Siła Prawdy (fragment książki "Anatomia istnienia")

2
307

Spracowane ręce, wymęczone twarze, nogi niezdolne już nieść. Dzień w dzień kręgosłupy wyginane w powtarzalnym rytmie dyktowanym przez maszynę. Palce sprawne, chociaż obolałe, każdy zacisk, obrót, zwolnienie, wyliczone precyzyjnie i nieubłagane jak wschód słońca.

[Fragment z książki „Anatomia istnienia”, Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014]

Jednakowe dni. Każdy jak uderzenie. Zbyt ciężka ta praca, zbyt ciężka, ale bez niej grozi nam głód. W strachu, aby jej nie utracić i wśród przekleństw, że nie ma od niej ucieczki, mijają minuty jak godziny, godziny jak dni, dni jak w nieskończoność powtarzane wieczności. Znów zginają się stawy, napinają mięśnie, transformuje materia produktów płynących rzeką o stalowych brzegach i nurcie z czarnej gumy przesuwającym jednakowe i obce elementy. I każda wkręcona śruba odejmuje iskrę człowieczeństwa i każde westchnięcie jest skowytem duszy wciągniętej w rolki, przekładnie i tryby z zębami jak psy, które żywią się promieniami słońca, i czym bardziej są najedzone, tym ciemniej robi się na świecie, a w ich brzuchach rośnie gorąco nienawiści, lawa niestygnąca wypełnia im flaki.

Jestem jednym z nich. A jest nas wielu. Tysiące. Miliony. Zanim wzejdzie słońce, ruszamy szeregami po drodze suchej, po drodze mokrej, po drodze zimnej, po drodze nagrzanej – przywoływani i odwoływani jazgotem fabrycznej syreny. Nienawidzimy tego rytmu, ale jeszcze bardziej boimy się chwili, w której ci na górze zrezygnują z naszego maszerowania.

Na miejsca tych, którzy padli trupem, przychodzą nowi. Biją się o każdy metr kwadratowy zwolniony przez umarłego. Jesteśmy więc jak nieśmiertelny legion, podległy ludziom posiadającym maszyny i maszynom, które nie posiadają duszy.

I nie mamy do zaofiarowania światu nic oprócz naszych słabnących sił, więc sprzedajemy je każdego dnia na nowo, a one uchodzą kropla po kropli, wsiąkają w deski podłogi i odradzają się na powrót w postaci cyfr na kontach bankowych posiadaczy.

Niedożywieni, lecz z żołądkami pełnymi świętego gniewu czujemy, jak wzbiera w nas nowa siła, gdyż ten który jest karmiony pustką, ten staje się syty złością. Raz po raz któryś z nas wykrzykuje słowa jak wystrzały, czasem poleci nawet cała seria. No i organizujemy się. Ciskamy o ziemię młoty, klucze i łopaty i z transparentami wyruszamy na ulicę mówiąc: NIE! Robimy tak przez lata i przez lata zbieramy baty, bo raz jedni spośród nas powstają, a raz drudzy.

Aż wreszcie znalazł się ten, który powiedział, że musimy wystąpić razem. On nam otworzył oczy i jego teraz słuchamy. Schodzimy się tłumnie, gdy przemawia na placu, a jego słowa powielamy na cienkich bibułach i z czcią podajemy z rąk do rąk. To on nazywa wreszcie rzeczy po imieniu. Niesprawiedliwość – mówi – podłość, udręka, wyzysk! A nade wszystko twierdzi, że tak jak jest, wcale być nie musi! Bowiem wielu z nas – mimo jarzma – postrzegało świat jako stały i niezmienny, i choć nie do końca dobry, to przecież jedyny możliwy. On jednak mówi: do tej pory tylko opisywano świat, a teraz przyszedł czas, aby go zmienić! O to właśnie w tej chwili z waszego cierpienia rodzi się nienawiść, a z nienawiści – Prawda. Błądziliśmy zatem, a on wskazał nam rozwiązanie, mieliśmy oczy zawiązane, a on zdjął z nich zasłonę. I nadał nam tożsamość, nazywając proletariatem, i sprowadził nas na drogę Prawdy. Bo Prawda zawsze zwycięża i kto po stronie Prawdy stoi, tego nic nie jest w stanie pokonać. I kto Prawdę posiada, ten nie czuje lęku. A my posiedliśmy Prawdę. Była w nas od dawna, on ją tylko nazwał i poprzez to nazwanie zdjął z nas resztki bezwładu.

Ruszyliśmy do szturmu z Prawdą na sztandarze. O jakże szybko padały bastiony, które uważaliśmy za nie do zdobycia. W pył roznieśliśmy stary porządek i żaden kamień nie pozostał na kamieniu, na którym uprzednio spoczywał. Ze znakiem Prawdy na sztandarze wysadzaliśmy z posad bryłę świata, ustępowały przed nami odrzwia i zasieki, bramy i zapory.

Do budowli, które onegdaj były świątyniami mamony wprowadziliśmy lud pracujący, w domy ludu zamieniliśmy domy wielkobrzuchych ciemiężców, a co było siedliskiem zła, zamieniliśmy w gruz. Wielkie damy zamiatały resztki na ulicach i placach, a męskie potwory przyzwyczajone do popołudniowej herbaty ciągnęły sanie po dalekiej północy zamiast reniferów. A stało się tak, bo Prawda była po naszej stronie. Stało się tak, bo Prawdzie byliśmy wierni, i na Prawdzie budowaliśmy nowy porządek, i nic nie pozostało takim, jakim było dawniej, kiedy to Prawda musiała żyć w ukryciu.

Z czarnego robiliśmy białe, z wklęsłego wypukłe, z chudego grube i na odwrót. Wynosiliśmy na wyżyny to co niskie, a to co sięgało nieba, podcinaliśmy siekierami i linami grubymi związawszy, obalaliśmy do parteru, i miażdżyliśmy słowami ciężkimi jak głazy. Aż pod ciężarem tych naszych ciosów i zarzutów legło na ziemi, zamieniło się w proch. Naszymi czerwonymi sztandarami, jak krew przelana targał wiatr, a ich drżące krawędzie śpiewały pieśń zwycięskiej Prawdy.

A Prawda nasza nie została jedynie Prawdą okrzyknięta, ale była to Prawda naukowa, wytropiona przez głębokie umysły, stwierdzona w zawiłym labiryncie układów międzyludzkich i mas towarowych, i cen, i produktu dodatkowego. Mogliśmy nareszcie rozróżniać pomiędzy bazą i nadbudową, a krzywda zysków stanęła nam przed oczami wyraźnie, naukowo i niekwestionowalnie. Nasza Prawda nie była ani teorią, ani świętym opium, ale była rzeczywistością, była tym czym świat jest – Prawdą była nasza Prawda.

Och jakże kochałem naszego wodza, jakże głęboko Prawda przez niego ogłoszona zalegała w moim sercu. Od pierwszego dnia całym sercem trzymałem się przy Prawdzie. A Prawda była ze mną i wynagradzała mi moją wierność, ja zaś wyrażałem jej swoją wdzięczność zapałem i szczerością.

Nasz kraj kwitnął. Odetchnął cały proletariat i ludzie ze śpiewem na ustach maszerowali do fabryk, do hut i na rolę. Bo każde przyłożenie ręki było pracą na swoim i po sam horyzont nie było widać żadnych ciemiężców, i żaden bat nie wisiał nad głową, a ze stron gazet, z głośników i trybun – zewsząd rozlegały się wyłącznie słowa Prawdy.

Znaliśmy Prawdę i żyliśmy w Prawdzie, i Prawda z nami trwała. I nie było już żadnych pytań tylko odpowiedzi i żadnych dyskusji tylko aklamacje. Łatwo i szybko odróżnialiśmy dobro od zła, światło od ciemności, postępowe od wstecznego. Kto nie był z nami, ten był przeciwko nam. Został nawet ustanowiony specjalny Urząd Do Ochrony Prawdy, aby wszystko co nieprawdziwe, brudne, zgniłe, rakowate i wsteczne trzymać z dala od mas.

Do proletariatu, do nas wszystkich należały teraz: i ziemia, i domy, i fabryki, i huty i stocznie. Nasze były lasy, łąki i jeziora. Szczęśliwi byli ludzie, szczęśliwy był nasz kraj. Ci, którzy kiedyś pozostawali bez pracy, teraz pracę mieli. Ci, którzy byli bez ziemi, ziemię otrzymali, a ci przed którymi drzwi do wiedzy były zamknięte, tym Prawda drzwi owe na oścież otwarła.

To był czas radości, to był czas wolności, to był czas pracy, więc nie sto, ale sto jeden procent normy wyrabiałem. Ach, cóż tam jeden procent – wszystko zrobię podwójnie, potrójnie, a choćby i stukrotnie! Niedługo znalazł się inny, co jeszcze więcej z siebie dał, więc z kolei ja jemu dorównać musiałem. Ale nie tylko dorównać, lecz i czyn jego przyćmić, więc tak się wzajemnie licytowaliśmy, kto z nas da więcej i więcej, bo liczył się każdy cal materiału, każdy gram stali i każda kupa gnoju wywieziona na pole. A przez to nasze bratnie współzawodnictwo dokonywaliśmy dzieł wielkich i rzeczy niemożliwych. Cały kraj prześcigał się w dokonaniach i rosła nasza ojczyzna, a Prawda była jej orędowniczką.

Jakże zatem można było nie kochać Prawdy, jakże się w niej nie lubować, życia za nią nie chcieć oddać? A jednak znajdowali się tacy niewdzięcznicy! Nie dosyć, że Prawdy nie kochali, to jeszcze źle o niej mówili. Mówili, że jest podła, że jest niska, że jest chamska.

Mówili, że przez tę Prawdę ekonomia schodzi na manowce, kultura w buraki, a ludzkie dusze kajdanami dzwonią.

Dlatego wciąż należało być czujnym, bo nikt nigdy nie wie, za jakim węgłem czyha wróg Prawdy, jaką broń trzyma w ręce schowanej za plecami, jaka myśl nieprawowita drąży jego mózg pod czaszką? Ja, widząc mą ukochaną Prawdę w tak wielkim zagrożeniu, porzuciłem naukę, bo jak powiadali, szczera chęć bardziej Prawdzie jest miła niż wiedza. Przystąpiłem tedy do boju w szeregach Strażników Prawdy i w mojej wielkiej gorliwości czyniłem szybkie postępy na ścieżce tej nowej kariery. W końcu powierzono mi cały wydział, którego zadaniem nie było nic innego, jak tylko strzec Prawdy przed wrogami – strzec jej za wszelką cenę. Miałem wielkie biurko i skórzany fotel, a z butów nie wychodziła mi już słoma, lecz skarpetki dopasowane kolorystycznie do obuwia sporządzonego rękami ludu pracującego. Tak przyjmowałem moich podwładnych, którzy byli moimi chodzącymi uszami i oczyma, a wmieszani w tłum zaglądali do ludzkich serc i meldowali niezwłocznie o tym, co w sercach owych kwitnie albo też i gnije. A nie brakowało, oj nie brakowało takich, którzy Prawdzie chcieli zaszkodzić. Po szczurzemu zachodzili ją w nocy, na denaturacie paszkwile na nią powielali, a najbardziej lubili, jak się potknęła, bo wtedy kopali ją z gadzim rozmiłowaniem, kąsali jadowitymi ustami. Ci byli najgorsi, bo chociaż wszystko co mieli, Prawdzie zawdzięczali, jednak wciąż srodze się przeciwko niej buntowali. Bo chociaż w Prawdzie żyć mogli, to nią wzgardzili. Tak więc wyłapywaliśmy ich, kiedy krzycząc przeciwko Prawdzie, maszerowali ulicami, albo gdy po kryjomu zbierali się w domach, by na niewdzięczności ważyć trującą polewkę.

Byli pomiędzy nimi tacy, którzy bez ogródek życzyli Prawdzie śmierci, i tych w szczególności musieliśmy przywoływać do porządku. Jakże niewrażliwi byli na jedyną Prawdę! Jakże trudno było im pojąć jej znaczenie! Nie rozumieli naszych słów, kpili z naszych argumentów. Byli głusi na hasła, nie kochali pism naszego wodza, nie pojmowali doniosłości naszej ideologicznej przewagi. Zamiast tego atakowali Prawdę.

A jako że na nasze słowa byli odporni, pozbawialiśmy ich palce paznokci, ich usta zębów, a stawy zdolności zginania. Elektrycznością wstrząsaliśmy ich ciała, aby poprzez to ich umysły zdolne były pojąć Prawdę. Odnosiliśmy sukcesy. Pod działaniem naszych zabiegów niemowy zaczynały śpiewać, niepiśmienni najprzedniejszych prześcigali kaligrafów, a ślepi pisali o kolorach nadzwyczaj przekonujące raporty. Twarze im tylko poszarzały i odtąd chodzili po świecie jak ludzie z popiołu, ale chodzili grzecznie, przed Prawdą zdejmowali kapelusze i gdzie tylko ją widzieli, a choćby jedynie wyczuwali, kłaniali się jej w pas.

Z czasem jednak pojawiały się coraz to nowe rzesze wrogów Prawdy i nie sposób było wszystkich nawrócić. Dochodziło do przestojów w pracy i rumor się robił w fabrykach i rwetes na ulicach. A to, jako że tu i ówdzie wciąż czegoś brakowało, bo albo szwankował transport, albo produkcja, albo rozdział. Nie tak, żeby system oparty na Prawdzie miał jakieś wady, ale wskutek niedojrzałości ludu tak się działo, z powodu jego ułomności i nie dość gorliwej służby Prawdzie. Zatem aby nie dopuścić do powrotu niesprawiedliwości, jaka panowała przed zwycięstwem Prawdy, wprowadziliśmy reglamentację dóbr, aby wszyscy mieli po tyle samo wszystkiego i aby sprawiedliwości stało się zadość. O czym by tylko człowiek nie pomyślał, było to jedynie do kupienia na talony, tak więc cały obrót dóbr oparty był na równości, która jest sprawiedliwości koroną i Prawdy jądrem.

Starania nasze jednak żadnego zrozumienia nie znajdowały, a liczba buntowników zamiast maleć, rosła nieubłaganie. Pełne były ich ulice, w oczy kłuły ich niecne transparenty, jak strzały skierowane w serce Prawdy – tak brzmiały ich okrzyki.

Ja siedziałem za biurkiem, wzrok wbiłem w czerwony dywan, a jeśli podnosiłem oczy, to tylko po to, aby spojrzeć na wizerunek wodza zawieszony na ścianie i błagać go o ratunek. Dumałem nas losami Prawdy, a krzyk na ulicy podnosił się coraz większy i większy. Aż pękła szyba, szkło okienne poleciało na biurko, bezgłośnie powbijały się odpryski w gęstwinę czerwonego dywanu. Głosy wzmogły się, słychać było strzały, a dym w różnych odcieniach unosił się ponad miastem.

Gdy wstawałem z fotela już słyszałem tupot buntowników na schodach, a kiedy otworzyłem drzwi, stali naprzeciw mnie i mieli w oczach to, co ja w nich miałem w dniu rewolucji. I nie musiałem spoglądać ani na ich bagnety, ani w czarne tunele karabinowych luf, aby wiedzieć, że jestem zgubiony. Oni mieli w oczach Nową Prawdę.

A kto zna Prawdę – ten nie zna litości.

Przeczytaj też: „Niebo bezgwiezdne nade mną”, Tomasz Mazur

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPawel Rogalinski and the "Journalistic Review" – our challenge and target group
Następny artykułONR wychodzi z cienia, czyli "zakaz pedałowania" i bojówki Macierewicza
Tomasz Mazur
Ukończył etnologię na Uniwersytecie Ludwika Maximiliana w Monachium. Od trzydziestu lat żyje na emigracji w siedemnastowiecznym domu, w dawnym kompleksie klasztornym Benedyktynów nad Dunajem, w Dolnej Bawarii. Pracuje jako nauczyciel i tłumacz. Jest podróżnikiem - przemierzył Chiny rowerem, dwukrotnie Atlantyk niewielkim jachtem, Azję oraz Amerykę Południową z plecakiem na ramionach. W latach dziewięćdziesiątych debiutował artykułami na łamach „Przekroju” oraz prowadził własne wydawnictwo turystyczne (jest autorem przewodnika po Turcji). Przez długi czas zafascynowany był Indiami, czego owocem stała się przyjęta entuzjastycznie przez indologów (i nie tylko) książka „Mozaika indyjska” (Wydawnictwo Kurpisz, 2005 i 2009), nominowana w 2006 roku do Nagrody im. Beaty Pawlak. Najnowsza jego książka, „Anatomia istnienia” (Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014), w syntetyczny sposób zamyka lata doświadczeń jednego człowieka. Jest to zbiór esejów pisanych ręką dojrzałego mężczyzny, przedstawiający wnikliwy, wręcz anatomiczny obraz życiowych mechanizmów i procesów obejmujących wiele sfer życia: miłość, małżeństwo, chorobę, dojrzewanie i przemiany ciała, metamorfozy miasta i społeczeństwa. Życie uwolnione ze złożoności i sprowadzone do prawd prostych, przejawiające się w fundamentalnych dychotomiach rodzących konieczność mądrego wyboru.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here