Na tytuł dzisiejszego spotkania z czytelnikami wybrałem tę łacińską sentencję, ponieważ zawiera w sobie dwa istotne dla treści artykułu pojęcia. Pierwsze dotyczy języka i kultury, z których się wywodzi, drugie dotyczy wyrażonej w owym języku nadziei, ale z góry skazanej, według mnie, na niespełnienie, jeśli nawet nie z racji ustania funkcji życiowych, to na pewno z powodu ogólnej, kiepskiej kondycji obywatelskiej wszystkich oddychających teoretycznie tym samym „powietrzem” w granicach naszej Ojczyzny.
I tu dochodzę, pozwolę sobie użyć uczonego określenia, do dychotomicznego sedna rzeczy. Łacina, język zacytowanej sentencji, jest dzisiaj językiem martwym, mimo że w przeszłości charakteryzował ludzi wykształconych, tworzących na przestrzeni setek lat zręby cywilizacji określanej mianem kultury łacińskiej, z którą tak chętnie się identyfikujemy, i chociaż nie mamy o niej zbyt wiele do powiedzenia, z dumą akcentujemy jej wyższość nad odmiennymi, pozbawionymi katolickich korzeni i tradycji, stanami świadomości historycznej, w jej szerokim rozumieniu. I tak oto złoty blask łacińskiej mentalności zaczyna słabnąć.
My, katolickie z gruntu społeczeństwo, jesteśmy jakoby dumnym monolitem i wręcz opoką kultury europejskiej, niestety głównie w ustach polityków. Prawda jest inna, choć teoretycznie moglibyśmy zadbać o taki nasz obraz, to w rzeczywistości stanowimy zlepek różnych grup i grupek społecznych, zupełnie nie czujących wspólnotowych więzów. Kibice piłkarscy są bardziej związani tradycją ze swoim klubem, niż z krajem w którym żyją.
Różnimy się wiekiem, pochodzeniem społecznym, wykształceniem, rejonem zamieszkania, sytuacją finansową, wyznaniem i stosunkiem do Kościoła, a w rzeczywistości do miejscowego proboszcza, i w końcu, co najważniejsze, ale i najbardziej destrukcyjne, różnimy się i stajemy wobec siebie w agresywnej opozycji ze względu na sympatie polityczne.
Jesteśmy totalnie podzieleni, skłóceni. Każdy to czuje i ma swoje, związane z tym faktem doświadczenia. Nasza (moja i żony) grupa dobrych znajomych i przyjaciół, stopniała na przestrzeni minionych dziesięciu lat niemalże do zera. Ale mamy, o dziwo, przyjaciela, sympatyka PiS-u, z którym spotykamy się od pięćdziesięciu lat. Zjedliśmy wspólnie kilka beczek soli, a mimo to, jeśli któreś z nas nieopatrznie zahaczy o drażliwy temat, dochodzi, jeśli nie jesteśmy w stanie w porę opanować emocji, do przykrych pyskówek, a potem nasze telefony milkną na dwa tygodnie. Po pięćdziesięciu latach przyjaznych stosunków! To co mają powiedzieć przypadkowi znajomi i sąsiedzi z blokowisk bez żadnych historii znajomości?
Wielokrotnie już byłem świadkiem rękoczynów w Biedronkowych kolejkach do kasy. Wystarczy, że ktoś powie coś o wysokich cenach i komu tę drożyznę zawdzięczamy, a już czerwienieją złością twarze mających odmienne zdanie na temat winnych inflacji, i natychmiast zaczyna się awantura między sąsiadami z różnych pięter tego samego bloku.
– Nie chrzań komuchu! – pieni się obrońca obecnego ładu. – To wszystko przez tego rudego zdrajcę, szwabskiego sługusa! Rozkradł Polskę za swoich rządów, a potem zaprzedał nas tej zafajdanej Unii!
– Puknij się w ten swój pisowski łeb! – odszczekuje się ten, którego uwiera obecna władza. – To wy rozkradacie Polskę i rozkradniecie do końca, jeśli was w końcu nie pogonimy!
– O ty chamski ryju! – zwolennik PiS-u odpycha stojąca przed nim kobietę, bo chce uderzyć tego, co by chciał przegonić jego idoli.
W końcu sytuację ratuje kasjerka.
– Cisza, do cholery! Ja tu pracuję, liczę pieniądze, więc jak chcecie dać sobie po gębach, to wynocha na skwerek! (Jest taki tuż za sklepem)
Powoli do kolejki wraca spokój, ale za kwadrans, pół godziny, za godzinę, ktoś inny rozpęta awanturę z podobnego powodu.
Przykre i smutne jest to, że ci biedni ludzie spotykają się w tym samym kościele, przekazują sobie, choć wielu z nich spode łba, znak pokoju. Bywają także na dwóch okolicznych cmentarzach żegnać znajomych i sąsiadów z różnych opcji. Ich śmierci kończą wszelkie waśnie, a ziemia nie ma problemu z tym, kto z prawicy, platformy czy lewicy – wszystkich przyjmuje z jednakową obojętnością.
Smutne jest także to, że zanim trafią tam wyzuci ze wszystkich złych i dobrych uczuć, nie jest im dane słuchać słów księdza tłumaczącego co następuje:
„Moi drodzy, zechciejcie zauważyć, że wszystkie ekipy rządzące wcześniej czy później odchodzą, zostawiając was na pastwę frustracji, a zaraz po nich nadchodzą nowi zbawiciele, mamią was nowymi obietnicami, i wy im ulegacie. A przecież, tak by się przynamniej wydawało, przychodzicie tu ( do Kościoła) dla jedynego, prawdziwego zbawiciela… Przemyślcie dogłębnie to, co wam powiedziałem, a potem podajcie sobie wszyscy dłonie na zgodę”.
Myślę, że tak, albo podobnie, powinni mówić „pasterze” do swoich coraz bardziej zdziczałych owieczek, ale nie czynią tego z prostej przyczyny: Dobrali sobie i jedynemu zbawicielowi partnera i wspólnika w postaci partii politycznej gwarantującej im dobrobyt tak długo, jak długo utrzyma się przy władzy. Dlatego czynią wszystko, żeby ich partnerstwo trwało jak najdłużej.
Mam jednak nadzieję, że nadejdą czasy przywracające normalność, życie oparte na wzajemnym szacunku i tolerancji dla ludzkiej różnorodności.
DUM SPIRO, SPERO – powtarzam z uporem, bo jeszcze oddycham no i wierzę, ale…
No właśnie: Ale… Kryje się za nim tyle elementów mających wpływ na ogólną kondycję społeczeństwa, że nie sposób ich zliczyć, a co dopiero opisać w krótkim artykule. Ale próbować trzeba.
W powieści Stanisława Przybyszewskiego „Zmierzch” znajduje się krótkie zdanie, ale jakże trafnie ukazujące kulisy przywołanego przeze mnie: Ale. Oto one:
„Prasa unicestwia ludzi, wyniszcza duszę, serce, honor, rozum – O! Rozum przede wszystkim”.
Jakże to smutna prawda i nieograniczająca się tylko do prasy, ale w czasach Przybyszewskiego nie było telewizji i Internetu. Na domiar złego opisane w „Zmierzchu” destruktory sami sobie fundujemy, nie zastanawiając się jak zabójczego „Konia trojańskiego” wprowadzamy pod strzechy naszego wspólnego domu.
Dla przykładu przytoczę kilka cytatów z jednej z najbardziej chyba niszczących umysły i dusze, pewnej ultraprawicowej gazety trafiającej pod strzechy nie tylko polskie, ale także amerykańskie i kanadyjskie.
Cytat z artykułu pana Mirosława Kokoszkiewicza pod tytułem: Zagłada Słowian w nowej wersji.
„Niemcy dzisiaj nie mówią głośno o planie zagłady Słowian (Generalplan Ost), ale podobnie jak Hitler ciągle marzą o ostatecznej przebudowie porządku europejskiego i eksploatacji ekonomicznej Europy Środkowo- Wschodniej. Wszystko to ma służyć dominacji germańskiej „rasy panów” (Herrenrasse).
Myślę, że autor traktuje swój tekst jako polemikę na wrażliwe i drażliwe tematy, ale w rzeczywistości wyłącznie obraża, czasami wręcz w sposób chamski swoich niemieckich adwersarzy. Oto przykłady owego „polemicznego” języka:
„Jacques Schuster ( czołowy publicysta „Die Welt”- przypis autora) łże jak pies”.
„Bredzi ten zakłamany szkop”.
„Załgany szkop Schuster posunął się do zbudowanej na kłamstwie wyjątkowej podłości”. Oczywiście nie mogło obyć się bez Tuska. Cytuję: „Najlepiej poczekać do momentu, aż władze w Polsce zdobędzie niemiecki delegat ds. obalenia polskiego rządu Donald Tusk, a dopóki to się nie stanie, trzeba walić w PIS”.
Tym razem to nie są słowa szkopa Schustera, tylko przemyślenia autora tekstu. Artykuł okraszony jest trzema zdjęciami portretowymi: Załganego szkopa Schustera, Otto von Bismarcka, Hitlera i Donalda Tuska. Chrześcijańsko-łacińska kultura aż bije po oczach. Całość do przeczytania w Gazecie Warszawskiej Nr 03 (813) 20-26 stycznia 2023.
A poza tym łamy gazety wręcz ociekają prawdą o zbrodniarzach, konfidentach, rozmaitych TW, ruskich agentach i zwykłych chamach, oczywiście skupionych, mówiąc w uproszczeniu, w liberalnych i lewackich formacjach.
Prawda potrafi zwalić z nóg, ponieważ gdyby pod wraże, zdradzieckie nazwiska lewaków i zaprzańców z innych opcji, podstawić te gorejące nieustannym pragnieniem zemsty, obsesją zaprowadzania ładu opartego wyłącznie na jednej „prawdzie”, gazeta stałaby się taką samą, jak w rękach ultrasów, tubą spragnionej odwetu lewackiej części naszego biednego, skłóconego społeczeństwa.
A mimo to… DUM SPIRO, SPERO.






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)




