zaszłości syna i synowej sprawia mu przykrość, na dodatek niczego nie zmieni. Tak się ich życie potoczyło i niech teraz Pan Bóg się z tym biedzi.
– Ale, dziadku – Krzyś zmarszczył czoło – jak to moż-liwe, żeby w ciągu całego dnia nie można było znaleźć kwadransa na czytanie bajek ukochanemu synusiowi? No sam powiedz… – uśmiechnął się wyjątkowo kwaśno.
– To, co teraz powiem, nie ma być pocieszeniem, tylko stwierdzeniem smutnego faktu. Oni skrzywdzili przede wszystkim siebie. Wiesz, dlaczego? Bo już nie są w stanie w swoim życiu nic naprawić. A ty możesz. Rozumiesz? Niech ich klęski będą dla ciebie nauczką. Nie powtarzaj ich błędów.. A skoro już rozmawiamy o sprawach poważnych, to zdradzę ci pewien wstydliwy sekret twojego taty. Ponieważ szło mu z malarstwem jak po grudzie, któregoś dnia urządził w ogrodzie olbrzymie ognisko. Spalił wszystkie obrazy, dorobek ośmiu lat. To było jedyne jego naprawdę ważne osiągnięcie. Nie każdego stać na takie artystyczne harakiri. Niestety, odbyło się bez kamer i publiki. Jedynym świadkiem happeningu była twoja matka. Wyglądała z okna swojego pokoju na pierwszym piętrze i pukała się w czoło… Biedak przez miesiąc nie wyszedł z domu, leżał na kanapie wpatrzony w sufit i uśmierzał cierpienie kilkoma butelkami czerwonego wina każdego dnia. Tak się sprawy miały.
– Ale przecież tata w dalszym ciągu maluje. Coś z nim nie halo? – zdziwił się Krzyś.
– Wrócił do malarstwa po drugiej klęsce, nie mają-cej nic wspólnego ze sztuką. Otóż któregoś dnia wyczytał w gazecie o otwartym spotkaniu nowopowstającej partii dla wszystkich chcących spróbować swych sił na niwie politycznej. Oczywiście poszedł tam. Ogolił się, wymył, wysztafirował – jak na własny ślub. Polazł prosto w paszczę rodzącego się zwierza, gorszego niż wszystkie T. rexy razem wzięte. A że nie miał milionów, żeby zapewnić sobie znaczące miejsce w strukturach partii, szybko został sprowadzony do roli fizycznego przy organizowaniu mitingów partyjnych: roznosił ulotki, rozlepiał plakaty, zbierał podpisy poparcia dla partyjnej czołówki i sto innych jeszcze rzeczy robił, nie dających najmniejszych szans na wybicie się. Nie awansował, bo był nikim, nie miał pieniędzy na sponsoring i nie miał znanej gęby, żeby zaistnieć w polityce. Człowiek z tłumu, jeden z tysięcy, nikt… Twój tato… – dziadek opuścił głowę.
– Czy to znaczy – Krzyś uciekł spojrzeniem w bok, w gęstwinę krzaków. – Czy to znaczy, że też jesteś nieudacznikiem? Przecież nie ma cię w telewizji ani nawet na Fejsie.
– Nie, to nie jest kwestia nieudacznictwa – dziadek przez chwilę marszczył brwi. – Twój tato, zresztą ja też, zaliczamy się do najliczniejszej grupy, ludzi przeciętnych, pozbawionych szczególnych talentów, majątku i znajomości. Ale nie w tym rzecz. Prawdziwy problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zły los podaruje przeciętniakowi przerośnięte ego i ponadwymiarowe ambicje. To bardzo przykra dolegliwość, bo sprowadzająca wszelkie możliwe porażki i upokorzenia. Jednym słowem: dramat. A ja jestem zwykłym człowiekiem, twoim dziadkiem, ale nie jestem nieudacznikiem, nie doznałem nigdy sromotnej klęski, bo nigdy nie brałem się za rzeczy, które mnie przerastały. Żyję sobie spokojnie, nie rozpycham się w tłumie podobnych mi szaraków, czytam, rozmyślam, staram się zrozumieć świat, co praktycznie nie jest możliwe, ale próbuję i nie narzekam. Nie dokuczam innym i nikomu niczego nie zazdroszczę, czyli mogę powiedzieć, że jestem nienaprzykrzającym się światu dziadkiem. Czasami przed snem pomarzę sobie o czymś, o czym mogę tylko pomarzyć, i to musi mi wystarczyć. Myślę, że to postawa zasługująca na szacunek. Jednym słowem, masz chyba wielkiego dziadka, VIP-a pośród seniorów. A teraz, mój drogi, zmykaj, bo jeszcze twoi starsi zorientują się, że nie wszyscy są w domu – dziadek roześmiał się, a potem powiedział: – Przychodź częściej, może wspólnie coś wymyślimy, żeby nasze życie było bardziej znośne, i może nawet tak porywające jak przygody Marka Piegusa.
Krzyś wrócił do domu nie wzbudzając zaciekawienia rodziców – „Gdzie byłeś tak długo?”, ani radości – „Nareszcie jesteś, już się niepokoiliśmy”. Nic podobnego. Ojciec zamknięty w swojej pracowni, skąd rozpływał się po całym domu zapach terpentyny i farb olejnych, nawet miły, a mama ukryta za drzwiami samotni pewnie czytała, popijając jedną z nalewek, jeśli już nie drzemała, ukojona ulubionym relaksatorem.
Krzyś westchnął i poszedł do kuchni. Pomyślał, że gdyby nagle zabrakło rodziców, nic by się w jego życiu nie zmieniło. Dopiero kiedy otworzył lodówkę w poszukiwaniu parówek i musztardy sarepskiej, zdał sobie sprawę, że zawsze, kiedy tylko do niej zajrzy, pełna jest smakołyków. Jednak dom żyje, pogrążony w bezruchu i tajemniczej ciszy, ale żyje. Kiedy jest w szkole, ojciec, a może mama, robią zakupy, piorą, płacą rachunki, zamieniają ze sobą kilka niezbędnych słów, może nawet prowadzą rozmowy telefoniczne. Dom pożytecznych duchów, nie widać ich, nie słychać, mimo to lodówka pełna, w szafach czyste ciuchy, kaloryfery ciepłe, oczywiście tylko w chłodne dni. Sytuacja właściwie komfortowa, jednak brakuje odgłosów prawdziwego życia, śmiechu, rozmów, stukotu garnków, buczenia odkurzacza, ale przede wszystkim obecności rodziców, niechby się nawet kłócili!
Krzyś szybko jadł parówki z ulubioną musztardą, popijając herbatą z miodem i cytryną. Musi jeszcze przed snem poczytać o żołnierzach wyklętych, bo jutro pierwszy dzień marca, narodowy dzień ich pamięci. Ksiądz dyrektor będzie zamęczał uczniów wzniosłymi kazaniami na temat miłości ojczyzny. Krzyś kręcił nosem na te dyrektorskie pienia, bo były wyłącznie na jedną nutę. Bardzo mu się nie podobało, że ksiądz bezkrytycznie wychwala patriotyzm żołnierzy wyklętych, a przeklina ówczesną komunistyczną władzę skazującą ich na kary śmierci, ale nie raczy wspomnieć, że ci skazywani często sami stosowali terror i bywało, że mordowali ludność cywilną: kobiety, starców i dzieci, w odwecie za to, że nie chcieli z nimi współpracować. Księdzu dyrektorowi nie przeszkadzało, że na lekcjach religii opowiadał o miłości bliźniego, Ofierze Chrystusa, który oddał życie za odkupienie naszych win, o wybaczaniu nawet wrogom, o przykazaniach i wielu innych cudownościach wiary. Ksiądz nakręcał się swoimi opowieściami, oczy mu płonęły, sprawiał wrażenie, jakby lewitował, unosił się jak anioł miłosierny, a potem nagle, bum!, inne lekcje, żołnierze wyklęci, a tam krew i procesy, ale bez komentarza na temat zbrodni, jakich się dopuszczali pod wpływem chorego patriotyzmu. Krzyś nie bardzo radził sobie z tym fragmentem historii pozbawionym szerokiego kontekstu. Jak się ma zachować w sytuacji, która jest dla niego nie do zaakceptowania? Nie zabijaj, kochaj bliźniego, głodnego nakarm, kimkolwiek by był, a potem czcij tych, co zabijali na konto przyszłej, wolnej i dumnej ojczyzny. Przecież to wyjątkowo cyniczna pochwała dwulicowości. Tak się nie da! Po raz któryś już w tym roku Krzyś zastanawiał się, jak uwolnić się od szkoły, jak uciec od wiedzy, która niczego nie wyjaśnia, tylko sprowadza ciągły niepokój i upokarzające uczucie, że jakiś ktoś, albo raczej jacyś oni, z nieznanego mu powodu zafałszowują prawdę o świecie, tak jak o globusie. Po co mu w takiej sytuacji szkoła? Więcej informacji znajdzie w internecie, chociaż i tam zaczynają panoszyć się antywiedza, zmyślenia i spiskowe teorie w każdej sprawie i ważnej dla świata dziedzinie. Nawet niektóre gry komputerowe mają wyraźne, polityczne podłoże.
Krzyś poczuł ogarniające go zmęczenie. Jednak nie było to zwykłe znużenie, fizyczna słabość po całodziennej bieganinie, nie, to było coś więcej i bardziej doskwierającego niż słabość mięśni. Ból nie był bólem fizycznym, a zmęczenie było dojmującym uczuciem bezsilności promieniującym z przemęczonej głowy.
Nie przeczyta ani słowa o żołnierzach wyklętych. Nie ma siły, a przede wszystkim ochoty.
– Gońcie się! – mruknął poirytowany. Daleki był od akceptowania ich zbrodniczych wyczynów. Do końca życia będzie pamiętał opowieść prawie stuletniego pradziadka Leona o rozbojach Burego i jego oddziału. Pradziadek tuż po zakończeniu wojny światowej zamieszkał w Zaleszanach, wiosce w okolicach Białegostoku. Pognało go tam za dziewczyną, ale nic z tej miłości oprócz cierpienia nie wyszło. Wtrącił się w ich życie właśnie Bury. Owej tragicznej nocy pradziadka nie było w Zaleszanach. Pojechał do Białegostoku szukać pracy, żeby móc zamieszkać w mieście wolnym od krwiożerczych partyzantów Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Zanocował u znajomych, a kiedy wrócił do Zaleszan, zastał zgliszcza, kilkunastu spalonych i zastrzelonych sąsiadów, a wśród nich swoją ukochaną. Pradziadek bardzo niechętnie o tym mówił, a jeśli już dał się złamać, płacił za to łzami spływającymi po jego pomarszczonej twarzy.
– Gońcie się, zasrani patrioci! – mruknął na wspo-mnienie opowieści pradziadka i zgasił światło. Może uda mu się zasnąć.

Poprzedni artykułNajsłynniejsze polskie malarki: Olga Boznańska, Tamara Łempicka, Zofia Stryjeńska (opinia zestawu w etui)
Następny artykułLiga Mistrzów: RB Leipzig zmierzy się z Manchesterem City
Szymon Koprowski
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj