Niebo bezgwiezdne nade mną (fragment książki „Anatomia istnienia”)

0
304

„Kto mógł przypuszczać, że porządni mieszkańcy zamienią się niebawem w bandy rabusiów o zimnych twarzach. Sąsiad, który zawsze tak uprzejmie się kłaniał będzie gwałcicielem, a pani z salonu fryzjerskiego zostanie aresztowana przez policję podczas plądrowania sklepów”…

Oto fragment z książki „Anatomia istnienia” Tomasza Mazura.
Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014.

Nie mogłem kupić tej torby. Nie miałem dosyć pieniędzy. Nie było też nikogo, kto by mi ją podarował. Podsunąłem mój wózek inwalidzki bliżej wystawy. Torba leżała na wyciągnięcie ręki – gdyby nie szyba mógłbym dotknąć jej z łatwością. Nie tylko kształt ale i materiał wydawał mi się dobry. Tak, była idealna. Mógłbym zawiesić ją z boku wózka i trzymać w niej swoje rzeczy. Mógłbym wkładać do niej rzeczy i łatwo je z niej wyjmować. Mógłbym robić to bez niczyjej pomocy, nie musiałbym upychać zakupów po kieszeniach, albo kłaść na kolanach, skąd spadały przy ruchach wózka. Taka torba to prawdziwy skarb… pozostało mi patrzeć i marzyć.

Pojechałem dalej. Miasto dopiero się budziło. Tramwaje i autobusy pełne były ludzi śpieszących do pracy. Chodnikami maszerowały dzieci z tornistrami na plecach, renciści powoli zaludniali park a handlarze pokrzykując ustawiali na targu swoje stragany. Lubiłem nasze miasto. Chociaż nigdy nie chodziłem na własnych nogach, dobrze je znałem. Całymi dniami toczyłem mój wózek po ulicach i znajdowałem radość patrząc na życie innych. Kochałem nasze miasto. Urządziliśmy je dobrze, jak małą wyspę, jak osobny świat. Jego niezawodne struktury wnikały od urodzenia w dusze wszystkich nowych obywateli – dziewczynek i chłopców bez wyjątku. Wchodzili w życie miasta łagodnie i niezawodnie. Ubierali się w jego szaty, akceptowali je jako własne. I o swoich poglądach, o swojej etyce nie myśleli nigdy w naukowych kategoriach socjalizacji, lecz jawiły im się one jako prawda absolutna, jako oczywistość płynąca z najgłębszych zakamarków duszy.

I tak pogrążony w zadumie, sunąc przez moje kochane, budzące się miasto dostrzegłem, że coś dziwnego dzieje się ze zwierzętami. Psy jeden po drugim zaczęły ujadać, koty naprężały grzbiety, jeżyły sierść jakby do ataku i właziły na śmietniki, na płoty… Wzdłuż murów przemykały stada szczurów – tylu na raz nie widziałem jeszcze nigdy. Chwilę później zdawało mi się jakby wózek uzyskał własne życie. Jego koła nie chciały słuchać moich rąk. Z dachów zaczęły spadać dachówki a drzewa chwiały się pomimo braku wiatru. W zaparkowanych samochodach, to tu to tam, włączały się alarmy. Ludzi ogarnął niepokój – wybiegali z budynków, spoglądali w niebo, ale tam nie było nic podejrzanego. Błękit był błękitem, słońce słońcem, a chmury niemo posuwały się jak zawsze ze wschodu na zachód. Aż wreszcie ktoś wypowiedział te słowa: trzęsienie ziemi! To jest trzęsienie ziemi! Budynki obsuwały się jakby trafione niewidzialnymi, bezgłośnymi bombami. Asfalt rozwierał się na jezdniach, pękały chodniki, przewracały się latarnie, słupy ciągnęły za sobą iskrzące kable. Ustał ruch samochodów i dopiero za chwilę słychać było syreny karetek i straży pożarnej.

Nie potrafię opisać tego, co przeżyło nasze miasto w te kilka minut. Ale muszę opisać to, co stało się potem. Bowiem to, co stało się gdy przestała drżeć ziemia, było większym wstrząsem niż ten, który zamienił miasto w ruinę. Pierwszej nocy nie spał nikt. Nikt nie odważył się wrócić do budynków. Parki, place, ulice pełne były ludzi koczujących pod bezgwiezdnym niebem. Jedni siedzieli otępiali, inni rozpaczali, jeszcze inni gołymi rękami starali się usunąć gruzy, spod których wciąż dochodziły głosy uwięzionych.

A nad ranem… nad ranem ruszyli oni. Mijali mnie bez słowa, zapatrzeni w dal. Przed trzęsieniem ludzie spotkani na ulicach spoglądali mi w oczy, czasami oferowali pomoc. Teraz każdy szedł śpiesznym krokiem bez oglądania się na innych. Nie było widać matek z dziećmi na spacerze, ale na ulicach roiło się od dziecinnych wózków pchanych najczęściej przez mężczyzn. W wózkach zamiast niemowląt leżały paczki, kartony – a w nich lodówki, telewizory, komputery… Rozkradano sklepy.

Tak, oczywiście mieliśmy w naszym mieście policjantów, ale nie było ich wielu i zazwyczaj nie mieli zbyt dużo do roboty. Teraz nie nadążali, aby chronić wszystkich i wszystko. Gdy działali na północy, szabrowano na południu miasta. Gdy przenieśli się na południe, bandy grasowały na wschodzie i zachodzie. Niektórzy rabusie nie trudzili się z wynoszeniem towaru ze sklepu, lecz obezwładniali obładowanych towarem i przejmowali ich ładunek. Kobiety wykradały jedzenie i ubrania, mężczyźni różne sprzęty, młodzież – elektronikę. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli normalnymi, zwykłymi obywatelami przemienili się w psie sfory grasujące po mieście. I tak jak w psach, które zasmakują krwi i surowego mięsa odzywa się instynkt wilka, tak i w ludziach, którzy ukradli coś po raz pierwszy w życiu korzystając z bezkarności, budziła się nieokiełznana chęć dalszego posiadania. Każde następne przywłaszczenie odbywało się z mniejszym oporem i z każdym nowym łupem rósł apetyt, aby nieoczekiwany majątek powiększyć jeszcze bardziej.

Przeraziła mnie wątłość naszej cnoty. Jeszcze wczoraj ludzie pracowali z zadowoleniem, dzieci uczyły się w szkołach i każdemu wydawało się, że tak będzie zawsze. Kto mógł przypuszczać, że porządni mieszkańcy zamienią się niebawem w bandy rabusiów o zimnych twarzach. Sąsiad, który zawsze tak uprzejmie się kłaniał będzie gwałcicielem, a pani z salonu fryzjerskiego zostanie aresztowana przez policję podczas plądrowania sklepów. Gdyby nie trzęsienie ziemi wszyscy dalej byliby spokojnymi obywatelami. Wymienialiby uśmiechy, myliby ręce przed jedzeniem i wyprowadzaliby na smyczach wypielęgnowane pieski. Teraz zachowywali się, jakby prawo nie istniało… ale przecież prawa nikt oficjalnie nie unieważnił… prawo obowiązywało nadal. Znikła jedynie kara. Prawa nie można było wyegzekwować, ponieważ garstka policjantów stała się bezradna wobec faktu przemiany połowy populacji miasta w hordy rzezimieszków.

Na niektórych skrzyżowaniach jakimś cudem wciąż działała sygnalizacja. Światła zmieniały się, ale nikt nie zważał na ich barwę. Chodniki i ulice pełne były ludzi, z których każdy bał się każdego. Biegnący czasem potrącali mnie, ale żaden nie odwracał głowy. Kuliłem się w wózku i posuwałem blisko wzdłuż muru.

Prawo, którego nikt nie jest w stanie wyegzekwować warte jest tyle, co papier, na którym go spisano. Moralność, która potrzebuje krat, rygli i zasieków, policji, karabinów i więzień w istocie nie jest cnotą, lecz postępowaniem motywowanym lękiem przed karą. Brak kary pozbawia prawo mocy, pozbawia sankcji. Kiedy zaś zabraknie prawa, to jest to tak, jak gdyby dla materii znikła grawitacja i tarcie, albo jak gdyby zwierzętom zabrakło instynktu. Wtedy materia rozpada się, zwierzę błądzi bezradne po stepie a w człowieku budzi się to, co w nim nieprzymuszone i najgłębsze: w nielicznych anioł – a w większości – diabeł. Jest to czas rozrachunków, czas zemsty, czas nadrabiania braków, czas odpłacania pięknym za nadobne, czas wypełnienia niezaspokojonych pragnień i żądzy. Jest to czas ludzi nienasyconych, czas poniżanych i czas nie znających umiaru. Czas linczów i samosądów. Byli tacy, którzy wbijali noże w brzuchy martwych, aby poczuć jak to jest, kiedy nóż zatapia się w ciele człowieka. To był ten moment, to była ta szansa, jedyna okazja by bezkarnie doznać tego wrażenia. Zatapiali więc metalowe klingi raz po raz w martwych i nie ostygłych jeszcze ciałach, bo uczucie nie bycia pierwszym i uczucie bezgranicznej bezkarności przyćmiewało im umysły.

Trzęsienie ziemi sprowadziło motywację niektórych mężczyzn na poziom rdzenia kręgowego. Zacni obywatele, którzy jeszcze w zeszłym tygodniu robili sobie kawę na śniadanie, pogwizdywali przy goleniu i słuchali porannych wiadomości teraz rozpinając spodnie ustawiali się w kolejce i jeden po drugim zanurzali penisy w ciele kobiety bez imienia. Pamiętam tę kobietę… już nie krzyczała, nie broniła się. Po tym jak wybito jej zęby i połamano ręce we wstępnej szamotaninie była już tylko obolałym ciałem, przedmiotem powszechnego użytku. Gdy znikło prawo świat przestał mówić o godności, wynagrodzeniu za pracę czy należnych świadczeniach i miał jej do zaoferowania tylko jedno: stado ustawionych w kolejce samców o przyspieszonych oddechach. Przed trzęsieniem ziemi te same samce zachowywały by się inaczej. Konkurowali by między sobą przynosząc jej kwiaty albo pisząc wiersze. Zapraszaliby ją na kolację i prześcigali się w humorze. Nagłe ruchy tektoniczne unieważniły wszystkie rytuały. Od pragnienia do spełnienia dzieliło jedynie kilku poprzedników o czerwonych twarzach i nie warto było nawet się przepychać, bo kolejka szybko się posuwała.

W południe, osłabiona wstrząsami, pękła tama na rzece. Woda wyciekła a miejsce błękitnej tafli zajęło błoto i muł. Pękały też coraz to nowe dusze ludzkie. Wylewało się z nich to, co podświadome, stłamszone, ukrywane lub nieznane. Wylewało się i zatapiało wszelkie normy postępowania. Dogłębne stawało się zewnętrznym a prawda (powiedz mi co to jest prawda?!) wychodziła na jaw w swej ostatecznej i czystej formie.

Woda z jeziora zaporowego zalała nisko położone dzielnice. Rabusie przesiedli się do łódek. Aby upadająca moralność uśmierciła prawo potrzeba wielu lat. Kliki, oligarchie, dyktatorzy, szaleńcze ideologie są w stanie wyprzeć moralność wpisaną w paragrafy i przedefiniować je tak, aby stały się gwarantami bezkarnej podłości. Wymaga to jednak długiego czasu – tymczasem dobre prawo, które umarło, pociąga za sobą śmierć moralności zaledwie w kilka godzin lub minut. Nieomalże natychmiast. Czy moralność jest tylko cienką zasłoną utkaną z lęku przed karą?

Za rozbitym lustrem czeka pustka. Popękana ziemia daje wgląd w strukturę gleby… i ludzkich dusz. Pozwala stanąć oko w oko z prapokładami okrucieństwa i dzikości, o jakich nie mieliśmy pojęcia, odkrywa bolesną tajemnicę, uwalnia destruktywny potencjał ludzki. Wraz z zanikiem prawa usankcjonowanego karami umiera moralność i człowiekowi pozostaje funkcjonowanie wyłącznie na – wciąż obecnych i niezbywalnych – poziomach materialności i instynktu. Poziomach, które nowa sytuacja redukuje do chęci posiadania i seksu. W czasach rządów prawa znajdowały one ujście w szlachetności zarobkowania i pięknie erotyki. Gdy prawo znikło – zamieniły się w kradzież i gwałt.

Nie znamy samych siebie. Efektem wolnej woli jest możliwość stania się świętym lub… potworem. Po tym, co nas spotkało, możemy przypuszczać, że dno ludzkiego serca nigdy nie jest siedzibą przeciętności. Na samym dnie czeka w ciszy… ktoś. I nikt z nas nie wie kogo w sobie nosi, dopóki nie nadejdzie jego dzień.

Aby paragraf nie musiał być podparty karabinem, musi być zapisany w ludzkim sercu. Jednak powierzchnia, a jeszcze bardziej wnętrze tego mięśnia nie jest trwałym podłożem. Ustawiczny ruch i przepływ, jaki się w nim odbywa powoduje szybkie wypłukiwanie wszelkich naniesień. Czy świat naszych cnót wart jest tylko tyle, co mgła nad rzeką? Rzeką ciemną, głęboką, pełną zdradliwych wirów i nie znającą litości… Dlaczego dopiero nadzwyczajne warunki obnażają prawdę o nas? Czy potrzebujemy kataklizmów, aby poznać własną naturę? Czy ci, którzy przeżyli swoje życie bez powodzi, trzęsień ziemi i wojen przeżyli je w kłamstwie, a przynajmniej w niewiedzy? Czy napisać komuś na nagrobku „żył szlachetnie i uczciwie” znaczy jedynie „nie ześwinił się, bo nigdy nie miał ku temu okazji”?

Nasi bliźni mieszkający niedaleko zapomnieli o nas. Na drogach dojazdowych nie było tłoku, lecz pustka.

Gdy znikło prawo, które jak sądziliśmy powstało z naszej moralności, okazało się że znikła również sama moralność. Moralność, którą uważaliśmy za źródło prawa płynące z naszych serc okazała się tylko cienką powłoką przykrywającą bezdenną dzicz. Co rodzi się jako pierwsze – moralność czy prawo? Co było najpierw – jajko czy kura? Bo jeśli kura, to przecież z jajka, a jeśli jajko, to przecież od kury. A jeśli moralność, to na podstawie zasad, a jeśli zasady, to tylko dzięki moralności.

Co umiera pierwsze – moralność czy prawo? Rozumiem, że trzęsienie ziemi zniszczyło domy, drogi i mosty, że powaliło drzewa, zniszczyło fabryki i szpitale. Ale dlaczego wytrzęsło z ludzkich serc człowieczeństwo?

Przez wyłomy w więziennych murach uciekli skazańcy. Przez wyłomy w sklepowych murach wchodzili ludzie wolni.

Bezprawie jest sprawdzianem moralności. Nie tej, która jest jedynie wynikiem lęku przed karą lub społecznym napiętnowaniem, ale moralność czystej – takiej, która płynie z serca i nie potrzebuje ani nadzorców, ani kontroli, która jest jak szczery dar… bo z darami sprawa ma się podobnie. Jeżeli dajemy żebrakowi koszulę, w której nie chodzimy już – nie dajemy. Ale jedynie pozbywamy się. Dajemy dopiero wtedy, kiedy darowujemy coś, czego sami pilnie potrzebujemy. Ale ilu z nas daje w ten właśnie sposób?

Rząd przysłał wojsko. Ogłoszono, że przeciwko plądrującym będzie użyta broń. Stawiających opór rozstrzeliwano na miejscu. Ulice wyludniły się. Woda z jeziora zaporowego, która zalała miasto, cofnęła się pozostawiając wielkie, ciche kałuże. Odbijał się w nich błękit nieba i chmury płynące ze wschodu na zachód.

Dziś przejeżdżałem koło sklepu, gdzie kilka dni temu patrzyłem z zachwytem na torbę do mojego wózka. Sklep był zrujnowany, wielka szyba wystawowa potrzaskana. Nie zważając na odłamki szkła podjechałem bliżej i… zobaczyłem moją torbę. Leżała na chodniku. Nie mogłem schylić się wystarczająco, aby jej dosięgnąć. Nie było też nikogo, kto by mi ją podał.

Pozostało mi patrzeć i marzyć.

Przeczytaj też: „Siła prawdy”, Tomasz Mazur.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUnia Europejska po Brexicie. Cofnąć się, aby lepiej skoczyć? (prof. T. Iwiński)
Następny artykułZnów wojenka szumi w głowie? (prof. T. Iwiński)
Tomasz Mazur
Ukończył etnologię na Uniwersytecie Ludwika Maximiliana w Monachium. Od trzydziestu lat żyje na emigracji w siedemnastowiecznym domu, w dawnym kompleksie klasztornym Benedyktynów nad Dunajem, w Dolnej Bawarii. Pracuje jako nauczyciel i tłumacz. Jest podróżnikiem - przemierzył Chiny rowerem, dwukrotnie Atlantyk niewielkim jachtem, Azję oraz Amerykę Południową z plecakiem na ramionach. W latach dziewięćdziesiątych debiutował artykułami na łamach „Przekroju” oraz prowadził własne wydawnictwo turystyczne (jest autorem przewodnika po Turcji). Przez długi czas zafascynowany był Indiami, czego owocem stała się przyjęta entuzjastycznie przez indologów (i nie tylko) książka „Mozaika indyjska” (Wydawnictwo Kurpisz, 2005 i 2009), nominowana w 2006 roku do Nagrody im. Beaty Pawlak. Najnowsza jego książka, „Anatomia istnienia” (Wydawnictwo Barbelo, Warszawa 2014), w syntetyczny sposób zamyka lata doświadczeń jednego człowieka. Jest to zbiór esejów pisanych ręką dojrzałego mężczyzny, przedstawiający wnikliwy, wręcz anatomiczny obraz życiowych mechanizmów i procesów obejmujących wiele sfer życia: miłość, małżeństwo, chorobę, dojrzewanie i przemiany ciała, metamorfozy miasta i społeczeństwa. Życie uwolnione ze złożoności i sprowadzone do prawd prostych, przejawiające się w fundamentalnych dychotomiach rodzących konieczność mądrego wyboru.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here