Dyplomacja insurekcji kościuszkowskiej

0
35

Wybitny socjolog prof. Jan Szczepański postawił kilka dramatycznych pytań o następującej treści: Jak to się stało, że państwo, jedno z największych w Europie pod względem obszaru i ludności, pozwoliło się rozdzielić między sąsiadów, nie stawiwszy poważniejszego oporu? Jak ten fakt pogodzić z ostrą dumą narodową Polaków, przybierającą wręcz postać arogancji? Jak wytłumaczyć, że naród mający takie poczucie swej wyjątkowości i wartości przez prawie 280 lat był bezsilnym pionkiem w europejskiej grze politycznej?

[„Znad Wilii”, kwartalnik, Wilno.2017.4(72), artykuł prof. Władysława Zajewskiego]

Na te pytania od lat starają się odpowiedzieć historycy, zdając sobie doskonale sprawę z faktu ich ogromnej doniosłości w kształtowaniu świadomości narodowej. Wskazują na fakt, że ginąca Polska w roku 1794 zdobyła się jeszcze na ogromny wysiłek militarny w obronie swej niezawisłości, że insurekcja kościuszkowska, czyli jakobińska zaraza nad Wisłą, trwała ponad osiem miesięcy (do 16 listopada 1794), że w szczytowym momencie jej natężenia pod władzą insurekcyjną znalazło się blisko 87 tys. km kw. i blisko 2 mln ludzi, że ogromny wysiłek mobilizacyjny – choć nie doprowadził do utworzenia jednorazowo 200 tys. armii, to jednorazowo we wrześniu było pod bronią 50 tys. żołnierzy, że ten militarny wysiłek ginącego państwa był wielki i imponujący siłą oraz rozmachem, który nie tylko zaskoczył i przeraził Katarzynę II, lecz mógł zmienić bieg wydarzeń. Nie zapominajmy, że jeszcze w połowie września 1794 położenie militarne insurekcji polskiej było pomyślne. Jak napisze historyk bitwy maciejowickiej: Zarówno naczelne dowództwo pruskie, jak rosyjskie, uważało działania zaczepne przeciw niej na ten rok za ukończone; oba powiły już decyzję zajęcia kwater zimowych i obrony ich aż do wiosny.

Niestety, Kościuszko zbyt pośpiesznie inicjując, bez dostatecznych sił, zwrot zaczepny przeciw korpusowi Suworowa, w obawie przed jego połączeniem z korpusem Fersena, popełnił błąd. Nie zapewnił bowiem sobie dostatecznej przewagi liczebnej, dostatecznych sił, które mógł zmobilizować w Warszawie. I tak pod Maciejowicami znalazł się wobec dwukrotnie przewyższającego przeciwnika, na pozycji, która przy równych siłach zapewniłaby Polakom wszystkie korzyści miejsca i kierunku działania. Lecz zastanówmy się nad problemem szerszym. Czy insurekcja 1794 mogła liczy na sympatię i pomoc Europy? Czy ta sympatia i pomoc była nam konieczna, by pokonać sprzymierzone siły rosyjsko-pruskie, czy też sama insurekcja była zdolna je unicestwić bez niczyjej pomocy? Dziewiętnastowieczny historyk Alfred von Vivento pisał: Rok 1792 i 1793 zgruchotał ostatecznie europejskie prawo narodów, sprawiedliwość uciekła z gabinetów monarszych, a polityczna moralność rozsypała się w gruzy. Dwa potężne mocarstwa Rosja i Prusy, aby sobie powetować koszta wojny z rewolucyjną Francją, rzuciły się na bezbronną‚ wewnątrz zwichrzoną, lecz nikogo nie zaczepiającą Polskę i rozgrabiły do reszty jej ziemie. Lecz pomysł redukcji wojska koronnego stał się sygnałem zbrojnego powstania, nad przygotowaniem którego od dawna pracowała konspiracja patriotów w kraju i za granicą. „Gazeta Rządowa” w nr 112 z 1794 w artykule pt. Obraz stanu Europy stwierdzała co następuje:

Zaczęte w Krakowie powstanie w przeciągu dni dwudziestu rozszerzyło się po wszystkich województwach i powiatach. Warszawa i Wilno zgniotły wewnątrz nieprzyjaciół i naród prawie cały, ogłosiwszy się być w powstaniu przeciwko przemocy obcej, zaczął rolę znaczącą w powszechnym dziś zaburzeniu Europy. Wolność, całość i niepodległość jest hasłem Polaków. Dążą oni do wolności, której zawsze używali, którą chcą sprostować i rozciągnąć do wszystkich mieszkańców, do niepodległości, bez której wolności nie masz i do ocalenia prowincjów swoich, które Moskwa i król pruski rozszarpali. Lelewel, porównując oba powstania 1794 i 1831, podkreślał, że insurekcja kościuszkowska zbiegła się z wielkimi wstrząsami w Europie, wywołanymi przez walkę rewolucji francuskiej z koalicją monarchów despotycznych Austrii i Prus, podjudzanych przez Katarzynę II i że naczelnicy spisku rewolucyjnego nie liczyli na obcą pomoc z zewnątrz i dodawał: Owszem, wiadomo było, że onej nigdzie nie znajdą, że Polacy są samym sobie zostawieni. Niezupełnie to ścisły wywód. Wiemy dziś znacznie więcej niż Lelewel na temat poufnej misji do Paryża na początku 1793 roku honorowego obywatela Francji rewolucyjnej Tadeusza Kościuszki.

W przedłożonym memoriale francuskiemu ministrowi spraw zagranicznych Lebronowi, Kościuszko dowodził, że postanie narodowe w Polsce byłoby potężną i skuteczną dywersją na tyłach Prus i Austrii, ruchem rewolucyjnym, który przyczyniłby się do zasadzenia… drzewa wolności wśród lodów Petersburga. Domagał się, aby Francja dostarczyła broni dla 100 tys. powstańców, 30 mln zł pożyczki, przysłała flotę wojenną na Bałtyk i Morze Czarne oraz skłoniła Turcję do wypowiedzenia wojny Rosji. Ostateczny rezultat tej misji dyplomatycznej przyszłego naczelnika insurekcji nie był imponujący. Trafnie pisze historyk tych zdarzeń, prof. Henryk Kocój, że na miernym wyniku misji Kościuszki zaciążył fakt nasilenia się gwałtownych walk pomiędzy żyrondystami a dochodzącymi do władzy jakobinami. Jeśli sympatia żyrondystów ograniczyła się do czczych frazesów, to jeszcze bardziej ostrożnymi okazali się jakobini w szerzeniu hasła Wojna tronom i którzy skutecznie zasłaniali się frazesem, że insurekcja w Polsce nie jest dość rewolucyjna.

Po utworzeniu w Warszawie Rady Zastępczej Tymczasowej wyłoniono już 21 kwietnia 1794 Wydział Dyplomatyczny na czele z Walerianem Dzieduszyckim, który miał utrzymywać kontakty z szefami misji dyplomatycznych, które znajdowały się wówczas w Warszawie. Naczelnik Kościuszko zastrzegał też od początku, że wszystkie istotniejsze kontakty, rozmowy i układy podlegają jego aprobacie i ostrzegł RZT, iż żaden układ z żadnym ministrem interesów zagranicznych w rzeczach zwłaszcza większej wagi‚ definitywnie czynionym, nie będzie bez mojej wiadomości i rezolucji.

Po utworzeniu już stabilnej Rady Najwyższej Narodowej ster dyplomacji powstańczej przejął Ignacy Potocki‚ współtwórca Konstytucji 3 Maja i polityki zagranicznej Sejmu Wielkiego. Paweł Popiel nazwie go wielkim patriotą a zarazem politykiem pełnym złudzeń co do Prus, który dał się omotać Lucchesiniemu i uwierzył w 1791 w iluzję szczęśliwej Polski z Hohenzollernem na tronie. Kompetencje Wydziału Interesów Zagranicznych, którym kierował Potocki, polegały na prowadzaniu korespondencji dyplomatycznej w imieniu władz insurekcji‚ prowadzeniu rozmów dyplomatycznych, podpisywanie tymczasowych układów i wysyłanie agentów za granicę, wydawaniu paszportów osobom wyjeżdżającym oraz opiece nad bezpieczeństwem personelu dyplomatycznego przebywającego w Warszawie. Władze Insurekcji były oczywiście bardzo zainteresowane, aby obce misje dyplomatyczne, akredytowane przy królu i Stanach Rzeczypospolitej, pozostały w stolicy i kontynuowały swą działalność przy władzach rewolucyjnych. Nota cyrkularna prezydującego w RZT Ignacego Zakrzewskiego z 23 kwietnia 1794 powiadamiała obcych dyplomatów, że w następstwie szczęśliwych wypadków, jakie miały miejsce w tym mieście (chodzi o wydarzenia 17 i 13 kwietnia), powstał tymczasowy Komitet Dyplomatyczny ds. zagranicznych, co mogłoby więc przyczynić się do zacieśnienia więzów i stosunków pomiędzy Polską a obcymi mocarstwami. Jak pisze autor świetnej książki o służbie dyplomatycznej w czasach insurekcji kościuszkowskiej, Edward Gomulski, dyplomaci akredytowani przy królu polskim zebrali się na poufną naradę w siedzibie nuncjusza papieskiego Litty i po długiej debacie uzgodnili wspólną „notę” do Wydziału Dyplomatycznego władz powstańczych, którą każda placówka miała przekazać oddzielnie: Niżej podpisany NN ma zaszczyt podziękować panu hr. Zakrzewskiemu (za notę), którą on zechciał przekazać pod datą 23 b.m. i skorzysta tymczasowo z ułatwień, jakie tam (w tej nocie) zawiera, ażeby dać wyraz w obecnych okolicznościach swym życzeniom i również będzie miał względy odpowiednie dla próśb, które będą do niego skierowane.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pozostający w Warszawie korpus dyplomatyczny państw monarchicznych, z uwagi na obawy przed reakcją Katarzyny II, starał się podkreślać, jak to sformułował rezydent Saksonii Jan Jakub Patz, iż nie chce wchodzić w żadne negocjacje z tutejszym nowym rządem. Faktem jest, że formalnie minister pruski Alvensleben, stwierdza prof. Henryk Kocój, kilkakrotnie nalegał na Fryderyka Wilhelma II, aby ten odwołał z powstańczej Warszawy pruskiego posła Buchholtza i zabronił mu prowadzenia rozmów z władzami powstańczymi, ostrzegając króla pruskiego, iż w przeciwnym wypadku naraża na szwank przyjazne stosunki z Rosją, bowiem utrzymywanie posła pruskiego w rewolucyjnej Warszawie może być bardzo źle przyjęte przez Katarzynę II. Ostatecznie poseł Buchholtz opuścił Warszawę 23 czerwca, poseł austriacki Benedikt de Cache – 3 lipca, zaś holenderski charge d’affaires płk Griesheim – w czerwcu 1794 roku.

Czy wobec tego insurekcja 1794 nie nawiązała żadnych kontaktów dyplomatycznych i nie odegrała żadnej roli w Powstaniu Kościuszkowskim? Owszem, taki pogląd sformułowany przez niektórych pamiętnikarzy (np. K. Wojdę), podtrzymywany jest również przez niektórych historyków. I tak Tadeusz Korzon pisał, że Wydział Informacji Zagranicznej (…) z mocarstwami europejskimi żadnych nie utrzymywał stosunków. I na potwierdzenie tej opinii cytował wysoce pesymistyczną wypowiedź samego… Ignacego Potockiego do ostatniego naczelnika insurekcji T. J. Wawrzeckiego, iż rewolucja polska i rząd nie są uznane przez żaden Dwór, że Wydział Dyplomatyczny nie ma nigdzie ministrów, ani reprezentantów swoich, że nie posiada nie tylko depesz ważnych, lecz wiadomości, które nie dochodzą z powodu otoczenia Warszawy i zamieszania w komunikacji pocztowej, że z rządem francuskim żadnych stosunków nie było i nie masz. Słusznie E. Gomulski konstatuje, że tej wypowiedzi rozgoryczonego Potockiego nie należy brać dosłownie, gdyż byłoby to sprzeczne z rzeczywistością.

Bez wątpienia od pierwszych chwil insurekcji jej Naczelnik Kościuszko przywiązywał wielką wagę do realizacji mglistych obietnic Francji rewolucyjnej w sprawie pomocy oraz w utrzymaniu przychylnej neutralności Austrii i Prus. Trafnie dowodził Lelewel, iż w planach Kościuszki wojna miała być tylko z jednym nieprzyjacielem, zaś rzeczywistość rychło dowiodła, że tych nieprzyjaciół jest aż trzech i to potężnych.

Francja jakobińska tolerowała pobyt wysłannika insurekcji Franciszka Berssa (przebywał w Paryżu już od lutego 1794), który dwoił się i troił, aby rząd jakobiński wreszcie poważnie zainteresował się kwestią polską. Ponoć początkowo M. Robespierre miał się wyrazić: Niechaj Polacy zaczynają, a Francja starać się będzie, aby wszelkie pomoce potokami na nich spływały. Jednakże w praktycznym działaniu jakobini wykazali wielką rezerwę, wysłuchiwano postulatów polskiego agenta i unikano wszelkich konkretnych kroków. Na żądanie pożyczki pieniężnej, Komitet Ocalenia Publicznego odpowiedział bardzo lakonicznie: Żadnych funduszów nie wysyłać, republikanie uzbrojeni rozporządzają wszystkimi bogactwami kraju. Nie kwapili się jakobini ani z pomocą wojskową, ani z pożyczką pieniężną, ani z wysłaniem floty na Bałtyk, zasłaniali się szlacheckim charakterem insurekcji, pozostawieniem monarchy, dopuszczeniem arystokracji do władz insurekcji. Jeśli Kościuszko z jednej strony nie nadawał misji Barssa zbyt oficjalnego charakteru, chcąc uniknąć zarzutów, iż kuma się z paryskimi jakobinami i potwierdzał to przed Izabelą Czartoryską, mówiąc: Bóg widzi, że nie francuską zaczynam rewolucję, to z drugiej strony jakobini francuscy nie kwapili się z udzieleniem pomocy polskiej insurekcji, nie chcąc prowokować Rosji do oficjalnego przyłączenia się do koalicji austriacko-pruskiej i wydajniejszego wsparcia armii kontrrewolucyjnych.

Innym istotnym błędem politycznym Kościuszki były rachuby na pozyskanie Prus oraz życzliwej neutralności Austrii. Jak pisze Henryk Kocój, było to jednym z głównych błędów, jeśli chodzi o politykę zagraniczną insurekcji, ponieważ Austria i Prusy prowadziły wojnę z rewolucyjną Francją, a zdecydowane wystąpienie rządu insurekcyjnego przeciwko tym mocarstwom nadałoby polskiemu powstaniu charakter wiarygodnego sprzymierzeńca rewolucji. Kocój rozwiał pokutujący tu i ówdzie w naszej historiografii mit, że austriacki minister Franz Maria Thugut sprzyjał rzekomo w głębi duszy naszej insurekcji i tylko pod wpływem niepowodzeń militarnych Kościuszki ostatecznie Austria przyłączyła się do III rozbioru Polski. Nic bardziej fałszywego! Już niemal nazajutrz po rozpoczęciu powstania w Krakowie austriacki poseł de Cache pod naciskiem rosyjskiego ambasadora Igelströma wydał notę, w której mówił o konieczności współdziałania trzech mocarstw rozbiorczych i zaprzeczał pogłoskom o życzliwości Austrii wobec powstania. Wiedeń czuł się pokrzywdzony faktem wykluczenia go w II rozbiorze Polski, jak również faktem, że ponosił główny ciężar wojny z Francją rewolucyjną. Uważał, że należy mu się odszkodowanie, rekompensata za ten wysiłek, stąd też naczelną troską polityki austriackiej po wybuchu insurekcji 1794 było maksymalne współdziałanie z Rosją Katarzyny II, wyciszenie konfliktów z Prusami i intensywne zabiegi w Petersburgu o dopuszczenie do uczestnictwa w nowym rozbiorze Polski, bo co do tego, że insurekcja upadnie, nikt w Wiedniu nie wątpił. Jak stwierdza historyk Robert H. Lord, w kwestii rozbioru Polski dewiza dworu austriackiego brzmiała zawsze: si peccas, pecca fortiter. Zgodnie z tą zasadą wojska austriackie już w lipcu 1794 zajęły województwa sandomierskie, lubelskie i wołyńskie. Wiedeń jako policzek przyjął fakt, że Prusacy uprzedzili Austriaków i zajęli Kraków, zaś naprawa tego błędu –  jak pisze Lord – kosztowała Austrię aż dwa lata zabiegów dyplomatycznych. Tak więc rachuby Kościuszki i Ignacego Potockiego na pozyskanie Austrii okazały się płonne, iluzją, która nie znalazła pokrycia w rzeczywistej polityce Wiednia. Jeszcze większą niestety iluzją były rachuby na ewentualną pomoc Prus. Andrzej Zahorski w biografii rezydenta Zakrzewskiego trafnie napisał, że te iluzje co do rzeczywistego stanowiska Prus dowodzą kompletnej dezorientacji polityki polskiej. Niewątpliwie stosunek Prus do insurekcji jest kapitalnym zagadnieniem dla naszej dyplomacji powstańczej i niełatwo dziś jest historykowi wytłumaczyć tak źródło, jak uporczywość iluzji, jakie żywili głównie przywódcy insurekcji do postawy Prus.

T. Korzon sceptycznie odnosił się do tych historyków, którzy twierdzili, że jakoby poseł pruski w Warszawie Buchholtz miał na piśmie złożyć deklarację Ignacemu Potockiemu, że Prusy zachowają neutralność wobec zbrojnego konfliktu z Rosją. Faktem jest, że nikt takowego dokumentu nie widział, ale nie wyklucza to ewentualności, że Buchholtz w rozmowach z dyplomatami polskimi w Warszawie snuł mgliste, półgębkiem wypowiedziane aluzje co do możliwości pośrednictwa pruskiego w konflikcie polsko-rosyjskim. Korzon twierdzi, że największą dywersję poczynił zręczny pruski dyplomata Lucchesini, który wówczas przebywał w Wiedniu i tam snuł przed Polakami (m.in Stanisławem Sołtykiem) miraże wspólnego działania przeciw… Rosji: Myśmy wam dopomogli do stworzenia ustawy Trzeciego Maja, my też dopomożemy wam do ugruntowania jej i będziemy was wspierali tajemnie, ażeby odzyskać to, co inne mocarstwa zabrały. Nie jest wykluczone, że te bajdy dyplomatyczne znajdywały jakieś życzliwe echo u Ignacego Potockiego, a za jego pośrednictwem u Kościuszki. Patz trafnie zauważył, że związek między Kościuszką a Potockim był ściślejszy niż między Kościuszką a Kołłątajem.

Robert H. Lord słusznie skonstatował, że dyplomacja pruska od pierwszej chwili insurekcji 1794 była tą siłą i tym czynnikiem, który zdecydowanie i konsekwentnie parła do ostatecznego podziału Polski. Skoro gen. Igelström wezwał na pomoc oddziały pruskie, aby uniknąć definitywnej klęski z rąk powstańców, to nikt w otoczeniu Katarzyny II nie miał złudzeń, by król pruski uczynił to za darmo. Już 14 kwietnia poseł Buchholtz donosił z Warszawy, że ambasador Igelström zwierzył mu się, że Katarzyna II powzięła myśl nowego rozbioru, że jej zdaniem w takim przypadku Wisła byłaby najlepszą granicą dla Prus…. Ze swej strony Prusacy nie czekali biernie. Jak pisze historyk Erhard Moritz, w maju 1794 minister Karl Auguate Struensee opracował aż trzy wersje podziału lub okrojenia Polski w zależności od liczby rozbiorców i sytuacji politycznej. Berlin był przygotowany na każdą ewentualność. Katarzynie II nie przyszło łatwo pogodzić się z myślą podziału i to z dwoma dworami niemieckimi, lecz siła oporu Polaków i rozmach insurekcji przeraziły ją. Wszak Buchholtz wyraził tylko myśl gen. Igelströma pisząc że Polska zapłaci drogo za straszliwą rewoltę do jakiej doprowadziła. 22 lipca 1794 Katarzyna II uznała, że nadszedł właściwy moment, aby trzy dwory podjęły stanowcze kroki nie tylko do ugaszenia ostatniej iskry pożaru, który wybuchł w sąsiednim kraju, lecz także dla zapobieżenia temu, aby kiedykolwiek jeszcze z popiołów powstał nowy płomień. Deklaracje rozbiorcze trzech dworów z 3 stycznia 1795 były już tylko prostą konsekwencją wspomnianej decyzji.

Czy wobec tego dyplomacja powstańcza poniosła tylko klęskę? Niezupełnie. Zdaniem E. Gomulskiego, ministrowie zagraniczni uznali, choć z oporami, rząd powstańczy i utrzymywali z nimi oficjalne stosunki. Dalsze sukcesy militarne mogły doprowadzić do zbliżenia z Francją i wyłączenia Prus z wojny. Klęska Kościuszki pod Maciejowicami (10 października 1794) przekreśliła wszelkie nadzieje. Prawdą jednak jest, że nasza insurekcja nie mogła liczyć na pomoc skuteczną, starej, monarchicznej Europy. Bodaj pierwszy to zrozumiał, lecz już w następnej insurekcji 1830 roku, młody Maurycy Mochnacki, pisząc: Nie gabinety, ale ludy są naszymi sprzymierzeńcami.

Prof. Władysław Zajewski

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułJakie rodzaje PIT-ów od osób fizycznych wyróżniamy?
Następny artykułPolskie ślady we Włoszech
Znad Wilii – 1989-2000 – dwutygodnik i tygodnik, od 2000 – kwartalnik. „Znad Wilii” ma rodowód zdecydowanie niepodległościowy – założone zostało w dwa lata przed uzyskaniem niepodległości w tym kraju. Mottem były mickiewiczowskie słowa: „Litwo, Ojczyzno moja”, zaś naczelnymi zadaniami – wsparcie dążeń wolnościowych, przyczynienie się do odrodzenia elit polskich. Jest to pismo w znacznym stopniu międzyregionalne, poświęcające sporo uwagi Łotwie, Białorusi, Ukrainie, Obwodowi Kaliningradzkiemu Rosji. W tytule stale analizowana jest problematyka polskiego i wspólnego często dziedzictwa kulturalnego, tożsamości narodowej, jak też najważniejsze problemy Polaków – przy jednoczesnej promocji ich sukcesów, formowaniu konkretnych priorytetów w działalności rodaków. Pismo ma ambicje bycia swoistą „Kulturą Wschodu”, tworząc kronikę współczesnej polskiej obecności na tych ziemiach w duchu otwarcia się.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here