15.2 C
Lódzkie
poniedziałek, 14 września, 2026
Strona główna Styl życia Punkt widzenia Co by powiedział Pan Jarosław

Co by powiedział Pan Jarosław

0

   Przez codzienny polityczny zgiełk z trudem przebija się odgłos międlenia ustawy o emerytalnym zaopatrzeniu twórców. Jeśli coś z tego szeptu dociera do społeczeństwa, to tylko epitety, a nawet wyzwiska. I słusznie:  chodzi o to, że rzesza darmozjadów i wyłudzaczy – tak się twórców nazywa – chce położyć nieubrudzone uczciwą pracą łapy na pieniądzach, które reszta narodu w trudzie wypracowała. Do grona tych cynicznych leniwców zalicza się przede wszystkim artystów estradowych, a szczególnie piosenkarzy, plastyków, niekiedy aktorów. Chwała Bogu, ani słowem nie wspomina się o  literatach. Czyżby w ogóle nie istnieli, czy może zarabiają pisaniem tak dobrze, że o emeryturę nie muszą się martwić?

     Wedle niektórych szacunków twórczość literacką na zasadzie recydywy uprawia w Polsce ok. 4,5 tys. osób. Obliczamy, że ok. 50 może utrzymać się ze swojego pisania. Wśród nich nie ma ani jednego poety i ani jednego krytyka czy eseisty. Jeśli prawdziwą jest teza, że pisarzem można nazwać wyłącznie kogoś, kto z pisania może wyżyć,  to w naszym kraju jest takich ludzi pół setki.

     Nie tak dawno temu byłem jurorem przyznającym nagrody w prestiżowym konkursie na prozę. Byłem zmuszony przeczytać  (przejrzeć?) ok. 30 tys. stron, przeszło 120 tomów powieści i zbiorów opowiadań. 10% tego  urobku zasługiwało z trudem na miano literatury, choć niekoniecznie klasy A, a 3 – 4 pozycje było literaturą. Pewnie tak było zawsze, chociaż…

    Potrzebna jest gleba, ściółka, mierzwa. Na niej wyrastają rośliny – kwiaty i chwasty. Na zaniedbanym poletku chwasty rosną bujniej, kwiaty rzadziej przebijają się przez ten gąszcz. Tak dziś wygląda nasze literackie pole.

Nie, nie przemawia przeze mnie nostalgia za minionym okresem, choć z rozrzewnieniem wspominam nieużywane dziś słowo honorarium. Myślę po prostu o tym, że kiedy brałem w ręce książkę wydaną przez Czytelnika, PIW, Wydawnictwo Literackie, to, choć mogłem nie akceptować jej treści, miałem jednak gwarancję poziomu artystycznego. To były oficyny, które dbały o   renomę, nie wydawały byle czego.

   Na przełomie XIX i XX wieku pewien wydawca francuski postawił tezę obowiązującą i dziś.  Powiedział mianowicie, żę dobra książka jest jak porządna kobieta – nie sprzedaje się.  Działa obecnie kilka wydawnictw wydających książki wartościowe i dobre – a mimo to jakoś się utrzymują. Ale w epoce, w której książka jest prawie wyłącznie towarem, na tym obszarze wyrosła prawdziwa dżungla. Działają oficyny efemeryczne, produkujące książeczki co rok, co parę lat. Są też – liczone w setkach – wydawnictwa wydające kilka, kilkanaście pozycji literaturopodobnych w ciągu roku. Kierują nimi właściciele niemający nic wspólnego z literaturą. Autor, a jeszcze lepiej autorka, piszą powieść, która obowiązkowo liczy przeszło 400 stron i proponują to dzieło wydawcy. Tenże oblicza: nakład, koszty papieru i druku w zaprzyjaźnionej, powiatowej drukarni, projekt okładki, mozolny trud redaktorski i powiada pisarzowi: będzie kosztować tyle a tyle. Pisarz płaci, otrzymuje cały nakład i przemienia się w straganiarza: sprzedaje swoje dzieło znajomym i znajomym znajomych. I czasami koszty wydania mu się zwracają. A przypadkowy czytelnik wprawiony w szok poznawczy dowiaduje się, że ma do czynienia z literaturą. Jest nią gadulstwo, są brednie, są grzechy wobec poprawnej polszczyzny i inne takie. Państwo zaś i delegowane przez nie organy, wyrzekły się jakiegokolwiek wpływu na ten śmietnik. Toleruje plamy na honorze papieru i farby drukarskiej. Wolny, bardzo wolny rynek.

    Powszechnie znany jest fatalny poziom czytelnictwa, Polacy należą do narodów najmniej czytających. Z problemem tym dawno temu uporały się kraje skandynawskie, czy choćby Czechy. Narody te umiały połączyć mechanizmy rozwijające czytelnictwo z troską o literaturę rodzimą. My nie chcemy czerpać z tych doświadczeń.

      W  latach 70tych inteligencja zaczytywała się w książce Cirila Parkinsona, który stworzył prawo  i nazwał je swoim imieniem Ten brytyjski pisarz, publicysta i uczony w swojej książce przytaczał absurdy życia społecznego, tak w nim zasiedziałych, że  nie budzących już zdumienia.

        W czasach kiedy Wielka Brytania była imperium kolonialnym sprawami kolonii zajmował się urząd zatrudniający 19 osób. Potem z korony wypadały kolejne brylanty i perły, a liczba urzędników rosła. A kiedy korona była już zupełnie łysa, ministerium liczyło przeszło 1000 urzędników. Parkinson udowodnił, że urząd zatrudniający 200 pracowników może się obyć bez kontaktów ze światem zewnętrznym. Zmiany organizacyjne, reorganizacje, przetasowania personalne, wymiana pism wewnętrznych, narady i konsultacje sprawiają, że wszyscy są zapracowani i nie mają czasu zajmować się tym, do czego urząd został powołany. Zasada ta okazała się wiecznotrwałą.

    Powiedziano mi, że w pradawnych czasach, kiedy ministrem kultury był zapomniany pisarz Włodzimierz Sokorski, w tym państwowym urzędzie pracowało niespełna 50 osób. Obecnie jest ich ok. 300. Ale to nie wystarcza –ministerstwo obrosło w liczne instytuty: Narodowy Instytut Kultury, Instytut Kinematografii, instytuty teatralne, sztuk plastycznych i kilka innych. Każdy z nich ma swoją siedzibę, dyrektorów, wicedyrektorów, samochody, komputery, komórki itd. Ale na tym nie koniec: niektóre z instytutów mają jeszcze zespoły doradcze. Wygląda na to, że instytuty z góry przyznają się do braku kompetencji i wobec tego ktoś im musi doradzać. W tej sytuacji cech prawdopodobieństwa nabiera pogłoska, że około 50 % środków, które państwo łoży na kulturę, idzie na administrowanie kulturą.

     Już po zmianie ustroju, w czasie największego rozbuchania, Departament Książki w Ministerstwie Kultury zatrudniał 12 osób. Departament zajmował się całym obszarem czytelnictwa, bibliotekami, wydawnictwami, imprezami literackimi, czasopismami, sprawami środowiska literackiego itd. Do niedawna tymi kwestiami zajmowały się dwa instytuty: Literatury i Książki. Teraz zostały połączone w jeden instytut. Ma on. oczywiście, tzw. zespół sterujący, którego skład jest ściśle tajny i który decyduje o dotacjach: komu sypnąć odrobinę wdowiego grosza na czasopismo, komu przyznać dotacje na festiwal czy konkurs literacki, komu dofinansować wydanie książki itd. W ciągu niedawnych ośmiu lat prawie 60% dotacji szło na kulturę w pięciu województwach będących matecznikiem rządzącej partii. A mówi się, że kultura jest apolityczna.

       Kiedyś niebyło literatury pisanej. Ale byli specjalni faceci, którzy w jaskiniach albo przy ogniskach snuli długie, przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści. Spirala czasu: jesteśmy w tym samym miejscu. Tomik poezji wydawany jest w 150 – 300 egz. m dwutysięczny nakład książki prozatorskiej uchodzi za pokaźny. I w tej sytuacji autorzy zasiadają w jaskiniach bibliotek lub przy ledwie pałających ogniskach domów kultury i snują swoje opowieści wypływające z ubożuchnych książeczek. A pisarze skupieni w swoich organizacjach piszą żebracze wnioski o dotacje na imprezy upowszechniające literaturę. Najczęściej przypominają one pohukiwanie nad przepaściami. Żyjemy w czasach kiedy pisarz ma obowiązek nie tylko pisać dobre książki, ma też obowiązek popularyzowania literatury – starej i nowej. Nie zwalnia go z tej powinności krytyka, bo z racji mizernych nakładów czasopism, przemawia cichutkim głosem. Nie ma też krytyki towarzyszącej – czasom, grupom, tendencjom, kierunkom. Jest za to krytyka towarzyska: kolega krytyk pisze recenzję o książce kolegi pisarza. Oceny są zawsze pozytywne i co chwila dowiadujemy się pokątnie, że oto narodził nowy Bolesław Prus i że przyszła na świat zupełnie nowa  Wisława Szymborska. A propos: pewien wicemarszałek sejmu z dumą obwieścił wysokiej izbie, że Nobla dostała pisarka  Wiesława Szymborska, inny chciał udzielić audiencji Czapskiemu, a jeszcze inny chwalił się, że książek najnowszej noblistki nie czytał.

    Wprawdzie żyję przesadnie długo, jednak nic to w stosunku do wieczności. Ale za mojego długiego życia aż troje Polaków otrzymało Nobla. Dostali je autorzy posługujący się peryferyjnym językiem, który zna na świecie może 60 mln ludzi. Pokażcie mi inną taką nacje. Nobel dla dwojga poetów i jednej prozatorki .Uzyskany bez pomocy państwa. Nie znaczy to jednak, że pisarzom nie należy pomagać. A jeśli państwo nie daje rady, to niech przynajmniej nie przeszkadza.

       Piszę te słowa w czasie kiedy zagrożony jest śmiertelnie los warszawskiego Domu Literatury. Zbudowany na nowo według obrazów Canaletta  dom przy Placu Zamkowym oddany został w roku 1949 Związkowi Zawodowemu Literatów Polskich i służył środowiskowi pisarskiemu i publiczności warszawskiej 75 lat. Był i jest placówką znaną i szanowaną w kraju i zagranicą. Teraz chce go przejąć – z niewiadomym zamiarem – miasto stołeczne Warszawa. O swoich książkach i swoim życiu mówili tu  najwięksi polscy pisarze, gościło w tym domy wielu tuzów  światowej literatury, był ten dom miejscem spotkań wybitnych aktorów, muzyków, plastyków, dziennikarzy.

    W końcu lat 80.tych kierownictwo Związku Literatów Polskich  zgodziło się na udostepnienie części Domu nowej organizacji pisarskiej – bezdomnemu Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich oraz polskiemu PEN Clubowi, który przeniósł się tu z Pałacu Kultury. Organizacje te utworzyły –  na niekorzystnych dla ZLP warunkach – fundację zarządzającą Domem i dwoma Domami Pracy Twórczej. Ich współpraca ogranicza się tylko do tego, w innych, ważnych dla całego środowiska  kwestiach brak jest porozumienia. To źle: w czasach niekorzystnych dla literatury wspólny glos wszystkich pisarzy brzmiałby głośniej a ich wspólne działania byłyby skuteczniejsze. Być może następne, młodsze pisarskie pokolenie będzie mądrzejsze i wyciągnie wnioski z obecnej sytuacji. A jest ona taka, że w początku roku 2028 dotychczasowi współgospodarze Domu Literatury zostaną wyrzuceni na bruk ( nie zapewnia się im lokali zastępczych), a budynek będzie remontowany. W ten sposób Miasto Stołeczne Warszawa konsekwentnie realizować będzie politykę pustostanów na Trakcie Królewskim: Empik na rogu Alei i Nowego Świata, kultowa kawiarnia Nowy Świat, a teraz Dom Literatury. To oczywiste: glosy pisarzy w puli głosów wyborczych liczą się w promilach. Przynajmniej w tej sprawie całe środowisko pisarskie powinno mówić tym samym głosem. A skoro nie możemy wspólnie mówić o najważniejszych kwestiach kultury i literatury, to konkurujmy ze sobą – na przykład o poziom organizowanych przez nas imprezach popularyzujących literaturę. Związek Literatów Polskich istnieje od 106 lat, a od przeszło 40  działa w nowych warunkach ustrojowych. Nie jesteśmy organizacją z nieprawego łoża, jestem w niej 64 lata i nigdy nie marzyłem o innym, wygodniejszym tapczanie.

      Pewien działacz literacki pisząc o tym co dzieje się w Domu Literatury, napisał, że kontynuowane są tu tradycje dwóch wielkich prezesów: Jarosława Iwaszkiewicza i Jana Józefa Szczepańskiego. Gwałtownie zaprotestowałem. Nie tylko ze względu na nieporównywalną  rangę pisarską i nie dlatego, że  ten pierwszy sterował środowiskiem pisarskim  blisko ćwierć wieku, a drugi tylko jedną kadencję. Przede wszystkim dlatego, że Iwaszkiewicz swoją osobowością i autorytetem  umiał łączyć skłócone, podzielone środowisko, a Szczepański skutecznie je rozbił. Ze szkodą dla wszystkich – choć przecież nie ma już ideologicznych, politycznych powodów.

     Co powiedziałby Pan Jarosławo tej sytuacji, o miejscu, w którym dziś jest polska literatura? Nie wiem. Myślę, że z goryczą by się uśmiechnął, machnął ręką i wyjechał do Sandomierza. Albo pojechał na Sycylię.

Autor: Marek Wawrzkiewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj