ważnych osobach mojego życia
(jeszcze jeden aneks – czwarty już – do mojej „Autobiografii”)
To już 4. (tak czwarty!) aneks do mojej „Autobiografii” wydanej w r. 2025 przez Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne (co zawdzięczam przede wszystkim jego prezesowi – p. dr. med. Maciejowi Zarębskiemu, za co jeszcze raz składam Mu szczere podziękowanie). A wracając do obecnego aneksu, wszystko wskazuje na to, że drugie wydanie jest możliwe (rozszerzone i uzupełnione nie tylko o te aneksy, ale przede wszystkim o indeks nazwisk, którego w pierwszym wydaniu brakuje). I oczywiście uzupełnię je o sprawy, które pojawiły się już po wydaniu pierwszego nakładu, jak chociażby ta – o Wincentym Szczeblu! Wyżej ze mną na zdjęciu (3. z prawej), na Wałach Chrobrego w Szczecinie, przed rozpoczęciem „Kryterium asów”. Dziś już tego wyścigu nie ma w ogólnopolskim kalendarzu imprez kolarskich.
Był moim kuzynem; piszę „był”, gdyż zmarł 4 lata temu, o czym dowiedziałem się z przysłanego mi pod koniec ub. roku mejla przez jego córkę – Katharinę Curtius, mieszkającą w Hamburgu, mającą tam swoją firmę protetyczną. „Ni stąd ni zowąd”, odnalazłszy mój adres mejlowy, napisała, że pragnie nawiązać kontakt dla odtworzenia wiedzy o swojej rodzinie!
Przez ponad 50 ostatnich lat nie było między jej ojcem a mną (choć w przeszłości byliśmy ze sobą bardzo związani) żadnego kontaktu, żadnej wiadomości, żadnej informacji o ich życiu w Niemczech.
Wicek (jak go wszyscy w rodzinie nazywaliśmy), po służbowym wyjeździe z Polski, do której po tym wyjeździe nie wrócił, ostatnią noc przed odlotem do Wiednia spędził z nami w Warszawie, w naszym mieszkaniu na Mokotowie, jakby się chciał z nami pożegnać, nie zdradzając jednak ani słowem o swojej emigracyjnej decyzji. Więcej już nie spotkaliśmy się.
I właśnie teraz – ten niespodziewany mejl od jego córki. Oczywiście podjąłem ten kontakt, gdyż i mnie interesuje los Wicka i jego rodziny po osiedleniu się w Niemczech.
Do dziś nie możemy z żoną zrozumieć, dlaczego za swoją ojczyznę wybrał Niemcy, skoro wiele lat wcześniej, demonstrując swą polskość, zmienił nazwisko STEBEL – na SZCZEBEL, a imię Gerhard – na Wincenty. Choć nikt tego od niego nie żądał, a w Polsce powodziło mu się dobrze i na nic nie narzekał.
Ukończył w latach pięćdziesiątych ub. wieku Pomorską Akademię Medyczną i nawet mieszkał (już po śmierci mojego Ojca) z nami – to znaczy ze mną, moją mamą i siostrą, w naszym szczecińskim mieszkaniu na Pogodnie, przy ul. Okrzei. A po ukończeniu studiów medycznych pracował jako lekarz w Szpitalu Miejskim na Golęcinie i dodatkowo specjalizował się w „medycynie sportowej”. Jeździł też w karetce pogotowia, świetnie zarabiał i wkrótce stał się właścicielem ładnego mieszkania.
Jako lekarz „sportowy” opiekował się m.in. kolarzami (więc i mną, bo z pasją przez kilkanaście lat uprawiałem ten sport), jednak przede wszystkim (jako były piłkarz AZS Szczecin) udzielał fachowej pomocy lekarskiej piłkarzom. Szczecin miał wtedy aż dwa wspaniałe I ligowe kluby piłkarskie: Pogoń i Arkonię (w II lidze także Stal Stocznię). Miał też znakomitych bokserów (braci Pińskich, Frącika i Drewicza), pływaków (m.in. Majdańca), a w piłkarskiej reprezentacji Polski m.in. Kielca i Gzela, zaś w kolarskiej – świetnego kolarza torowego – Zbyszka Zająca i mistrza Polski na szosie – Tadeusza Drążkowskiego! Dopiero „po tym ostatnim” nastąpiła epoka Pruskiego, Zielińskiego, Bednarka i 5 – krotnego mistrza Polski „za motorami” Mariana Hałuszczaka. W la. był znakomity Lewandowski i Maniak. Cóż to były za czasy, choć dzisiejszy Szczecin ze swoim dynamicznym rozwojem kultury, portem, zielenią, Uniwersytetem i Zamkiem, Wałami Chrobrego, nowym – jakże pięknym gmachem Filharmonii, a od kilku lat funkcjonującym Morskim Centrum Nauki – jest jeszcze wspanialszy! Że nie wspomnę o Szczecinie, jako mieście chóralistyki na najwyższym europejskim i światowym poziomie, wymieniając Chór Akademicki Politechniki Szczecińskiej (dziś Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Szczecińskiego), SŁOWIKI 60., Chór Collegium Maiorum czy Chór Politechniki Morskiej.
Ale wracając do WICKA; od Kathii (jego córki) dowiedziałem się, że jej ojciec i matka (która z synem Andrzejem – ur. w Szczecinie – w ramach akcji łączenia rodzin, nieco później dołączyła do męża), najpierw przez jakiś czas przebywali w obozie dla emigrantów z Polski, a potem – żeby dostać posadę lekarza – Wicek musiał uzyskać nostryfikację swego dyplomu. Ich początki w Niemczech były bardzo trudne…
Na marginesie tego, co wyżej napisałem, uważam, że słusznie władze polskie w latach – po roku 1956 i w latach 70. zgadzały się na emigrację („do Reichu”) Ślązaków uważających się za Niemców. Wielu z nich jednak pozostało w Polsce. Może dowiem się czegoś więcej od Kathii o pobycie Wicka (i jego rodziny) w Niemczech i wtedy tę „wiedzę” uzupełnię w II wydaniu mojej autobiografii!
Nie będę ukrywał, że Wicek był mi bardzo bliskim człowiekiem, z kim się autentycznie przyjaźniłem. Przez kilka lat (gdy uprawiałem czynnie kolarstwo) był jako lekarz i moim opiekunem.
Dopóki był WICKIEM, byliśmy kuzynami, jako z Gerhardem – nigdy więcej już się nie spotkaliśmy. Co oczywiście nie oznacza, że nie będę chciał obecnie od jego dzieci i żony dowiedzieć się, ile w nich pozostało polskości? I dlaczego zdecydowali się na wyjazd do Niemiec? Na pewno w II wydaniu rozwinę ten wątek, bo jest on bardzo ważny w poznawaniu kształtowania się współczesnych stosunków polsko-niemieckich, także polityki powojennych władz PRL-u wobec Ślązaków i Śląska.
*
A teraz, zmieniając temat, kilkanaście zdań o Irenie Żabiance, a potem o Ignacym Gogolewskim, prof. Stanisławie Czocharze, Stanisławie Królaku (pamiętnym pierwszym zwycięzcy WYŚCIGU POKOJU), i jeśli będzie „miejsce”, to jeszcze o Norbercie Honszy i Tadeuszu Hussaku. Wciąż też na moje wspomnienie czeka prof. Jan Szyrocki – legendarny założyciel i dyrygent niezapomnianego Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej (męczy mnie sumienie, że dotąd nie oddałem Mu czci za niezwykłe dokonania dla Szczecina, ale i dla Polski)!
*
Dlaczego o Irenie Żabiance? Ponieważ kiedy obchodziła w styczniu 1991r. w Domu Wojska Polskiego 40-lecie swojej pracy artystycznej, obiecałem tej niezwykłej malarce (uczennicy prof. ASP A. Kobzdeja), będącej wtedy już w zawansowanym wieku, że kiedyś o Niej napiszę.
Była nie tylko doskonałą malarką, ale i aktywną działaczką ZPAP, pełną społecznej – jakże nadal oczekiwanej i potrzebnej w naszym kraju – apolitycznej aktywności kulturalnej. Inicjatorką wielu artystycznych plenerów, wystaw – czynnie w ten sposób propagując dorobek Warszawskiej Grupy Realistów, do której należała (a była to grupa malarzy, grafików i rzeźbiarzy, m.in. Juliana i Heleny Krajewskich, Benona Liberskiego, Janusza Kaczmarskiego, Wiesława Garbolińskiego, Gustawa Zemły i wielu innych, którzy uważali (w przeciwieństwie do abstrakcjonistów), że sztuka powinna być FIGURATYWNA, czyli ściśle związana z rzeczywistością i problemami ludzi. (Co nie miało nic wspólnego ze skompromitowaną w naszym kraju „realizmem socjalistycznym”). Jedną z czołowych postaci w tej Grupie artystycznych była oczywiście i moja dzisiejsza „bohaterka”.
Pięknie malowała portrety, martwą naturę, kwiaty, pejzaż, stosując prostą filozofię otwartości wobec życia i otaczającej natury. Jej płótna nadal przemawiają łagodnością kolorów, światłem wewnętrznym, odcieniami bieli, błękitu, zieleni, swoistą tonią, która każe zatrzymać się przed każdym obrazem i zastanowić nad przemijającym życiem. Malowała swe obrazy, jakby życie pozbawione było jakichkolwiek problemów.
Może dlatego wciąż Jej sztuka tkwi w mojej pamięci, tym bardziej, iż była osobą o ujmującym wdzięku, mająca pewność, że Jej twórczość coś znaczy – co w pełni potwierdzam. Artystka była nie tylko aktywnym członkiem ZPAP, ale także Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Mazowieckiej. Oddaję cześć Jej pamięci!
*
Na taka samą cześć zasłużył WIELKI AKTOR, jakim był IGNACY GOGOLEWWSKI. Do dziś z pietyzmem przechowuję Jego podziękowanie, które otrzymałem, gdy odchodził w roku 1990 z funkcji dyrektora i kierownika artystycznego w Teatrze Rozmaitości w Warszawie.
Spotykałem się z Nim wielokrotnie, ale też z innymi dyrektorami warszawskich teatrów (Dejmkiem, Hübnerem, Warmińskim) w dramatycznej sytuacji stanu wojennego, który był dewastujący szczególnie dla kultury. Ignacy Gogolewski był dla Polaków KIMŚ wielkim i bliskim za wybitne role teatralne i filmowe, za reżyserię i scenariusze. Pozostała po Nim wspaniała książka (którą warto przeczytać) „Wszyscy jesteśmy aktorami”.
Dumny jestem, że miałem zaszczyt współpracować z Nim i słuchać Jego mądrych rad, wyważonych, nacechowanych wielkim patriotyzmem i troską o Polskę. Wywodził się z najlepszej „starej, tradycyjnej szkoły aktorskiej”. Wycofywał się „z aktorstwa” w stanie wojennym na znak protestu, ale wrócił do aktywności społecznej, uhonorowanej w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku demokratycznym wyborem środowiska na prezesa ZASP-u! Nie pracowałem już wtedy „w kulturze”, przechodząc do pracy w swoim wyuczonym zawodzie – germanisty, czyli nauczyciela j. niemieckiego – najpierw w szkołach średnich, potem na Uniwersytecie Warszawskim i w Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku.
A do tego przyczynił się prof. Stanisław Czochara oraz profesorowie: Hubert Orłowski i Tadeusz Namowicz, namawiając mnie do współpracy.
*
Prof. Czochara był moim kolegą „po fachu”, czyli od lat nauczycielem, tyle że On j. rosyjskiego, a ja „niemieckiego” i gdy tylko dowiedział się, że wróciłem po roku 1990 „do zawodu”, zaproponował mi spotkanie i także współpracę.
Oczywiście zgodziłem się, tym bardziej , iż był człowiekiem niezwykle serdecznym, życzliwym ludziom i pełen dobroci serca. Ale przede wszystkim świetnym fachowcem w swojej branży, wspaniałym pedagogiem, glottodydaktykiem i wybitnym znawcą gramatyki j. rosyjskiego. Autorem podręczników i skryptów do nauki j. rosyjskiego, zarówno dla szkół średnich, jak i wyższych. (A PRZY OKAZJI NADMIENIĘ, ŻE WCIĄŻ NAUKA J. OBCYCH W POLSCE – ZWŁASZCZA OBECNIE – POZOSTAWIA WIELE DO Ż YCZENIA)!
Prof. Stanisław Czochara był dyrektorem Centrum Nauki Języków Obcych Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora i przypominam sobie, że na tej wspaniałej uczelni był to czas, kiedy na Wydziale Pedagogicznym pracę magisterską można był napisać (i bronić) w języku angielskim, niemieckim i rosyjskim!
Był też szefem j. obcych w szkole Wyższej TWP „Wszechnicy Polskiej”, której powstanie (istniejącej do dziś w warszawskim PKiN) współorganizował, podobnie jak przed laty współtworzył obecny Instytut Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego.
Za to chcę Mu dziś podziękować (czego za Jego życia nie zdążyłem), a przede wszystkim za: europejski rozmach w podchodzeniu do zagadnienia nauczania j. obcych w Polsce, za wzór tolerancji i szacunku, z jakim podchodził nie tylko do uczniów i studentów, ale i swoich podwładnych. I…, że dzisiaj (gdy mowa o nauczaniu j. obcych) można z dumą mówić o polskiej SZKOLE GLOTTODYDAKTYCZNEJ!
*
I na zakończenie dzisiejszego aneksu jeszcze o STANISŁAWIE KRÓLAKU – starsze pokolenie na pewno pamięta o tym, że był pierwszym Polakiem, który wygrał legendarny WYŚCIG POKOJU. Dopiero po Nim (i w dużej mierze dzięki Niemu) nastąpiła era, m.in. Szurkowskiego, Szozdy, Jaskuły, Mytnika, Nowickiego, Piaseckiego, a współcześnie Kwiatkowskiego, Majki oraz Mai Włoszczowskiej ….. (a byli przecież i Kudra, bracia Chtiejowie, Wilczewski, Wrzesiński, Łasak czy „mały” Eligiusz Grabowski i niezmordowany Czesław Lang), ale nikomu dotąd cała Polska nie śpiewała hymnu tak, jak Królakowi (taka była ranga Wyścigu Pokoju!), który w tamtym wygranym wyścigu m.in. pokonał Rosjanina Kolumbieta, Włocha Cestari i wtedy aktualnego wielokrotnego szosowego mistrza świata Gustawa Adolfa Schura z NRD.
A dlaczego o tym TERAZ (dzisiaj) przypominam, gdyż po pierwsze: to „se ne wrati”, a Królak dał przykład, że Polak WSZYSTKO POTRAFI. Choć warunki, w jakich przyszło mu się wtedy ścigać, nie były łatwe, nawet porządnych rowerów wtedy w Polsce jeszcze nie było. ZA TO NIE BRAKOWAŁO ZAPAŁU dla powojennej odbudowy Polski, jej rozwoju i …aż do obecnego zaliczenia naszej gospodarki do grupy państw G-20!
I na tym dziś zakończę kolejny aneks, zostawiając „na potem” prof. Norberta Honszę, Tadeusza Hussaka i oczywiście prof. Jana Szyrockiego. Miałem wielki zaszczyt spotkać Ich na swej drodze życiowej i z Nimi współpracować. Pozostały już – wprawdzie piękne – ale tylko wspomnienia!






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)





Nie sposób jest wymienić ile bardzo cennych osób spotkał przez 86 lat życia profesor Karol Czejarek . Wymieniane w Autobiografii osoby to jak wybrane rodzynki z ciasta. Zmieniły się czasy , zmienili się ludzie . Otwarte jest pytanie : jak 20-te miejsce w gospodarce światowej Polski podniosło poziom życia / po za rządzącymi / Polaków ? Serdecznie pozdrawiam autora wspomnień i czytelników Przeglądu. Andrzej Gabriel 87-mio latek.