Wznoszenie duszy (fragment książki „Anatomia istnienia”)

0
417
Autor fotografii: Grzegorz Przyborek

Tupanie, tupanie, tupanie i hop i siup, i hop i siup tu i tam w nogach, w muskułach nóg moich dusza wtedy mieszkała, nogi radością mą były, w nich kwintesencja bytu, wiat przemierzany, pościel skopana, ślady na piasku, salta, fikołki, przysiady, piłka kopana lewym kolanem, prawym kolanem. I te tupania: tup, tup, tup po podłodze drewnianej, po linoleum, po asfalcie, po babcinych schodach – och w nogach moich wtedy moja dusza mieszkała i tylko w nogach hop, hop, w podskokach, odbieganiu. W kucki, w berka, na trzepaku, tego dopędzić, tamtemu uciec. W zośkę, w piłkę, kamień kopać przed sobą na ulicy, puszkę, śmiecia, nogą tak się zamachnąć, że czasem bucik spadnie. Nie usiedzieć, nie usiedzieć, w podskokach od A do B podążać, dookoła słupa się obracać, tanecznie na obiad schodzić, jak źrebiątko przez podwórze biec.

[Fragment z książki „Anatomia istnienia”, Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014]

I nie żeby mnie to bieganie zmęczyło, ale jakoś z czasem inaczej duszę moją w nogach czułem. Mniej jej jakby w stopach było, więcej w kolanach, a najwięcej w udach. Aż po latach poczułem proces wstępowania duszy, w końcu śmiało rzec mogłem, że już absolutnie nie w całych nogach siedziała, ale jakby tylko w udach, udach napiętych, twardych, coraz wyżej i (co mnie srodze w zdumienie wprawiło, ale i jakąś ciekawość moją obudziło) wciąż wyżej jeszcze i wyżej się przemieszczała, łono moje włosem ciemnym porosło jakby to trawy podniosły się na łące od tego wiatru duszy wstępującej. Jędrność jakąś poczułem, co po nogach się pnąc podbrzusza sięgnęła.

Zaś dnia pewnego rzecz nastąpiła niezwykła, co mój wstyd, moją konsternację… ach nie przyznawałem się nikomu, to i owo poczytałem z wypiekami na twarzy. A dusza nieubłaganie tam i nigdzie indziej się osadzała, tam sobie mościła siedlisko, tam już panem była na włościach, a jej rozkazy świętością. Pal, bukszpryt, maszt, lufa, obelisk, tyka, dyszel, metalicznej twardości słup, klin świat rozcinający, jego wnętrze usiłujący zbadać poprzez zagłębienie – taki był adres duszy mojej na owe czasy. Lancą był mój członek, młotem rozwścieczonym, w nim dusza cała moja bez wyjątku mieszkała i o jądra zapierając się plecami tłukła, waliła świat wszystek raz po raz tryskając, a po wytrysku nie potrzebując czasu długiego, by na powrót się sprężyć i w gotowości stanąć.

Dusza w męskości mojej zakotwiczona rękami gestykulowała, głos podnosiła, tym i owym wielce się przejmowała, z innymi kłóciła i wciąż o coś walczyła. W męskości mojej osadzona sztywnością poglądów się uwidaczniała, ale i wytrwałością, i brakiem pozwolenia na to, aby w kaszę mi ktoś dmuchał o sile swojej świadczyła. Jędrnie zakwaterowana, pewna siebie była, stukać pięścią w stół mi kazała i innym palcem grozić, gdy pas czynów dokonanych za mną się układał.

Tak się działo długo, długo, lat dziesięć, lat dwadzieścia, aż pewnego dnia pomyślałem sobie, że ho ho ho jak to dawniej to bywało, ho ho ho, co się wyprawiało, a teraz statystyka prężności jakby inna, częstotliwość inna, natężenie inne i że jakby mniej już spod podbrzusza świat ten podbijam, że jakoś inaczej go w sobie układam, nie poprzez samą twardą twardość chcę go pojąć, lecz w nowej perspektywie mi się jawi. I kobiet coraz mniej rozbieram wyobraźnią na ulicy, bo przedtem każdą jedną prawie – oooooh! Jakże zdzierałem siłą imaginacji z biustu wielkiego, z biustu średniego, z biustu małego tkaninę wszelką nie zważając na guziczki, zatrzaski, klamerki – teraz mało, oj mało co którą – choć z pewnością subtelniej, w większym znawstwem, z mniejszym ogniem, ale z większym uczuciem. To jednak – tak poczułem – w statystyce czystej wyrażając – spada na znaczeniu i że dusza moja jakby znów w górę się unosi, unosi żołądka sięgając. Bo oto począłem się zastanawiać, co do owego żołądka mojego wrzucam. Na stojąco jedzenie w marszu byle jak, byle czego, pośpieszne bez gryzienia połykanie, zaczęło mi przeszkadzać; ba – nie tylko niewygodnym ale i niegodnym się zdawało. Przystanąć w supermarkecie kazała mi dusza moja w górę wstępująca, czytać na serze, winie, maśle, etykiety dokładnie studiować: co, skąd, jakie, dlaczego.

Naturalność jadła i napojów ważną mi się stała. Chemią wszelką wzgardziłem i produktami przemysłu, który ze świętego pożywienia produkt uczynił, kolorem chorym go gwałcąc i substancją obcą. Gdy miód piłem – pszczole dziękowałem, gdy chleb jadłem – łany zboża w oczach mi tańczyły. Modlitwą było przy kuchni krzątanie i komunią posiłek. Każdy łyk wody był dla mnie pozdrowieniem świata, wigor górskich strumieni w nich czułem, głębię żył wodnych, ziemi sole. Wino sącząc światło słońca w siebie wlewałem. Z grochem, orzechami połykałem tajemnicę wielką jak z owych drobin roślina dorodna lub drzewo powstaje. W tłoczonej na zimno oliwie smażyłem dary ziemi i dobrze mi z tym było. I duszy mojej dobrze z tym było, ale naturze swej ulegając, a może też i z obawy, by jej długie w żołądku moim zasiedzenie w podłość smakoszostwa się nie przemieniło poczęła dusza moja wstępować do góry – to znaczy z żołądka do serca. Ja zaś dzięki temu jej lokum nowemu rzeczy dojrzałem, których żem wcześniej nie widział. O sprawiedliwości myślałem, o sensie, o tym, co trzeba i co nie trzeba.

Straszność obrazów strasznych do mnie dotarła, powszechność nieszczęścia przestała nieszczęście to jako blade tło postrzegać i postanowienie działania wymogła dusza moja na mnie samym w tej nowej ostoi. Lat kilka afrykańskie nade mną wygwieżdżało się niebo, czarna ręka z ręką białą za jeden sznur ciągnęły. Pragnienia zaznałem, jadła podłego, nocy czarnych i dni jak ołów cieknący, a dusza moja w sercu teraz mieszkała i sercem biła, i z tego serca wyskakując za gardło mnie chwytała raz po raz, bo od serca do gardła miała blisko, coraz bliżej, więc pomyślałem sobie, że znów ruch swój do góry poczęła i wiedziałem na dość dokładnie, że ruch ten jest nieustępliwy, odwieczny i nie należy mu się sprzeciwiać, lecz z ruchu tego czerpać i z nim się spolegliwie godzić i z nim rosnąć. Bo owe wznoszenie duszy jest mądre, dobre i nie znaczy utraty, ale zysk, więc nie z żalem ruch ten należy w sobie obserwować, ale wstępującej duszy dać się ponieść i na nowe miejsce poprowadzić i to nowe miejsce hołubić i nim cieszyć, je rozumieć i nim żyć, bo w każdym ogrodzie inne kwitną kwiaty.

Tak więc z łagodnym uśmiechem poddałem się duszy mojej wędrowaniu, a ona w ustach, w uszach, w oczach wzięła sobie kwaterę. Ale myli się kto sądzi, że tymże zmysły moje wyostrzyła – dziwna to dziwna była zmiana. Usta mówiły cicho i łagodnie, a najczęściej milczały, uszy słyszały niewypowiedziane słowa, a wzrok sięgał daleko przy zamkniętych powiekach. Potem w punkt jeden zbiła się dusza moja, gdzieś tak na czole ją czułem od wewnątrz. Nie zamierzała już ani tego, ani siamtego, ani owego, nie głosowała za, ani nie krzyczała przeciw. Jedną myślą jakby zdolna była przeszyć całość świata, na jedną igłę nabić zjawisk krocie.

W bieli włosów wyraził się ten ruch jej wstępujący, w czaszki miejscowym wyłysieniu, bo chociaż ciało moje ciężkie, ociężałe, to dusza jednak coraz bardziej lekka, jakby na powierzchni się unosząca, taka co głębię zna oceaniczną, ale po fali pływa, lekkością się cieszy. I żaden smutek nie dochodził do niej, ani żadna radość nadmierna, tak, że dusza moja w spokoju trwała, w równowadze spoczywała. Ptaki były jej braćmi i owady przyjaciółmi.

Lekką, jakże lekką była i wiedziałem, że dnia któregoś lekkość jej w połączeniu z odwiecznym ruchem wstępującym to tylko sprawić może, że uleci ode mnie – jako pas startowy przygotowała już sobie gładką łysinę. Ale niestraszne były mi te przygotowania, ta jej eteryczność, bom o jej ruchu wstępującym na dość już wiedział, aby w sobie do niego zaufanie wzbudzić, za towarzysza obrać, jemu zawierzyć, że nigdy nic złego nie przynosi, ale przeciwnie – duszy jest rośnięciem.

I gdy ponad mnie wzniesie się dusza moja, bo małość moja dalszego wstępowania zapewnić już jej nie zdoła, to cóż z nią się stanie? Wiedzieć to będę czy nie będę? Może w niebo uleci wysoko, chmurą się zakłębi, wiatr ją pogna gdzieś hen daleko, kto wie, deszczem na ziemię spadnie, ziemię zsiecze, o ziemię zadudni, a gdy słońce znów wyjrzy śmiech dziecka usłyszy, kroczki dziecka dudnieniu deszczu zawtórują, tupanie, tupanie, tupanie…

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPod lupą farmaceuty: krem L’Oreal Men Expert Hydra Power
Następny artykułPremier League: Manchester City zagra z Arsenalem Londyn
Tomasz Mazur
Ukończył etnologię na Uniwersytecie Ludwika Maximiliana w Monachium. Od trzydziestu lat żyje na emigracji w siedemnastowiecznym domu, w dawnym kompleksie klasztornym Benedyktynów nad Dunajem, w Dolnej Bawarii. Pracuje jako nauczyciel i tłumacz. Jest podróżnikiem - przemierzył Chiny rowerem, dwukrotnie Atlantyk niewielkim jachtem, Azję oraz Amerykę Południową z plecakiem na ramionach. W latach dziewięćdziesiątych debiutował artykułami na łamach „Przekroju” oraz prowadził własne wydawnictwo turystyczne (jest autorem przewodnika po Turcji). Przez długi czas zafascynowany był Indiami, czego owocem stała się przyjęta entuzjastycznie przez indologów (i nie tylko) książka „Mozaika indyjska” (Wydawnictwo Kurpisz, 2005 i 2009), nominowana w 2006 roku do Nagrody im. Beaty Pawlak. Najnowsza jego książka, „Anatomia istnienia” (Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014), w syntetyczny sposób zamyka lata doświadczeń jednego człowieka. Jest to zbiór esejów pisanych ręką dojrzałego mężczyzny, przedstawiający wnikliwy, wręcz anatomiczny obraz życiowych mechanizmów i procesów obejmujących wiele sfer życia: miłość, małżeństwo, chorobę, dojrzewanie i przemiany ciała, metamorfozy miasta i społeczeństwa. Życie uwolnione ze złożoności i sprowadzone do prawd prostych, przejawiające się w fundamentalnych dychotomiach rodzących konieczność mądrego wyboru.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here