Unia Europejska po Brexicie. Cofnąć się, aby lepiej skoczyć? (prof. T. Iwiński)

0
274

Generał de Gaulle – jeden z najwybitniejszych powojennych polityków naszego kontynentu – pomylił się, gdy mówił: „Sen o zjednoczonej Europie nie żadnych szans na realizację, z twardych jajek nie robi się omletu”.

Jeszcze za jego życia – od Planu Schumana, poprzez Europejską Wspólnotę Węgla i Stali oraz Traktaty Rzymskie rozpoczął się proces rozwoju unikatowego projektu integracji europejskiej. Ale już jakiś czas temu mój dobry znajomy, były minister w rządzie Tony’ego Blaira i przez 18 lat labourzystowski poseł do Izby Gmin, Denis McShane (urodzony jako Matyjaszyk) wydał książkę pod profetycznym tytułem „Brexit: How Britain Will Leave Europe” („Jak Brytania opuści Europę”). Zakładał wprawdzie, iż może dojść do tego po uprzednim Grexicie, a tymczasem Grecja – przechodząca przez głęboki, wieloletni kryzys finansowy – pozostaje w Unii, natomiast to obywatele dumnego Albionu, w rezultacie niespodziewanego wyniku referendum z 23 czerwca br., o tym właśnie zdecydowali.

Ta decyzja oznacza otwarcie swoistej puszki Pandory i oczywiście rozmaite scenariusze są teraz możliwe. Od (raczej mało prawdopodobnego) wystąpienia szybkiego „efektu domina” (w Danii, Holandii, Francji, Szwecji, czy Austrii) i głębokiego kryzysu UE, a nawet rozpadu – po jej znaczącą przebudowę, wyciągnięcie wniosków z widocznych słabości, a w finale narodziny nowej Unii, bardziej demokratycznej, mniej zbiurokratyzowanej i, trochę paradoksalnie, poszerzonej. Przecież w 820-milionowej Europie, obejmującej 50 krajów, do UE należy dziś tylko 28 członków (z 500-milionową ludnością), zaś kolejka chętnych do wstąpienia jest długa, by wspomnieć tylko państwa zachodnich Bałkanów, Turcję,czy Ukrainę.

Pomijając żartobliwe i chyba niestosowne interpretacje typu, że chodzi o sui generis rewanż za bitwę pod Hastings sprzed 950 lat (gdy armia Normanów Wilhelma Zdobywcy pokonała pospolite ruszenie angielskie dowodzone przez króla Haralda II), to widać jak na dłoni skalę błędów premiera Camerona, który decydował się na tak ryzykowne referendum z pobudek egoistycznych oraz partyjnych. To było zaledwie trzecie referendum w dziejach tego kraju – po tym z 1975 r., gdy zdecydowaną większością poparto przystąpienie Wielkiej Brytanii 2 lata wcześniej (wraz z Irlandią i Danią) do Wspólnot Europejskich i tym z 2011 r. na temat ordynacji wyborczej do parlamentu. Trzecie i o wielkiej wadze, gdyż nie można jej porównać np. z dwukrotnym odrzuceniem przez Norwegów w referendach propozycji przystąpienia do EWG, ani z trochę zapomnianą, a precedensową decyzją w referendum z 1982 r. mieszkańców Grenlandii o wystąpieniu z tej organizacji, co nastąpiło po 3 latach. I do dziś ta największa wyspa świata, z populacją niewiele ponad 50 tys.osób, będąca autonomicznym terytorium Danii, NIE należy do Unii, w przeciwieństwie do metropolii oraz innej, odrębnej jednostki administracyjnej, jaką są Wyspy Owcze.

Reperkusje tego, co się stało, są wielorakie i trudne niekiedy do przewidzenia. Po p i e r w s z e – pod znakiem zapytania może stanąć samo istnienie w dzisiejszej formie Zjednoczonego Królestwa. Większość Szkotów i Irlandczyków z północy wyspy opowiedziało się za pozostaniem w Unii. Szkoccy nacjonaliści i pani premier Nicola Sturgeon chcą powtórzenia referendum z 2014 r. (przegranego w stosunku 45% do 55%) i przystąpienia jako odrębne państwo do UE. Znaczące siły polityczne w Irlandii Płn. opowiadają się za zjednoczeniem z Eire (właściwą Irlandią). Nie jest do końca jasne, co zrobiliby Walijczycy (tak świetnie się spisujący na Euro 2016). Po d r u g i e – bez wątpienia zmniejszy się rola samej Unii en bloc i całej Europy w skali globalnej. W pewnym uproszczeniu mieliśmy dotąd do czynienia z czterema głównymi graczami na światowej szachownicy – USA, Chinami, Rosją i UE jako całością, nie pomniejszając rosnącego znaczenia Indii, Brazylii i stałej roli Japonii. Unia bez Albionu będzie niewątpliwie słabsza. Po t r z e c i e – nie wiadomo, czy i jaki (jeśli, to raczej negatywny) będzie wpływ osłabionej Unii na funkcjonowanie innych ugrupowań integracyjnych na różnych kontynentach. Integracja była i jest jednym z głównych wyznaczników procesu globalizacji (czy jak chcą Francuzi- mondializacji). Takie struktury, jak np. Unia Afrykańska (ale też regionalne, jak ECOWAS w Zachodniej Afryce), ASEAN w Azji Południowo-Wschodniej, MERCOSUR w Ameryce Południowej, a nawet Północnoamerykańska NAFTA, w sporym stopniu wzorowały się przecież na Unii Europejskiej.

Bodaj istotniejsze mogą być jednak reperkusje dla samej Unii i niektórych jej (zwłaszcza młodszym stażem, jak Polska) członków. Grozi nieformalny, a w czarnym scenariuszu sformalizowany (np. poprzez przyjmowanie odrębnego budżetu i tworzenie podstruktur) podział UE na 3 grupy państw, integrujące się z rożną prędkością:

a) członkowie założyciele (RFN, Francja, Włochy, kraje Beneluxu),

b) państwa strefy euro – poza powyższą szóstką jest ich jeszcze 13,

c) pozostała ósemka, odgrywająca – bez Wielkiej Brytanii – wyraźnie mniejszą rolę. Wyjście Albionu z UE (niezależnie od tego, czy będzie on w przyszłości – podobnie, jak Norwegia – wchodził w skład Europejskiego Obszaru Gospodarczego) nasuwa m.in. pytania o losy prawie miliona Polaków na Wyspach, czy o składkę brytyjską (jedną z największych – blisko 10 mld. euro rocznie), bez płacenia której wysokość środków przeznaczonych dla naszego kraju w obecnej, unijnej perspektywie budżetowej 2014-2020 mogłaby ulec redukcji. To wszystko wyjaśni się dopiero za jakiś czas, choć w pozytywnym scenariuszu negatywne reperkusje nie powinny dotknąć ani naszych rodaków już pracujących nad Tamizą, ani też w budżecie UE nie powstałaby „pobrytyjska dziura”, która by uniemożliwiła opłacenie ostatnich polskich faktur (termin finalny za tę siedmiolatkę upływa w roku 2023).

W marcu tego roku Philip Hammond, brytyjski szef dyplomacji, argumentował, iż jedyne państwo, które życzyłoby sobie, by Brytania opuściła Unię, to Rosja prezydenta Putina. Ten, moim zdaniem dość uproszczony, pogląd nad Wisłą został przyjęty niemal za aksjomat i zaczęto nawet powszechnie mówić o butelkach szampana otwieranych na Kremlu po niedawnym referendum. Sytuacja jest jednak bardziej złożona. Zadowolenie z tego, co się wydarzyło nad Tamizą jednoznacznie wyrażały siły prawicy nacjonalistycznej w Zachodniej Europie, jak np. francuski Front Narodowy. Rosjanie – jak należało oczekiwać – oczywiście milczeli. Władzom w Moskwie w aspekcie politycznym jest zapewne wygodniej negocjować z poszczególnymi członkami Unii niż z Brukselą jako całością, a Wielka Brytania jeśli chodzi o sankcje nałożone po aneksji Krymu i wojnie na Ukrainie, zajmowała zdecydowanie ostrzejsze stanowisko niż Niemcy, nie mówiąc o Italii, czy Węgrzech. Ale sytuacja jest nieco inna, jeśli chodzi o aspekt ekonomiczny. Pamiętajmy, że dla Rosji UE to partner gospodarczy nr 1. W roku 2015 Unia – mimo sankcji i spadających cen na ropę – eksportowała do Rosji towary za 136 mld. euro, a importowała za 74 mld. 75% inwestycji w Rosji także pochodzi z UE, zaś ponad 40% rosyjskich rezerw finansowych trzymanych jest w euro. Wreszcie, szczerze mówiąc, władze na Kremlu nie mają realnej alternatywy. Handel z Chinami, mimo wielu optymistycznych zapowiedzi ZMNIEJSZYŁ się w ubiegłym roku aż o jedną trzecią!

Pod wnioskiem o ponowne przeprowadzenie referendum na Wyspach zebrano już prawie 3 mln podpisów. Ale nie miejmy złudzeń – do tego nie dojdzie! Jak mawiał John Kennedy – „lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”. A więc Wielka Brytania, zgodnie z art. 50 pkt. 2 Traktatu Lizbońskiego, za kilka tygodni, albo najdalej do końca tego roku, złoży wniosek do Brukseli o wystąpienie z Unii Europejskiej, co formalnie nastąpi w ciągu dwóch lat, choć szczegółowe negocjacje, m.in. odnośnie do jej przyszłych relacji z UE, potrwają zapewne jeszcze kilka razy dłużej.

Wielu obywateli Albionu, podobnie jak w Polsce (sądząc choćby po wynikach ostatnich wyborów parlamentarnych), uległo argumentom o konieczności obrony suwerenności swojego państwa, właśnie w kontekście relacji z Unią Europejską. Polski Sejm przyjął ostatnio – głosami PiS i Kukiz’15 – specjalną rezolucję temu poświęconą. Warto więc powiedzieć jednoznacznie – NIE MA DZIŚ W ŚWIECIE ABSOLUTNIE SUWERENNYCH PAŃSTW. Nie są nimi nawet USA, Rosja, czy Chiny. Nastały czasy ZŁOŻONEJ WSPÓŁZALEŻNOŚCI, by użyć terminu który wprowadził prof. Joseph Nye jr. Nota bene – wbrew temu, co się niekiedy słyszy, nie jest też w pełni suwerenna KRLD (Korea Północna), ze względu na jej więzi z Chinami.

Procesy integracyjne są nieuchronne, choć oczywiście należy korygować ich tempo, charakter i kształt. Z polskiego punktu widzenia członkostwo w Unii Europejskiej gwarantuje rozwój oraz unowocześnienie naszego kraju. Jan Paweł II przed referendum w tej sprawie nad Wisłą ukuł hasło „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”, ale widać jakimi meandrami toczyło się przez te lata koło historii. Pojawiły się nowe wyzwania, związane np. z procesami migracji i wielokulturowości i na tym tle wzrost fali ksenofobii oraz nacjonalizmu. Bez wątpienia w Unii powinniśmy stosować Konwencję Genewską z 1951 r. odnoszącą się do uchodźców i uzupełniający ją Protokół Nowojorski z 1967 r., ale także obie regulacje Dublińskie, a wszystko to ostatnio często nie miało miejsca. UE powinna być też wyraźnie bardziej demokratyczna, m.in. poprzez zwiększenie roli Parlamentu Europejskiego.

Nie wykluczam tego, że za kilka lat – po refleksji i dyskusjach, po wyciągnięciu wniosków z tego, co się sprawdziło, a co nie – ujawni się konieczność przyjęcia nowego Traktatu Europejskiego. Dotąd było ich kilka i każdy z nich oznaczał jakościowo nowy etap rozwoju integracji europejskiej: Paryski (1951 r.), Traktaty Rzymskie (1957), z Maastricht (1992), Amsterdamski (1999), Nicejski (2001) oraz Lizboński (2007 r.).

Jedno z najbardziej plastycznych powiedzeń francuskich brzmi: „Reculer pour mieux sauter” („Cofnąć się,aby lepiej skoczyć”). Bez wątpienia wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to krok wstecz, ale może on za pewien czas pozwolić na lekko skorygowany integracyjny rozpęd. Jeśli chodzi o polski grunt, to nieodzowny jest do tego szeroki dialog sił społecznych, ale także tych politycznych, reprezentowanych zarówno w Sejmie, jak i w Parlamencie Europejskim. I to będzie nasz wkład do realizacji marzenia, o jakim wypowiadał się gen. de Gaulle.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here