Preambuła Konstytucji RP: „dla dobra Rodziny Ludzkiej” (prof. A. de Lazari)

0
458

„Nie jest ważny kolor twej skóry, twoja narodowość, przynależność społeczna, orientacja seksualna, majątek, religia, którą wyznajesz – ważne jest to, czy postępujesz zgodnie z prawem, ustanowionym przez społeczność, w której żyjesz. Zabrzmi to paradoksalnie, ale demokratyczne prawo zastąpiło Kościół w tworzeniu Rzeczywistości Powszechnej”.

[analiza fragmentu Preambuły Konstytucji RP: „świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej…” (tom XXXII Studiów i Materiałów Trybunału Konstytucyjnego, http://trybunal.gov.pl/publikacje/wydawnictwa/art/7045-tom-xxxii-preambula-konstytucji-rzeczypospolitej-polskiej/ . Tekst został opublikowany w 2009 roku, ale nie stracił na aktualności]

Zanim spróbuję zinterpretować wskazany wers preambuły do Konstytucji RP, by być lepiej zrozumianym, przedstawię najpierw swoistą preambułę do swojego wystąpienia.

Uważam siebie za „chrześcijańskiego agnostyka”, swoistego „tołstojowca”. Przyjmuję Chrystusa za Nauczyciela, natomiast w Trójcę Świętą nie jestem w stanie uwierzyć i boleję nad tym, że Chrystus dla „mas” jest przede wszystkim „zaklęciem ode złego”, a nie autorytetem moralnym. Mimo takiego stanowiska, jestem przekonany, że o „Prawdzie” można mówić tylko w Kościele, natomiast poza Kościołem – wyłącznie o interpretacji. Bardziej więc sprzyjam myśli prawosławnej, która godzenie prawdy rozumu z Prawdą wiary uważa za rzecz bezsensowną.

Dlatego też jestem zdecydowanym zwolennikiem rozdziału kościoła od państwa i uważam, że w Sejmie RP i w instytucjach publicznych (państwowych) nie powinno być miejsca dla symboli religijnych, zaś w Konstytucji RP miejsca dla Boga (tym bardziej – definiowanego jako źródło „prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna” bez uściślenia „dla wierzących weń”). Imponuje mi zdanie ministra spraw wewnętrznych Francji: „Kiedy wchodzę do meczetu, zdejmuję buty. Kiedy młoda muzułmanka wchodzi do francuskiej szkoły, musi zdjąć chustę”[1].

Z takiej postawy, moim zdaniem, wynikał brak bezpośredniego odwołania do chrześcijaństwa w preambule projektu Konstytucji Unii Europejskiej i mówienie jedynie o dziedzictwie kulturowym, religijnym i humanistycznym Europy. Jest to przejaw demokratycznej świadomości prawnej oraz wsparcia dla polifonii kulturowej w Europie. Podstawą Wspólnoty jest Prawo stanowione, „zewnętrzne”, a czyżby u jego podstaw znajdowały się „korzenie chrześcijańskie”? Chrześcijaństwo (Nowy Testament) jest przede wszystkim Łaską. Aspekt prawny – demokratyczne prawo „zewnętrzne” – pozostaje dla chrześcijan na drugim planie. Na pierwszym jest moralność, czyli jakże względne „prawo wewnętrzne”.

Najważniejszą wartością współczesnego świata, który nazywamy cywilizowanym, stał się konkretny człowiek-obywatel ze wszystkimi swoimi bolączkami, wadami, zaletami, chorobami i niegodziwościami, zaś najważniejszą instytucją, regulującą stosunki między ludźmi stało się prawo. Nie jest ważny kolor twej skóry, twoja narodowość, przynależność społeczna, orientacja seksualna, majątek, religia, którą wyznajesz – ważne jest to, czy postępujesz zgodnie z prawem, ustanowionym przez społeczność, w której żyjesz. Zabrzmi to paradoksalnie, ale demokratyczne prawo zastąpiło Kościół w tworzeniu Rzeczywistości Powszechnej. Bo czymże jest przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, jeśli nie w pierwszej kolejności dostosowaniem polskiego prawa do wymogów Wspólnoty. Zamiast szukać wspólnego Boga, znaleźliśmy wspólne Prawo.

Nie idealizuję prawa, nie czynię zeń boga, mam świadomość wszystkich jego ułomności, jednak to dzięki demokratycznemu prawu tworzona jest w Europie rozumna rzeczywistość, w której polifonia kulturowa jest nie tylko możliwa – jest wręcz koniecznością kultywowaną z samego założenia. „Inność”, akceptująca prawo, stała się wartością nie mniejszą niż „swojskość”, jest szanowana, doceniana, niekiedy nawet przeceniana.

To prawda, że w ten sposób Kościół staje się w świeckiej prawnej rzeczywistości wspólnotowej tylko jedną z ważnych „instytucji” danej kultury. O ile łatwiejsze jest jednak porozumienie kultur bez duchownych (również bez ideologów) w poszukiwaniu prawdy-interpretacji danego problemu w ramach prawa, a jak trudne jest porozumienie, gdy to duchowni (lub ideolodzy) przewodzą społecznościom w odnajdywaniu Prawdy absolutnej. W historii – przykładów bez liku. Dziś wystarczy przywołać konflikt islamsko-„zachodni”. Można odwołać się również do rzeczywistości nam bliższej: o ile łatwiej następuje porozumienie pomiędzy świecką Rosją a kulturą zachodnią, aniżeli pomiędzy Patriarchatem Moskiewskim i Watykanem.

Wychodząc z takich „obywatelskich” założeń, dumny jestem z definicji „narodu” w preambule do naszej Konstytucji: „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, czyli – każdy z nas z osobna, niezależnie od narodowości, wyznania i statusu społecznego. I krytycznie odnoszę się do sformułowania z preambuły do Konstytucji rosyjskiej: „Мы, многонациональный народ Российской Федерации” – gdzie miejsce obywatela zajął „wielonarodowy naród” – podmiot, który nie może przecież mieć osobowości prawnej.

Inna sprawa, że w naszej Konstytucji jeszcze bardziej satysfakcjonowałoby mnie wyrażenie: „My – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Kategoria „narodu” jest kategorią romantyczną i do prawa stanowionego mało przydatną. Przypuszczam, że wielonarodowi mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, rozpoczynając preambułę do swojej Konstytucji słowami „We, the people of the United States”, o żadnym „narodzie” w naszym rozumieniu tego słowa nie myśleli. Twórcy tej Konstytucji (1787) byli myślicielami Oświecenia i wartością był dla nich „obywatel” (w duchu Rewolucji Francuskiej, mimo, że nie jeden z nich posiadał niewolników), a nie romantyczny „naród”, którego jeszcze nie znali i który ukształtował się w kulturze jako „osobowość” dopiero kilkadziesiąt lat później. Dlatego też uważam, że po polsku preambuła do Konstytucji Stanów Zjednoczonych powinna rozpoczynać się raczej od słów „My – ludzie/obywatele Stanów Zjednoczonych…”, czyli od kategorii nie zawierającej w sobie elementu etnicznego. Jakże często własną świadomość historyczną i prawną przypisujemy swoim przodkom lub ludziom z innej kultury…

Zgodzą się Państwo ze mną, że prawo jest interpretowane. Po to ustanowiony został przecież Trybunał Konstytucyjny, by m.in. ostatecznie rozstrzygać interpretacyjne wątpliwości. Ale zgodzą się Państwo zapewne również, że najlepsze jest takie prawo, które nie da się nazbyt dowolnie interpretować? Dlatego ustawodawca powinien unikać pojęć i kategorii, które mogą być dowolnie interpretowane i przez to prowadzić do sporów politycznych i ideologicznych. Moim zdaniem, w preambule do naszej Konstytucji takich niesprecyzowanych pojęć/kategorii jest zbyt dużo, a i sama preambuła jest zbyt „przegadana”, by mogła być racjonalnym aktem normatywnym. Tu imponuje mi amerykańska, krótka preambuła. Co ciekawe i warte uwypuklenia – nie występuje w niej Bóg, co dodatkowo podkreśla jej racjonalny, oświeceniowy, a nie romantyczny charakter (na marginesie: nie ma Boga również w preambule do konstytucji rosyjskiej, co swego czasu oburzyło marszałka Marka Jurka).

Po takim wstępie, określającym moją postawę światopoglądową, spróbuję odnieść się do zwrotu: „świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej”.

Najbardziej zdziwiła mnie w nim „Rodzina Ludzka”. Skąd się wzięła i co oznacza? Początkowo pomyślałem, że kategoria ta ze względu na swoisty uniwersalizm, swoisty kosmopolityzm mogłaby wywodzić się z Oświecenia, ale przecież tam dominowało nastawienie kontraktowe, umowa społeczna itp., a nie irracjonalna „rodzinność”. Zwątpiłem więc, a gdy zajrzałem do Internetu, sprawa stała się jasna – żadne Oświecenie, a myśl rzymskokatolicka. Nawet rosyjskie przeglądarki kategorię „Человеческая Семья” odsyłają do stron rzymskokatolickich (nie licząc oczywiście „rodziny ludzkiej” jako „podstawowej komórki społecznej”).

  Ks. prof. Władysław Piwowarski w Słowniku katolickiej nauki społecznej  tak pisze o interesującym nas problemie[2]:

„Życie międzynarodowe powinno być najpierw oparte na prawdzie, będącej przeciwieństwem zakłamania i obłudy, czyli prawdzie w znaczeniu moralnym. Tylko bowiem prawda na tle zmieniających się warunków społeczno-politycznych może być źródłem rozwoju i solidarności. Rzetelna informacja przyczynia się do porozumienia, zaangażowania, dialogu i kooperacji dla dobra rodziny ludzkiej”.

Nie będę zatrzymywał się na problemie jakże względnej na świecie „prawdy moralnej”, nie będę również zawracał Państwu głowy faktem, że każdy Kościół chrześcijański jest kościołem „katolickim” (powszechnym) i że w imię „prawdy” Słownik prof. Piwowarskiego powinien nosić tytuł Słownik rzymskokatolickiej nauki społecznej, przytoczę natomiast inną wypowiedź i jakoby „chrześcijański” komentarz do niej.

Otóż Jan Paweł II w maju 2001 roku wypowiedział w Syrii następujące słowa:

„Lepsze wzajemne poznanie zapewne będzie prowadzić w praktyce do nowego sposobu przedstawiania obu naszych religii [islamu i chrześcijaństwa], nie w przeciwstawianiu sobie, jak to zbyt często działo się w przeszłości, lecz we współpracy dla dobra rodziny ludzkiej”.

Lefebrysta Michał A. Nowak komentuje tę wypowiedź tak:

„Lecz czym jest dobro rodziny ludzkiej? Są dwie możliwości: albo chodzi o zbawienie dusz – co powinno być najważniejszym i ostatecznym celem chrześcijanina, ale wówczas w jaki sposób islam może współpracować na rzecz zbawienia?; albo chodzi o szczęśliwość i pokój na tym świecie, w tym przypadku jednak należy postawić pytanie: czy troska o pomyślność na tym świecie należy do istoty misji Kościoła? Owszem, nie należy bagatelizować troski o dobra materialne, ale czy w kontakcie z ludźmi, którzy trwają w fałszywej religii, z dala od Chrystusa, można pominąć aspekt nadprzyrodzony: troskę o Miłość, o łaskę uświęcającą, o zbawienie dla tych biednych dusz?”[3]

Religioznawczyni, dr Elżbieta Przybył, tak skomentowała powyższą wypowiedź w liście do mnie: „Są trzy religie, które wywodzą się z tego samego pnia (a więc jakby tworzą rodzinę) – judaizm, chrześcijaństwo i islam, i było nie było odwołują się do tego samego Boga, choć nie wszystkie uznają Jezusa za Boga (Syna Bożego, Mesjasza itd.). Michał A. Nowak ze swoją wizją chrześcijaństwa powinien urodzić się w czasach krucjat, a nie w dobie ekumenizmu…”.

Z Internetu wynika więc, że „Rodzina Ludzka” została  zaanektowana przez Kościół rzymskokatolicki i określa ludzi jako uniwersalną wspólnotę zbawionych. Agnostycy mówiliby tu raczej o „ludzkości” i „rodzinie” (jako „komórce społecznej”). Ponieważ sprawy solidnie nie przestudiowałem, jestem skłonny widzieć „Rodzinę Ludzką” jako cząstkę dziedzictwa Oświecenia, którą w duchu romantyzmu zaanektował kościół rzymskokatolicki. Taką próbę pogodzenia irracjonalizmu oraz partykularyzmu (rodzinności) z uniwersalnością (ludzkością) odbieram oczywiście pozytywnie, pod warunkiem, że nie będzie ona interpretowana tak, jak uczynił to przytaczany wyżej lefebrysta.

Jeśli zajrzymy do anglo- czy niemieckojęzycznych odpowiedników „rodziny ludzkiej”, to stwierdzimy, że sformułowanie to bardzo rzadko, ale bywa używane również w areligijnym dyskursie (np. „human family” w preambule do anglojęzycznej wersji Deklaracji Praw Człowieka; ciekawe wszak, że w polskiej wersji występuje tu kategoria „wspólnoty ludzkiej”, a nie „rodziny” – czyżby tłumacze byli agnostykami?).

Jak by nie było, w żadnym razie nie jestem przeciwnikiem „Rodziny Ludzkiej” w myśli religijnej, filozoficznej i społecznej, nie jestem natomiast przekonany, że powinna ona być kategorią racjonalistycznej z założenia myśli prawniczej.

Kolejną kategorią w omawianym zwrocie są „wszystkie kraje”. „Kraj” należy tu zapewne rozumieć jako synonim „państwa”, jednak, o ile „państwo” ma osobowość prawną zawsze, o tyle „kraj” niekoniecznie. I nie przypuszczam, by twórcy preambuły myśleli tu o współpracy np. z krajami związkowymi w Niemczach i Austrii, z czternastoma krajami w Republice Czeskiej, z ośmioma krajami Federacji Rosyjskiej, z Krajem Basków w Hiszpanii itp. Myśleli zapewne o współpracy ze wszystkimi państwami?

Czepiam się? Pewnie tak, ale po co, mając do dyspozycji precyzyjną kategorię „państwa”, wprowadzać do prawa kategorię „kraju” mającą wiele znaczeń? W sądzie będę zbesztany za zwrot „Pani sędzino”, zamiast „Wysoki Sądzie”, a w samym prawie ma być dopuszczalna dowolność pojęć?

Wspomniałem wyżej o świadomości historycznej i prawnej. O ile świadomość historyczna członków „Rodziny Ludzkiej” różni się nieskończenie, bo różna jest nasza historia, o tyle świadomość prawną posiadamy w większym lub mniejszym stopniu lub nie mamy jej wcale. Twierdzę np., że demokracja w Rosji w chwili obecnej nie jest możliwa, ponieważ jej mieszkańcy nie posiadają jeszcze świadomości prawnej i przez to nie są obywatelami w zachodnim rozumieniu tego słowa. Myśl rosyjska zbyt często negowała istotę prawa stanowionego – to w imię Chrystusa, to w imię Lenina. Brak tej świadomości u Rosjan obrazuję zwykle przykładem przejścia dla pieszych, np. w Londynie, Warszawie i w Moskwie. Prawo wszędzie jednakie – pieszy ma pierwszeństwo. O ile jednak 40 lat temu w Londynie bardzo byłem zdziwiony, gdy przed przejściem zatrzymał się samochód, by mnie przepuścić a dzisiaj nie dziwię się w Warszawie, że samochody przed przejściem zatrzymują się, o tyle w Moskwie nawet przez myśl mi nie przejdzie, by coś takiego mogło się zdarzyć.

Oczywiście świadomości prawnej Polaków daleko jeszcze do świadomości np. Niemców czy Szwajcarów, niemniej jednak świadomością potrzeby przestrzegania prawa stanowionego wyprzedzamy Rosjan przynajmniej o dwa pokolenia i dzięki temu z reguły akceptujemy konieczność dostosowywania naszego prawa i naszej świadomości prawnej do standardów Unii Europejskiej.

Czy oznacza to również, że jesteśmy „świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej” i rozumiemy, co ten zwrot oznacza?

Młody wykładowca z Katedry Teorii i Filozofii Państwa i Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, Tomasz Widłak, tak pisze o Miejscu prawa międzynarodowego w konstytucji RP[4]:

„My, Naród Polski (…) świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej” – głosi preambuła Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 r. Tymi słowami ustawa zasadnicza w sposób bezprecedensowy zapowiada otwartość polskiego porządku prawnego na prawo międzynarodowe. Przepisy Konstytucji z 1997 po raz pierwszy w historii polskiego konstytucjonalizmu w sposób tak szeroki i konsekwentny odnoszą się do miejsca prawa międzynarodowego w prawie wewnętrznym, dając tym samym wyraz zmiany aksjologii polskiego prawa po 1989 r. także w sferze podejścia do zobowiązań międzynarodowych Polski”.

Budująca interpretacja! Muszę się jednak przyznać, że sam omawianych słów nigdy tak bym nie odczytał. Pewnie dlatego, że w świadomości  „potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej” nie dostrzegłem odniesienia „do miejsca prawa międzynarodowego w prawie wewnętrznym”, gdyż „dobro Rodziny Ludzkiej” nie sprowadza się w świadomości „potocznej” do akceptacji prawa międzynarodowego (co wyżej wykazałem na przykładzie myśli rzymskokatolickiej). Dla mnie jest ono kolejnym przykładem abstrakcyjnej kategorii, trudnej do kompromisowego zdefiniowania. Na naszym „podwórku” czym innym jest owe „dobro” dla marszałka Marka Jurka, czym innym np. dla Magdaleny Środy. Dla pierwszego najwyższym dobrem jest Bóg, dla niezależnego etyka każdy konkretny człowiek – stąd ich różne pojmowanie „dobra Rodziny Ludzkiej”. Natomiast prawo stanowione, zapewne nie tylko moim zdaniem, powinno dążyć do operowania mniej kontrowersyjnymi kategoriami.

Napisałem do Pana Tomasza Widłaka. Wyjaśnił mi swoje stanowisko i od swego nauczyciela, profesora Jerzego Zajadło, przysłał nieopublikowany jeszcze tekst, zatytułowany Interwencja humanitarna czy odpowiedzialność za ochronę? (na przykładzie kryzysu w Darfurze), w którym Autor uzasadnia potrzebę dyskusji o „interwencji humanitarnej”, odwołując się m.in. do retoryki omawianego fragmentu preambuły. Wspaniały tekst, ukazujący m.in. sprzeczność zawartą w samym pojęciu „interwencji humanitarnej” (oksymoron – „jeśli bowiem humanitarna, to nie interwencja, tylko pomoc; jeśli natomiast interwencja, to nie humanitarna, tylko w ostatecznej instancji przymusowa i zbrojna, a w rezultacie nie interwencja, tylko wojna”) oraz omawiający szereg problemów, związanych z konfliktem norm prawnych, etycznych i „pragmatycznej mądrości”, występujących w prawie międzynarodowym i jego interpretacjach.

Teraz oczywiście rozumiem już stosunek obu Autorów do omawianego fragmentu preambuły, co jednak nie oznacza, bym zmienił własne krytyczne stanowisko wobec nadmiaru abstrakcyjnych, wieloznacznych kategorii w całej preambule, a w tym – i w omawianym fragmencie.

[1] Zob. Robert Sołtyk, Europa wojuje z chustami, „Gazeta Wyborcza” 2003, nr 239.

[2] Słownik katolickiej nauki społecznej, http://www.kns.gower.pl/slownik/stosunki.htm

[3] „Zawsze wierni” 2001, nr 4 (41), http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/405

[4] Tomasz Widłak, Miejsce prawa międzynarodowego w konstytucji RP, http://www.paneuropa.l.pl/?id=1085066618

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSkąd Polacy czerpią wiedzę o świecie i o wydarzeniach w Polsce?
Następny artykułAnatewka – recenzja restauracji (Łódź)
Andrzej de Lazari

Prof. dr hab. Andrzej de Lazari – historyk idei, kulturoznawca, sowietolog. Pracował jako nauczyciel akademicki w Uniwersytecie Łódzkim i w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Bada „zaprogramowanie kulturowe” grup społecznych oraz narodów obszaru postsowieckiego. W 1969 roku ukończył studia literaturoznawcze na Uniwersytecie Warszawskim, a w 1981 roku uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych na Uniwersytecie Łódzkim. W 1989 habilitował się na UW, a w 1997 uzyskał tytuł profesora. Autor licznych publikacji na temat historii Rosji oraz jej kultury i stosunków polsko-rosyjskich. W 2015 roku kandydował do Senatu RP z okręgu 23.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here