Izrael i Autonomia Palestyńska – wspomnienia

0
136
Autor: Al Jazeera English

Nie przypominam sobie, czy w swoim życiu widziałem już kiedykolwiek ludzi z takim wyrazem beznadziei i rezygnacji w oczach…

***

Zakwaterowaliśmy się w hotelu Paradise w Betlejem, na terenie Autonomii Palestyńskiej. Byliśmy pod wrażeniem pracowitości, solidności, kultury i uczciwości pracujących tam Palestyńczyków. Można było zostawić w pokoju hotelowym nawet na stoliku, pieniądze czy dokumenty – nie zmieniały one właściciela. Codziennie rano, czasami bardzo wcześnie, wyruszaliśmy w podróż do różnych miejscowości. I każdego dnia musieliśmy przekraczać punkt kontrolno-graniczny między Autonomią Palestyńską a Izraelem. Kontrola paszportowa odbywała się dwukrotnie – przy wyjeździe i podczas powrotu do hotelu. W naszym przypadku miała ona raczej symboliczny charakter – do autokaru wchodził uzbrojony żołnierz izraelski, a my wszyscy podnosiliśmy paszporty. Chcieli w ten sposób sprawdzić, czy w naszym autokarze nie ma Palestyńczyka, który chciałby nielegalnie wydostać się z Betlejem. Jednak pewnego razu,  pod koniec naszego pobytu w tym mieście, przy porannym wyjeździe, mieliśmy niezbyt przyjemną okazję przechodzić przez cały system kontroli paszportowej. Nie było co prawda kontroli osobistej, ale niemiłe wrażenie pozostało. Dla nas było to jednorazowe doświadczenie. Palestyńczycy udający się do pracy po drugiej stronie muru, do Jerozolimy, taką procedurę przechodzili codziennie.

Betlejem należy do Autonomii Palestyńskiej. Miasto jest otoczone ze wszystkich stron przez posterunki armii izraelskiej, a na drogach znajdują się punkty kontrolne. Takich checkpoints na terytorium Izraela jest bardzo dużo. Wszystkie ograniczenia w ruchu zostały wprowadzone ze względów bezpieczeństwa. Wszelki ruch jest dozwolony wyłącznie przy pomocy specjalnych przepustek, które można uzyskać u izraelskich władz wojskowych. Przed wjazdem do Betlejem, 10 km od Jerozolimy,  znajduje się szary betonowy mur z drutami kolczastymi o wysokości 8 metrów, pokryty wieloma napisami i graffiti. Ośmiokilometrowy odcinek muru odgradza Betlejem od  terenów izraelskich. Jest częścią zaplanowanego muru o długości 670 km, który ma oddzielać Izrael od terytorium Autonomii Palestyńskiej. Jego budowa rozpoczęła się w 2000 roku. Izrael nazywa go murem bezpieczeństwa, Palestyńczycy – gettem. W 2004 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że mur jest sprzeczny z międzynarodowym prawem i nakazał jego zburzenie. Mimo to Izrael nadal go budował, tłumacząc, że mur zapobiega przenikaniu zamachowców samobójców na jego terytorium.

W czasie swojej wizyty w maju 2009 r. papież Benedykt XVI, odwiedzając obóz dla uchodźców El Aida w Betlejem, odrzucił propozycję skorzystania z trybuny, która miała być przygotowana dla niego w pobliżu tego betonowego muru. Żegnając się z Betlejem, po całym dniu spędzonym na terenach Autonomii Palestyńskiej, papież powiedział, że „mury nie trwają wiecznie” i „mogą zostać zburzone”. Widziałem mur, który wrzyna się w wasze terytorium, oddzielając sąsiadów i dzieląc rodziny, i otacza wasz pobliski obóz, zakrywając sporą część Betlejem. Choć mury można łatwo zbudować, wszyscy wiemy, że nie trwają wiecznie. Mogą zostać obalone. A dalej Benedykt XVI dodał: Moim gorącym życzeniem dla was, narodzie Palestyny, jest to, abyś mógł wreszcie cieszyć się pokojem, wolnością i stabilnością, których brakowało ci przez tak długi czas. I tutaj dla nas w sposób  jakby naturalny przychodzi na myśl paralela do pięknej pieśni barda Solidarności Jacka Kaczmarskiego z 1978 r. pt. „Mury”:

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą runą runą
I pogrzebią stary świat!

Ten widok codziennie robił na nas ogromne wrażenie. Działał wręcz przygnębiająco. Tak bardzo przypominał nam inny, europejski symbol podziału – zburzony w 1989 r.  mur berliński. Co ciekawe, ten ostatni widziałem tylko na fotografiach albo w filmach. Na własne oczy zobaczyłem fragment tej „żelaznej kurtyny” w Portugalii, w Fatimie. Ten 2,5 tonowy głaz, symbol komunistycznego zniewolenia, dostarczono do Fatimy jako podziękowanie Matce Bożej za uwolnienie Europy spod ucisku nieludzkiego systemu. Ten berliński mur podzielił naród niemiecki na dwa państwa o różnych systemach politycznych. Był jednocześnie symbolem podziału Europy, symbolem zniewolenia.

Nie pamiętam już dokładnie, wszak minęło prawie 4 lata od mojej podróży, ale prawie codziennie po przekroczeniu punktu granicznego spotykaliśmy podobny widok. Smutny obraz: grupy mężczyzn, Palestyńczyków, siedzących czy leżących na trawie, którzy oczekiwali, by ktoś ich najął do pracy. Mimo że minęło już kilka lat, wciąż mam w pamięci wyraz twarzy tych mężczyzn. Nie przypominam sobie, czy w swoim życiu widziałem już kiedykolwiek ludzi z takim wyrazem beznadziei i rezygnacji w oczach.  Te obrazy pozostaną we mnie chyba do końca życia.

Codziennie przed odjazdem i powrotem witała nas przy hotelu grupa młodych Palestyńczyków, którzy oferowali nam za „only one dolar” wodę do picia czy jakieś pamiątki. Cena wody w butelkach 1,5 l nie była wygórowana, taką wartość miała też w pobliskich sklepikach. Byli uczciwi, niezbyt nachalni, nawet sympatyczni. Za butelkę schłodzonej wody o zawartości 0,33 l u kierowcy autokaru należało zapłacić prawie 2 dolary. Chętnie więc kupowaliśmy u nich tę wodę. Tym bardziej, że przy panującym upale była wręcz nieodzowna dla naszego zdrowia. A dla nich była to okazja by trochę zarobić, uczciwie.

O nietypowej sytuacji politycznej świadczyć może system kontroli na lotnisku w Tel Awiwie. Odprawa celna po przylocie z Budapesztu przebiegła bezboleśnie – sprawdzenie paszportów i jesteśmy w Izraelu. Ale powrót był bardziej skomplikowany. W drodze z Betlejem na lotnisko Ben Guriona w Tel Awiwie przewodnik „szkolił” nas jak mamy się zachowywać, co mamy mówić przy kontroli. Sugerował wręcz, by na pytanie kontrolujących o miejsce noclegu w Izraelu wskazywać na Jerozolimę, a nie Betlejem (Palestyna). Nie można też  było przyznać się, że człowiek cokolwiek przywiózł dla kogoś w Izraelu, a nie daj Boże w Palestynie. Większość z nas musiała otwierać bagaże i tłumaczyć się z niektórych zawartości. Nie byłem wyjątkiem. Na szczęście trafiłem na celniczki, które mówiły po rosyjsku. Z angielskim bym sobie zapewne nie poradził. Może to i śmiesznie zabrzmi, ale niektórzy z nas musieli się tłumaczyć, gdzie kupili wodę, którą mieli w buteleczce. Była to akurat woda, którą nabrali w Morzu Martwym, by pokazać ją i dać posmakować znajomym w Polsce. Powinienem dodać, że nie była to kontrola bagażu podręcznego, który można wnieść do samolotu, ale bagaży, które później lądowały w jego luku. Na szczęście po tych przeżyciach i stresie czas oczekiwania na samolot do Budapesztu minął już spokojnie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here