Strona główna Polska Kraj Wokół wystawy w Muzeum Miasta Gdańska

Wokół wystawy w Muzeum Miasta Gdańska

0

„To byli nasi chłopcy, z imienia i nazwiska, nie z innej planety”

W rozmowach rodaków o historii, choć raczej nie w wolnym dyskursie naukowym, nie zniknęły tematy tabu. Nadto wciąż pojawiają się nowe. Ich przełamywanie z reguły nie jest bezbolesne dla inicjatorów, a już na pewno wtedy, gdy jest włączane w bieżące rozgrywki polityczne. Świadczy o tym burza wokół wystawy „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”, jak i medialno-polityczny huragan ataków i hejtu na prof. Krzysztofa Ruchniewicza. Niniejszy artykuł będzie dotyczył wystawy, lecz i do drugiego problemu trzeba będzie na jego koniec wrócić.

Ledwie z początkiem lipca wystawa „Nasi chłopcy. została otwarta w Muzeum Miasta Gdańsk, już zaczęły spadać na kuratorów lawiny potępienia, zawziętością przypominające peerelowskie anatemy polityczne. Od czci i wiary odsądzili ich nawet czołowi politycy (w tym ówczesny prezydent państwa), przyznając bez żenady, że wystawy nie widzieli, a mimo to rzucali kamieniami oskarżeń. W czasach normalnych byłoby to nienormalne, lecz dziś, w Polsce spękanej od podziałów, raju internetowych harcowników, trolli i botów, postawa: „nie byłem, nie widziałem – wiem”, nie zaskakuje.

Za pierwszy cel ataków obrano tytuł wystawy. Nie było to trudne, bo określenie „nasi chłopcy” zrosło się we współczesnej polszczyźnie z narracją bohaterską, dotyczącą przede wszystkim Powstania Warszawskiego i AK, co wykorzystali organizatorzy pierwszego spektakularnego protestu przeciw wystawie. Jako że zaczyna się ona portretami „naszych chłopców” – młodych Pomorzan i Kaszubów wcielonych do Wehrmachtu, jego uczestnicy w kontrze do niej trzymali przed bramą muzeum portrety bohaterów warszawskiego zrywu. Stworzyli łatwą, jednoznaczną, czarno-białą, emocjonalnie i propagandowo nośną paralelę. Jednych przeciwstawili drugim. Bohaterów powstania komu? Zdrajcom? Ani jedni, ani drudzy nie mieli w tym starciu głosu. Dla demonstrantów, domagających się zamknięcia wystawy, byli przedmiotem. Pojawiły się też pomysły zmiany jej tytułu.

Nawet jeśli za jakiś czasu burza ucichnie, choć nic na to nie wskazuje, bo idzie wrzesień – miesiąc pamięci, to jednak osad, jak wirus, zostanie. Zacznie działać, gdy nadarzy się sposobność.

100 lat to za mało

Po 1945 roku przedstawiane na wystawie fakty trwały w pamięci uczestników i świadków wydarzeń, w domach, archiwach, po trosze w sztuce i publicystyce. Od więcej niż ćwierćwiecza są opisywane w książkach, jednak mających na ogół niewielkie nakłady i dostępnych głównie w regionie. Tymczasem oni, „nasi chłopcy”, wciąż stali i stoją w przedsionku polskiej pamięci kulturowej.

Wystawa nie jest duża, zajmuje 200 m kw. na parterze muzeum. Przypomina losy młodych Polaków i Kaszubów z Pomorza Gdańskiego, którzy w czasie drugiej wojny służyli w armii III Rzeszy. Wszystkich Polaków było w niej 400-500 tysięcy, najwięcej ze Śląska, co opisał prof. Ryszard Kaczmarek w monografii „Polacy w Wehrmachcie” (2010). On był też jednym z konsultantów wystawy „Dziadek z Wehrmachtu. Doświadczenie zapisane w pamięci”, otwartej w 2015 roku, a przygotowanej – czytamy w katalogu – przez „młodych, odważnych (podkreślmy to słowo! – b.t.) i pełnych zapału członków Stowarzyszenia Genius Loci – Duch Miejsca w Rudzie Śląskiej”. Dążąc do „utrwalenie doświadczenia historycznego” swoich dziadków, napisali: „Niektórzy z nas ich mają, choć nie każdy wie, kim naprawdę są i skąd się wzięli. (…) Opowiedzieli historie swego życia. (…). Chcieliśmy spróbować je wyjaśnić i zrozumieć, aby móc przekazać (…) takimi, jakimi są dla nas, którzy mamy szczęście żyć w zupełnie innej Europie”.

Dziesiąty rok wystawa wędruje po kraju (w czerwcu i lipcu była w Bydgoszczy), nie wywołując wrzawy, jak gdańska, mimo że wprost odnosi się do polityki, a konkretnie do kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2005 roku. To wtedy stworzono slogan „dziadek z Wehrmachtu”, by zdyskredytować jednego z kandydatów. Co prawda pomysłodawcę jego mocodawcy oficjalnie zrugali, lecz bez szkody dla jego kariery i zadufania. Zresztą ukuty przezeń slogan i tak już żył swoim życiem. Dziś też ma się dobrze. Przewidział to Sławomir Lewandowski, redaktor naczelny kaszubsko-pomorskiej „Pomeranii”. Komentując w numerze grudniowym z 2018 roku obchody 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę, w tym – cytujmy – „marsz nazistów w Warszawie”, wspierany przez tzw. „środowiska patriotyczne”, kolportujące też opinie, że na Kaszubach i w Gdańsku mieszka „ukryta opcja niemiecka”, stwierdził: „Słysząc i czytając po raz kolejny o „dziadku z Wehrmachtu”, odnoszę wrażenie, że dla niektórych nawet 100 lat to za mało, aby nadrobić braki w wiedzy historycznej, która pozwoliłaby poznać losy (…) rodaków z Pomorza czy Śląska”.

Terror na Pomorzu

Dr Andrzej Hoja, jeden z kuratorów wystawy „Nasi chłopcy” (drugi to dr Janusz Marszalec, obaj są historykami i muzealnikami z Gdańska o dużym dorobku i doświadczeniach), pisał, że jest poświęcona „powszechnemu doświadczeniu wojennemu Pomorzan, Kaszubów i Polaków z północnych kresów Polski, które od ponad siedmiu dekad nie zaistniało w pamięci kulturowej nie tylko Polski ale i samego Pomorza”. Podkreślał, że ukazuje ona „problemy związane ze służbą w niemieckiej armii w czasie II wojny światowej”, jest „próbą (…) zrozumienia szerokiego kontekstu zdarzeń oraz obecności tych osób w Wehrmachcie”, mówi „o konsekwencjach, jakich doświadczyli (…) wraz ze swymi rodzinami nie tylko zaraz po wojnie, lecz i wiele dekad po jej zakończeniu”.

Ani wystawa „Dziadek z Wehrmachtu”, ani „Nasi chłopcy” nie relatywizuje historii Polski, co im się zarzuca. One ją dopełniają, przy czym zapisując jedną z białych plam, naruszają tabu. Zostały stworzone z materiałów, udostępnionych przez publiczne muzea i archiwa, na ogół skrywanych przez nie przed 1990 rokiem w działach „R”, przez rodziny, gdzie były strzeżone w zakamarkach domów, z dokumentacji, zebranej w czasie kilkuletnich kwerend.

Na wystawie w Gdańsku są urzędowe i prywatne dokumenty, zdjęcia, pamiątki, części żołnierskich mundurów i elementy wyposażenia, listy, pisane do rodzin, listy dowódców, odznaczenia, nieśmiertelniki. Tekst przy wejściu informuje, że na Pomorzu „druga wojna światowa miała (…) przebieg zupełnie inny niż w centrum Polski czy na wschodzie” (m.in. w Generalnym Gubernatorstwie) i że wystawa nie mówi o – podkreślmy – mieszkańcach całej Polski, lecz regionów: Gdańska, Pomorza Gdańskiego, Kaszub, Kociewia. To właśnie tam wprost mówi o „naszych chłopcach”, z „naszych stron”. Przed wrześniem 1939 roku tereny te należały częściowo do Niemiec, Wolnego Miasta Gdańska, w większości do Polski. Zostały zajęte przez Rzeszę i włączone do niej jako Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie (podobnie Poznańskie, w czasie okupacji tzw. Kraj Warty, oraz Górny Śląsk), były więc traktowane jak jej część integralna. Dla mieszkańców miało to m.in. takie konsekwencje, że jeśli ktoś z nich nie był jeszcze obywatelem Rzeszy, to miał stać się nim, a to znaczyło podlegać obowiązkowi służby w wojsku. (W okręgu mieszkało 1,5 mln Polaków i 850 tys. Niemców.)

Wystawa przypomina, że jesienią 1939 roku w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie trwał terror, niespotykany wówczas w Generalnym Gubernatorstwie. W miejscach publicznych nie wolno było używać języka polskiego. Polaków zamykano do więzień, wysiedlano, wywłaszczano, likwidowano polskie szkoły i firmy.

Do końca grudnia 1939 roku tylko na terenie okręgu zamordowano w zbiorowych egzekucjach 30-40 tys. Polaków. Na wystawie jest m.in. zdjęcie egzekucji w Lesie Szpęgawskim.

Nie ma tu miejsca, by dokładnie opisywać procedury wpisywania Polaków na volkslistę, a co za tym idzie powoływania do armii. Ramy prawne tworzyło m.in. pokazane na wystawie zarządzenie Alberta Forstera, gauleitera NSDAP i namiestnika Rzeszy w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, autora planu germanizacji tamtejszych Polaków i Kaszubów, wydane w lutym 1942 roku, obligujące ich do złożenia w ciągu miesiąca wniosków o wpis. Forster, zaostrzając przepisy wcześniejsze, uprzedzał, że kto tego nie zrobi, zostanie uznany za wroga Rzeszy, co było groźbą deportacji nierzadko całych rodzin do obozu koncentracyjnego. Przepisy zostały zaostrzone, bo znacznie mniej osób niż spodziewały się władze, samodzielnie występowało o wpis na volkslistę ze względu np. na sytuację rodzinną, czy też wcześniejsze związki z kulturą niemiecką (nie zapominajmy, że były to tereny etnicznego polsko-niemieckiego pogranicza). Tymczasem armia, walcząca na wielu frontach, potrzebowała coraz więcej żołnierzy. Ostatecznie wpisów dokonywały urzędy często bez wiedzy zainteresowanych. Na volksliście znalazło się ostatecznie blisko milion Polaków z okręgu – 85 proc. zakwalifikowano do tzw. III kategorii. Na obszarach anektowanych, inaczej niż w Generalnym Gubernatorstwie, nie oznaczało to zrzeczenia się polskości. W 1945 roku przyznały to powojenne władze Polski, co potem było respektowane.

Korespondencja z domem

W wystawowych gablotach są listy żołnierzy do rodzin. Zanim zostały wysłane, czytał je cenzor. Za pokazanie zwłaszcza jednego, w którym młody żołnierz pisze o radości, że będąc w wojsku zobaczy dalekie kraje, kuratorów napiętnowano, jakby ten list był reprezentatywny dla pozostałych. A przecież jest wypowiedzią indywidualną, przepuszczoną przez wojskową cenzurę, dlatego trzeba by więcej wiedzieć o autorze i sytuacji, w jakiej się znajdował, żeby ocenić, co napisał. Inny żołnierz, w liście wysłanym do żony w czerwcu 1944 roku, krótko przed bitwą, pisze, że jej dzień będzie dla niego dniem „wyzwolenia, albo też śmierci”. Jak tu rozumieć słowo „wyzwolenie”? Jeszcze inny służył we Włoszech, na zapleczu, w jakiejś grupie remontowej. Pisał, że „wygrał (…) los z tą Italią”, gdzie „życie jak nie na wojnie, wszystkiego w bród”. Zdumiewa literacka polszczyzna listu kolejnego żołnierza. Pisze o Wielkanocy: „I gdy się pomyśli, że gdzieś za horyzontem bezustannie toczy się bój krwawy – nawet teraz, w tę świętą noc pokoju, strach oblatuje człowieka i tęsknota ogarnia za wieczną ciszą (…), a myśli lecą do ojczyzny”.

Latem 1943 roku grenadier Edmund Tyborski był w czasie urlopu u rodziny na Kaszubach. Z mężem siostry, któremu groziło wcielenie do wojska, postanowili uciec do partyzantki. Ktoś ich zdradził. Zostali schwytani. Męża siostry żandarmi zastrzelili na miejscu, jego wtrącili do więzienia, rodzina z małymi dziećmi trafiła do Potulic. Tyborski, dezerter, został skazany na śmierć przez ścięcie. W celi, w Kolonii, odwiedzał go ksiądz, który znał polski. Przed wykonaniem wyroku 19 października 1943 roku wyspowiadał go. Chwilę potem żołnierz pisał do rodziców: „Na tem kończę moje słowa i idę, i nie martwcie się o mnie, to jest moje wszystko, zostańcie z Bogiem wszyscy razem w domu i pozdrówcie wszystkich ode mnie. Serdeczne Pozdrowienie zasyła wam Edmund”. Jeszcze ksiądz podał po spodem adres kontaktowy do siebie, jeszcze – najwyraźniej w ostatniej chwili – Edmund Tyborski dodał: „i różaniec jest muj w kopercie włożony”.

Wystawa pokazuje okrutną twarz wojny, a to znaczy bezwzględność tych, którzy ją wywołali i stanowili nieludzkie, cyniczne prawo. Na tym tle pokazuje zachowania młodych ludzi, zmuszanych do włożenia munduru: ich dramatyczne wybory, wrażliwość, bezradność, tragizm, bohaterstwo.

Ono nie ma jednej twarzy. W różnych miejscach, sytuacjach, czasie może objawiać się różnie, na przykład poprzez pójście na front w mundurze Wehrmachtu, by ocalić rodzinę.

W gablotach są dwa listy niemieckich oficerów, którzy informują polskich rodziców o śmierci ich synów: jeden, ograniczony do regulaminowych formułek, zawiadamia matkę, że jej syn zginął pod Charkowem „w bitwie o wolność Wielkich Niemiec, wypełniając żołnierski obowiązek wierności Führerowi, Narodowi i Ojczyźnie”. Drugi, adresowany do państwa Walaszewskich, jest znacznie dłuższy i bardzo osobisty. Dowódca informuje w nim rodziców, że ich syn zmarł 11 listopada 1944 roku wskutek ran, jakie odniósł podczas ostrzału sowieckiej artylerii koło Tylży (Prusy Wschodnie). Nie oczekując – jak zaznaczył – że jego „słowa będą dla rodziców pocieszeniem”, wyraził w liście swój żal i współczucie dla nich. Pisał o żalu innych żołnierzy za „otwartym i dobrym kolegą”.

Oni też służyli w Wehrmachcie

Łatwo znaleźć nazwiska osób, które apelowały do młodych Pomorzan i Kaszubów, by chroniąc życie swoje i bliskich zakładali mundury Wehrmachtu. Taki też był stosunek rządu londyńskiego.

Tysiące Polaków z Wehrmachtu dezerterowało. Przechodzili do partyzantki polskiej (walczyli m.in. w Powstaniu Warszawskim), francuskiej, norweskiej, holenderskiej, do aliantów, przede wszystkim do Polskich Sił Zbrojnych. Na 250 tysięcy żołnierzy PSZ było ich 90 tysięcy (36 proc. składu osobowego). Uczestniczyli w bitwie pod Monte Cassino, byli w brygadzie gen. Maczka, m.in. w holenderskim ruchu oporu jak przedstawiona na wystawie grupa Ludwika Dziubanego. Wszyscy w niej byli żołnierzami niemieckiej armii i dezerterami.

W podręcznych encyklopediach są nazwiska znanych Polaków, którzy w Wehrmachcie służyli. Niektórych przypomnijmy, to: piłkarz Gerard Cieślik, przed wojną i po wojnie reprezentant Polski (w 1957 roku „dokopał ruskim”), piłkarz i również zawodnik kadry Adolf Giemsa, Maksymilian Golisz, działacz przedwojennej, niewielkiej Polonii w Szczecinie, nadto harcerz i agent wywiadu RP, Franciszek Hawranek, historyk, po wojnie profesor i dyrektor Instytutu Śląskiego w Opolu, Tony Halik, słynny reportażysta, globtroter, znawca kultur świata, Sylwester Kaliski, po wojnie generał LWP, profesor, rektor WAT, Piotr Linkert, przedwojenny działacz Związku Polaków w Niemczech, więzień Buchenwaldu, ks. Szczepan Wesoły, po wojnie arcybiskup, przyjaciel Jana Pawła II, duszpasterz emigracji, ks. prof. Kazimierz Dąbrowski, ks. prof. Franciszek Znaniecki… I na przykład Henryk Boehlke z Kujaw, malarz, dezerter, żołnierz francuskiego ruchu oporu i armii amerykańskiej, po wojnie przyjaciel Józefa Czapskiego w Paryżu, potem mieszkaniec Szczecina. Gdy był w Wehrmachcie, namalował portret Hitlera. Gdyby odmówił, zginąłby.

Niejeden z nich, gdy po wojnie wrócił do Polski, miał tu, w ojczyźnie kłopoty (to delikatnie powiedziane). Pisze o tym m.in. Stasia Budzisz w głośnej książce „Welewetka. Jak znikają Kaszuby”.

W stronę regionów

Słowna agresja, skierowana przeciw twórcom wystawy, jest w dużej mierze skutkiem niewiedzy o dziejach Pomorza, wykorzystywanej do siania nienawiści. Szybko nie da się tego zmienić, lecz zmieniać trzeba, nie zrażając się tym, że komuś sto lat nie starczy, by zmądrzeć. A właśnie zmiany w codziennej wiedzy i myśleniu o historii i ludziach, których osaczyła, proponuje gdańska wystawa „Nasi chłopcy”, kolejna w tym samym muzeum, mówiąca o problemach drażliwych, nieobecnych w szkolnych podręcznikach, zbyt mało obecnych w ogólnopolskiej publicystyce. Wciąż koncentrują się one na czarno-białych przedstawieniach i wydarzeniach centralnych, których obrazy są często ulepiane przez aktualną politykę historyczną, a co gorsza partyjne spory i rachuby. Ich narodowe schematy, kształtowane w czasach zaborów i okupacji, wykluczają wielkie obszary dzisiejszej wiedzy o tożsamości i kulturze regionów, zwłaszcza – jak całe Pomorze, nie tylko Gdańskie – niejednoznacznych, niepasujących do łatwego modelu.

Tymczasem współczesna Polska, mimo że zarządzana i urządzana z warszawskich centrów, nie jest monolitem, lecz strukturą regionów z doświadczeniami i świadomością ich społeczeństw, z wiekami i żywymi śladami niepolskiej historii wielu z nich w przestrzeniach miast, architekturze, w całym krajobrazie kulturowym, w tym w zachowanych nielicznie cmentarzach, niszczonych po 1945 roku, a teraz w wielu miejscach troskliwie przywracanych pamięci i krajobrazom. Na zachodzie i północy kraju jest to historia niemiecka, także kaszubska i pomorska. Jej średniowieczne i późniejsze zabytki są pielęgnowane w Gdańsku, Wrocławiu, Szczecinie, Opolu, Olsztynie, Gorzowie, Poznaniu…, wzbogacając – i to jest piękne! – kulturę współczesnej Polski.

Centrum, skupione wokół Warszawy i lgnące do niej, nie ma takich doświadczeń. Nie tylko niewiele wie o kulturowych pograniczach kraju, lecz co gorsza nie chce wiedzieć. To błąd także polityczny, zwłaszcza że Polska zachodnia, sąsiadująca z Niemcami, jest już nie tylko pograniczem administracyjnym, lecz osiemdziesiąt lat po wojnie staje się polsko-niemieckim pograniczem narodowym i kulturowym, podobnie jak równoległe obszary w Niemczech, gdzie zadomowiło się wielu Polaków. Atak na gdańską wystawę rykoszetem trafia boleśnie w nich.

W nich, w nas – wielu mieszkańców pogranicza, uderzają akcje tzw. Obrońców Granic, narastające w Polsce nastroje antyimigranckie, nacjonalistyczne, szowinistyczne, antyniemieckie. Są też wodą na młyn nacjonalistów niemieckich, idą im w sukurs, niszczą dorobek społeczeństw polsko-niemieckiego pogranicza. Po 1990 roku i do niedawna było ono modelowe dla Europy, a zwłaszcza dla sąsiadujących ze sobą historycznie zwaśnionych narodów na świecie. Ich przedstawiciele tu przyjeżdżali m.in. po nadzieję, że także u nich będzie można budować dobrą przyszłość.  

Chcąc zmieniać naszą rzeczywistość z myślą o przyszłości, wzmacniając całe państwo, trzeba mocniej uaktywniać regiony, szanując ich historię, specyfikę, tożsamość społeczną, przygotowując m.in. takie wystawy, jak „Dziadek z Wehrmachtu” i „Nasi chłopcy”; nie powinny dotyczyć tylko II wojny światowej. Nie szkodzi, że spotka je zarzut „relatywizowania historii”. Będą ją dopełniać, wyrywać z czarno-białych schematów, a współtworząc podmiotowość regionów, współtworzyć nowoczesną Polskę. Kiedyś nadejdzie czas, że do przygotowania nowych nie będzie potrzebna specjalna odwaga, lecz wiedza i praca.

Otucha

Wrzawa wokół gdańskiej wystawy przynosi także pozytywne skutki. Bronią jej wybitni Pomorzanie, Kaszubi, regionalni historycy, politycy, ludzie kultury, publicyści, potomkowie „naszych chłopców”. Takiego ruchu obrony dawno w Polsce nie było. Druga strona nie próżnuje. W swoich działaniach zawsze była konsekwentnie uparta. Uporu można się od niej uczyć.

Wystawę „Nasi chłopcy” wsparł 101-letni komandor w stanie spoczynku Roman Rakowski. Reagując na szum medialny wokół niej obszernym listem, pogratulował jej kuratorom. W jego biografii są Szare Szeregi, Kedyw, akcja „Burza” we Lwowie, ucieczka z Armii Czerwonej, do której został wcielony, przystąpienie do WiN-u. W liście, podkreślając, że w czasie II wojny światowej „Pomorze to był inny świat, to był Reich”, pisał: „Różnica była ogromna. Bo w Generalnym Gubernatorstwie, będąc w AK, mogliśmy spotykać się w kawiarni, czy restauracji i rozmawiać po polsku. Na Pomorzu język polski był zakazany. My, będąc w partyzantce, mogliśmy liczyć na pomoc mieszkańców wsi i miasteczek, Polaków – z Pomorza prawie 170 tys. Polaków wysiedlono, a na ich miejsce przywieziono Niemców Bałtyckich. My, przedzierając się lasami, mogliśmy liczyć na pomoc polskich leśników (…) – na Pomorzu byli leśnicy niemieccy (…), jeździły po lasach Jagdkommanda (…) SD i żandarmerii. W GG tego nie było. (…) Piszę o tym, bo jest to ważne, by uzmysłowić innym, w jakich warunkach żyli mieszkańcy Kociewia, Kaszub – Pomorza. To oni musieli wybierać pomiędzy śmiercią synów w znienawidzonym mundurze gdzieś na foncie wschodnim czy zachodnim, a życiem reszty rodziny (…)”.

Podkreślał: „Tak, to byli NASI CHŁOPCY, chłopcy matek, ojców, sióstr i braci, którzy siłą wcieleni do wrogiej armii próbowali w ten sposób ratować życie bliskich. Bo to byli ich chłopcy: z imienia i nazwiska, nie jacyś z innej planety. Jak nasi chłopcy z Podhala, Krakowskiego i Lwowa. Bo NASI CHŁOPCY z Krakowskiego i innych miejsc SĄ TAK SAMO NASI, jak CI z Pomorza, Kaszub, Kociewia. Bo Polska ma wiele córek i synów i jest jedną matką dla nich wszystkich. I dzisiaj haniebne jest odmawianie im imion i nazwisk, (…) czci i pamięci”.

Podsumował: „To, co dzieje się wokół wystawy, to tylko polityczna hucpa na grobach ludzi, którzy tyle wycierpieli, (…) nie mająca nic wspólnego ze znajomością historii tych ziem”.

Warto jechać do Gdańska i zobaczyć „Naszych chłopców”. Nie sądzę, że jej organizatorzy i kuratorzy ulegną żądaniom jej zamknięcia, bądź zmiany tytułu. Zaparliby się bowiem swoich przodków, rodzin, środowisk, siebie.

Za jakiś czas „Nasi chłopcy”, podobnie jak „Dziadek z Wehrmachtu”, powinni wyjechać w Polskę.

Autor tekstu: Bogdan Twardochleb

Już po napisaniu tego artykułu przyszła informacja, że 5 sierpnia w Warszawie, na debacie „Granice pamięci zbiorowej. Polacy w armii III Rzeszy”, inspirowanej debatą medialną wokół wystawy „Nasi chłopcy”, zebrały się Kaszubski Zespół Parlamentarny i Senacki Zespół ds. Rozwoju Województwa Śląskiego. Przewodnicząca drugiego, senator Halina Bieda, mówiła: „Uważamy, że bardzo dobrze, że pokazujemy trudne momenty naszych historii regionalnych (…). Edukacja regionalna jest w szkołach niezbędnie potrzebna”.

Ataki na gdańską wystawę, która przez bardzo wiele osób jest przyjmowana dobrze, a także atak na prof. Krzysztofa Ruchniewicza za to, że chciał przygotować konferencję naukową o losach niemieckich zabytków po drugiej wojnie światowej w Polsce, są w istocie nawoływaniem do ponownej tabuizacji także w nauce ważnych obszarów historii XX wieku. Zbiega się to z nieznanym po upadku żelaznej kurtyny zaostrzeniem politycznych stosunków polsko-niemieckich, czego widomym dowodem są uzbrojeni polscy żołnierze w polowych mundurach, kontrolujący przejścia graniczne (niemieccy na mają takiego ekwipunku), do czego polski minister spraw zagranicznych dołączył nagłą i niekonsultowaną z Berlinem decyzję o likwidacji funkcji pełnomocnika do spraw polsko-niemieckiej współpracy społecznej i przygranicznej. Pełnił ją prof. Krzysztof Ruchniewicz. Można się tylko domyślać, że pretekstem do tego były nieprawdziwe informacje o konferencji, jaką przygotowywał. Wcześniej na Uniwersytecie Wrocławskim „poległo” Centrum im. Willy’ego Brandta, którego przez lata był dyrektorem. Oby odtworzyło się na innej uczelni w Polsce.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj