Buty – kilka ważnych porad

0
44

Nie będzie przesadą twierdzenie, że większość polskich mężczyzn przywiązuje bardzo małą wagę do obuwia. Taka postawa musi budzić szczególne zdziwienie, gdy weźmie się pod uwagę, że podejście kobiet jest zgoła odmienne; zwracają one dużą uwagę na męskie obuwie, a częstokroć, przy powierzchownym kontakcie, wręcz oceniają mężczyzn na podstawie ich butów.

Zatem logiczne by było, gdyby mężczyźni – zabiegający przecież o względy kobiet i chcący wypaść jak najlepiej w ich oczach – więcej uwagi poświęcali swoim butom. Dbali o ich właściwy dobór do okoliczności oraz koordynację z pozostałymi składnikami ubioru, oraz o ich stan i czystość.

Czystość

Bardzo wielu mężczyzn zapomina, że buty powinny być regularnie czyszczone i odświeżane. Dotyczy to wszystkich rodzajów butów, ale problem niezadbania objawia się szczególnie drastycznie w przypadku skórzanych półbutów zakładanych do garniturów lub zestawów koordynowanych i casualowych. Buty takie wymagają regularnego nakładania kremu do obuwia i polerowania przy pomoczy szczotki lub szmatki. Dodatkowy połysk (np. na noskach – o tym później) można uzyskać przy pomocy specjalnych past woskowych.

Najczęstszy błąd polega na tym, że po obejrzeniu butów, które były kilkukrotnie założone, stwierdza się, że nie ma na nich widocznych śladów brudu, więc nie wymagają czyszczenia. Niestety nawet po jednym dniu użytkowania, buty są zakurzone. O ile z powierzchni cholewki taki kurz łatwo jest zetrzeć, o tyle pozostaje on w szczelinie pomiędzy cholewką a podeszwą sprawiając, że buty wyglądają nieświeżo. Niezbędny jest zabieg naniesienia kremu przy pomocy odpowiedniej szczoteczki.

Lśniące noski

Lśniące noski butów to kwintesencja dandyzmu. Jest to jedna z tych nielicznych rzeczy, której w zasadzie nie można kupić; trzeba ją samemu wypracować niemałym nakładem pracy. Ale jeśli już się uda osiągnąć zadowalający efekt, to wrażenie, jakie się robi na postronnych obserwatorach, jest piorunujące. Muszę jeszcze dodać, że od zasady, iż efektu lśniących nosków nie można kupić, są pewne wyjątki, o których w dalszej części wpisu. Ja chcę się skoncentrować na samodzielnym uzyskiwaniu tego efektu, dlatego opiszę, krok po kroku, drogę dojścia do celu. Nie jest to zresztą żadna wiedza tajemna ani tym bardziej magiczna. Początki są dość trudne, ale po uzyskaniu pewnej wprawy – wszystko robi się łatwe i bezproblemowe. Trzeba jednak spełnić dwa warunki: kupić kosmetyki (kremy i pasty do butów) odpowiedniej jakości i uzbroić się w cierpliwość.

Jakość użytych kosmetyków do pielęgnacji butów ma niebagatelne znaczenie dla uzyskania efektu lustra. Jeśli będziemy używać byle jakich past, to efektu tego w ogóle nie uda się osiągnąć. Podstawowe kosmetyki do butów to kremy koloryzujące oraz pasty woskowe. Kremy służą do odżywiania skóry i uwydatniania jej koloru, natomiast pasty woskowe – do nadawania połysku. Są także inne kosmetyki (środki czyszczące, impregnaty, tłuszcze do skór itp.), ale nie odgrywają one istotnej roli w procesie uzyskiwania lśniącej powierzchni. Może poza tłuszczami do butów, które odgrywają rolę negatywną, tzn. znacząco utrudniają uzyskanie pożądanego efektu a niekiedy go wręcz uniemożliwiają.

Jest bardzo wielu producentów past do butów, a rozpiętość cenowa pomiędzy produktami pochodzącymi z różnych źródeł, jest ogromna. Przede wszystkim radzę unikać tych najtańszych, gdyż prawie na pewno oszczędności przy ich produkcji odbiją się na jakości uzyskiwanych efektów. Bardzo często kosmetyki do butów oferują, pod własną marką, duzi producenci obuwia. Przeważnie w sklepach można usłyszeć, że są to kosmetyki specjalnie dobrane do skór stosowanych przez danego producenta i dlatego są optymalne. Takie twierdzenie, to zwykły chwyt marketingowy i nie należy traktować go poważnie.

Trzeba pamiętać, że kremy stosuje się do odświeżania butów. Jeśli efekt lśniących nosków chcemy uzyskać w nowych butach, to od razu można przystąpić do nakładania pasty woskowej. W takim przypadku przygodę z lustrzanymi noskami można zaczynać z jednym pojemnikiem pasty woskowej bezbarwnej.

Wspomniałem wcześniej o cierpliwości, jaką musi się wykazać adept lśniących butów, gdyż czynności nakładania kolejnych warstw pasty i polerowania skóry trzeba powtarzać wiele razy rozłożonych w czasie. W dodatku, gdy nie ma się jeszcze wprawy, można kolejną operacją zniweczyć efekt dotychczasowej pracy uzyskując ponowne zmatowienie skóry. Taka sytuacja działa deprymująco, ale trzeba założyć, że każdemu początkującemu przynajmniej raz się zdarzy. Zatem trzeba ją po prostu wkalkulować w koszty.

Zanim przystąpimy do operacji nakładania pasty i polerowania, musimy zdać sobie sprawę z tego, jakie zmiany zajdą na powierzchni skóry, która będzie tym operacjom poddana. Otóż skóra licowa, która wydaje nam się bardzo gładka, w rzeczywistości taka nie jest. Gdybyśmy obejrzeli ją w dużym powiększeniu, to zauważylibyśmy liczne pory mniejsze i większe. To dzięki nim skóra oddycha, przez co jest doskonałym i trudno zastępowalnym materiałem na buty. Nakładanie kolejnych warstw pasty woskowej powoduje, że pory się wypełniają i skóra uzyskuje idealną gładź. Ale żeby nakładanie kolejnych warstw było możliwe, poprzednie warstwy muszą ulec utwardzeniu. Dzieje się tak pod wpływem polerowania mokrą szmatką oraz odparowywania terpentyny zawartej w paście. A skoro warunkiem wysokiego połysku jest istnienie w porach i na powierzchni skóry utwardzonych warstw pasty/wosku, to otrzymujemy odpowiedź na pytanie; dlaczego cały czas używam określenia: lśniące noski butów a nie po prostu: lśniące buty. Bo utwardzony wosk może pozostać gładki i lśniący tylko na tych fragmentach, które nie pracują. W miejscach, gdzie skóra się zgina następowałoby jego wykruszanie co nie wyglądałoby ładnie.

Przystępując do nakładania pasty warto pamiętać też o tym, że jest ona mieszanką różnych składników, w tym m.in. wosku oraz terpentyny, która jest rozpuszczalnikiem. Dzięki terpentynie pasta jest miękka i łatwo rozprowadza się na skórze butów. Każdy też wie, że po długim przechowywaniu, szczególnie w nieszczelnym pojemniku, pasta robi się popękana i krucha. Jest z nią wtedy pewien problem, gdyż trudniej jest nawilżyć nią szmatkę i trudniej rozprowadzić po butach. Ale to co jest utrapieniem w normalnym użytkowaniu, jest bardzo pożądane przy uzyskiwaniu lustrzanego połysku. Dlaczego? Bo jeśli nakładamy na skórę kolejną warstwę pasty i ją rozcieramy, to zawarta w niej terpentyna może rozpuszczać tę warstwę która jest pod spodem mimo, że została ona już utwardzona. Zatem zamiast uzyskania efektu kolejnej warstwy, uzyskamy efekt starcia warstwy poprzedniej. Wniosek z tego taki, że wskazane jest używanie pasty, z której ulotniła się terpentyna, czyli suchej, popękanej i kruszącej się. Jednym słowem takiej, którą niewtajemniczeni uważają za ‚zwietrzałą’ i nie nadającą się do użycia. Mało tego: proces starzenia pasty należy przyspieszyć pozostawiając otwarte pudełko z nowo zakupioną pastą, na 2 – 3 dni, w suchym i przewiewnym miejscu. Dopiero użycie takiej pasty gwarantuje, że proces zamykania porów skóry i uzyskiwania lustrzanego połysku, będzie efektywny. A przy okazji będzie trudniejszy, ale z tym się trzeba pogodzić.

Czy wszystko jasne? Jeśli tak, to możemy przystąpić do pracy. Potrzebujemy: pastę, odrobinę zimnej wody, bawełnianą szmatkę (koniecznie bawełnianą) i wiarę w sukces. Acha! Jeszcze buty – nie zapomnijcie o butach! Poszczególne czynności są banalnie proste. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Jednym z takich szczegółów jest opór, jaki czujemy pod palcem rozprowadzającym pastę. Powinien on maleć w miarę tworzenia się równomiernej warstwy pasty. Jeśli czujemy, że wzrasta, należy dodatkowo zwilżyć szmatkę. Jeśli mimo to opór nadal wzrasta, a na powierzchni noska zamiast gładzi, zaczyna się tworzyć chropowata faktura, proces należy przerwać i odłożyć buty na co najmniej godzinę (dla pełnego ulotnienia się terpentyny). Następnie należy wypolerować noski suchą szmatką bawełnianą, tak jak w ostatnim kroku. I można zaczynać od nowa. Procedurę tę należy powtarzać po wielekroć, aż uzyskany efekt będzie zadowalający. Jako człowiek mający już w tym względzie spore doświadczenie zdradzę, że zadowalający nie będzie nigdy. Co znaczy, że ciągle trzeba będzie coś poprawiać. Ale za to doświadczenie będzie rosło zaś liczba popełnianych błędów będzie malała.

Wcześniej napisałem, że efektu lustra na noskach butów nie można kupić – poza pewnymi wyjątkami. Ja znam dwa takie wyjątki, ale być może są i inne. Nie wykluczam także, że ktoś już oferuje usługę polerowania powierzonych butów, tylko ja o niej jeszcze nie słyszałem.

A wracając do wspomnianych wyjątków. Otóż firma Patine, która sprzedaje buty marki Yanko oferuje usługę nazywaną Mirror Shine, ale tylko w odniesieniu do zakupionych butów. To znaczy można kupić buty i za dopłatą, otrzymać je z wypolerowanymi noskami. Drugim wyjątkiem są firmy/osoby, które wykonują na zlecenie, malowanie butów. W skład usługi zwykle wchodzi malowanie oraz wykończenie przy pomocy kremów i past, w tym wypolerowanie nosków. Zleciłem firmie Theshine pomalowanie moich lotników z surowej, niebarwionej skóry. Byłem zachwycony! Ale otrzymałem też radę, że nad połyskiem nosków trzeba jeszcze popracować, gdyż do perfekcji jeszcze im daleko. Zatem ciągle pracuję i zdaje się nawet, że nieco się zbliżyłem do stanu perfekcji.

Oczywiście satysfakcja z noszenia lśniących butów doprowadzonych do perfekcji własnym wysiłkiem, jest nieporównanie większa niż z noszenia butów, które do tejże perfekcji doprowadził ktoś inny. Satysfakcja jest duża nawet wtedy, gdy efekt samodzielnie uzyskany jest daleki od ideału.

Korygowanie uzyskanego efektu lustra na noskach jest procesem ciągłym. Czasami przychodzi też taki moment, że trzeba wrócić do punktu wyjścia i zacząć proces od nowa. Miałem do czynienia z takim przypadkiem w moich wiekowych monkach marki Otisopse. Niegdyś postanowiłem przyciemnić noski używając do tego czarnego kremu koloryzującego i czarnej pasty woskowej. Jednak z wyniku nie byłem zadowolony. Wprawdzie noski błyszczały jak należy, ale pojawiły się pęknięcia warstwy wosku, spod których wyzierał pierwotny kolor brązowy. Nie wyglądało to dobrze. W takiej sytuacji nie pozostawało mi nic innego jak zmyć całą warstwę kremów i past, po czym proces zacząć od nowa, już bez udziału czarnej pasty. Trzeba było oczywiście zastosować odpowiedni preparat do usuwania wszystkiego, co znajdowało się na skórze lub nawet zdołało w nią wniknąć. No a później zastosować krem w kolorze brązowym oraz pastę woskową przezroczystą.

Ozdobniki

Ogólna zasada mówi, że buty są tym bardziej eleganckie im mniej mają dodatkowych przeszyć i innych ‚ozdobników’. I choć od zasady tej są wyjątki to jednak nie ulega wątpliwości, że nadmiar przeszyć i elementów zdobniczych, nie tylko nie upiększa butów, ale je zdecydowanie szpeci. A przy okazji czyni je wielce pretensjonalnymi. Dlaczego zatem tak dużo tego typu butów można znaleźć w naszych sklepach? Podobno łaknie ich prowincja, a producenci tylko odpowiadają na zapotrzebowanie. Nie wiem czy tak jest naprawdę (podejrzewam, że to jednak ambitni projektanci narzucają ten styl odgórnie), w każdym razie proponuję trzymać się od takich butów z daleka.

Zła koordynacja, czyli dobór butów do ubioru

Pod pojęciem złej koordynacji rozumiem zakładanie butów nie współgrających z resztą ubioru. Zła koordynacja może mieć miejsce na każdym poziomie formalności. Na poziomie wysokiej formalności – gdy do smokingu zakłada się czarne angielki zamiast wiedenek lub – o zgrozo – buty w innym kolorze niż czarny, albo na poziomie niskiej formalności, gdy zakłada się klapki do dziennych, miejskich zestawów, np. do dżinsów. Innym przejawem złej koordynacji jest niewłaściwy dobór kolorów, np. brązowe buty do czarnego garnituru.

Buty sportowe do garnituru to szczególny przypadek. Kilka lat temu nastąpiło w Europie swoiste zachłyśnięcie się tego typu połączeniem (które jednak szybko minęło). A po kilku latach, trend ten dotarł i do nas i obecnie znajduje swoich piewców na naszym rodzimym gruncie. W różnych magazynach dla mężczyzn, portalach i blogach znajdziemy pochwałę dla zestawień butów sportowych z garniturami. Zestawień, które są bez sensu i rażą swoim niedopasowaniem. Nie mówiąc już o tym, że są złamaniem zasad klasycznej męskiej elegancji.

Muszę dodać, że pisząc o butach sportowych mam na myśli buty do biegania, do tenisa, do koszykówki itp. Powinny one być używane do biegania, do tenisa, do koszykówki itd., a nie do garnituru. Nieco inna jest sytuacja z butami, które wzorują się na butach sportowych, ale są przeznaczone do normalnego codziennego użytkowania (w czym np. specjalizuje się marka New Balance). To właśnie z takimi butami eksperymentowali różni europejscy (i nie tylko) dandysi kilka lat temu, stosując je do garniturów i zestawów smart casualowych. Moim zdaniem eksperyment się nie udał i szczęśliwie został zarzucony.

Niedostosowanie do okoliczności

Zasada wydaje się prosta: im bardziej formalne wydarzenie, tym bardziej formalne powinny być buty. A jednak niedostosowanie do okoliczności jest jednym z często popełnianych grzechów obuwniczych. Problem niewłaściwie dobranych butów zwykle idzie w parze z niewłaściwie dobranymi innymi składnikami garderoby. Wydaje się, że ta kwestia jest w mniejszym stopniu związana z nieznajomością zasad ubioru, a w większym – z niedostatkiem kultury osobistej. Po prostu kulturalny człowiek nie pójdzie w trampkach na bal, galę, oficjalną kolację czy pogrzeb. Tak jak idąc z wizytą do znajomych lub rodziny nie włoży klapek lub kroksów. Im bardziej przesuwamy się w dół na osi formalności, tym większa jest swoboda doboru obuwia.

Buty trekkingowe na co dzień

Buty do wspinaczki, do wędrówek w trudnym terenie itp. mają specjalną konstrukcję, której głównym zadaniem – oprócz zapewnienia wygody – jest ochrona stopy, kostki i stawu skokowego przed urazami. Zakładanie takich butów na co dzień w mieście, czy nawet chodzenie w nich do pracy, jest nie tylko bez sensu – jest także bardzo pretensjonalne. Jak mi się wydaje moda ta została wprowadzona przez amerykańskich celebrytów (jednym z jej piewców jest Kanye West) i podchwycona przez młodych ludzi w wielu krajach.

Jan Adamski, http://janadamski.eu

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułLa Salette. Odwracaliśmy głowy, by nie patrzeć w dół
Następny artykuł3 powody, dla których warto zorganizować sesję plenerową w dniu ślubu
Jan Adamski
Jan Adamski jest z wykształcenia inżynierem, absolwentem Politechniki Warszawskiej. W przeszłości był m.in. właścicielem firmy ENCORE, która była prekursorem we wprowadzaniu na polski rynek gier fabularnych (np. takie kultowe tytuły jak „Gwiezdny kupiec” czy „Wojna o pierścień”). Pracował w różnych firmach na stanowiskach dyrektora biura zarządu lub członka zarządu (PLL LOT, Polenergia, Brasco, Totalizator Sportowy). Obecnie prowadzi firmę doradczą w obszarze spraw korporacyjnych i organizacyjnych. Jest autorem blogu http://janadamski.eu, a także prowadzi wykłady o męskich ubiorach, praktycznych aspektach ich doboru i zasadach kodu ubraniowego. W swoich tekstach publicystycznych proponuje indywidualne, nierzadko kontrowersyjne, spojrzenie na znane problemy, znacznie odbiegające od powszechnie obowiązujących wykładni poprawności politycznej. Z pasją i zaangażowaniem pisze też o modzie męskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here