Taxco, San Cristóbal, Chamula i Zinacantan

0
144

Nasza podróż rozpoczęła się od „srebrnego” miasta, Taxco (pełna nazwa Taxco de Alarcón).  Ten drugi człon nazwy dodano dla upamiętnienia pochodzącego z Taxco pisarza i dramaturga Juana Ruiz de Alarcón.

Miasto jest położone na zboczu góry, około 200 km od Mexico City, na wysokości 1800 metrów. Do dzisiejszego dnia istnieją tutaj czynne kopalnie srebra. Można tutaj spotkać wiele sklepów jubilerskich oferujących piękne ozdoby wykonane z tego kruszcu. Taxco położone jest u podnóża przepięknego wzgórza i uważane jest za jedno z meksykańskich miast, które najmniej zmieniło swój kolonialny wygląd. Hiszpanów, którzy pojawili się w tym „srebrnym” mieście w 1522 roku przyciągnęła legenda Azteków o bogatych źródłach mineralnych. I faktycznie, przez następnych 100 lat wydobywano tu z wielkim powodzeniem srebro.

Miasto, zgodnie ze swoją nazwą, słynie z przepięknych ozdób jubilerskich, które można spotkać, podziwiać i kupić w licznych sklepach, sklepikach. Co ciekawe, sprzedawcy zachęcają do nabywania ich srebrnych ozdób przy pomocy… ”szpaczka” tequili. Takim sposobem chcą zachęcić klientów, głównie turystów, do zainteresowania się ich wyrobami i zakupów. Spacerując po tym niezmiernie urokliwym mieście, napotykaliśmy place tętniące życiem, przy których można było zobaczyć stare zabytkowe budynki. Doszliśmy do placu Borda, przy którym znajduje się przepiękny kościół Santa Prisca. Fundatorem tej świątyni był José de la Borda, który swój majątek zawdzięczał odkryciu złóż srebra. W tym czasie  ten górniczy przedsiębiorca był jednym z najbogatszych ludzi w Meksyku. Jej budowa, na którą nie szczędzono ani sił, ani środków, trwała 7 lat (1751-1758). Ten górujący nad głównym rynkiem kościół zbudowany jest z różowego kamienia, w stylu baroku neohiszpańskiego. We wnętrzu kościoła uwagę zwiedzających przyciągają oryginalne niemieckie organy, pięknie rzeźbiona ambona i przepiękny ołtarz.

Bardzo podobały się nam wąskie brukowane uliczki tego kolonialnego miasta. Niezwykle urokliwe, ale i niebezpieczne. Powód? Bardzo charakterystyczne dla tego miasta środki miejskiego transportu – białe „garbusy”. Wygodne dla przemieszczania się, i na dodatek tanie. I nie były to jakieś pojedyncze egzemplarze. Czasem musieliśmy się usuwać pod samą ścianę pobliskich domów, by uniknąć zderzenia z całym sznurem białych maszyn – taksówek, z włączonymi klaksonami na dodatek.

Inną rzeczą, którą zapamiętałem i która utkwiła w mojej pamięci, był  niesamowity widok części miasta położonej na wzgórzu. Nie zapomnę chyba do końca życia wieczornego widoku oświetlonych domów, które podziwiałem z hotelowego balkonu. Wyglądały jakby rozmieszczone na tarasach świecące punkty, niczym gwiazdy. Przypomniały mi po części tarasowo wymodelowane ogrody bahaistów w Hajfie. Te jednak oglądałem w dzień i na dodatek przy upalnej pogodzie. Mógłbym to porównać też mniej więcej do nocnego podziwiania oświetlonego Acapulco. Ale była jednak różnica. W Acapulco, z balkonu na 9. piętrze, zachwycaliśmy się nocnym zaczarowanym pejzażem domów i hoteli położonych  na pobliskich wzgórzach, a w Taxco podziwialiśmy najpiękniejszą bajkę kolorowych nocnych świateł. A na dodatek piękny widok na ogromną figurę Chrystusa na szczycie wzgórza. Chciałbym to jeszcze móc kiedyś zobaczyć.

A teraz proponuję przenieść się na wysokość 2100 metrów do miasta San Cristóbal de Las Casas. To meksykańskie miasto położone w centralnej części stanu Chiapas uważane jest za jedno z najpiękniejszych miast tego kraju. Meksykańskie ministerstwo turystyki nazwało je „Magiczną Wsią”. Miasto zostało założone w 1532 roku przez Diego de Mazariegasa. W 1545 roku przybyli tutaj dominikanie. Miasto, które początkowo było tylko osadą, szybko stało się stolicą prowincji Chiapas. W tym też roku biskupem Chiapas został Bartolomé de Las Casas. Dzięki jego zasługom dla obrony Indian przed bezlitosnym wyzyskiem, miasto, które na początku nazywało się „Ciudad de San Cristóbal”, otrzymało obecną nazwę „San Cristóbal de Las Casas”. Miasto to, jak i cały region, początkowo związane było gospodarczo, politycznie i kulturowo z Gwatemalą. W roku 1824 Chiapas zostało przyłączone do Meksyku, a San Cristóbal de Las Casas stało się stolicą stanu. Jednak w 1892 roku miasto Tuxtla Gutiérrez przejęło rolę stolicy tego stanu. Miasto zamieszkuje ponad 120 tysięcy mieszkańców. Są to głównie Metysi wyznania katolickiego (78 procent). Natomiast 12,3 procent stanowią protestanci. W górzystych terenach miasta zamieszkują pierwotni mieszkańcy tych ziem, miejscowi Indianie. Choć większość z nich zna język hiszpański, to jednak na co dzień posługują się swoimi językami – tzotzil i tzeltal.

Z Indianami spotykaliśmy się często na ulicach tego miasta. Najczęściej jednak przed hotelem Arrecife, w którym mieszkaliśmy. Gdy zbieraliśmy się  przed wyjściem, pojawiali się gromadkami jakby znikąd, oferując ludowe wyroby, świecidełka.

Głównymi zabytkami miasta są katedra przy Plaza del Marzo i kościół Santo Domingo. Zaskoczeniem dla nas, a dla niektórych nawet  szokiem, był widok całej alei straganów na placu znajdującym się przy tym ostatnim kościele. I nie był to tylko jedno- czy dwudniowy ich pobyt na tym placu. Można to porównać do całorocznego odpustu w naszych warunkach. Plac jest jednak ogromny, i tych stoisk, kramów jest bardzo wiele. Często widzieliśmy na nim dzieci, które pomagały swoim rodzicom. Kilkuletnie dziewczynki na plecach nosiły, bawiły swoje młodsze rodzeństwo. Można znaleźć jednak wytłumaczenie dla takiej sytuacji. Podobnie jak inne części tego stanu, jest to bardzo biedny region. Zatrudnienie ma mniej więcej co czwarty mieszkaniec.

Wspomnę jeszcze o jednej ciekawostce, którą zapamiętałem, związanej z pobytem w hotelu Arrecife. Na ogół podczas naszego pobytu była przyzwoita, ciepła i słoneczna pogoda w granicach 25 stopni. Z wyjątkiem upału w Acapulco, gdzie w pierwszej dekadzie grudnia temperatura osiągała 33 stopnie. A wspominam te temperatury dlatego, że w hotelu w San Cristóbal de Las Casas w nocy po prostu marzliśmy. Dodatkowe koce niewiele pomagały. Ale dwie noce jakoś przeżyliśmy. W tym miejscu należy przypomnieć, że to miasto znajduje się na wysokości 2100 metrów. W dzień natomiast było słonecznie i ciepło. Przypominało to trochę złotą polską jesień z zimnymi nocami, porankami i ciepłym słonecznym dniem.

W odległości 10 kilometrów od San Cristóbal de Las Casas na wysokości 2200 metrów znajdują się dwie indiańskie wioski (zwyczajne małe miasteczka) – San Juan Chamula i Zinacantan – zamieszkałe głównie przez Indian z plemienia Tzotzil.

Miasteczko San Juan Chamula już od czasów prekolumbijskich było znanym ośrodkiem ludu Tzotzil. Wzniesiono je wokół kościoła, który wybudowano w zamian za spalony kościół. Słynie z indiańskiego folkloru, a także swoistego miksu katolicyzmu i tradycji prekolumbijskiej. Centrum duchowym tego miasteczka jest znajdujący się przy rynku kościół św. Jana (Iglesia de San Juan Bautista). Ważną datą w kalendarzu dla tych Indian jest dzień 24 czerwca, dzień św. Jana Chrzciciela. Patronkami miasteczka są św. Marta i św. Magdalena.

Opowiem teraz trochę o kościele i zwyczajach Indian. We wspomnianym kościele obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć i filmowania. W trakcie zwiedzania byliśmy bacznie obserwowani przez niektórych uczestników obrzędów, których można by nazwać strażnikami. Zostaliśmy wcześniej uprzedzeni o tym przez panią przewodnik. Radziła nam nawet ukryć pod kurtkami aparaty. Niezastosowanie się do tych zakazów grozi karą, a nawet więzieniem, czy pobiciem przez uczestniczących w obrzędach. Ten absolutny zakaz fotografowania czy filmowania wynika z ich wierzeń, że w ten sposób można ukraść im duszę.

Drzwi tego kościoła wprowadzają nas do zupełnie innego świata. Można było poczuć się dziwnie. W środku panuje niesamowity nastrój przeniknięty zapachem igliwia i  świec. Całe wnętrze tonie w półmroku. Oświetlają je świece, które tworzą obłoki dymu nad modlącymi się grupkami ludzi. Przy ścianach stoją gabloty z figurami świętych otoczonych przez dary z tkanin, jedzenia i luster. Ta indiańska wioska potomków Majów słynie z unikalnych praktyk religijnych, które łączą elementy katolickie z pogańskimi, sięgającymi jeszcze czasów prekolumbijskich. W kościele nie ma księdza, gdyż mieszkańcy Chamuli sami go wyprosili z wioski i sami sprawują swoje obrzędy. Ostatnią mszę św. ksiądz odprawił tutaj ponad 40 lat temu. Do tego kościoła ksiądz z sąsiedniej parafii przyjeżdża raz w miesiącu tylko po to, by odprawić ceremonię chrztu. Jest to jedyny sakrament, który jest uznawany przez Indian Tzotzil. Wzdłuż ścian stoją drewniane posągi świętych ubranych w kolorowe szaty. W centralnym punkcie kościoła stoi posąg Jana Chrzciciela, głównego świętego wioski. Nie znajdziemy w tym kościele ławek. Uczestnicy modłów siedzą na posadzce. Po odgarnięciu sosnowych igieł, którymi pokryta jest posadzka świątyni, stawiają jedną świeczkę przy drugiej. Modlitwa ma formę śpiewu w archaicznym dialekcie tzotzil. W jej trakcie Indianie znajdują się w swoistym transie i popijają przy tym tradycyjny alkoholowy trunek o nazwie „posh”, który powstaje z fermentacji trzciny cukrowej, a także coca colę, czy lemoniadę. W zacisznym rogu kościoła można spotkać tutejszego curandero (uzdrowiciela i zaklinacza), który wygania chorobę i złe duchy z ciała klęczącego turysty. Niesamowita jest atmosfera tego miejsca. I to zarówno ta wizualna, jak i przenikliwa, intensywna woń dziesiątek palących się świeczek i przeróżnych kadzidełek.

Na koniec krótko o drugiej indiańskiej wiosce, Zinacantan. Jest ona dużo mniejsza od San Juan Chamula. Otoczenie wioski jest bardzo malownicze, ponieważ ze wszystkich stron otaczają ją zielone, wysokie wzgórza z sosnowymi, pachnącymi lasami. Spore wrażenie zrobiły na nas barwne, kwieciste stroje kobiet, w których chodzą po ulicy, piorą, gotują, tkają. Byliśmy w niej stosunkowo krótko. Zwiedziliśmy miejscowy kościół. Bardzo spodobał się nam jego wystrój i bardzo duża ilość kwiatów na ołtarzach. Dowiedzieliśmy się, że o wystrój świątyni dba osoba wybierana przez wiernych. Chodzi po domach, zbiera pieniądze na kwiaty, świece i dba o estetykę kościoła. Figury świętych mają szaty powiązane krojem, formą, kolorystyką z miejscowymi strojami ludzi tam mieszkających. Zresztą, podobne podejście do „ubierania” postaci świętych widzieliśmy też i w innych kościołach w Meksyku. Oprócz wspomnianego kościoła byliśmy w bardzo ciekawym miejscu, mianowicie sklepie wypełnionym ludowymi indiańskimi wyrobami rękodzielniczymi, który był jednocześnie domem z wieloma pomieszczeniami. Gospodarze zaprzyjaźnieni z naszą panią przewodnik ugościli nas tortillą pieczoną na domowej płycie, pod którą paliły się drwa, oraz kawą. Mogliśmy też podziwiać starszą Indiankę, która pokazała proces tkania. Było też trochę okazji do śmiechu, ponieważ pani przewodnik zaproponowała nam wykonanie scenki weselnej, w oryginalnych indiańskich strojach charakterystycznych dla tej wioski.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here