Jak pamiętam – pisałem od zawsze, gdy tylko nauczyłem się języka polskiego. Może to zainteresowanie pisaniem wzięło się stąd, że mój polonista w liceum, prof. Erazm Kuźma (późniejszy profesor Uniwersytetu Szczecińskiego) często chwalił moje wypracowania; także na maturze „pisemny” zdałem na „5” (wtedy jeszcze nie było „szóstek”), więc zostałem zwolniony z ustnego.
Ale tak naprawdę publicznie zacząłem udostępniać swoje przemyślenia, pracując w księgarni (już po odbyciu czynnej służby wojskowej). Bo „przed wojskiem” miałem w głowie niemal wyłącznie karierę kolarską. Marzyłem o igrzyskach olimpijskich w Rzymie i udziale w Wyścigach Pokoju! A po „sukcesach” (które miałem nadzieję osiągnąć) – zamierzałem pójść na AWF, aby po jej ukończeniu oddać się pracy z młodzieżą, zachęcając ją do uprawiania kolarstwa. Bardzo też chciałem uczyć w szkole wf-u.
To się nie udało (a dlaczego? – napisałem we wcześniejszych odcinkach), więc oddałem się „bez reszty” księgarstwu i służbie książce, ale tak naprawdę – „upowszechnianiu” kultury, najpierw w województwie szczecińskim, a następnie w skali całego kraju. Wtedy równolegle z wykonywaniem swoich zadań zawodowych rozpocząłem „pisanie” do gazet. Na ogół były to artykuły, które miały coś zmienić, zainspirować, pobudzić innych do działania. Wieczorami tłumaczyłem książki z literatury niemieckiej na polski! Po latach mogę powiedzieć, że uzbierało się tego (i tłumaczeń, i publicystyki) nawet dość sporo.
I to nie tylko „przekładów”, ale i samodzielnych książek (jak np. o twórczości Hansa Hellmuta Kirsta i Anny Seghers, a potem związanych z uprawianym zawodem nauczyciela, jak: „Gramatyka niemiecka dla ciebie” (taki miała tytuł) i jeszcze kilka innych, o których będzie mowa w następnym odcinku.
Mój pierwszy artykuł prasowy (traktowany przeze mnie „na poważnie”, przechowuję do dziś w swoim prywatnym archiwum) ukazał się w „Głosie Szczecińskim” i miał tytuł „Hauptmann nieznany” (wydrukowany został w numerze sobotnio-niedzielnym z dnia 4/5 marca 1972 roku). Wtedy już nawet pod własnym nazwiskiem, a nie pseudonimem Roman Kaczej. „Pseudonimów dziennikarskich” miałem więcej, nawet wtedy, gdy już większość artykułów podpisywałem własnym nazwiskiem. Np. używałem często (ceka) – pisane małymi literami i w nawiasie, albo po prostu stawiałem pod tekstami prasowymi tylko swoje inicjały „KC”.
Pracując w księgarni „Klubowej” (przypomnę: mieszczącej przy ul. Jedności Narodowej 5 w Szczecinie), najczęściej pisałem recenzje ukazujących się wtedy książek pisarzy „szczecińskich”. W ten sposób promowałem pisarzy (również poprzez sprzedaż ich książek), gdyż recenzje te „przyciągały” do księgarni wielu klientów zainteresowanych miejscową literaturą. Z czasem zacząłem poszerzać je o inne tematy i dotyczyły one „kultury” oraz problematyki „niemcoznawczej”.
Jako księgarz, a potem działacz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, byłem dumny z każdego NOWEGO talentu w województwie (nie tylko literackiego, ale i plastycznego, i muzycznego, i każdej innej specjalności twórczej)! A było ich wtedy dużo, wspieranych przeze mnie nie tylko jako księgarza, ale potem jako sekretarza STK, a jeszcze później jako dyrektora Wydziału Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej.
Wymienionych wcześniej „pseudonimów” używałem dlatego, aby nie być posądzonym o „interesowność” czy – jak to się dzisiaj mówi –„konflikt interesów”. Moim celem było świadome tworzenie nowych polskich tradycji kulturalnych na Ziemiach Odzyskanych – a KULTURA (zwłaszcza ta pisana przez duże „K”) – co naukowo udowodnione – zdecydowanie przyczynia się do tego.
A tak naprawdę – bardzo podobały mi się powstające wtedy utwory wielu miejscowych pisarzy, jak np. Helenki Raszki, Jerzego Pachlowskiego, Ryszarda Liskowackiego, Ireneusza Gwidona Kamińskiego, Wiesława Rogowskiego, Adolfa Momota, Jasia Papugi czy Piotra Zielińskiego. Pisałem te recenzje z serca i przekonania, uznając je za głęboko humanistyczne i potrzebne!
Tak było też w przypadku wspomnianego Karola Koczego, pierwszego szefa szczecińskiej germanistyki, gdy ukazała się Jego – znamienna w treści książka – pt. „Hauptmaniana”.
Hauptmann był wprawdzie wielkim dramaturgiem (nawet laureatem nagrody Nobla, poświęciłem mu swoją pracę magisterską), ale w poglądach społeczno-politycznych był nieprzychylny Polakom i Polsce. Karol Koczy w swojej książce to przedstawił, a ja świadomie chciałem na to zagadnienie zwrócić Czytelnikom uwagę.
Jeden z pierwszych „większych” moich artykułów – już pod własnym nazwiskiem – ukazał się w Głosie Szczecińskim (z datą 27/28 marca 1971) i miał tytuł: „Program na dziś i jutro”! (Byłem już wtedy dyrektorem Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie).
Napisałem go m.in. dlatego, gdyż ZAWSZE po objęciu nowej, ważnej funkcji w życiu publicznym, formułowałem swoje zamierzenia na piśmie i publikowałem je, aby każdy kto chciał mógł – po jakimś czasie sprawdzić, czy to co planowałem, było przeze mnie zrealizowane.
To prawda, że od początku (dziś jestem z tego dumny!), chciałem mieć swój wkład w:
– repolonizację odzyskanego Pomorza Zachodniego,
– w budowę na Ziemiach Odzyskanych nowych tradycji kulturalnych,
przy jednoczesnej dobrosąsiedzkiej współpracy z Niemcami, choć głównie wtedy z NRD. (Ale także nawiązałem w tamtych latach kontakty z polonią berlińską, z której sam się wywodziłem, która miała swoje „stowarzyszenie” w Berlinie Zachodnim. W ten sposób można było poniekąd nawiązać współpracę… z NRF-em).
A później – już po wyjeździe ze Szczecina w 1973r. – kontynuowałem swoje pasje, konsekwentnie służąc książce w Centralnej „Składnicy Księgarskiej”, a potem w MKiS jako dyr. Departamentu Książki.
Dużą część swej aktywności zawodowej poświęciłem rozwojowi ruchu społeczno-kulturalnego i amatorskiej twórczości artystycznej (jako dyrektor COMUK).
Wspieranie rozwoju plastyki (objąłem wówczas funkcję dyrektora tego Departamentu w MKiS) było dla mnie dużym wyzwaniem, ale przede wszystkim ogromną przyjemnością służenia temu wspaniałemu środowisku. Potem otrzymałem propozycję szefowania „warszawskiej kulturze” i kilka lat byłem dyrektorem Wydziału Kultury stołecznego Magistratu.
Swoją pracę w MKiS zakończyłem jako dyr. Departamentu Książki. I tak historia zatoczyła koło. (Od praktykanta – gońca w księgarni, do dyrektora departamentu książki w Ministerstwie Kultury)!
A równolegle…
…RÓWNOLEGLE uprawiałem „publicystykę”, pisząc dalej recenzje, przeróżne artykuły problemowe i… wydając książki, m.in. Kirsta (którego ukazało się dużo tytułów i to w kilku wydawnictwach), ale i przekładając pisarzy wschodnio- i zachodnioniemieckich.
Zacząłem od klasyka, jakim w czasach ekspresjonizmu był Georg Heym, który w moim przekładzie ukazał się w zbiorze opowiadań (w wyborze prof. Huberta Orłowskiego), zatytułowanym „Sekcja”, (PIW, 1979).
Jednocześnie stałem się w tamtym czasie autorem kilku stałych rubryk, m.in.:
– w „Głosie Szczecińskim” – Kronika STK,
– w „Głosie Pracy” – rubryka recenzencka pt. „Spod księgarskiej lady”,
– w Expresie Wieczornym „ Warszawska kronika kulturalna”,
– w Warszawskim Informatorze Kulturalnym (WIK) dwie rubryki:
„Znani i cenieni” i
„Na księgarskim rynku” oraz
– w Pułtuskiej Gazecie Powiatowej (kiedy już dojeżdżałem do pracy w tamtejszej Akademii Humanistycznej), byłem autorem cotygodniowej rubryki o nowościach wydawniczych pt. – „Karol Czejarek poleca”.
W rubryce „Znani i cenieni” pisałem o wielu wspaniałych artystach, np.: o Wojciechu Siemionie (23. VI – 5. VII 1988r.), o Krzysztofie Gąsiorowskim (który był nie tylko wybitnym poetą, ale jednocześnie przewodniczącym Komisji Kultury st. Rady Narodowej i współinicjatorem do dziś trwającej – i oby jeszcze długo – Warszawskiej Jesieni Poezji).
Pisałem w tym cyklu także o wybitnych Osobowościach świata kultury, m.in. o Janie Kobuszewskim, Aleksandrze Śląskiej, Szymonie Kobylińskim, Zbigniewie Lengrenie, Bronisławie Tomeckim, Andrzeju Fogttcie – (jednym z moich ulubionych malarzy, obok Bronisławy Wilimowskiej i Marii Wollenberg-Kluzy).
A tak na marginesie dodam, że nikt wtedy nie chciał uwierzyć, że uda mi się (w stanie wojennym) wznowić Warszawski Informator Kulturalny! Przy okazji dziękuję za współpracę członkom Kolegium Redakcyjnego pisma: Januszowi Czechowiczowi, Elżbiecie Lechicz i Hannie Wiśniewskiej.
W rubryce „Spod księgarskiej lady” co tydzień – przez kilka lat – ukazywały się recenzje 3 książek (ze świata, Polski, dla młodzieży i dzieci + 1 płyta).
W warszawskich „Pożegnaniach” Gazety Wyborczej ukazały się m.in. moje wspomnienia o Piotrze Kuncewiczu, Jerzym Grzegorzewskim, Andrzeju Kreutz-Majewskim, Wojciechu Żukrowskim, Urszuli Plewce-Schmidt, Krystynie Mieszkowskiej-Daleckiej, Janie Szyrockim (słynnym dyrygencie Chóru Politechniki Szczecińskiej) i wielu, wielu (aż blisko 200 osób!) innych.
Ale wracam jeszcze do swoich „publicystycznych” początków. Któregoś dnia – pisanie stałego felietonu zaproponował mi także Władysław Machejek, szef „Życia Literackiego” i Jerzy Putrament z Janem Koprowskim (Naczelny i jego zastępca tygodnika „Literatura”), bym… i dla nich pisał. Możliwie „jak najczęściej”. I pisałem!
I to nie tylko „Życia Literackiego”, czy „Literatury” (co łatwo sprawdzić przeglądając „stare” roczniki tych czasopism), ale także do „Tygodnika Kulturalnego”, „Księgarza” i kilku innych gazet codziennych, tygodników, miesięczników, kwartalników i roczników, w tym także do „Pułtuskiej Gazety Powiatowej”.
Pisanie do tej Gazety podjąłem (z inicjatywy red. Lecha Chybowskiego, b. dziennikarza Telewizyjnej „dwójki”), który szefował Notatnikowi Kulturalnemu tejże gazety. Praca była satysfakcjonująca, mam na myśli służenie wprost „powiatowemu” Czytelnikowi i… miastu naszpikowanemu inteligencją z racji istnienia w Pułtusku Akademii Humanistycznej, bardzo popularnej przez wiele lat w Polsce (i nie tylko w Polsce) Uczelni. Miała ona szerokie kontakty z wieloma uczelniami zagranicznymi. (Szkoda, że w momencie, gdy piszę te słowa – ta ważna dla regionu i Polski placówka już nie istnieje).
Do wspomnianej wyżej Gazety (PGP) pisywałem nie tylko recenzje, ale i poważniejsze artykuły problemowe, jak np. „Jaki powinien być współczesny Europejczyk? ” (w oparciu o ankietę przeprowadzoną wśród swoich studentów, w związku z prowadzonym przeze mnie na tej Uczelni wykładem monograficznym o globalizacji i UE (w numerze PGP z dn. 3. 01. 2012r.).
Artykuły, które wywołały dość szeroki odzew Czytelników PGP były też eseje nt. „Czy stereotypy przysłaniają rzeczywisty obraz Niemiec i Niemców?” (10. O2. 2012), „Polska i Niemcy w UE”, a także „O Unii Europejskiej w związku z kryzysem w strefie euro” (3. 07.2012).
Satysfakcję przyniosła mi także recenzja książki „Niemcy i Polska w antologii poezji polskiej” autorstwa prof. Piotra Roguskiego, późniejszego prezesa zarządu Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych AH, w którymi ja pełniłem funkcję sekretarza generalnego.
W tym „podsumowaniu” NAWAŻNIEJSZE jest to, że wszystko o czym pisałem (jeśli chodzi o treść) – „nie zestarzało się”! Także pisane (z inspiracji Zenony Macużanki) recenzje książkowe do redagowanych przez Nią „Nowych Książek”!
W mojej wdzięcznej pamięci wciąż zachowuję WIELKI SZACUNEK dla wielu nazwisk, w większości pracujących „w latach dziś niechcianych”, przed rokiem 1990. Dość przypomnieć nazwiska osób, kierujących wówczas wyżej wspomnianymi pismami, jak m.in. Władysław Machejek, Jerzy Putrament, Jan Koprowski, Wiesław Rogowski, Andrzej Wasilewski – (dyr. i Red. Nacz. PIW-u), Andrzej Kurz – (dyr. Wydawnictwa Literackiego, a później szef Telewizji Polskiej) czy Wojciech Pykosz, Bogdan Rogatko, Maria Malatyńska z „Życia Literackiego”. Również Barbara Przybyłowska i Zofia Rybicka z PIW-u, Adam Kaska z wydawnictwa MON, Michał Sprusiński i Stanisław Bębenek z „Czytelnika”, Tadeusz Hussak, red. nacz. „Księgarza” i wspomniany już Lech Chybowski – szef „Notatnika Kulturalnego w Pułtuskiej Gazecie Powiatowej”.
Dumny jestem, że miałem zaszczyt z tymi ludźmi aktywnie współpracować i spotykać się. Za to JESTEM I POZOSTANĘ im do końca swych dni OGROMNIE WDZIĘCZNY!
Również obecnemu Redaktorowi Naczelnemu „Przeglądu Dziennikarskiego” – panu dr Pawłowi Rogalińskiemu! W swoim dorobku „Przeglądowym” mam już ok. 150 artykułów! Wystarczy kliknąć: http://przegladdziennikarski.pl/author/karolczejarek/, aby się o tym przekonać, ocenić moje pisanie i wyrazić swoją opinię w rubryce znajdującej się pod tymi artykułami. (Do czego zachęcam)!
Jeśli chodzi o „Przegląd Dziennikarski” – to korzystając z okazji podkreślę, iż staramy się, aby stał się (choć w dużej mierze JUŻ JEST) magazynem internetowym dla osób związanych ze światem polityki, kultury, nauki, sztuki i… „biznesu”. (Nie reklam, żeby nas właściwie zrozumieć, ale „istoty biznesu”, dającego ludziom pracę, a tym samym środki do życia. Stwarza możliwość realizacji celów w duchu i poszanowaniu podstawowych praw człowieka)! I mam nadzieję, że PD jest i nadal będzie takim pismem! Czego sobie, dr. Pawłowi Rogalińskiemu i WSZYSTKIM współpracującym z naszym magazynem życzę!
Jeszcze wrócę do początków swojego „pisania”, gdy pracowałem i mieszkałem w Szczecinie. A wszystko zaczęło się od napisania artykułu (który potem ukazał się w „Głosie Szczecińskim” pod tytułem „Program, który tworzy życie” (21.11. 1969r.) Gdy zaniosłem go do Redakcji – nie wydrukowano go od razu, pouczając mnie, że „programy tworzy – panie Karolu – partia, a nie jacyś tam społeczni, indywidualni działacze kultury”!
Zmartwiony, wróciłem do księgarni, pożaliłem się bliskiemu znajomemu (dziś mogę powiedzieć komu – mec. Romanowi Łyczywkowi, prezesowi Klubu Bibliofilów), który doradził mi – czego nigdy nie zapomnę – żebym odczekał kilka dni i zaniósł ten artykuł (niczego w nim nie zmieniając) ponownie do Redakcji.
Tak zrobiłem!
WTEDY od ówczesnego Naczelnego usłyszałem „no widzi Pan, warto było nad tekstem jeszcze popracować, gdyż teraz to on ma „ręce i nogi”.
Podobną historię przeżyłem kilka lat później, gdy do PIW-u przyniosłem swoje pierwsze tłumaczenie Georga Heyma, a tam ówczesna zastępczyni red. nacz. p. Barbara Przybyłowska, zapytała mnie, jaki już mam dorobek w zakresie przekładów? „Żadnego” odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a Ona na to „ i od razu przychodzi Pan z tym do PIW-u”?
Zostawiłem Jej tekst, a po kilku miesiącach zobaczyłem, że jest wydrukowany i otrzymałem jeszcze honorarium (gdyż wtedy płacono tłumaczom i „dorywczym dziennikarzom” (takim jak ja), ZA ICH PRACĘ. Dziś za to samo na ogół nie ma gratyfikacji!
Na początku swej kariery – nazwijmy to – „publicysty” pisałem dużo o społecznym (REGIONALNYM) ruchu kulturalnym, skupionym w Szczecińskim Towarzystwie Kultury. (Bo w skali kraju było to coś absolutnie nowego!). Moje teksty dotarły nawet do Warszawy, gdyż któregoś dnia zaproszono mnie do Ministerstwa Kultury i Sztuki (za ministra Lucjana Motyki), abym o swojej działalności w STK opowiedział na zebraniu aktywu kulturalnego z całej Polski, które odbyło się w ministerstwie.
Oto jeszcze kilka tytułów moich artykułów z tego okresu:
„Nadchodzą pierwsze prace konkursowe” (na mega konkurs STK pt. Dzieje Szczecińskich rodzin w XX wieku” (Głos Szczeciński z d. 26. Xi. 1969r.),
„Ziemia Chojeńska”, recenzja jednej z pierwszych wtedy książek regionalnych, wydawanych przez powiatowe towarzystwa społeczno-kulturalne sfederowane w STK. (Napisałem podobnych recenzji sporo, szczególnie na temat „powiatowych” publikacji w województwie szczecińskim).
Pisząc w „Głosie Szczecińskim”, dostałem po jakimś czasie propozycję redagowania (już jako germanista) nie tylko cotygodniowej „Kroniki STK”, ale i regularnego pisania do rubryki „Nad Odrą i Łabą” (o zagadnieniach dotyczących NRD i RFN).
Co stanowiło treść „Kronik STK”? Np. w „kronice” z dnia 26 listopada 1969r. znalazła się informacja o Towarzystwie Miłośników Ziemi Kamieńskiej i potrzebie rozwijania badań naukowych rozszerzających wiedzę o tej części regionu. Zamieściłem też dłuższą informację o posiedzeniu prezydium STK i powołaniu przez nie aż 7 Komisji Problemowych, m.in. „wiedzy i techniki”, „upowszechniania sztuki”, „regionalnej polityki wydawniczej”, „upowszechniania kultury”, „rozwoju szczecińskich festiwali”, „odbudowy Zamku” oraz „estetycznego zagospodarowania województwa”.
Po pewnym czasie, w „Głosie Szczecińskim” zacząłem prezentować „Książkę Tygodnia”. M.in opublikowałem w tej rubryce recenzję książki „Literatura nienawiści i pogardy” poznańskiego germanisty Jana Chodery (Głos Szczeciński, 3-4 stycznia 1970). Zainspirowała wówczas dość szeroką dyskusję o sprawach „polsko-niemieckich”, a w rubryce „Za Odrą i Łabą”, już kilka miesięcy wcześniej ukazał się mój artykuł pt. „Refleksje i wnioski po wyborach w NRF” (Głos Szczeciński, z d. 27.10.1969r.).
Dużą poczytność uzyskały też moje artykuły, m.in. na temat: „IV Festiwalu Krótkometrażowych Filmów Morskich – jako „IMPREZY DLA MILIONÓW” (Głos Szczeciński, 3.IX.1969), jak i artykuł pt. „Po IV Festiwalu Młodzieży Akademickiej pt. „ DOBRA FAMA” (Głos Szczeciński, 21. 08. 1969).
Z nieskrywaną dumą napisałem też recenzję o ukazaniu się, wtedy już czwartego numeru „Vinety” – szczecińskiego kwartalnika kulturalnego, pisma szczecińskiego środowiska literackiego i działaczy STK.
Sięgam pamięcią do nazwisk, autorów tego numeru, którzy do dziś pozostali w annałach szczecińskiej i polskiej kultury: Piotr Zieliński (napisał wówczas porywający reportaż o bitwie pod Siekierkami, która – jak wiadomo – pochłonęła tysiące ofiar); Wojciech Myślenicki, „szczeciński” historyk, zaprezentował w tym numerze Vinety, m.in. „Dynastie słowiańskich tradycji na Pomorzu Zachodnim”; znakomity był też w omawianym numerze esej Stanisława Telegi o „Nadmorskiej trylogii Żeromskiego”, a także artykuł Adama Radajewskiego o „Malarstwie realistycznym i wyobraźni”!
Dążyliśmy w tamtych latach w STK (którego – przypomnę – byłem sekretarzem zarządu i jednocześnie dyrektorem Biura), najpierw do stworzenia „Vinety” (redagowanej przez Ireneusza Gwidona Kamińskiego), a potem – marzyło się nam (i po jakimś czasie udało) – stworzyć pismo społeczno-kulturalne o randze ogólnopolskiej, które otrzymało tytuł „Spojrzenia”. Jego naczelnym redaktorem został znany pisarz – Ryszard Liskowacki.
W „Vinecie” debiutowali znani do dziś w kraju literaci, m.in. Zbigniew Kosiorowski, wspomniany już Ryszard Liskowacki, także poeta Ireneusz Krzysztof Szmidt, Jerzy Mazurczyk, Piotr Zieliński i wielu innych.
Zdarzało się, że moje artykuły trafiały nawet na 1. stronę „Głosu Szczecińskiego”, tak było np. w przypadku artykułu pt.
„W rocznicę podpisania Układu Poczdamskiego” (Głos Szczeciński z dn. 1. 08. 1969r. czy „Gospodarski rachunek potrzeb i możliwości” (Głos Szczeciński, 8.07. 1969), a jako „Książka Tygodnia” na 1. stronę trafiła też recenzja książki prof. Tadeusza Białeckiego „O przesiedleniu Niemców” („Głos Szczeciński, 26/27. lipca 1969r.).
Osobiście cenię sobie artykuł z maja 1969r. otwierający „Głos Kultury” (cotygodniowy dodatek do „Głosu Szczecińskiego”), który miał tytuł „Owoce zaangażowania”, a dotyczył organizacji szczecińskich „Świąt książki” i zainicjowaniu przy księgarniach, domach kultury i bibliotekach w całym województwie „Klubów Miłośników Książki”!
Już wtedy napisałem: „Przy okrągłym stole” („Głos Kultury”, kwiecień 1969), opisując inicjatywę organizacji, wzorem Kamienia Pomorskiego, takich „OKRĄGŁYCH STOŁÓW” w sprawie bieżących problemów rozwoju kultury w każdym powiecie!
(Chodziło o wiązanie „młodej inteligencji” wykształconej już po wojnie, na wyższych uczelniach w Szczecinie, by pozostawali i pracowali po studiach na rzecz rozwoju swoich „polskich” już miejsc urodzenia! Byli bowiem, po przesiedleniu ich rodziców z Kresów na odzyskane Ziemie Pomorza Zachodniego, pierwszym POLSKIM pokoleniem! (NIEDAWNO ukazała się m.in. na ten temat arcyciekawa książka prof. Zbigniewa Kosiorowskiego pt.: „Zapodziani”).
Podam (zbliżając się do końca tego odcinka) jeszcze kilka tytułów moich artykułów opublikowanych w „Głosie Szczecińskim” tematycznie związanych z działalnością w STK:
„Lata dobrej roboty” (o Stowarzyszeniu Kulturalnym Ziemi Wolińskie),
„W służbie regionu” (o 5-leciu Szczecińskiego Towarzystwa Kultury),
„Gdzie są szczecińskie książki?” (o szczecińskim środowisku literackim i jego publikacjach),
„Program trzeba realizować” (w trosce o nowe kadry dla kultury i rosnących apetytach na poziom życia kulturalnego w województwie),
„W oparciu o społeczne uczestnictwo” (następuje rozwój kultury regionalnej!),
„Młoda inteligencja powiatom” (o potrzebie zatrudniania absolwentów wyższych uczelni Szczecina w powiatach i gminach województwa),
„O laureatach nagród kulturalnych w województwie” (o ich konkretnych zasługach w tworzeniu nowych tradycji kulturalnych i wpływu na rozwój miejscowych środowisk twórczych: literatów, artystów plastyków, kompozytorów i muzyków, bibliotekarzy i księgarzy).
ZAWSZE O TYM PIĘKNYM MIEŚCIE BĘDĘ MÓWIŁ I PISAŁ DOBRZE! Potwierdzają to moje artykuły opublikowane (w szczecińskiej Gazecie Wyborczej) z początkiem roku 2008 jak np.:
„Jestem Szczecinianinem, a nie byłym” (marzec 2008),
„O Szczecinie – widziane z Warszawy” (2/3. 02. 2008r.),
„Szczecinianin – to brzmi dumnie” (także artykuł pochodzący z lutego 2008r.).
Zakończę tę daleko niepełną wyliczankę, jeszcze jedną „Kroniką STK” (z dnia 31. 12. 1969/1.01. 1970), którą poświeciłem wówczas działalności Towarzystwa Przyjaciół Szczecina, także zbiorowego członka STK oraz oddziałowi Myśliborskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w Barlinku, w którym otwarto wtedy Izbę Pamiątek Pomorza Zachodniego (głównie z przeznaczeniem dla turystów spędzających swoje urlopy nad tamtejszym pięknym jeziorem). Chwaląc – przy okazji – działaczy społecznych, m.in. Władysława Narożyńskiego i Czesława Paśnika oraz działaczy (gdyż zasłużyli na to) z Sitna, Płonny, Mostkowa i Dziedzic.
Publikowałem nie tylko w Głosie Szczecińskim, także m.in. w tygodniku „Jantar”, pisząc w nim np.
– o swoich refleksjach po spotkaniach z Polonią amerykańską (18 czerwca 1972),
– o udanym tourne do USA Chóru Politechniki Szczecińskiej (jednego z najlepszych amatorskich wtedy chórów świata (!). (Artykuł ukazał się w numerze 24 (736) „Jantaru” z datą 11 czerwca 1972 r.
4 czerwca 1972 r. m.in. w artykule „Z Chórem przez Atlantyk” napisałem:
„… W hallu przylegającym do komory celnej nowojorskiego lotniska oczekiwał nas (bo miałem ogromny zaszczyt towarzyszyć Chórowi w tym wyjeździe), Jim BJÖRGE i inni przedstawiciele organizatorów Światowego Festiwalu Chórów, gdy nagle stojący opodal mnie Amerykanin (na pewno polskiego pochodzenia) głośno powiedział … „O, jacy ładni i młodzi i jak dobrze ubrani! To wy jesteście z Polski?”. „Tak, proszę pana, ZE SZCZECINA!”… głośno, z nieukrywaną dumą odpowiedziałem
Ciepło mi się robi wokół serca, gdy wracam pamięcią do tamtych dni: TO BYŁ DLA MNIE WYJĄTKOWY WYJAZD, który… opisałem w szczegółach m.in. w artykule
„Kopenhaga a’ la minute” (Jantar, 26.03. 1972), otrzymując po jego ukazaniu się wiele listów, nie tylko ze Szczecina, ale i z Koszalina, Gdańska – z miast, które „Jantar” wtedy też obejmował swoim zasięgiem czytelniczym.
Dyskusji doczekałem się też po jednym moim z moich wcześniejszych artykułów w poprzedniku „Jantara”, w „7 Głosie Tygodnia” zatytułowanym „Decyduje baza” („7 Głos Tygodnia”, nr 44/704, 31 października 1971) .
Zaglądam do niego w tej chwili – po latach, gdy piszę to wspomnienie – i dumny jestem, że niczego bym w nim (w jego ogólnej wymowie) nie zmienił. A minęło od tamtej chwili ponad 50 lat, gdy m.in pisałem te słowa:
„Sprawą otwartą dla Szczecina pozostaje budowa nowych obiektów dla rozwoju i upowszechniania kultury, obok Zamku – Filharmonii, Opery, Amfiteatru w Parku Kasprowicza…” I one przez minione lata tam, gdzie się Polska zaczyna – rzeczywiście POWSTAŁY!
Rola prasy, wolnej publicystyki, przez lata się nie zmieniła i bez względu na ustrój powinna być kontynuowana.
(Zaglądam jeszcze do stopki redakcyjnej tamtych wymienionych pism i odnajduję autorów i redaktorów, których nadal wysoko cenię, jak m.in. Henryka Mąkę, Tadeusza Kamińskiego, Leona Zeitmana, Stanisława Rakowskiego, Bogdana Czubasiewicza, Jerzego Mazurczyka, Stefana Janusiewicza, Jarosława Szymkiewicza, Mariusza Czarnieckiego, Wiesława Rogowskiego i mógłbym wymienić jeszcze wielu, wielu innych. Mieli znakomite pióra i odwagę pisania!
Pisywałem wówczas także m.in. do „Wiadomości Zachodnich”, tygodnika „wiejskiego” obejmującego swoim zasięgiem nie tylko województwo szczecińskie, ale i koszalińskie. I w nim także miałem swoje publikacje, jak np. „Oceny i propozycje”. No i oczywiście pisałem też do ukazującego się do dziś – „KURIERA SZCZECIŃSKIEGO”, w którym ukazały się m.in. moje artykuły:
„Szermierze języka polskiego”,
„Młoda inteligencja – zadania, potrzeby, aspiracje”,
„Z potrzeby umysłu i serca”,
„Kształt szczecińskiego ruchu regionalnego”,
– to tylko niektóre artykuły, które przechowuję również „na pamiątkę” w swoim archiwum domowym, oprawione w twarde okładki wraz całymi gazetami, w których się wtedy ukazywały.
Namawiam przy okazji do naśladownictwa tego typu hobby, do którego chętnie „po latach” się wraca!
Zamykając „okres szczeciński” swojego „pisarstwa”, podam jeszcze kilka tytułów, do których także chętnie wracam. Jak m.in. do cyklu swoich odpowiedzi na ankietę
„Jaki teatr i kiedy” (Głos Szczeciński, 16.06.1972),
artykuł o wystawie „Karykatury Edmunda Mańczaka” (także z dnia 16. 06. 1972), a przede wszystkim do…anonsów prasowych, które ukazały się w związku z przyjazdem do Szczecina ówczesnego Ministra Kultury i Sztuki Lucjana Motyki. Uczestniczył w posiedzeniu prezydium STK i objął swoim protektoratem zakończenie odbudowy Zamku Książąt Pomorskich, o czym ówczesna prasa rozpisywała na pierwszych stronach, m.in. „Głos Szczeciński” ( 22 września 1970 roku).
Miałem zaszczyt zaprezentowania wówczas p. Motyce – jako dyr. Wydziału Kultury Prez. WRN – projekt poszczególnych etapów odbudowy Zamku Książąt Pomorskich do roku 1977.
Przy okazji przypomnę, iż projektantem odbudowy Zamku był (o czym mało kto dzisiaj pamięta), inż. Stanisław Latour, a realizatorem budowy– szczeciński oddział Pracowni Konserwacji Zabytków, na czele z jego dyrektorem inż. arch. Zdzisławem Drankowskim.
(Obaj wymienieni Panowie byli także działaczami STK, a Towarzystwo i jego przewodniczący – Marian Łempicki, ówczesny wojewoda szczeciński nieustannie zabiegali o uznanie ZAMKU za obiekt o wadze wyjątkowej, jako swoiste centrum kulturalne oddziałujące na cały region Pomorza Zachodniego. Co stało się zresztą faktem!
Chciałbym w tym miejscu wymienić jeszcze kilka nazwisk (alfabetycznie, gdyż wszyscy BYLI BARDZO WAŻNI, utalentowani i zasłużeni dla rozwoju polskiej kultury):
Bartosiak Hanna (dyrektor Biblioteki na Zamku w Nidzicy), Bieńkowski Tadeusz (prof., który recenzował wiele prac mgr moich studentów), Biliński Lucjan i Paliński Edward (odpowiedzialni za rozwój czytelnictwa w MKiS), Czochara Stanisław – współtwórca doskonalenia tłumaczy, Czochralski Jan, autor m.in. Gramatyki niemieckiej dla Polaków, Dejna Kazimierz, piłkarz który komentarza nie potrzebuje, podobnie jak Królak Stanisław, czy Paradowski Janusz; Duszak Anna, zasłużona dyrektorka ILS UW, Gąsiorowski Krzysztof, poeta, Kopyt Edward b. dyr. Domów Kultury w MKiS, Koczy Karol, wybitny germanista i tłumacz, Namowicz Tadeusz, prof. po którego śmierci kontynuowałem wykład w ILS o literaturze i kulturze niemieckiej, Rogowski Wiesław, przedwcześnie zmarły pisarz i publicysta i działacz społeczny, Krodkiewska Wiesława, znawczyni muzyki, zasłużona pracowniczka COMUK, Wilimowska-Szlekys Bronisława, „malarka Warszawy”, Werbanowski Jacek, szef galerii wystawowej SDK, Żukrowski Wojciech, b. m.in. prezes ZLP.
Więcej osób w tym miejscu nie wymienię, gdyż jest ich kilkadziesiąt! Ale uważam tę „publicystykę” za niezwykle ważną…
Ciąg dalszy nastąpi i będzie miał tytuł
„O moich książkach, przekładach i artykułach o charakterze naukowym”






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)





Podejście do pracy bywa różne, mechaniczne (jak przy monotonnym naciskaniu guzika automatu wytłaczającego jakiś element), lub szablonowe jak na stanowisku kierowniczym (przyjmowanie odgórnych dyrektyw i nie budzące sprzeciwu decyzje. Odnajdywanie na biurokratycznym polu własnych pasji, możliwości i ludzi gotowych podjąć wysiłek, nadawanie wszystkiemu realnego kształtu jest sztuką. To treść autobiografii Karola Czejarka. Jakby zawstydzony ilością dokonań, próbuje ukryć się wraz ze swoją bezinteresowną życzliwością, w cieniu ludzi podobnie myślących. I jak się okazuje tacy są, więc dlaczego jest jak jest?
Ewa Łastowiecka