„Za Gierka było lepiej!”

0
25

Wreszcie się zdecydowałem: jadę do Polski. Na krótko, tylko dwa tygodnie. Zaproszono mnie do Białegostoku na konferencję komputerowa. To pierwszy raz od szesnastu lat. Znajomi, którzy częstotliwość podróży do Kraju kojarzą z patriotyzmem, uważają mnie pewnie za zdrajcę. Dlaczego nie pojechałem wcześniej? Po prostu nie miałem po co, nikt mnie tam nie zapraszał, rodziny prawie nie mam i nie stać mnie na zamorskie wycieczki.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Za oceanem” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Wszyscy mówili: jedź, zobaczysz, jak tam się zmieniło. Problem w tym, że dobrze wiedziałem, że się zmieniło i co. Ale wreszcie pojechałem (1999), jestem TU. Muszę wyznać, że Warszawa robi trochę smutne wrażenie: małe, biedne, zacofane miasto Europy Wschodniej. Oczywiście widać postęp, ale trzeba nam będzie jeszcze dwudziestu lat na odrobienie tego, co komuna zrobiła z tego kraju.

Trudno porównywać Warszawę z Meksykiem, głównie przez brak proporcji: dwa miliony i ponad dwadzieścia milionów mieszkańców. Poza tym w Polsce ludność jest etnicznie prawie jednorodna. W Meksyku ludność jest tak różnorodna i przemieszana, że trudno powiedzieć, kto jest przeciętnym Meksykaninem. Nawet gdyby ktoś po długich badaniach i obliczeniach wykoncypował definicję przeciętnego Meksykanina, okazałoby się, że nikt jej nie spełnia. Różnice w poziomie życia są ogromne, od skrajnej nędzy do ogromnego bogactwa.

Można by porównanie odnosić do „niższych warstw klasy średniej”, do których zaliczają się pracownicy nauki i nauczyciele akademiccy. To porównanie jest niezbyt pocieszające: stopa życiowa wykładowcy uniwersyteckiego w Meksyku jest około cztery razy wyższa od jego odpowiednika w Polsce (lata dziewięćdziesiąte). Co do kultury „na co dzień”, mamy dużo do odrobienia. Polaków uczono nienawiści (z drobnymi przerwami) od ponad dwustu lat i skutki widać jeszcze na ulicy, w sklepie czy w biurze. Pod tym względem jest pewna poprawa. Taksówkarze są na ogół uprzejmi (w porównaniu z tym, co działo się przedtem).

Kraków wygląda trochę lepiej. Rynek (jedna z największych knajp Europy) jest piękny i żywy. Mnóstwo klubów jazzowych i innych przyjemnych miejsc. Co łączy Kraków i Warszawę, to ogólne niezadowolenie. Wszyscy narzekają i szukają przyczyn swych niepowodzeń z dala od siebie. Co jest smutne, to to, że zawsze znajdzie się jakaś glista, która powie: za Gierka było lepiej! Jest to poniekąd zrozumiałe: kto przez wiele lat żył w gnojówce i czerpał z niej pożywienie, temu teraz będzie czegoś brak.

Dziwi mnie tylko to, że ktoś, kto zarabiał w czasach komuny pięćdziesiąt dolarów miesięcznie (pewnie zawyżam), mógł w rozmowach z innymi tylko chwalić reżim i aby kupić wydzielony kawałek mięsa, musiał stawać w kolejce o piątej nad ranem (spędzałem tak długie godziny życia w Krakowie w 1981), krzyczy teraz na całe gardło, że dzieje mu się krzywda. Używam równowartości dolarowej, ponieważ wtedy (koniec lat siedemdziesiątych) żywność już pojawiła się w „Pewexie” za dolary. Ta rodzina (konkretny przypadek), zarabia teraz równowartość tysiąca dolarów (mąż i żona), jeździ dobrym autem i wakacje spędza w Hiszpanii lub na Wyspach Kanaryjskich. (…)

To zawsze przyjemnie spotkać starych przyjaciół, zwłaszcza po szesnastu latach. Wiedziałem, że niektórzy już nie żyją, inni zdziwaczeli lub wyjechali w dalekie kraje, jak ja.

W Krakowie nie potrzeba adresu ani telefonu, by kogoś odnaleźć. Wystarczy wyjść na rynek. Tak też spotkałem wiele osób. Naturalnie, mój krąg znajomych to przeważnie muzycy, jazzmani. Pod względem zainteresowania jazzem i poziomu muzycznego wyprzedzamy Meksyk znacznie. Mnóstwo w Polsce klubów i miejsc, gdzie się gra i słucha. Jasiu Muniak, mój stary przyjaciel, ma piękny klub w piwnicy na Floriańskiej. Poszedłem tam od razu. Pożyczył mi swój saksofon sopran, mogłem trochę pograć z jego grupą. Jasiu ma już swoje lata, ale gra pięknie, myślę, że coraz lepiej. Klub prosperuje dobrze, choć nie jest to dobry interes – na ogół pustawo; gdy grają pod koniec tygodnia, zapełnia się trochę. Znajomi tam nie przychodzą, raczej turyści. Jasiu mi to wyjaśnił:

Staszek. Widzisz, że nie chcą mnie tu odwiedzać. Myślę, że to dlatego, że już nie piję. „Jasiu nie pije, więc nie jest zabawny, jak dawniej”. Poza tym myśleli pewnie, że tu będzie bar otwarty dla przyjaciół, a tak nie jest, bo utrzymanie klubu kosztuje, z czegoś trzeba żyć i za napitki każdy musi płacić.

Potem, w przerwie pięknego zresztą koncertu, przysiadł się do mnie i zaczął opowiadać o sobie i o tym, co robi. Muszę powiedzieć, że był osobą najbardziej rozsądną i zrównoważoną, jaką spotkałem w Polsce. Nie stracił też nic z poczucia humoru, może czasem niezamierzonego. Jasiu żalił się na jednostajność życia, nie było to jednak narzekanie tak powszechne obecnie w kraju. Mówił z wielką powagą i skupieniem.

Wiesz, Staszek, ja teraz czuję się, jakbym pracował w kopalni. Codziennie ta sama droga z domu do klubu, granie, powrót tymi samymi ulicami. Mamy już swoje lata. Dawniej grając, czuło się ten entuzjazm, zapał do tworzenia, radość z tego, że nauczyłeś się czegoś nowego. Pamiętasz te lata. Grało się za frajer do rana, można było w ogóle nie spać, żyliśmy tą muzyką. A teraz to już nie to. Nie znajdujesz w tym tego zapału i tej satysfakcji, jaką miałeś dawniej. To tak samo, jak z jeb*niem.

Tym ostatnim stwierdzeniem wyjaśnił mi wszystko.

Co do grania jednak, nie bardzo się z nim zgadzam. Może szuka czegoś więcej, ale to, co robi, jest wspaniałe. Jest o klasę lepszy od chłopców, z którymi pracuje (mógłby być ich ojcem lub dziadkiem). Myślę, że mimo wszystko idzie stale do przodu, oby się nigdy nie zatrzymał.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKto daje i odbiera, czyli polska polityka
Następny artykuł„Polacy i Niemcy są na siebie skazani” (wywiad z Prof. Karolem Czejarkiem)
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here