„Doktryna leninowska mówi, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać”

0
305

(…) W Dakralu (rok 2001, Dakral – „Daleki Kraj Ameryki Łacińskiej”) ostatnio coś drgnęło w polityce. Stara gwardia partii, która była u władzy przez osiemdziesiąt lat, nagle tę władzę zaczęła tracić. Oni, podobnie jak stara komuna w PRL, nie mogli sobie wyobrazić, że przegrają wybory. Wiadomo było, że nowy kandydat prawicowej partii opozycyjnej jest silny i popularny. Stara ekipa miała słabego kandydata, a ich kampania wyborcza była okropna. Wszyscy to wiedzieli, ale do ostatniej chwili mówiono: dobrze, dobrze i tak wygrają ONI, bo muszą i zawsze wygrywają.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Komuna kontratakuje” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Okazało się, że nie musieli. Prezydentem został pewien przedsiębiorca, ogromne chłopisko, były gubernator jednego ze stanów. Ma piękne ranczo, jeździ na koniu, chodzi w botach (jego rodzina ma fabrykę tychże). W sumie facet bardzo pozytywny, wierzący i chyba dość silny politycznie. Nowa ekipa rządząca to partia prawicowa i ludzie raczej rozgarnięci. To był najwyższy czas, aby przegonić „dinozaurów”. Gdyby zostali jedną kadencję więcej, kraj by poszedł totalnie w dół, a może nawet dostałby się w ręce komuny. To, co się działo w ostatnich latach rządów starej ekipy było przerażające. Nie dlatego, że korupcja kwitła, aparat władzy degenerował się totalnie, biurokracja rosła jak monstrualny czyrak na ciele społeczeństwa, przestępczość i przemyt narkotyków też. Naprawdę przerażający był stosunek ekipy rządzącej do wzmagających się apetytów tutejszej i zagranicznej komuny. (…)

I znowu przeskoczyło prawie pięć lat: jest 2005.

Myśląc o polityce, nie mogę wielu rzeczy zrozumieć. Co to jest demokracja? Zdawałoby się, że to cudowna rzecz, ludzie mogą wybrać tych, którzy będą nimi rządzić. Nie rozumiem jednak, dlaczego całe narody uwielbiają złodziei i morderców i popierają ich masowymi demonstracjami i „wyborami” z jednym kandydatem (patrz: Hitler, Stalin, Fidel Castro, Hussein).

Zgadzam się, że jestem ignorantem w dziedzinie psychologii tłumu, ale może ta nauka wreszcie dałaby jakieś praktyczne wskazówki, co należy zrobić?

Ciarki mnie przechodzą, gdy pomyślę, że tu może dojść do władzy komuna, a na to się zanosi. Trzeba będzie znowu gdzieś się przenosić; nienawidzę przeprowadzek, zwłaszcza na inny kontynent. Do USA w moim wieku trochę za późno, może do Polski, to bardziej prawdopodobne.

Nawiasem mówiąc, kiedy ostatnio byłem w USA, zwątpiłem trochę w przyszłość tej krainy, tak adorowanej przez wielu. Kiedy chciałem kupić kamerkę cyfrową, na stoisku z kamerami nie było nikogo. Czekaliśmy z kolegą dość długo, nikt się nie zbliżał. Kolega poszedł szukać kogoś z obsługi sklepu, a ja pozostałem oparty o ladę. Nagle zdałem sobie sprawę, że – oprócz muzyki z głośniczków sklepowych – słyszę, jak ktoś rozmawia przez telefon. Kiedy obszedłem stoisko, zobaczyłem panią obsługującą, która ukryła się pod ladą i rozmawiała z narzeczonym przez komórkę.

Niezadługo okaże się, że jedynymi, którzy naprawdę szanują pracę W USA, są nielegalnie przybywający tu Meksykanie, Kubańczycy czy Gwatemalczycy.

Już powinienem przejść na emeryturę, ale dalej pracuję. Na Universidad Panamericana prosili mnie, abym jeszcze został. Nie robią mi łaski. To po prostu dla nich korzystne. Jestem członkiem SNI (Narodowego Systemu Badaczy Naukowych), co liczy się w tutejszym ministerstwie. Czasem napominam nieśmiało, że mam też habilitację, ale tu nikt nie wie, co to jest. Jeśli chodzi o ścisłość, jestem JEDYNYM członkiem SNI w całej naszej Szkole Inżynierii, stanowię więc sto procent naukowców w tej instytucji (teraz, w 2012, jest ich więcej). Gdy odejdę, zostanie im zero procent. Poza tym moja pensja jest raczej mizerna, nie kosztuję ich dużo. Może poproszę o podwyżkę? W końcu na UP to zależy od szefa, nie ma ustalonych stawek. Byłoby to raczej nietypowe, gdyby ktoś, kogo łaskawie nie wyganiają na emeryturę, żądał podwyżki. Spróbuję.

Czy lubię dydaktykę? Dobre pytanie po czterdziestu latach pracy dydaktycznej! Oczywiście, że lubię, choć może nie jestem dydaktykiem „z powołania”. Czego nie lubię, to uczyć studentów przedmiotu, który ich totalnie nie interesuje. Dobry dydaktyk powinien umieć zainteresować uczniów, ale są też pewne granice. Jeżeli studenta nie interesuje absolutnie NIC i przyszedł tu tylko dlatego, że tatuś mu kazał i płaci pięć tysięcy dolarów za semestr, niewiele można zrobić. To jest problem wszystkich uniwersytetów prywatnych.

To, że w tych instytucjach nie istnieją badania naukowe, to nie tylko brak zainteresowania ze strony władz. Po prostu uniwersytet prywatny (przynajmniej w Meksyku), nie jest w stanie inwestować w nic, a zwłaszcza w badania, bo i po co? Siedemdziesiąt procent nauczycieli to nie personel stały, tylko wynajęty na godziny. Tak więc instytucja, która powinna generować wiedzę, jest tylko kiepskim sklepikarzem, sprzedającym nieświeży towar. To tak, jakby ktoś otwarł piekarnię z piękną fasadą, marmurową posadzką i superuprzejmą obsługą, ale nie piekł pieczywa, tylko kupował je za rogiem.

Niedawno spotkałem mojego byłego studenta. Zapytałem gdzie pracuje i co robi. Powiedział, że idzie mu bardzo dobrze. Wysyłają go do USA, aby kupował tam maszyny. Nic nie powiedziałem, popadłem w przygnębienie; to po to uczyliśmy go przez kilka lat jak konstruować maszyny, żeby teraz jeździł do USA, aby je kupować?

Ale co to ma wspólnego z komuną w Dakralu? Uniwersytet taki jak nasz – nic, ale uczelnie państwowe – tak. Zwykle są w znacznym stopniu opanowane przez komunę. Niektóre wydziały największego uniwersytetu państwowego to istne inkubatory komuny. Agenci, szkoleni na Kubie i w Nikaragui (dopóki jeszcze była ona „odnogą” kubańskiego komunizmu) infiltrują tę uczelnię. Wielu z nich to już niemłodzi ludzie, ale pozostający na uczelni jako „wieczni studenci”. To zawodowcy, nic nie studiują, ich praca to agitacja. Organizują manifestacje i strajki.

Ostatni strajk sparaliżował uczelnię na osiem miesięcy. Strajkujący zajęli wszystkie budynki i postawili szereg absurdalnych żądań. Krzyczeli o represji i tyranii rządu. Obiektywnie patrząc, rząd Dakralu to chyba jedyny rząd na świecie, który pozwoliłby unieruchomić największą uczelnię kraju (trzysta tysięcy studentów) na osiem miesięcy. Co więcej, przez cały czas strajku rząd płacił pensje wszystkim pracownikom, naukowym, administracji (jest ich oczywiście wielokrotnie więcej niż nauczycieli) i innym, co kosztowało (społeczeństwo, nie rząd) pięć milionów dolarów dziennie. W końcu posłano wojsko, aby usunęło strajkujących i uczelnia ruszyła na nowo, tak jakby nie można było tego zrobić na drugi dzień po zajęciu budynków.

To też jedna z rzeczy, które leżą poza granicami percepcji mojego umysłu. Jak młodzi ludzie, którzy powinni mieć szersze horyzonty myślowe, mogą wyznawać ideologię, która okazała się błędna już dziewięćdziesiąt lat temu? Czy nikt nie pamięta, że ta ideologia doprowadziła do powstania najbardziej nieludzkiego systemu terroru i ucisku, jaki kiedykolwiek stworzono, i wpędziła setki milionów ludzi w skraj na nędzę? A może to po prostu objaw rasizmu? Być może dakralski rasizm, którego głównym objawem jest nienawiść do Yankis, czyli Gringos, czyli Amerykanów z USA sprawia, że ludzie w Dakralu skłonni są poprzeć kogokolwiek i cokolwiek, co tylko jest antyamerykańskie. Dlatego na meczu piłkarskim między reprezentacja Dakralu i USA, który odbył się tu niedawno, wykrzykiwano pochwały pod adresem Bin Ladena.

Dwa dni po 9/11/2001 (czyli po zamachach z 11 września 2001) w dakralskiej telewizji przeprowadzono ankietę. Pytanie brzmiało: Czy uważasz, że Dakral powinien pomóc USA w walce z terroryzmem? Siedemdziesiąt procent ankietowanych odpowiedziało, że nie.

Wojna w Iraku wzmogła te nastroje. Były masowe protesty przed ambasadą amerykańską i inne akcje miejscowych pacyfistów. Zgadzam się, że wszczęcie jakiejkolwiek wojny to zbrodnia, ale tak właściwie, to kto zaczął wojnę? Jest to wojna na serio. Za wojnę „prawdziwą” lub „na serio” uważam tę, która ma na celu eksterminację narodów i ras ludzkich.

Bin Laden wyraźnie powiedział, że należy zabić wszystkich Amerykanów płci męskiej. Wojny takie nie są sprawą przeszłości średniowiecznej. Mieliśmy jedną niedawno, kosztowała nas sześć milionów zabitych Polaków i – o ile mnie pamięć nie myli – czterdzieści milionów w skali światowej. Do tak fatalnych rezultatów drugiej wojny światowej przyczyniła się wydatnie działalność angielskich i francuskich pacyfistów i pokojowa postawa ich rządów. Gdyby w 1939 zaatakowano Hitlera i poparto militarnie wysiłek Polski, może zamiast czterdziestu milionów zginęłoby „tylko” pół miliona ludzi?

Wojny poważne nie skończyły się na drugiej wojnie światowej. Na terenie byłej Jugosławii mieliśmy taką wojnę kilka lat temu, a w Afryce każda wojna lokalna ma na celu zabicie jak największej liczby ludzi. (…) Kto wie, ilu ludzi naprawdę zginęło za rządów Stalina? Na pewno było ich wiele milionów” [Szacunkowe dane istnieją. Np. Norman Davies, w swojej książce Europa (1996), ocenia, że w latach 1917-1956 w Rosji Sowieckiej i ZSRR zginęło ok. 60 mln ludzi (z WYŁĄCZENIEM ofiar drugiej wojny światowej). Z tego ok. 10-15 mln. bolszewicy zamordowali w latach 1917-1924, w ramach likwidacji opozycji (team Lenin – Trocki + narzędzie: Feliks Edmundowicz). Davies pisze, że ocenia raczej wg. granic dolnych lub średnich. Gdy dodać do tego lata 1956-1985 (za Gorbaczowa jednak się uspokoiło) i opozycjonistów zamykanych w psychuszkach jako chorych na schizofrenię bezobjawową (serio, sowiecka medycyna znała i taką chorobę), to…].

Władcy komuny w Kambodży prowadzili systematyczną eksterminację własnego społeczeństwa” (wykończyli ok. 25% populacji), a w Chinach w czasie „rewolucji kulturalnej” umarły z głodu dziesiątki milionów. Obecna wojna ma coś nowego. Terroryzm to wróg, który nigdy nie ujawni się, aby walczyć na „otwartym polu”.

Zajmuję się symulacją komputerową wszystkiego, co można symulować, także konfliktów militarnych. Co mnie niepokoi, to fakt, że współczesne społeczeństwa nie są w stanie bronić się przed takim wrogiem. Dowódcy wojskowi szukają wroga, który nie może być zlokalizowany i jest rozproszony wszędzie. Pokutuje średniowieczne pojęcie „pola walki” (battlefield, modne w symulacjach komputerowych), które obecnie nie ma żadnego sensu. Jaką przydatność może mieć najlepszy czołg czy samolot, jeżeli wróg spokojnie wchodzi do jadłodajni wojskowej z bombą pod pachą i wysadza się tam, zabijając siebie i dziesiątki żołnierzy jedzących obiad (zamach w Mosulu, Irak, 21 grudnia 2004).

(…)

Co do terroryzmu, jestem pesymistą. Jeśli ktoś lubi zabijać, będzie zabijać, bo to jest bardzo łatwe. Zwłaszcza gdy jego religia mówi mu, że jeżeli owinie się dynamitem i wysadzi w powietrze w autobusie lub szkole pełnej dzieci, ma zapewnione szczęście wiekuiste i w niebie już czeka na niego siedemnaście dziewic.

Może obecna wojna to wojna religijna, choć nie wszyscy jej uczestnicy przyznają się do tego. Jeśli tak, to jeszcze gorzej. Wojny religijne zawsze miały na celu eksterminację ludzi i narodów, co powoduje, że są szczególnie niebezpieczne i nieludzkie. Oczywiście takie wojny to nie sprawa średniowiecznej przeszłości, ale tego, co dzieje się obecnie. Nie są to też zawsze wojny wielkie i globalne. Lokalne konflikty między ewangelikami i katolikami w Ameryce Łacińskiej często prowadzą do ran i śmierci. W wywiadzie z jednym z „przywódców duchowych” terrorystów na Filipinach padło pytanie:

Czy zabiłby pan panią prezydent Filipin?

Odpowiedź brzmiała:

Nie, przecież ona wyznaje islam!

Czy to wszystko nie prowadzi do autodestrukcji naszej cywilizacji? Próbowałem symulować dynamikę procesu autodestrukcji. Rezultaty były raczej smutne. Oczywiście każda symulacja komputerowa to tylko iluzja (moja ostatnia książka o symulacji nosi tytuł Modeling and Simulation: Computer Science of Illusion (w wolnym tłumaczeniu: Modelowanie i symulacja: nauka komputerowej iluzji, Research Studies Press, 2005).

Model jest bardzo uproszczony, ale wydaje się logiczny: Nauka i technika rozwijają się w postępie geometrycznym, udostępniając nam coraz to doskonalsze metody zabijania. Oczywiście nie są one łatwo dostępne dla terrorystów i innych maniaków. Ale prawdopodobieństwo tego, że najnowsza broń trafi w ich ręce, jest zawsze większe od zera. Należy przypomnieć, że nawet jeżeli prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia jest równe zeru, nie znaczy to, że zdarzenie jest niemożliwe (patrz: teoria prawdopodobieństwa).

Nowe technologie zabijania są coraz doskonalsze. Wkrótce będziemy mieli broń (bomba, „czarna dziura”, zachwianie czasoprzestrzeni?), która pozwoli unicestwić całą kulę ziemską.

Równocześnie doskonalą się metody walki z terroryzmem, co sprawia, że akcje terrorystów są coraz bardziej utrudnione. Te dwa czynniki (technologia zabijania i metody antyterrorystyczne) dominują w grze, którą nazwałem „gra samounicestwienia”. Generując możliwe trajektorie ewolucji modelu, można zauważyć, że prawie zawsze prowadzą one do autodestrukcji (Raczynski, Stanislaw: ”A Self-destruction Game, Journal of Nonlinear Dynamics.” Psychology and Life Sciences, pp. 471-483, October 2006, USA). Inaczej mówiąc: w przyszłości, kiedy nauka i technika osiągną wysoki poziom technologii zabijania, może (musi?) się zdarzyć, że ta technologia wpadnie w ręce kogoś, kto poweźmie za nas decyzję zbiorowego samobójstwa, aby pójść prosto do nieba.

Zauważmy, że nasze obserwacje astronomiczne zdają się potwierdzać te przypuszczenia. Dlaczego program SETI (Search for Extraterrestrial Intelligence, poszukiwanie cywilizacji pozaziemskiej) nie dał żadnych rezultatów po tylu latach obserwacji? Dlaczego jesteśmy sami? Po prostu dlatego, że każda cywilizacja (rozumiem przez to formę życia, która udoskonala się z czasem) ma swój początek i koniec. Nawet jeżeli cykl życia cywilizacji wynosi parę milionów lat, jest to tylko mgnienie oka w historii ewolucji kosmosu. Cywilizacje powstawały, umierały i będą nadal powstawać. Jednak jest wysoce nieprawdopodobne, aby to mgnienie oka, w którym nasza cywilizacja istnieje, pokrywało się w czasie z innym mgnieniem, w którym jakieś inne stwory myślące rozwinęły się i wymarły. Poza tym, biorąc pod uwagę odległości kosmiczne i ograniczoną prędkość przekazywania informacji, porozumienie się z nimi byłoby raczej trudne.

Ale zacząłem tu mówić o kontrataku komuny. To zresztą jest też o terroryzmie. Już to wcześniej wyraziłem, mówiąc o „terroryzmie państwa”, który objawił się najwyraźniej w formie totalitaryzmu komunistycznego. Ten rodzaj terroryzmu jest najbardziej niebezpieczny. Używa on prostych zasad demagogii („sprawiedliwość społeczna”), uzasadniając tym prawodawstwo, które pozwala rządowi zabić każdego, kto jest nawet w najmniejszym stopniu zagrożeniem dla władzy i systemu.

System totalitarny, który przestaje zabijać swoich obywateli, musi upaść, co nastąpiło w imperium sowieckim. I tak, system kubański trwa jeszcze, ponieważ aby zabić opozycjonistę lub tego, kto tylko chciał uciec z wyspy, potrzeba „procesu sądowego”, który trwa tylko dwa dni (niedawny proces, po którym rozstrzelano złapanych uciekinierów (…)).

(…) Upsss. . . Niewiele brakowało. Dokładnie 0,6 procenta głosów, aby komuna wygrała wybory prezydenckie w Dakralu. Tak na dobrą sprawę, to właściwie nie komuna, tylko faszyzm. Jeśli porównać metody propagandy niedoszłego wodza z działalnością Hitlera w latach trzydziestych zeszłego wieku, nie ma żadnych wątpliwości. (…) Tu po prostu ludzie myślą, zanim zagłosują, co jest zjawiskiem rzadkim we współczesnym świecie. Nie wszyscy oczywiście. To zresztą zupełnie zrozumiałe. W kraju wielkich różnic społecznych i nędzy dużej części społeczeństwa wielu pójdzie za wezwaniem wodza, który obiecuje, że będzie ludziom rozdawał pieniądze.

„Wódz” przeliczył się jednak srodze. Nie pomogło, że utożsamiał się z Gandhim i Nelsonem Mandelą i że robił wszystko, aby iść do więzienia, co nigdy mu się nie udało i nie został męczennikiem. Chciał posłać do diabła wszystkie instytucje państwowe. To ostatnie może nawet nie byłoby takie złe, ale trzeba by je było w końcu czymś zastąpić albo przenieść się do dżungli. Oczywiście nie było nigdy mowy o tym, co stworzyć zamiast instytucji (rządu,
sądów, policji, wojska itp.).

To zresztą niewiarygodne, że na początku kampanii wyborczej (a właściwie na długo przedtem) wskaźnik popularności „wodza” był na poziomie siedemdziesięciu procent później spadł poniżej trzydziestu procent, a po wyborach prawie do zera. Jednym z głównych atutów i tematów przemówień „wodza” było obrażanie aktualnego prezydenta. Trzeba powiedzieć, że w Dakralu od szeregu lat istnieje autentyczna wolność słowa. Oczywiście, że po wielu dekadach cenzury i terroru takie wystąpienia mogą się podobać. Ludzie prości zawsze będą się cieszyć, gdy jakiś typ powie, że Pan Prezydent to idiota (pamiętamy, jak w Polsce wyśmiewano się z Lecha Wałęsy). Ale w końcu jak długo ludzie to będą kupować? Współczesny Dakral to inny kraj, społeczeństwo jest tu bardziej dojrzałe (…).

Ale te 0,6 procenta głosów to niedużo. O mało nastałaby tu komuna i dyktatura. Ameryka Łacińska jest bardzo niestabilna, co znaczy, że w razie czego znowu należałoby zmienić kraj. Ale na jaki?

USA jakoś mnie nie ciągnie, nie wiem zresztą, czy by mnie tam chcieli. Afryka odpada, za ciepło. Peru? Boliwia? Honduras? Krysia mówi, że Paragwaj. Ale tam wszędzie sytuacja jest bardzo niepewna. Jeśli tu nastanie komuna, to znaczy, że uciekliśmy z deszczu pod rynnę. Wprawdzie udało się przeżyć spokojnie ponad dwadzieścia lat, ale przecież trzeba patrzeć do przodu, a nie do tyłu. Patrząc na to wszystko, co człowiek ma w danym momencie, jedno tylko można powiedzieć: to są zamki z piasku, które rozsypią się za lada podmuchem. Po niedoszłym mini-Hitlerze przyjdą inni i będą obiecywać różności, jak pieniądze, sprawiedliwość społeczna (skąd my to znamy?), wiekuiste zbawienie albo wieczna sprawność seksualna, aby tylko ludzie dali im władzę. Gdy dadzą, to już „po ptakach”, bo stara doktryna leninowska mówi, że władzy raz zdobytej nie wolno oddać pod żadnym pozorem. Zawsze znajdzie się jakiś idol, nieważne, czy jest morderca, złodziejem, czy człowiekiem normalnym.

Czytaj dalej: http://przegladdziennikarski.pl/meksyk-w-modzie-jest-ucinanie-glow/

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł„Polacy i Niemcy są na siebie skazani” (wywiad z Prof. Karolem Czejarkiem)
Następny artykułMoże morze? Czemu warto spędzić wakacje w domkach letniskowych nad Bałtykiem?
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here